Najwierniejsi przyjacieleTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Najwierniejsi przyjaciele
Najwierniejsi przyjaciele
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,80  37,44 
Najwierniejsi przyjaciele
Najwierniejsi przyjaciele
Audiobook
Czyta Dominika Kluźniak
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Renata Piątkowska

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

ISBN 978-83-7551-496-4

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Barry

Reks

Dunaj i Azor

Hachiko

Imka

Czaruś

Saba

Bratek

Basko

Karmel

W górach pogoda potrafi zmienić się w okamgnieniu, a zimą zmrok zapada tak szybko, jakby słońce nagle dało susa za najwyższy szczyt. Zdarza się też, że po dolinach echem niosą się okropny huk i łoskot. To znak, że ze zboczy zsuwa się lawina i zmiata wszystko, co spotka na swej drodze. Wtedy lepiej siedzieć w ciepłym domu i nawet nosa nie wysuwać za próg. Ale Maria Vincenti miała do domu jeszcze spory kawałek. Szła wydeptaną w śniegu ścieżką przez górską przełęcz, niosąc w ramionach synka, który wiercił się i marudził.

Zaraz potem otuliła synka mocno swoim szalem i pocałowała w zimny nosek. Nadrabiała miną, ale tak naprawdę szła z coraz większym trudem. Ścieżka była oblodzona i przysypana śniegiem. Wystarczył jeden nieostrożny krok, by stracić równowagę. Sprawy nie ułatwiał ani wiatr, ani kręcący się w ramionach synek. Mama przygarnęła go mocniej i sunęła przed siebie. W mroźnej ciszy słychać było tylko skrzypiący pod butami śnieg. Nagle gdzieś wysoko rozległ się dziwny trzask, jakby góry zazgrzytały zębami. I zaraz potem ogłuszający łoskot wypełnił dolinę. Stromym górskim zboczem pędziła na oślep lawina. Ogromne masy śniegu porywały wszystko, co spotkały na swej drodze. Pod naporem lawiny nawet rosnące gdzieniegdzie drzewa łamały się jak zapałki. Pani Vincenti wiedziała, że jeszcze chwila, a cały świat zwali się jej na głowę. Ziemia pod jej stopami zadrżała i nagle jakaś ogromna siła cisnęła nią, jak szmacianą lalką, prosto w skalną szczelinę. Kobieta, przytrzymując dziecko, przywarła całym ciałem do tego wgłębienia. Nad nią sterczał kawałek skalnej płyty, niczym kamienny parasol. Gdy nawałnica przetaczała się po zboczu, kilka lodowych odprysków uderzyło w panią Marię, ale na szczęście lawina nie porwała jej ze sobą. Po chwili zwały śniegu spiętrzyły się za plecami kobiety na kształt białej ściany.

„Już po nas – pomyślała. – Nikt nas tu nie odnajdzie”.

Myliła się. Trochę to trwało, ale po jakimś czasie ktoś wyraźnie próbował dokopać się do Marii Vincenti i jej synka, uwięzionych w skalnej wnęce.

– Pomocy! Tutaj! Tutaj jesteśmy! – wołała kobieta, a malec wtórował jej, głośno płacząc.


Wreszcie w śnieżnej pokrywie pojawiła się dziura. Dwie uzbrojone w pazury łapy poszerzały ją, kopiąc zawzięcie. Wkrótce w otwór wcisnął się czarny nos, a zaraz potem kudłata głowa wielkiego bernardyna.

– Mój Boże, to Barry! Dobry pies! Znalazł nas! Nie płacz już, synku! – Pani Maria jedną ręką przytrzymywała chłopca, a drugą pomagała psu odgarnąć śnieg.

Skąd Barry wziął się nocą na tym pustkowiu? To proste – gdy ktoś w górach potrzebował pomocy, zwykle zjawiał się tam ten pies. Wyszkolony górski ratownik, który wyszukiwał zasypanych przez lawiny ludzi i pomagał tym, którzy zgubili się na górskich szlakach. Miał znakomity węch, był silny i odważny. Ludzie, którzy znali Barry’ego, nie mogli się go nachwalić.

– Ten pies ma szósty zmysł. Potrafi wyczuć zbliżającą się zadymkę śnieżną, a nawet lawinę – mawiali.

