To się nie mieści w głowieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
To się nie mieści w głowie
To się nie mieści w głowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80 34,24
To się nie mieści w głowie
To się nie mieści w głowie
To się nie mieści w głowie
Audiobook
Czyta Ewa Abart
24,90 21,17
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Polecają:


Koza Melania

Jak już będę duża, to zaproszę do Krakowa kozę Melanię. Melania mieszka u cioci na wsi i jest najpiękniejszą kózką na świecie. Na początku trochę się jej bałam, ale tylko na początku i tylko trochę. Zaraz potem pogłaskałam ją po głowie i poklepałam po pleckach. Melanii chyba się to spodobało, bo pierwsza się do mnie odezwała. Powiedziała: „Meee”, co po koziemu miało znaczyć: „Dzień dobry”. Od tego czasu bardzo lubię z Melanią rozmawiać, bo ona mnie słucha, nie przerywa i nie uśmiecha się złośliwie pod nosem. Ale najfajniejsze w Melanii jest to, że ma brodę i dojki. Brodę ma nawet dłuższą niż dziadek i ciągle nią rusza, jakby coś żuła, a za dojki ciocia ciągnie ją co wieczór i wtedy wylatuje z nich mleko.


– Dobra koza, dobra – pochwaliłam ją wczoraj, a Melania nie dość, że znowu pokręciła brodą, to jeszcze zaczęła ruszać owłosionymi uszami, chyba żeby mnie lepiej słyszeć. No to pogłaskałam jej brązowe futerko i opowiedziałam, co robiłam w sobotę po południu.

– Wiesz, kózko, karmiłam na rynku gołębie. Pokruszyłam im dwie bułki, a one zjadły, usiadły mi na głowie i gruchały. A tobie ptaki siedziały kiedyś na głowie i jadły bułki?

Melania pomyślała chwilę, powiedziała: „Meee” i polizała mnie w kolano. Wtedy już wiedziałam, że na urodziny chcę dostać kozę. A kiedy po obiedzie mama stwierdziła, że pora wracać do domu, ucałowałam Melanię i na pożegnanie zaplotłam jej na brodzie warkoczyk. Co prawda niezbyt długi i chudziutki, ale za to z wielką kokardą na końcu. Melania znowu powiedziała: „Meee” i było jasne, że jest zachwycona i że będzie za mną tęsknić. Wtedy zdjęłam z palca mój ulubiony pierścionek z czerwonym oczkiem i założyłam jej na dojkę. Z pierścionkiem i warkoczykiem wyglądała przepięknie.

– Co robiłaś u cioci, Tosiu? – spytał tata, gdy wróciłam do domu.

– Bawiłam się z Melanią. Czy ona może przyjechać do nas na wakacje? Mogłaby spać w moim pokoju. Pokazałabym jej rynek, gołębie i w ogóle całe miasto.

– Tak, a potem poszłybyście na lody i na plac zabaw – śmiał się tata.

A ja pomyślałam, że na placu zabaw wszyscy zazdrościliby mi Melanii i chcieliby ją pogłaskać. Kto wie, może nawet koza zakręciłaby się na karuzeli?

Byłoby super, tylko tego nie da się wytłumaczyć dorosłym.


Domek dla lalek

Zawsze, nawet jak już będę duża, będę bawić się moim domkiem dla lalek. Bo ja bardzo lubię przestawiać w nim mebelki, ścielić malutkie łóżeczka, a na stoliczku układać maciupeńkie dzbanuszki, talerzyki i filiżanki. W tym domku mieszka moja najładniejsza lalka Oliwka, jej mąż i dzieci. Właśnie usadziłam ich wszystkich na kanapie i na niby nalałam herbatę do różowych filiżaneczek, gdy przyszedł Filip. Ten sam, który chodzi ze mną do przedszkola i mieszka za płotem.


– Mamy się teraz bawić razem, bo nasze mamy chcą sobie porozmawiać – powiedział i postawił na podłodze pudełko ze ślimakami. Filip nigdzie się bez nich nie ruszał. Wszystkie te ślimaki wyglądały tak samo, ale Filip jakimś cudem je rozróżniał.

– Fajne, nie? – Filip wpatrywał się w pełzające, brązowe wałki. – Jak chcesz, to ci jednego wyjmę. Może Maksia, to ten gruby – wskazał ślimaka, który wystawił rogi i opychał się sałatą.


– Fuj, te twoje ślimaki są mokre i jakieś takie lepkie. Lepiej niech siedzą w tym pudełku, a my pobawimy się moim domkiem – mówiąc to, przełożyłam lalki z kanapy do łóżeczek. – No, teraz jest na niby noc i wszyscy śpią – wyjaśniłam i zasunęłam w okienkach zasłonki. – Za chwilę zrobi się dzień i wtedy je obudzimy i przeniesiemy do kuchni na śniadanie. Ja naleję kawy do tych filiżaneczek, a ty na niby nakarmisz dzidziusia.

– Ale nudy – jęknął Filip. – Nie masz jakiejś kopary albo ciężarówki? – spytał.

