Twardy orzech do zgryzieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Twardy orzech do zgryzienia
Twardy orzech do zgryzienia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80  34,24 
Twardy orzech do zgryzienia
Audio
Twardy orzech do zgryzienia
Audiobook
Czyta Artur Barciś
17,90  13,25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Renata Piątkowska

Copyright © Wydawnictwo BIS 2017

ISBN 978-83-7551-562-6

Wydanie pierwsze w tej edycji

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01–446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektroncznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Gdzie jest Amelka?

Szczepionka

Czarodziej

Bajka

Remigiusz

Żółw

Bohater

Rodzynki

Złość

Łańcuch

– Ach, żeby już było jutro – westchnęła Amelka.

Jutro Amelka ma jechać do babci. A babcia, jak wiadomo, robi najlepsze na świecie pierogi z jagodami, pozwala wnuczce przymierzać swoje kapelusze i ma wielkiego kota Mruka. Mruk jest gruby i kudłaty. Amelka ma w planie wyszczotkować mu futerko i zawiązać kokardę na ogonie. Ale to wszystko dopiero jutro. A dzisiaj Amelka nudzi się i nie wie, co ze sobą począć… W końcu zakłada grube skarpety i sunie po podłodze jak po lodowisku. Okręca się na pięcie, podnosi wysoko nogę i udaje, że jest łyżwiarką.

– Amelko, zaraz nabijesz sobie guza. Lepiej pobaw się w ogrodzie – mówi mama, która w ogóle nie zna się na tańcach na lodzie.

Amelka obeszła cały ogród w pięć minut. Znalazła w trawie trzy biedronki, dwa ślimaki i jednego dziwnego robaczka z błyszczącym pancerzykiem. Potem zdmuchnęła kilka dmuchawców i sprawdziła, czy czereśnie nadają się już do zjedzenia. Ale małe jasnoczerwone kulki były jeszcze twarde i kwaśne.

– Niby w co ja mam się bawić w tym ogrodzie? – westchnęła Amelka.

Na takim placu zabaw, który jest tuż za płotem, Amelka od razu wiedziałaby, co robić. Tam jest zjeżdżalnia, piaskownica, mały drewniany domek i huśtawki. A wśród nich jedna z żółtą deseczką, zawieszona na dwóch grubych linach. To ulubiona huśtawka Amelki. Dziewczynka chciałaby na niej usiąść, odepchnąć się mocno nogami i poszybować wysoko, do samego nieba. A potem w dół, aż warkoczyki będą powiewały, a spódnicę wiatr zamieni w wielki balon. Teraz huśtawka była wolna i zachęcająco się kołysała. Amelka dobrze wiedziała, że nie wolno jej samej wychodzić z ogrodu, ale przecież plac zabaw jest tuż obok. To zaledwie kilka kroków.

„Co to komu szkodzi, że się trochę pohuśtam?” – pomyślała Amelka i po chwili, najciszej jak umiała, zamknęła za sobą ogrodową furtkę. Biegła przez park, nie oglądając się za siebie. Dopadła huśtawki, zanim ktokolwiek zdążył ją ubiec. Huśtała się wysoko jak nigdy dotąd i nie miała zamiaru przestać, choć inne dzieci wyraźnie się niecierpliwiły. W końcu, gdy od ciągłego odpychania się rozbolały ją nogi, a wiatr o mało co nie pourywał jej warkoczyków, Amelka zwolniła huśtawkę.


