Opowiadania dla przedszkolaków

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jak ja lubię bawić się moimi rycerzami. Zwłaszcza w dużym pokoju na podłodze. Tam jest tyle miejsca, że mogę rozpętać prawdziwą wojnę. Mój ulubiony rycerz ma złotą zbroję, niebieską tarczę i niebieskie siodło. Siedzi na wspaniałym czarnym koniu.

Wyglądałby dużo lepiej, gdyby miał zarzucony na ramiona płaszcz – pomyślałem.

Widziałem na obrazku w książce rycerzy pędzących na koniach. Ich zbroje lśniły w słońcu, a za nimi powiewały kolorowe płaszcze.

Gdyby mój rycerz miał taki długi, najlepiej niebieski płaszcz, wyglądałby jak oni – rozmarzyłem się.

I w tej chwili zauważyłem, że tuż obok mnie wiszą długie do samej ziemi ciemnoniebieskie zasłony z grubego, mięciutkiego materiału.


Świetnie nadawałyby się na taki płaszcz – pomyślałem, gładząc w rękach delikatny materiał.

Potrzebuję przecież tylko małego kawałeczka. Gdybym tu odciął, nic by się nie stało. Te zasłony i bez tego kawałka zasłonią okno. No co to komu szkodzi? – zastanawiałem się.

Nożyczki jakoś tak same wpadły mi w ręce, chociaż zazwyczaj, gdy chcę coś wyciąć, muszę ich długo szukać. I już po chwili miałem w palcach zgrabny kawałek zasłony w sam raz na rycerski płaszcz. Potem zrobiłem dziurki na głowę i ręce. W tym długim do samej ziemi płaszczu mój rycerz wyglądał jak król.


Bawiłem się w najlepsze do wieczora. A gdy się ściemniło, babcia zapaliła światło i zasunęła zasłony. Wtedy wszyscy zobaczyli sporą dziurę wyciętą tuż przy ziemi. Niczego nie musiałem wyjaśniać, bo mama i babcia od razu zauważyły mojego rycerza w płaszczu. Mama spojrzała na mnie z wyrzutem i spytała:

– Dlaczego nie poprosiłeś o jakiś kawałek materiału do zabawy?

– Bo ten nadawał się najlepiej. Mamo, on jest w takim samym kolorze jak tarcza i siodło. Nie znalazłbym lepszego – starałem się wyjaśnić.

Widziałem, że mama jest zagniewana. Babcia też była przeciwko mnie.


– Co ty najlepszego zrobiłeś?! Takiego materiału nie da się już dokupić! A ta dziura wygląda okropnie! – Rzadko mówiła do mnie takim ostrym tonem.

Mama zdjęła płaszcz rycerza i przyłożyła go w miejsce dziury.

– Myślałam, że może dałoby się ten kawałek jakoś przyszyć, ale nie wygląda to najlepiej – powiedziała.

Wtedy do pokoju wszedł nasz kot Mruk. Podszedł do okna i usiadł obok dziury tak, że na chwilę ją zasłonił, za co byłem mu wdzięczny.

– Byłoby najlepiej, gdyby ten kot zawsze tam siedział. Wtedy zasłoniłby sobą tę dziurę – stwierdził tata, który właśnie wrócił z pracy. Babcia już w przedpokoju opowiedziała mu o zniszczonej zasłonie.

– Raczej by ją zakocił, a nie zasłonił. To jest przecież kot, a nie słoń. Zawsze jak ktoś mówi „zasłonić”, to od razu wyobrażam sobie słonia – za wszelką cenę chciałem zmienić temat.


– Tomek, nabroiłeś i jeszcze sobie żarty stroisz? – zezłościła się mama.

Wtedy wpadłem na genialny pomysł. Zerwałem się z podłogi i pobiegłem do mojego pokoju. Po chwili przyniosłem dziesięć pięknych złotych gwiazd. Były zrobione z błyszczącego, samoprzylepnego papieru.

– Pani w przedszkolu dała nam takie gwiazdki. Mamy sobie nimi ozdobić pokój, bo zbliżają się święta. Można by je przylepić na zasłonie. A jedną z nich zasłonić tę dziurę, a właściwie zagwieździć – powiedziałem.

I już za chwilę, dzięki pomocy taty, dziesięć pięknych gwiazd zdobiło ciemnoniebieską zasłonę. Wyglądało to tak, jakby kawałek rozgwieżdżonego nieba znalazł się nagle w naszym pokoju.

– Pięknie wyszło, prawda? – spytałem. – Mamo, babciu, przepraszam. Nie gniewajcie się już. Ja nie chciałem zniszczyć zasłony, tylko chciałem mieć płaszcz dla rycerza. Już nigdy tak nie zrobię – obiecałem.

