Z przysłowiami za pan brat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Z przysłowiami za pan brat
Z przysłowiami za pan brat
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 41,80  33,44 
Z przysłowiami za pan brat
Z przysłowiami za pan brat
Audiobook
Czyta Artur Barciś
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i ilustracje: Marcin Piwowarski

Korekta: Alicja Chylińska

Copyright © Renata Piątkowska 2005

Copyright © Wydawnictwo BIS 2005

ISBN 978-83-7551-478-0

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

Tel. 22 877-27-05, fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wpaść jak po ogień

Zakazany owoc smakuje najlepiej

Kto kupuje, czego mu nie trzeba, nie ma potem za co kupić chleba

Mydlić komuś oczy

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Każdy ma swego mola, co go gryzie

Z zatargu braci wróg się bogaci

Gdy kot śpi, myszy harcują

Rozebrać się do rosołu

Bez ludzi i raj się znudzi

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Wyszedł jak Zabłocki na mydle

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta

Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło

Lepszy jeden mały czyn niż tysiąc planów

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem

Żeby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała

Nie ma nic gorszego nad sąsiada złego

Mieć węża w kieszeni

Przypisy

Wpaść jak po ogień

Mama wyrabiała w kuchni ciasto. Chciała upiec placek z owocami i posypką. Jacek deklarował chęć każdej możliwej pomocy, byleby ciasto było szybciej gotowe. Mama właśnie wsypywała mąkę do miski i sięgnęła do lodówki po jajko, gdy ręka zastygła jej w powietrzu. W przegródce nie było ani jednego jajka.

– No tak, zapomniałam kupić – westchnęła i zaraz dodała: – Jacuś, biegnij do naszej sąsiadki, pani Klementyny, i pożycz od niej jedno jajko. Powiedz, że jutro oddam.

– Wszystko, tylko nie to – jęknął Jacek.

Nie żeby miał coś przeciw pożyczaniu, to nie był dla niego problem, problem stanowiła pani Klementyna. Była to w zasadzie sympatyczna, życzliwa światu i ludziom staruszka, ale słynęła wśród sąsiadów z niebywałego gadulstwa. Na każdy temat mówiła dużo i tak szybko, że nie sposób było jej przerwać. Czas jakby dla niej nie istniał. Dlatego skoczyć do pani Klementyny po jajko znaczyło tyle, co przesiedzieć u staruszki dobre pół godziny, słuchając jej opowieści. Trudno to jednak wytłumaczyć mamie, która uważała, że pani Klementyna jest czarująca. Po chwili więc Jacek pukał do drzwi sąsiadki. Otworzyła mu je z rozmachem i natychmiast wciągnęła go do środka.


– Wchodź, wchodź, Jacusiu, bo w przeciągu stać niezdrowo, ot co – powiedziała.

Plan Jacka, żeby nie wchodzić do środka, tylko poprosić o jajko, stojąc w progu, spełzł na niczym. Więc gdy tylko znalazł się w przedpokoju, szybko powiedział:

– Mama prosi o pożyczenie jednego jajka. Potrzebuje go do ciasta. Jutro odda.

– Jajko, powiadasz. Pożyczę, czemu nie, nawet oddawać nie trzeba. Bo widzisz, Jacusiu, sąsiedzi muszą sobie pomagać, ot co. A mama pewnie placek z owocami piecze? Bo owoce w tym roku obrodziły, dorodne i niedrogie.

W tym miejscu pani Klementyna przerwała na chwilę i kichnęła.

Jacek wykorzystał ten moment i szybko wtrącił:

– Na zdrowie! I ja właśnie chciałem pożyczyć to jajko, bo mama pewnie czeka.

– A dziękuję, Jacusiu, dziękuję. A jajka to ja mam, kochany, świeżutkie, na targu kupione. Bo te ze sklepu, widzisz, są dużo gorsze, mniejsze i nie zawsze świeże, ot co.

Pani Klementyna już zmierzała w stronę lodówki, gdy nagle zawróciła.

– A czemu tak stoisz, Jacusiu? Siadajże tu, na krześle. Kto to widział gościa na stojąco przyjmować. – To powiedziawszy, przysunęła Jackowi kuchenny taboret.

– Nie, nie będę siedział, wezmę tylko to jajko i polecę – zaproponował Jacek.