– Mam tylko autko do wożenia koników pony – przypomniałam sobie, ściągając lalkom piżamki, bo właśnie zrobił się dzień.

– Może być, daj mi go – marudził Filip, który nie chciał ani czesać lalek, ani trzepać malutkich dywaników. Kiedy powtórzył to po raz dziesiąty, poszłam poszukać mu tego autka. Nie było mnie dosłownie chwilę, ale to wystarczyło. Gdy wróciłam, w moim ślicznym domku, na wszystkich kanapach, łóżkach, a nawet w wannie – zamiast lalek leżały ślimaki. Najgrubszy z nich, pewnie Maksio, wlazł na sufit i ruszał rogami.

– Chodź, Tosiu, poukładamy je teraz dookoła stołu i damy każdemu na talerzyku kawałek sałaty. Będzie super. Zjedzą sobie śniadanie naprawdę, a nie na niby jak te głupie lalki. – Filip bawił się w najlepsze.


Potem było tak – ja krzyczałam i tupałam, Filip zbierał ślimaki do pudełka, jego mama złapała się za głowę, a moja mówiła, żebym się uspokoiła, bo nic takiego się nie stało.

Jak to nic się nie stało, skoro moje mebelki do dziś są dziwnie lepkie, a w całym tym zamieszaniu zginęła jedna śliczna, różowa filiżaneczka?

Pewnie ukradł ją Maksiu, ale tego nie da się wytłumaczyć dorosłym.

Rybki


Jak już będę duża, to znajdę sobie jakieś zwierzątko i codziennie, choćby padał największy deszcz, będę z nim chodzić na spacer. Strasznie fajnie jest tak ciągnąć za sobą coś na smyczy, ale ja nie mam ani psa, ani nawet kota. Kozy też jeszcze nie mam. Dlatego zazdroszczę Monice, bo Monika ma jamnika i jak jej przyjdzie ochota, to zakłada mu obrożę, robi strasznie ważną minę i idzie z jamnikiem na spacer. Ja najczęściej chodzę na spacery z dziadkiem, ale to nie to samo.

No więc pomyślałam o rybach, bo my mamy w domu akwarium, a w nim śliczne, kolorowe rybki. Czasem, jak mama stoi tuż obok, mogę im wrzucić do wody takie brązowe jedzonko. A jak mama stoi gdzieś bardzo daleko, wrzucam im kawałki herbatnika albo landrynkę. Trochę mi żal tych rybek, że muszą ciągle siedzieć w akwarium. Właściwie nie siedzieć, bo nigdy nie widziałam siedzącej ryby, tylko pływać w kółko i oglądać przez szybę cały czas ten sam pokój.

– Te biedulki nie mają pojęcia, że w mieście są takie fajne sklepy z zabawkami, park z huśtawkami i gołębie na rynku – westchnęłam. – Nie martwcie się, już ja coś wymyślę – obiecałam rybkom.

No i znalazłam sposób, żeby się nie nudziły. Przyniosłam z kuchni słoik po dżemie i sitko. Wyłowiłam dwie rybki, bo reszta się pochowała, wsadziłam je do słoika, wlałam wodę, zakręciłam i gotowe. Rybki wierciły się niespokojnie i wyraźnie nie mogły doczekać się spaceru. Na początek zabrałam je do ogrodu. Pokazałam kwiatki, ślimaka i porzeczki. Ryby wytrzeszczały oczy i ruszały pyszczkami, czyli ciumkały. Właśnie oglądały kosmatą muchę i wielkiego dmuchawca, gdy pojawiła się babcia.


– A co ty, Tosiu, masz w tym słoiczku? – spytała.

– Rybki, ale tylko dwie, bo to mały słoik. Jak wlejesz, babciu, wodę do tego dużego słoja po ogórkach, to wpuścimy tam resztę rybek i zabierzemy je na spacer – powiedziałam.

– Chcesz spacerować po mieście z rybami w słoikach? – zdziwiła się babcia.

– Tak, najlepiej chodźmy do zoo. Myślisz, babciu, że rybki widziały już kiedyś kangura? – spytałam.

– Myślę, że rybki muszą wrócić do akwarium. Nie można ich stamtąd wyjmować. One tego nie lubią i wcale nie chcą oglądać kangurów. – Babcia ze słoikiem w ręce zawróciła do domu.

Ciekawe, skąd ona wie, że ryby nie lubią spacerować? Przecież były takie zadowolone, że aż ciumkały i machały ogonami. Na pewno im się podobało.

No, ale tego nie da się wytłumaczyć dorosłym.

Widoczki


Jak już urosnę, to nigdy nie będę się nudzić. Ale teraz jestem jeszcze mała i czasem nie wiem, co ze sobą zrobić. Tak jak w sobotę, gdy przez pół godziny siedziałam na kanapie, machałam nogami, ziewałam i, z braku lepszych pomysłów, oglądałam swoje poplamione flamastrem palce, piegi, zadrapania i resztki plasteliny pod paznokciami.

– Nic mi się nie chce – westchnęłam i odechciało mi się nawet machać nogami.