Potem pobiegłem do łazienki, żeby jak najszybciej się umyć i przygotować do snu. Wyjątkowo tego wieczoru nie kusiło mnie wcale, żeby posiedzieć dłużej z rodzicami w dużym pokoju. Kiedy już leżałem w łóżku, zastanawiałem się, czy po tym, co się stało, mama przyjdzie jak zawsze ucałować mnie na dobranoc. Przyszła. Przeczytała mi jak co wieczór bajkę, a potem przytuliła mnie i nawet uśmiechnęła się do mojego rycerza w niebieskim płaszczu, którego cały czas trzymałem w dłoni. O zniszczonej zasłonie nie wspomniała już ani słowem.

– Mama jest kochana – szepnąłem do rycerza.

Dobrze, że nie zrobiłem płaszczy dla wszystkich moich rycerzy, a mam ich jeszcze ze czterdziestu. Mama i babcia chybaby mi nie darowały, ale rycerze wyglądaliby pięknie – pomyślałem, zasypiając.


Jak ja lubię myszy, a najbardziej szare, malutkie, z czarnym noskiem i długim ogonem. A najpiękniejszą myszą na świecie jest Balbina. Ona należy do Filipa, naszego kolegi z przedszkola. Nie wiedzieliśmy, że Filip ma mysz, aż do chwili, gdy nasza pani poprosiła:

– Dzieci, przynieście jutro do przedszkola wasze ulubione zabawki. Niech każde dziecko przyniesie jedną, tę najukochańszą.

Ja zabrałem koparkę. Inni chłopcy przynosili fajne auta, samoloty i roboty. Ale najbardziej zadziwił wszystkich Filip, który przyniósł szarą myszkę. Powiedział nam na wstępie:

– Ona nazywa się Balbina. Możecie ją pogłaskać, tylko bardzo delikatnie, najlepiej palcem wskazującym.


Oczywiście wszyscy chcieli pogłaskać Balbinę. Nasza pani nie była jednak zachwycona.

– Prosiłam, Filipku, żebyście przynieśli ulubione zabawki, a nie zwierzątka – powiedziała.

– Ale Balbina jest moim ulubionym zwierzątkiem, lepszym od wszystkich zabawek – wyjaśnił Filip.

– No, już dobrze. A teraz umyjcie rączki i siadajcie do śniadania – poprosiła pani.

W czasie gdy my jedliśmy, Balbina siedziała w swoim domku, czyli małej klatce. Miała tam dwie miseczki: jedną na wodę, a drugą na jedzenie. Po śniadaniu, na które była bułka z żółtym serem i kakao, ta miseczka na jedzenie była pełna sera. Każdy z nas chciał dać Balbinie od siebie choć kawałeczek. Najedzona Balbina leżała w klatce i wszyscy czekali, aż zaśnie, żeby się przekonać, czy będzie spała na boku, czy na plecach. I chyba wszyscy myśleli o jednym: że byłoby super mieć taką mysz.

– Chciałbym mieć taką, ale taką samą jak Balbina – powiedział Jaś.

– Ja też – powiedziała Basia.

– I ja! I ja! – rozległy się głosy.

– Najlepiej by było, gdyby Balbina urodziła dużo małych myszek. Każdemu po jednej, czyli dwadzieścia, bo tyle jest dzieci w naszej grupie. I wtedy wszystkie myszki byłyby podobne do Balbiny, bo byłyby jej dziećmi – wymyśliła Marta.


– I każdy mógłby mieć swoją Balbinkę – zachwyciła się Ula.

– Ale Balbina musiałaby mieć męża. Zawsze najpierw są rodzice, a potem dzieci – wtrącił Witek.

– Ładnie by pasowało, gdyby jej mąż miał na imię Balbin – powiedział Jurek.

– Proszę pani, czy mąż Balbiny może mieć na imię Balbin? – spytała Ula.

– Nie, ponieważ nie ma takiego imienia – wyjaśniła pani.

– No to może być Albin – zaproponował Paweł. – Takie imię na pewno istnieje, bo tak nazywa się mój dziadek.

– Tak, takie imię istnieje – zgodziła się pani. – Ale o czym wy w ogóle mówicie? – zaniepokoiła się. – Jaki mąż dla Balbiny? Ja nie mogę się zgodzić na następną mysz. Przedszkole to nie zoo. Poobserwujcie sobie tę myszkę, jeśli tak bardzo chcecie, ale o Albinie nie może być mowy – stwierdziła stanowczo pani.

– No to skoro ona nie może mieć Albina za męża, to ostatecznie ja się mogę z nią ożenić – powiedział Przemek.

To jest superpomysł. Że też ja pierwszy na to nie wpadłem – pomyślałem ze złością.