– Tak, nasz Barry nie zawaha się pójść na ratunek w najgorszą pogodę. Sprawdzi każdy trop, będzie szukał do upadłego, ale człowieka na zmarnowanie w górach nie zostawi – powtarzali ratownicy i głaskali mądry, kosmaty łeb.

Tej nocy Barry też ruszył z pomocą. Kręcił się właśnie wokół schroniska, gdy usłyszał coś, jakby daleki grzmot. Znieruchomiał, postawił uszy, a jego czarny nos wychwytywał sygnały dla nas, ludzi, niedostępne. W psiej głowie natychmiast pojawiły się skojarzenia: rozpędzona ogromna masa śniegu, ludzie w niebezpieczeństwie, trzeba biec na ratunek.

To nic, że mróz, że noc i zawieja sypie śniegiem w oczy. Nieważne, że zaspy sięgają grzbietu, a kosmyki futra zmieniają się w lodowe sople. Barry pędził przed siebie ile sił w łapach. Dobrze wiedział, że tak trzeba, kiedy się jest psem ratownikiem.

Gdy dotarł do miejsca zejścia lawiny, przez chwilę węszył i kręcił się w kółko. Odchodził, wracał i znowu wsadzał nos w śnieg. Potem już bez wahania pobiegł w stronę przysypanej śniegiem skalnej szczeliny. Tej, w której tkwiła Maria Vincenti z synkiem. Kopał zawzięcie dopóty, dopóki nie usłyszał:

– Pomocy! Tutaj! Tutaj jesteśmy!

Pani Maria, tak jak wszyscy w okolicy, dobrze znała Barry’ego. Krążyły opowieści, że uratował w górach ze czterdziestu ludzi.

– Dobry pies. Dobry – powtarzała raz po raz, kiedy udało się jej wydostać ze śnieżnej pułapki.

Dziecko przestało płakać i przyglądało się Barry’emu z otwartą buzią. Mama tuliła je do siebie i osłaniała przed zimnym wiatrem. Nagle coś ją zaniepokoiło.

– Barry, a gdzie są ratownicy?

Pies zaszczekał, przysiadł obok pani Marii i polizał ją po twarzy. Kobieta rozglądała się dokoła, wypatrując świateł i poruszających się w ciemności ludzi.

– Przyszedłeś tu sam, piesku – domyśliła się po chwili.

Barry podniósł się i znowu zaszczekał, potem złapał zębami rękaw pani Marii i delikatnie pociągnął. Wyraźnie chciał, żeby kobieta wstała i ruszyła za nim do schroniska.

– Nic z tego, Barry – szepnęła. – Nie dam rady. Oberwałam w nogę. Okropnie boli przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Musiałam też uderzyć głową w skałę – dotknęła ręką czoła. – Mam wielkiego guza i czuję się tak jakoś niewyraźnie. Wróć tu z ratownikami. Tylko się pospiesz, bo jest okropnie zimno. No idź już, idź – ponagliła.

Barry kręcił się niespokojnie, jakby nie był pewien, co robić. Wtedy kobieta zawołała:

– Zaczekaj! Mnie nie możesz pomóc, ale ratuj mojego synka. On już ledwo żyje z zimna i ze zmęczenia. Zamarznie, zanim nadejdzie pomoc. – Mówiąc to, pani Vincenti usadowiła chłopczyka na psim grzbiecie.

Malec pochylił się i złapał Barry’ego za obrożę, a wtedy mama przywiązała go do psa swoim szalem. To wszystko działo się tak szybko i było tak zaskakujące, że chłopczyk wyglądał na zupełnie oszołomionego. Poczuł ciepło psiego ciała, a futro połaskotało go w nos. Maluchowi chyba się to spodobało, bo zawołał:

– Pojadę na piesku jak na koniku! Mamo, pojadę na piesku!

– Tak, syneczku. Trzymaj się mocno i nic się nie bój. On cię dowiezie do schroniska. Tam będzie ciepło i ktoś się tobą zajmie. Tylko uważaj, żebyś się nie zsunął – poleciła i ucałowała zimne policzki synka.

A do ucha Barry’ego szepnęła:

– Uratujesz go, piesku, prawda? Pilnuj go, proszę. A teraz biegnij! No ruszaj!