No i może wróciłaby wtedy do domu, gdyby nie ten piesek. Mały biały pudelek w najprawdziwszym płaszczyku w kratkę! Amelka chciała przyjrzeć mu się dokładnie. Czy ten płaszczyk ma kieszonki? A guziki są na pleckach czy na brzuszku? I czy to coś koło szyi to kołnierzyk, czy szaliczek? Amelka zamierzała tak samo wystroić jutro kota Mruka, więc oglądała płaszczyk ze wszystkich stron. Piesek szedł na smyczy za swoją panią, a Amelka – za nim. I tak nie wiadomo kiedy znaleźli się na rynku. Tam pudelek zginął jej gdzieś w tłumie przechodniów. Rozglądając się za nim, Amelka zauważyła śliczną fontannę. Z pyszczka kamiennej ryby tryskał w górę strumień wody. Dziewczynka po prostu musiała tam podejść, zamoczyć rączki i poklepać rybę po ogonie. Na dnie fontanny leżało kilka pieniążków, ale Amelce nie udało się ich dosięgnąć. Szkoda, bo tuż obok był wielki sklep, a w nim stoisko z zabawkami. Amelka pobiegła tam i bez trudu odnalazła półki z lalkami. Krążyła wśród nich chyba z godzinę. Wygładzała lalkom sukienki i rozciągała im loczki, a potem puszczała je, sprawdzając, czy znowu się skręcą. Po lalkach przyszła kolej na pluszaki. Wygłaskała wszystkie, nawet mięciutkie czarne pająki i kolorowe ośmiornice. W końcu rozbolały ją nóżki i zmęczona rozejrzała się za mamą. Mamy nigdzie nie było i wtedy Amelka przypomniała sobie, że przyszła tu zupełnie sama i nie wie, jak wrócić do domu. Ruszyła biegiem przez sklep, szukając drzwi wyjściowych. Zobaczyła ruchome schody, których trochę się bała, i wieszaki pełne ubrań. Wokół kręciło się dużo ludzi. Robili zakupy i nie zwracali na nią uwagi. Ale jeden pan w ubraniu, które trochę przypominało mundur, dziwnie się Amelce przyglądał.


– Ojej! – Amelka przestraszyła się jego groźnej miny.

Klucząc między półkami, sprawdzała co chwila, czy nie próbuje jej złapać. W końcu trafiła do przymierzalni. Był to maleńki pokoik z wielkim lustrem. Zamiast drzwi wisiała tam długa do samej ziemi zasłona. Amelka ukryła się za nią i usiadła na podłodze wyłożonej mięciutkim dywanem. Była zmęczona i przestraszona.

– Co teraz będzie? – szepnęła i się rozpłakała. Przypomniała sobie, jak raz mama pocałowała ją w sam środek dłoni, którą potem zamknęła w piąstkę, i powiedziała, że jeśli kiedyś będzie jej smutno, to ma przytulić tę ucałowaną dłoń do policzka i pomyśleć sobie, że mama bardzo ją kocha. Amelka tak właśnie zrobiła i spłakana, z rączką przyciśniętą do buzi, zasnęła.

Tymczasem w domu Amelki słychać było nawoływania:

– Amelko, gdzie jesteś?

– Córeczko, chodź do mnie!

Mama, coraz bardziej zaniepokojona, szukała Amelki, zaglądając w każdy kąt. W tym czasie tata biegał po całym ogrodzie i po raz dziesiąty przeszukiwał garaż. Potem razem z mamą sprawdzili, czy Amelki nie ma na placu zabaw. A gdy to nic nie dało, wspólnie z sąsiadami przeczesali cały pobliski park, pytając każdego, czy nie widział małej dziewczynki z warkoczykami, w niebieskiej spódnicy. Babcia na wieść, że Amelka zaginęła, powiedziała, że to się nie mieści w głowie, i musiała zażyć jakieś gorzkie kropelki na uspokojenie. Tata był już gotów dzwonić na policję i nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pani Basia. To właśnie ona, chcąc przymierzyć śliczną czerwoną sukienkę, weszła do przymierzalni i znalazła śpiącą dziewczynkę. Pani Basia dobrze znała Amelkę, bo od dawna pracowała z jej mamą. Wystarczył jeden telefon i po chwili do przymierzalni wpadła bardzo zdenerwowana mama, a za nią jeszcze bardziej zdenerwowany tata. Za nimi pojawiły się zaciekawione panie kasjerki i pan w czarnym mundurze, który okazał się ochroniarzem. I to on powiedział:


– Na drugi raz, jak się zgubisz, malutka, to właśnie mnie lub te panie powinnaś poprosić o pomoc.