– Co wy, młodzi, tacy niecierpliwi, ja jeszcze do lodówki nie doszłam, a ty już chcesz iść? – pani Klementyna była wyraźnie niezadowolona. – Wpadłeś do mnie, Jacusiu, jak po ogień, ot co.

– Nie, nie po ogień, tylko po jajko. Ognia nie potrzebuję, bo ja nie palę – wyjaśnił Jacek.

– No niechbyś ty palił, to już ja bym cię za uszy wytargała, ot co – oburzyła się sąsiadka. – A żeś po jajko przyszedł, to ja jeszcze pamiętam – mruknęła pod nosem. Widzę jednak, że nie znasz przysłowia wpaść jak po ogień, a to bardzo źle, bo przysłowia są mądrością narodów. Niektóre mają po kilkaset lat. I teraz masz, kochany, okazję poznać przynajmniej to jedno, bo ja ci zaraz wytłumaczę, o co w nim chodzi. – Pani Klementyna nagle straciła zupełnie zainteresowanie lodówką i rozsiadła się wygodnie przy stole.


Jacek, chcąc nie chcąc, opadł na taboret. Wiedział, że teraz będzie musiał wysłuchać wszystkiego do końca i że upłynie dużo czasu, zanim wyjdzie stąd z jajkiem, o ile w ogóle kiedyś stąd wyjdzie.

Staruszka niezrażona miną chłopca, za to zadowolona, że ma słuchacza, zaczęła:

– Bo widzisz, przysłowie to powstało dawno temu, kiedy zapałek nie było jeszcze w użyciu, a o zapalniczkach już nie wspomnę. Ogień, niezbędny do gotowania, ogrzewania i oświetlania domów, przechowywano w piecu. Gospodyni musiała pilnować, by dorzucić do pieca z wieczora, tak żeby rano tliły się tam jeszcze węgielki. Zdarzało się jednak, że ogień wygasł i wtedy trzeba go było pożyczyć od sąsiada. Najczęściej wysyłano dziecko, które otrzymane żarki wkładało do glinianego garnuszka. Potem biegło co sił w nogach do domu, by donieść matce tlące się węgle. Gdyby chciało zatrzymać się w sąsiedztwie na dłużej, przyniosłoby do domu tylko popiół. Dziś używamy tego przysłowia w sytuacji, gdy ktoś wpada do nas tylko na chwilkę, i choć próbujemy go zatrzymać, on w wielkim pośpiechu załatwia swoją sprawę i szybko zmyka. Tak jak dawniej sąsiad wpadał po tlące się węgielki i pędził z nimi do domu, by mu nie wygasły, ot co – zakończyła pani Klementyna.

Jaka to wielka szkoda, że jajka nie gasną po drodze, bo wtedy sąsiadka musiałaby już dawno puścić mnie do domu – pomyślał Jacek, a głośno powiedział:

– To fajna historia, a czy teraz mógłbym prosić o to jajko?


– Jakie jajko? – zdziwiła się staruszka, ale już po chwili przypomniała sobie, jaki był cel wizyty Jacka. – Ach, jajko, oczywiście. Tak się zagadaliśmy, że zapomniałam. A ty się tak nie wierć, Jacusiu, na tym krześle, widzę, że się trochę śpieszysz. Zdaje się, że ty nie tylko wpadłeś jak po ogień, ale jeszcze jak śliwka w kompot – zaśmiała się cicho sąsiadka, kierując się do lodówki.

Jacka ogarnęło przerażenie, że pani Klementyna zechce wyjaśnić mu szczegółowo kolejne przysłowie, ale ona na szczęście ujęła to krótko.

– Mówimy, że ktoś wpadł jak śliwka w kompot, gdy znalazł się w jakiejś niespodziewanej i niekorzystnej dla siebie sytuacji. Czyli coś takiego, jak ty teraz u mnie, ot co – zakończyła i uśmiechnęła się łobuzersko.

Zanim Jacek zdążył cokolwiek odpowiedzieć, pani Klementyna wręczyła mu jajko. Potem odprowadziła go do drzwi i choć przeciąg rozwiewał jej włosy, wołała jeszcze za chłopcem, gdy był już na schodach:

– A nieś je, Jacusiu, ostrożnie i patrz dobrze pod nogi!

Po chwili Jacek kładł już jajko na kuchennym stole, tuż obok cukru, masła i miski z mąką.