Barry zrozumiał polecenie. Pobiegł z dzieckiem na grzbiecie i po chwili zniknął pani Marii z oczu. Jakim cudem wiedział, w którą stronę iść, nie wiadomo. Na pewno była to zasługa jego niezwykłego, czarnego nosa. Pies ślizgał się po oblodzonych ścieżkach, zapadał w głębokie zaspy, wspinał się pod górę, wbijając pazury w śnieg. Chłopczyk na jego grzbiecie przestraszył się takiej jazdy. Pochlipywał i parę razy zawołał:

– Mamooo! Ja chcę do mamy!


Pewnie nie było mu zbyt wygodnie, bo raz nawet próbował zejść na ziemię, ale na szczęście był mocno przywiązany. Po pewnym czasie Barry zwolnił. Wyraźnie odczuwał ciężar chłopca na swym grzbiecie. Już nie tyle biegł, ile raczej brnął w mokrym śniegu. Na łapach, pomiędzy poduszeczkami, utworzyły się lodowe kule i utrudniały chodzenie. Wreszcie wyczerpany, łapiąc z trudem oddech, dotarł do schroniska. Zaszczekał i położył się na progu. Drzwi otworzyły się natychmiast. Ktoś rozwiązał szal i pochwycił dziecko. Ktoś inny wciągnął do środka psa.

 

– Dajcie koce i gorącą herbatę!

– Barry, kogo nam tu przyniosłeś? – padały okrzyki.

– Na szczęście z małym wszystko w porządku. Jest tylko zmarznięty i przestraszony.

Barry wreszcie przestał sapać. Napił się wody, a gospodyni wytarła go do sucha. Lodowe kule na łapach roztopiły się same.

– W górach jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Przecież Barry sam sobie tego malucha do grzbietu nie przywiązał. Trzeba spakować sprzęt i ruszać na pomoc. Nie ma chwili do stracenia. Na tym mrozie nikt długo nie wytrzyma.

Ratownicy już zakładali czapki i rękawice, szykowali plecaki.

– Barry, przyjacielu, zaprowadź nas tam. Tylko ty znasz drogę.

Pies podniósł się i otrzepał. Po raz trzeci tej nocy musiał pokonać tę niełatwą trasę w mrozie i zawiei śnieżnej. Nawet jeśli miał wielką ochotę zdrzemnąć się właśnie przy piecu, nie dał tego po sobie poznać. Pierwszy ruszył do drzwi i zaszczekał, jakby poganiał ratowników. Potem biegł niestrudzenie po górskich ścieżkach, tak że ledwo za nim nadążali. Wreszcie doprowadził ich do Marii Vincenti. Przestraszonej, potłuczonej i odrętwiałej z zimna. Ta akcja ratunkowa przeszła do historii. Nigdy przedtem ani potem nie słyszano, żeby jakiś pies ocalił w górach dziecko, niosąc je na własnym grzbiecie.

Na pamiątkę tego zdarzenia postawiono przed schroniskiem niezwykłą rzeźbę. Stoi tam po dziś dzień Barry jak żywy, wyciosany w kamieniu, a na nim przywiązany szalem siedzi malutki chłopczyk i trzyma się mocno obroży. I tak Barry stał się najsłynniejszym ratownikiem górskim. Przez dwanaście lat jego służby każdy, kto zagubił się górach na Przełęczy Świętego Bernarda, mógł liczyć, że pomoc nadejdzie na czas. Pomoc na czterech psich łapach.


Mówię wam, nie ma drugiego takiego psa – powiedział stary rybak i wypuścił z fajki obłoczek dymu.

Reks, jakby wiedział, że o nim mowa, uniósł łeb i postawił uszy. Ten niezbyt duży, łaciaty pies nie był co prawda rasowy, ale na pewno był wyjątkowy.

– Wiecie, że on potrafi nałapać więcej ryb niż ja? – spytał staruszek. Jego przyjaciele, którzy też byli kiedyś rybakami, pokiwali głowami.

– Ano, nie uwierzyłbym, jakbym na własne oczy nie widział – przyznał jeden, gładząc dłonią zmierzwioną brodę.