– Nie będzie żadnego drugiego razu – szepnęła Amelka i spojrzała na mamę, która była dziwnie blada i jakby chudsza niż wczoraj. Tata dla odmiany był czerwony i miał potargane włosy. Wyglądał, jakby ktoś poprzylepiał mu do głowy rozczochrane, dzikie koty. Na ten widok Amelce zadrżała broda.

– Nawet jeśli za płotem będą spacerowały pudle w strojach kąpielowych albo jamniki przebrane za baletnice, to i tak nigdzie za nimi nie pójdę – obiecała i zrobiła to, co dzieciom wychodzi najlepiej, czyli dała tacie całuska i przytuliła się mocno do mamy.


Jest takie słowo, które każdemu może popsuć dobry humor. I to wcale nie jest „szpinak” czy „brukselka”, tylko „szczepionka”. Brzmi okropnie, a podobno boli jeszcze bardziej. Kuba miał się dzisiaj o tym przekonać na własnej skórze.

 

– Kubusiu, to jest jak ukłucie komara. Naprawdę nie ma się czego bać. Ja mogłabym się szczepić codziennie – zapewniała mama, ale koledzy mówili coś zupełnie innego.

– Nie masz pojęcia, jaki to jest okropny zastrzyk! – Bartek na samo wspomnienie złapał się za głowę. – Igła jest wielka i gruba jak… jak… – Szukał przez chwilę dobrego określenia, a potem wypalił: – …jak banan! I wiesz, czemu to się nazywa szczepionka? – Bartek zrobił bardzo ważną minę. – Bo strasznie szczypie. A na koniec dziurę w ręce zaklejają plastrem. Zobacz, tu mam taki ślad – powiedział, podwijając rękawek koszuli.

– Gdzie, gdzie ta dziura? – spytał Kuba, bo na ramieniu kolegi widać było tylko brązowe piegi.

– No tu. – Bartek długo i dokładnie oglądał rękę i wreszcie wskazał palcem malutką kropeczkę.


– To jest ślad po tej wielkiej igle? – spytał Kuba z niedowierzaniem.

– No pewnie! – Bartek ze złością opuścił rękawek. – A ty się w ogóle nie znasz na szczepionkach – rzucił jeszcze, okręcił się na pięcie i odszedł obrażony.

W tej sytuacji Kuba najchętniej w ogóle by się nie szczepił, ale mama nie chciała o tym słyszeć. Cały czas się upierała, że wszystko będzie dobrze, że pani pielęgniarka jest bardzo miła i podobno nawet rozdaje dzieciom zabawki. Słuchając mamy, można by pomyśleć, że to szczepienie jest równie przyjemne jak całus na dobranoc.

W przychodni okazało się, że pani pielęgniarka nosi biały fartuch i jest wielka jak góra.


„Musi mieć dużo siły, żeby robić te okropne zastrzyki” – domyślił się Kuba. Nie mógł tylko pojąć, po co przypięła sobie na czole białą kartkę z czarnym paskiem. W sumie wyglądała dziwnie. Na samą myśl, że zaraz grubą jak banan igłą zrobi mu dziurę w ręce i wleje tam szczypiący płyn, Kubie zadrżała broda. Schował się za mamę i przytulił do jej płaszcza, wycierając w niego załzawione oczy i nos, z którego coś kapnęło.