 

– No, ciebie po coś posłać! – ofuknęła go mama. – Coś ty robił tyle czasu u tej czarującej staruszki?

– Och, mamo, wpadłem jak w kompot po ogień – wyjaśnił Jacek.

Mama spojrzała na syna, a oczy zrobiły jej się okrągłe ze zdumienia.

– Tylko nie każ mi tego tłumaczyć, bo już i tak jestem spóźniony. Chłopaki czekają – dorzucił, po czym chwycił piłkę i wybiegł z domu, a mijając drzwi sąsiadki, znacznie przyśpieszył kroku.

Zakazany owoc smakuje najlepiej

Romek siedział przy stole w kuchni i opychał się tortem czekoladowym. Jego grubiutkie paluszki nadspodziewanie zwinnie dzieliły sporą porcję tortu na mniejsze kawałki i niosły na widelcu do pucułowatej buzi. Te rozkoszne chwile przerwał głos mamy:

– Romek, tego tortu nie należało ruszać! Zrobiłam go specjalnie na urodziny taty. Tata dopiero jutro miał zdmuchnąć świeczki i uroczyście go pokroić.

Mama załamała ręce nad rozkrojonym tortem.

– Co cię podkusiło? Nie widziałeś, że tort ma na wierzchu napis „Z okazji 40. urodzin”? – spytała z pretensją w głosie.

Jak to, co mnie podkusiło – pomyślał Romek. – Przecież cała lodówka pachniała tym tortem. Mam wrażenie, że ten piękny kawałek sam się ukroił i ułożył na talerzyku, bo nawet nie pamiętam, żebym sięgał po nóż.

– Mamo, z tego napisu wykroiłem akurat część z liczbą „40”, więc dalej widać, że to jest tort urodzinowy, a nikt nie musi wiedzieć, że tata ma aż 40 lat – wytłumaczył się chłopiec.

– Co to znaczy „aż”? – Wyjaśnienia Romka zamiast uspokoić, jeszcze mamę rozdrażniły. – A poza tym masz nadwagę i powinieneś unikać słodyczy. Ale zdaje się, że to jest równie nierealne jak oczekiwać od psa, że będzie z odrazą patrzył na kiełbasę.

Po chwili dodała z westchnieniem:

– No tak, zakazany owoc smakuje najlepiej.

– Tort to nie żaden owoc – mruknął pod nosem Romek, odsuwając wylizany do czysta talerzyk.

– To takie przysłowie – wyjaśniła mama. – Mówi o tym, że zawsze największą ochotę mamy na to, czego nam nie wolno.

Jeśli mama miała nadzieję, że Romek będzie chciał posłuchać czegoś więcej na ten temat, to się pomyliła, bo gdy spojrzała w stronę stołu, Romka już tam nie było. Za to w kuchni pojawił się tata. Słyszał ostatnie zdanie żony, a gdy do tego spojrzał na rozkrojony tort, wszystko stało się dla niego jasne. Zastanowił się przez chwilę i powiedział:

– Kochanie, a może wykorzystamy mądrość zawartą w tym przysłowiu?

Potem drzwi do kuchni zostały zamknięte i nikt już nie mógł usłyszeć, o czym rozmawiali rodzice. Ale wkrótce się okazało, że to, co ustalili, wprawiło Romka w najwyższe zdumienie, bo gdy zjawił się po południu w kuchni, usłyszał:

– Romeczku, czy nie miałbyś ochoty na kawałek tortu?

Nie wierzył własnym uszom. Spojrzał na mamę niepewnie i spytał:

– Masz na myśli ten tort dla taty?

– Tak, kochanie, właśnie ten. Bardzo ci smakował, więc może zjesz jeszcze trochę? – mama uśmiechała się zachęcająco.

– No to poproszę. – Romek, wciąż nie dowierzając własnemu szczęściu, usiadł przy stole.

Skąd ta nagła zmiana – zastanawiał się, i w oczekiwaniu na swoją porcję tłuściutkimi paluszkami toczył po stole szklaną kulkę.

Nagle jego wzrok padł na misę z owocami. Stała wysoko na półce. To było dość dziwne, bo nigdy przedtem jej tam nie widział.