Zresztą dla nikogo w okolicy nie było tajemnicą, że Reks nauczył się dość niezwykłej jak na psa sztuki – łowienia ryb. Wyglądało to tak:

Kiedy stary rybak przeszedł na emeryturę, zamienił rybacki kuter na wędkę. A znał się na wędkowaniu jak mało kto. Każdego dnia siadał nad rzeką i mocował na haczyku przynętę. Potem zarzucał wędkę, aż linka świstała w powietrzu, i czekał. Mógł tak siedzieć godzinami i patrzeć, jak spławik kołysze się na wodzie. Tuż obok siedział Reks. Może nie do końca rozumiał, po co jego panu wiaderko z robakami i co takiego mężczyzna widzi w tych śliskich, zimnych rybach, ale siedział i czekał. Jak na psa wędkarza przystało, nie wiercił się i nie hałasował. Dobrze wiedział, że o dzikich skokach i szczekaniu nie ma co marzyć, bo jego pan nie raz powtarzał:

– Teraz, Reksiu, ani mru-mru, żebyś mi ujadaniem ryb nie wypłoszył.

Jakim to sposobem pływające w wodzie ryby, które nie mają ani jednego ucha, miałyby Reksia usłyszeć, tego już pan nie powiedział.


Tak więc siedzieli obaj i czekali, aż spławik drgnie na znak, że ryba złapała przynętę. Stary rybak palił w ciszy fajkę, a Reks ziewał i z nudów drapał się łapą po głowie. Aż pewnego dnia nie wytrzymał. Wstał i najpierw obwąchał okoliczne krzaki, potem przeleciał się wzdłuż brzegu tam i z powrotem, a w końcu pochylił się nad wodą. Zobaczył w niej swoje odbicie, lecz żadną miarą nie mógł pojąć, skąd tam się wziął taki podobny do niego pies. Warknął dwa razy, tak na wszelki wypadek, i postanowił popływać. Wszystkie pchły, które mieszkały w jego futrze, uznały, że to strasznie głupi pomysł, ale Reks już płynął. Pieskiem oczywiście.

Oczom zdumionych ryb ukazał się jego okrągły, łaciaty brzuch i dyndające po bokach cztery nakrapiane łapy. Ryby ze zdziwienia pootwierały pyszczki, ale nic nie powiedziały. Jak to ryby. Jedna tylko pomyślała: „A cóż to za dziwadło?”.


– Żadna szanująca się ryba nie pokazałaby się w rzece z takim ogonem – machnęła płetwą druga.

Trzecia tak się zagapiła, że podpłynęła zbyt blisko czegoś, co okazało się czarnym psim nosem. Wystarczyło, że Reks otworzył pysk, a już trzymał ją w zębach. Był tym nie mniej zdziwiony niż ona, ale wypuścić ryby nie miał zamiaru. Szybko wyniósł swą zdobycz na brzeg i położył na piasku.

– Jakim cudem udało ci się, piesku, wyłowić rybę z rzeki w pięć minut? Ja siedzę tu z wędką dwie godziny i nic! – zawołał stary rybak.

Wyraźnie uradowany głaskał Reksa, poklepywał, drapał za uchem i nie przestawał chwalić:

– Dobry pies! Mądry pies! Najlepszy na świecie! – powtarzał.

Reks aż mrużył oczy ze szczęścia. Takie pieszczoty i komplementy to jest to, co psy lubią najbardziej.

Potem już każdego dnia Reks zanurzał się w rzece i nie wychodził z niej dopóty, dopóki nie pochwycił jakiejś ryby. Czasem nawet wracał po następną, a bywało, że wyłowił trzy lub cztery.

– Nie ma drugiego takiego psa – zacierał ręce staruszek i sam coraz rzadziej zarzucał wędkę. Wolał czekać, aż Reks przyniesie mu swą zdobycz. I Reks przynosił okonie, płocie i karasie. Nawet gdy stary rybak zachorował, pies nadal łowił dla niego ryby.