Pani pielęgniarka chyba to zauważyła, bo się uśmiechnęła, a Kuba pomyślał, że tak samo musiał się uśmiechać wilk do Czerwonego Kapturka. Potem pani pielęgniarka poprosiła mamę o książeczkę szczepień. No i okazało się, że to jest ten fajny notesik, który Kuba znalazł kiedyś w szufladzie i pięknie ozdobił rysunkami. Na pierwszej stronie narysował niebieskiego słonia i małpę na deskorolce. Na ich widok wielka pielęgniarka uniosła brwi tak wysoko, że aż się schowały pod grzywką. Nic nie powiedziała, ale westchnęła i pokręciła głową, aż jej ta dziwna kartka zafalowała. Rysunek wyraźnie się jej nie spodobał. Dziwne, bo trudno o piękniejszego słonia. Dobrze, że nie zajrzała na ostatnią stronę, bo tam był rekin, jak żywy, z całą masą zębów. Pani pielęgniarka pewnie nie potrafi rysować, bo postawiła tylko jakieś haczyki i zamknęła notesik. Zaraz potem wstała i kazała Kubie odsłonić ramię. Oczywiście powiedziała, że szczepienie nic nie boli, a mama pogłaskała go po głowie i podwinęła rękawek. Kuba wiedział, że nadchodzi najgorsza chwila. Zacisnął powieki i wyobraził sobie, że jest wielkim, sławnym rycerzem. Siedzi na wiernym koniu – tym razem były to kolana mamy – i szykuje się do walki ze straszliwym smokiem z dziwną kartką na głowie. Nagle chłopiec poczuł na ręce mokre dotknięcie. Czyżby to smok polizał go po ramieniu? Zerknął kątem oka. Nie, to tylko pielęgniarka przetarła mu rękę wilgotną watką. Zaraz potem poczuł lekkie ukłucie. Czekał, co będzie dalej. Był pewien, że teraz smok odgryzie mu rękę i trzymając ją w pysku, pobiegnie do poczekalni. Zamiast tego pielęgniarka przykleiła mu mały plasterek ze ślicznym żółwikiem i postawiła na biurku pudełko z plastikowymi autkami.

– Wybierz sobie jedno, Kubusiu, w nagrodę, że byłeś taki dzielny – powiedziała.


Kuba zsiadł z konia, to znaczy zszedł z kolan mamy, i zerknął na plasterek. Mógłby przysiąc, że żółwik się do niego uśmiechnął. Potem spośród wszystkich autek wybrał sobie, rzecz jasna, małą śmieciarkę i z bardzo ważną miną, jak przystało na osobę zaszczepioną, pożegnał się ze smoczycą, to znaczy z pielęgniarką.

W domu czekały na Kubę jego ulubione jabłka w cieście, które babcia usmażyła dla swojego, jak to powiedziała „dzielnego wnusia”. A potem do wieczora wszyscy go chwalili, mówili, że teraz nie zachoruje już na żadne okropne choroby, i oglądali plasterek z żółwikiem. Wtedy Kuba przypomniał sobie, że w tym pudełku z autkami była jeszcze bardzo fajna ciężarówka, czerwony wóz strażacki i żółta wyścigówka. A ta igła wcale nie wyglądała jak banan, tylko jak noga komara. Bartek, jak zwykle, strasznie nazmyślał, bo to szczepienie ani trochę nie szczypało i pani z kartką na głowie też nie była taka zła. Może nie znała się na rysunkach, ale nie naskarżyła mamie, że trochę pomalował sobie w tym notesiku. A gdy dodać do tego jabłka w cieście i pochwały, to właściwie Kuba był gotów jeszcze parę razy dać się zaszczepić. Jednak po namyśle stwierdził, że chyba lepiej na zastrzyki posłać mamę. Mówiła przecież, że mogłaby szczepić się codziennie. Skoro tak, to Kuba postanowił, że będzie przez cały tydzień przyprowadzał mamę do przychodni i po każdym zastrzyku wybierze sobie jedno autko.


– Ciekawe, czy jutro dałoby się zaszczepić mamę trzy razy? Byłaby na pewno bardzo szczęśliwa, a ja miałbym za jednym zamachem ciężarówkę, wóz strażacki i wyścigówkę – rozmarzył się Kuba i na samą myśl, jak będzie pięknie, uśmiechnął się od ucha do ucha.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?