– Mamo, dlaczego te owoce są tak wysoko? – spytał Romek, wrzucając jednocześnie kulkę do cukiernicy. Gdy ją po chwili wyjął, cała była oblepiona cukrem i wyglądała przepięknie.

– Masz na myśli tę misę? – upewniła się mama, wskazując na półkę. I nie czekając na odpowiedź, wyjaśniła: – Nie ruszaj tych owoców, bardzo cię proszę. Są tam pyszne, aromatyczne gruszki, soczyste morele, słodkie kiwi, dojrzałe banany i bezpestkowe winogrona. A tu na ladzie w kuchni mam pachnące słońcem truskawki w najlepszym gatunku. Te owoce podam gościom na podwieczorek. Zresztą ty przecież nie lubisz owoców, więc bardzo cię proszę, nawet nie próbuj ich podjadać. Zostaw je w spokoju, a najlepiej zapomnij, że je w ogóle widziałeś – to powiedziawszy, mama podała Romkowi porcję tortu i wyszła z kuchni.


Romek odsunął od siebie talerzyk, bo poczuł, że ma już dość słodkiego czekoladowego ciasta. Jego wzrok przyciągały piękne, wielkie, czerwone truskawki.

Jak to mama mówiła? „Pachnące słońcem, w najlepszym gatunku” – przypomniał sobie i natychmiast wsypał do miseczki dziesięć wyjątkowo dorodnych truskawek. Przez chwilę delektował się ich smakiem, a potem wspiął się na krzesło i sięgnął po kiść winogron oraz po soczystą, żółtą gruszkę. Z owocami w ręce chyłkiem opuścił kuchnię.

Nawet nie zauważył, że rodzice, cały czas go obserwując, uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.


Kto kupuje, czego mu nie trzeba, nie ma potem za co kupić chleba

Ten mój stary plecak jest już całkiem do niczego – pomyślał Kuba. – Całe szczęście, że dziś po powrocie ze szkoły kupię sobie nowy, najlepiej ciemnozielony, taki jaki ma Grzesiek – rozmarzył się.

Ale właśnie po drodze na zakupy Kuba miał poczuć na własnej skórze siłę reklamy. Początkowo wszystko szło po jego myśli. Mama w końcu się zgodziła, by na zakupy poszedł sam. Dała mu na drogę tysiąc dobrych rad i pieniądze. Nie bez oporów, ale w końcu mu zaufała, że dokona rozsądnego zakupu. Czuł się więc prawie jak dorosły. W wewnętrznej kieszeni kurtki, zapiętej szczelnie na zamek błyskawiczny, miał schowane pięćdziesiąt złotych, a w głowie dokładnie ułożony plan, jak dotrzeć do sklepu i który plecak wybrać. Aby dojść do pawilonu z plecakami, musiał po drodze przejść przez cały długi pasaż handlowy. A tam, jedna obok drugiej, zapraszały do sklepów bajecznie kolorowe wystawy.


Kubie mieniło się w oczach od reklam, promocji, obniżek i korzystnych ofert. W uszy sączyła się muzyka i jakiś ledwo słyszalny szept: kup, spróbuj, potrzebujesz tego, ten towar czeka właśnie na ciebie, musisz go mieć.

Miał wrażenie, że niewidzialne macki wciągają go do mijanych po drodze sklepów. Że jakaś dziwna siła, której on bezwiednie się poddaje, przenosi go w stronę regałów wypełnionych niezliczoną ilością towarów.

Miał zamiar wstąpić tylko na chwilę, wyłącznie żeby pooglądać, i nawet nie zauważył, jak to się stało, że wyszedł z torbą pełną zakupów, których w ogóle nie planował, a w wewnętrznej kieszeni kurtki zostało mu jedynie pięć złotych.

Gdy w końcu dotarł do sklepu z plecakami, mógł sobie kupić już tylko worek na kapcie – co też uczynił.

Po powrocie do domu Kuba rozłożył swoje zakupy na stole; było tego sporo. Chciał w ten sposób udobruchać jakoś mamę, pokazać jej, że kupił aż tyle rzeczy zamiast jednego, niewielkiego plecaka.

Mama, oglądając to wszystko, nie kryła zdziwienia.