Z tego wszystkiego zjadłam ostatnią landrynkę, podłubałam troszkę w nosie i znowu ziewnęłam. Na szczęście wtedy przyszła Zuzia. Zuzia mieszka tuż obok i jest moją najlepszą koleżanką.

– Coś ci powiem w tajemnicy – zaczęła i po nudzie nie było już ani śladu. – Zrobiłam sobie widoczek w ogrodzie pod krzakiem – wyjaśniła Zuzia szeptem.

 

– Co zrobiłaś? – nie zrozumiałam.

– No, widoczek. Mówię ci, piękny. Jak chcesz, to ci pokażę! – Zuzia już biegła do drzwi, a ja za nią.

Po drodze wyjaśniła mi, jak się robi widoczki. Najpierw trzeba wykopać w ziemi nieduży dołek, a potem ułożyć w nim różne skarby. Mogą to być muszelki, koraliki, kamyczki, jakiś pieniążek, albo co tam kto ma. Na koniec to wszystko trzeba przykryć szybką, jak pokrywką, i widoczek gotowy. Zuzia, oprócz zasuszonej stokrotki, kamyczków i koralików, miała w swoim dołku śliczny, błyszczący kluczyk do skrzynki na listy i pierścionek mamy z zielonym oczkiem. Klęcząc na ziemi, mogłam sobie to wszystko dokładnie obejrzeć przez szybkę. Zuzia stała obok dumna jak paw.

– Fajny, prawda? – spytała i zaraz dodała: – Też możesz sobie taki zrobić.

– Ale ja nie mam ani takiej szybki, ani pierścionka, bo ten z czerwonym oczkiem dałam kozie – powiedziałam.

– U nas w piwnicy pełno jest takich szybek, mogę ci jedną przynieść – zaofiarowała się Zuzia.

I tak po chwili miałam własny widoczek. W małym dołku wyłożonym sreberkiem z czekolady leżały trzy guziki, broszka babci, szklana kulka i mój mleczny ząb. Od Zuzi odmałpowałam kluczyk do skrzynki na listy. Cała rodzina szuka go do tej pory, ale on tak ślicznie wygląda pod szkiełkiem, że za nic go nie wyjmę.

I tak sobie myślę, że o widoczkach lepiej nic nie mówić dorosłym.


Wystawa


Jak już będę duża, to przed każdą wystawą w mieś-cie postoję sobie godzinkę. Bo przy oglądaniu wystaw nie można się spieszyć. Najlepiej przycisnąć nos do szyby i obejrzeć dokładnie wszystkie te fajne rzeczy, które chciałoby się mieć. Ja najbardziej lubię oglądać lalki i ich domki z malutkimi mebelkami, kolorowe koniki i mięciutkie pluszaki. W szybie można czasami zobaczyć swoje odbicie i to jest dobra okazja, żeby poćwiczyć różne śmieszne miny. Można też przykleić do szyby mokry listek albo papierek po cukierku. A czasem, jak na wystawie jest jakiś śliczny miś i pomachamy do niego albo poślemy całuska, to on też nam pokiwa łapką. Ale to mogą zobaczyć tylko dzieci, bo dorośli, choć stoją tuż obok, nigdy tego nie widzą. Tak jak wtedy, gdy po drodze do przedszkola przystanęłam na chwilkę przed sklepem z zabawkami. Ledwie zdążyłam zerknąć na wystawę, a babcia już zaczęła narzekać i ciągnąć mnie za rękę.


– Tosiu, no chodź już! Nie mamy czasu, żeby tak tu stać.

– Ale, babciu, zobacz tę foczkę. Jest słodka, taka śliczna i puszysta. Nazwę ją Puchatka – postanowiłam z nosem przyklejonym do szyby i pomachałam do pluszaka.

– Przecież w domu masz tyle różnych zabawek. – Babcia marszczyła brwi i przestępowała z nogi na nogę.

– Ale nie mam żadnej foczki! Z taką foczką nie będę się bała spać, nawet w najciemniejszym pokoju. Będę chodziła z Puchatką na spacery i dam ci ją, babciu, czasem potrzymać – obiecałam.

– Tosiu, pospiesz się, bo znowu spóźnisz się do przedszkola – nalegała babcia, spoglądając co chwila na zegarek.

– Ale ona się do mnie uśmiechnęła i mrugnęła jednym oczkiem! – zawołałam i z radości okręciłam się na pięcie.

– Tosiu, pluszowe foczki nie mrugają oczkami – powiedziała babcia, ale jakoś tak bez przekonania.

No to wspięłam się na paluszki, dałam jej sto całusków i po chwili wyszłyśmy ze sklepu z Puchatką w pięknej papierowej torbie. Do przedszkola oczywiście się spóźniłam, a w domu mama na widok foczki westchnęła i pokręciła głową. No i teraz, gdy przechodzimy koło tego sklepu, przyspiesza i ciągnie mnie za rękę. A przecież ja muszę tam chwilę postać, bo z tej wystawy mrugają do mnie różne słoniki, misie i tygryski.

Tylko jak to wytłumaczyć mamie?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?