– Po co ci taka duża paczka kolorowej kredy? Nie wiem, gdzie mógłbyś się nią bawić. A co zrobisz z tą ramką na zdjęcia ozdobioną gipsowymi żółwiami? I do tego trzy nowe gumki i temperówka! O ile wiem, w twoim piórniku aż roi się od gumek, a na biurku masz już trzy temperówki. A paletki do tenisa stołowego są takie same jak te, które dostałeś w zeszłym miesiącu od cioci Bogusi – mama pokiwała głową z dezaprobatą. – No i nigdy nie zgadnę, co ty zrobisz z tą różową stonogą.

– Stonogę dostawało się za darmo, jeśli się kupiło paczkę balonów – wyjaśnił Kuba, wskazując palcem na kartonowe pudełko z balonikami. – Te okulary do nurkowania – dodał – też wziąłem tylko dlatego, że dołączyli do nich taki fajny breloczek do kluczy w kształcie delfinka.

– Ale przecież ty ani nie nurkujesz, ani nie nosisz jeszcze własnych kluczy – stwierdziła mama słabym głosem.

– No tak, ale tego delfinka dawali za darmo, to szkoda było nie skorzystać.

– Myślę, że z tego wszystkiego najbardziej przyda ci się worek na kapcie. – Mama chciała znaleźć choć jeden jasny punkt tej sytuacji.

– Tak, na pewno – przyznał skwapliwie Kuba, a potem zapytał: – A kiedy pójdziemy po plecak?

– Na pewno nieprędko, bo pieniądze na ten cel właśnie wydałeś. Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak wyprać i doprowadzić do porządku twój stary plecak. Będziesz musiał się nim zadowolić, bo kto kupuje, czego mu nie trzeba, nie ma potem za co kupić chleba. A w twoim przypadku nie ma potem za co kupić plecaka – stwierdziła mama.

Z miny Kuby widać było, że nie oczekiwał takiego rozwoju wypadków. Oczyma duszy zobaczył piękny, wymarzony plecak, oddalający się od niego jak wypuszczony z rąk balonik.

– A wiesz – powiedziała mama, siadając obok Kuby – że tak jak ja wysłałam cię po plecak, tak też kiedyś pewna gospodyni wysłała swoją rozrzutną córkę po bochen chleba? Dziewczyna z pieniędzmi w dłoni pobiegła do piekarza. Po drodze jednak mijała wielki kolorowy targ. Tam z licznych straganów śmiały się do niej piękne korale i lekkie jak obłok kolorowe chustki. Dziewczyna, niewiele myśląc, kupiła jedną z nich, a za resztę wybrała sobie koraliki, pasujące do chustki. Już nie musiała iść do piekarza, bo i chleba nie miałaby za co kupić.


Gdy wróciła do domu bez chleba, mama nic nie powiedziała, tylko wysłała córkę na łąkę, by razem z innymi grabiła siano. Kiedy w południe, po paru godzinach pracy, dziewczyna wróciła do domu, usiadła przy stole i poprosiła o posiłek. Wtedy matka podała jej talerz, na którym leżała nowa chustka i koraliki. „Kto kupuje, czego mu nie trzeba, nie ma potem za co kupić chleba” – rzekła matka. A dziewczyna swoją chustkę (wiele podobnych miała już w szafie), chętnie zamieniłaby na świeżą pachnącą kromkę.

– Ja też chętnie zamieniłbym tę różową stonogę na plecak – westchnął Kuba. – Chyba nie każesz mi jej zjeść na obiad?

– Nie, tym razem jeszcze ci daruję – zaśmiała się mama – ale następnym razem, kto wie?


Mydlić komuś oczy

Czy wysyłanie pocztówki z życzeniami może być problemem? Okazuje się, że tak, w każdym razie dla Wojtka. Ledwo wrócił ze szkoły i miał zamiar czmychnąć do swojego pokoju, gdy zatrzymał go głos mamy:

– Wysłałeś kartkę z życzeniami do babci?

Wojtek długo zwlekał z odpowiedzią, a końcu bąknął niewyraźnie:

– Mniej więcej.

– Jak to mniej więcej? Wrzuciłeś ją do skrzynki, czy nie? – chciała wiedzieć mama.

– No niby tak, ale… – wahał się Wojtek.

– Ale co? Pamiętałeś o znaczku? – w głosie mamy słychać było zniecierpliwienie.

– Właściwie tak – odpowiedział Wojtek.

– Co to znaczy „właściwie”? Ty coś kręcisz. Proszę, powiedz mi dokładnie, co zrobiłeś z tą kartką – mama była nieustępliwa.

Wojtek niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Najchętniej zakończyłby już tę rozmowę i pobiegł na podwórko, ale nie było rady, musiał o wszystkim opowiedzieć:

– No więc – zaczął – wracaliśmy z Pawłem ze szkoły. Było bardzo gorąco i mieliśmy ochotę na lody. Paweł miał dwa złote, ale to wystarczyło tylko na jednego loda. Wtedy sobie przypomniałem, że mam w kieszeni pieniądze na znaczek. Nawet nie zdążyłem się zastanowić, a już trzymałem w ręce loda, a pani sprzedawczyni wrzucała do kasy moje dwa złote. Trochę się zmartwiłem, bo wiedziałem, że nie będziesz zachwycona, ale Paweł wpadł na dobry pomysł, że zamiast kupować znaczek, możemy go narysować. I narysowaliśmy, dużo ładniejszy niż te w kiosku. Na znaczku jesteśmy obaj z Pawłem i jemy lody. Nawet takie ząbki zrobiliśmy dookoła. Potem pocztówkę wrzuciliśmy do skrzynki, więc w sumie wszystko jest w porządku.

 

– W sumie nic nie jest w porządku – odezwała się mama – bo ta kartka nie dojdzie do babci. Znaczek musi być prawdziwy. A jeśli już wydałeś pieniądze w ten sposób, to należało przynieść kartkę do domu i wyjaśnić sprawę, a nie mydlić mi oczu.


Słysząc te słowa, Wojtek gwałtownie zaprotestował:

– Mamo, co ty mówisz, ja bym ci nigdy nie namydlił oczu, bo wiem, jak to piecze. Pamiętam, jak raz, gdy myłem głowę, mydliny weszły mi do oka. Oko szczypało mnie do wieczora i było zaczerwienione. Nie, na pewno nie mydliłbym ci oczu, mamo! – zapewniał Wojtek.

– Och, synku, nie bierz tego dosłownie, to tylko przysłowie. A powstało ono dawno temu, kiedy możni panowie z prowincji przyjeżdżali do stolicy w interesach. Przy okazji zachodzili do golarzy – bo tak dawniej nazywano fryzjerów – by zgolić brody i przystrzyc włosy. Zdarzyło się kiedyś, że dwóch oszustów otworzyło w centrum fryzjernię i gdy trafił im się bogaty, a nieobeznany z miastem klient, to najpierw gięli się w ukłonach i sadzali go na fotel, potem zabawiali uprzejmą rozmową i wiązali pod brodą białą serwetę. W końcu przy myciu głowy lub namydlaniu pianą brody tak mu oczy mydłem zalewali, że biedak był na jakiś czas całkiem oślepiony. Mydliny szczypały go niemiłosiernie, a ci oszuści wyciągali mu z kieszeni pieniądze, kradli płaszcz lub futro, jeśli takie miał, a bywało, że i łańcuszek z szyi lub sygnet z palca zdjąć im się udawało. I zanim ten nieszczęśnik się opamiętał, wypychali go za drzwi i ze łzawiącymi, pełnymi mydlin oczami prowadzili kilka przecznic dalej i tam go porzucali. Kiedy mógł już przejrzeć na oczy, było za późno. Ograbiony, nawet nie bardzo wiedział, jak i gdzie to się stało. A mydlenie oczu stało się przysłowiem, którym posługujemy się do dziś, gdy chcemy powiedzieć, że ktoś nas oszukał, wprowadził w błąd. Ty też próbowałeś zamydlić mi oczy, mówiąc, że wysłałeś kartkę, bo tak naprawdę nie zrobiłeś wszystkiego jak należy i kartka do babci nie dojdzie.


– Jak kupowałem sobie loda, nie miałem pojęcia, że to się skończy mydleniem ci oczu. Przepraszam, mamo! Obiecuję, że jutro wyślę babci nową kartkę z życzeniami i normalnym znaczkiem – zawołał Wojtek.

– No, mam nadzieję – powiedziała mama i zaraz dodała: – A teraz siadaj do obiadu, zaraz podam ci pierogi z jagodami.

– A ktoś tu mydlił mi wczoraj oczy, że na obiad będą kotlety – zaśmiał się Wojtek i popędził umyć ręce.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?