A kiedy niedługo potem umarł, Reks poczuł się tak, jakby został na świecie zupełnie sam. Sąsiedzi zadbali, żeby miał kąt do spania i pełną miskę, ale on do nikogo się już nie przywiązał. Dalej chodził nad rzekę, jakby myślał, że pewnego dnia jego pan pojawi się tam z wędką i wiaderkiem robaków. Kiedyś nawet z nudów wyłowił z rzeki dużą, tłustą rybę. Psy w surowych rybach nie gustują, więc zostawił ją na brzegu. Już odchodził, kiedy zauważył w pobliskich krzakach dziwne poruszenie. Kryło się tam przed nim pięć głodnych, bezpańskich kotów. Ledwo straciły psa z oczu, rzuciły się na leżącą na piasku rybę. Po chwili została z niej tylko garstka ości.

Następnego dnia pięć dzikich kotów siedziało rządkiem na brzegu rzeki i wyglądało Reksa. Gdy nadszedł, wlepiły w niego żółte ślepia i cofnęły się na bezpieczną odległość. Pies złowił dla nich rybę, a one kręciły się niespokojnie i w napięciu czekały, aż się trochę oddali. Potem zjadły wszystko w okamgnieniu i długo oblizywały sobie wąsy.

Od tej pory Reks regularnie karmił rybami całą piątkę kotów, a one ślicznie mruczały na jego widok. Pomaganie im uznał chyba za swój obowiązek. Jego pan nigdy więcej nie pojawił się nad rzeką, ale teraz codziennie czekały tam na niego koty. W przeciwieństwie do innych psów Reksiowi nigdy nawet nie przyszło do głowy, by te bezpańskie koty gonić lub obszczekiwać. No i czyż nie miał racji stary rybak, kiedy mówił, że na całym świecie nie ma drugiego takiego psa?


Środkiem wąskiej, leśnej drogi biegły dwa psy. Były to bezpańskie, wychudzone psiska o mokrej, zlepionej błotem sierści. Wyglądały marnie, ale od razu można było poznać, że to para prawdziwych przyjaciół. Dunaj, duży czarny wilczur, był jednym z tych ciekawskich psów, które zawsze muszą sprawdzić, co takiego kryje się w pobliskich krzakach. Stale skręcał z ubitej drogi, by z nosem przy ziemi węszyć w wysokiej trawie. Drugi pies, Azor, przystawał wtedy niezdecydowany i rozglądał się, jakby pytał:

– Dunaj, gdzie ty znowu przepadłeś?

W odpowiedzi słyszał krótkie szczeknięcie, które musiało oznaczać:

– Biegnij dalej, zaraz cię dogonię.

Tak też było tego feralnego popołudnia. W zapadającym zmierzchu Dunaj znowu zapodział się gdzieś wśród przydrożnych drzew. Azor najpierw czekał na niego, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, a w końcu ruszył przed siebie truchcikiem. Nagle zza zakrętu wyskoczył samochód. Jechał bardzo szybko, rozchlapując błotniste kałuże. Kierowca przyzwyczajony, że ta leśna droga zwykle jest pusta, nie zdejmował nogi z gazu. Niespodziewanie tuż przed maską samochodu coś wyłoniło się z mroku. Światło reflektorów odbiło się w psich ślepiach. Azor nie zdążył uskoczyć. Próbował, ale nie zdążył. Nagły huk i ból wypełniły jego głowę. Rozpędzony samochód dosłownie zmiótł go z drogi. Odrzucony z nieprawdopodobną siłą pies przekoziołkował przez pobocze i wylądował w rowie.


– Co to było?! – zdenerwował się kierowca. – Chyba pies! Diabli go tu nadali! Wlazł mi prosto pod koła. Teraz pewnie będę miał zderzak do wymiany. – Mężczyzna pokręcił głową i zaklął cicho pod nosem. Nawet mu nie przeszło przez myśl, żeby się zatrzymać i sprawdzić, co się stało z potrąconym psem.

A Azor leżał na dnie rowu. Sierść miał zmierzwioną i zakrwawioną. Jego przednia łapa była paskudnie połamana, a rozcięta skóra na boku odsłaniała rozległą ranę. Spróbował się podnieść, ale opadł bez sił. Uniósł tylko powolnym ruchem łeb i zaskowyczał żałośnie. Wtedy pojawił się Dunaj. Jednym susem wskoczył do rowu i trącił nosem przyjaciela.

– Azor, co z tobą? – spytał.

Potem obwąchał jego ranę. Zauważył, że Azor stara się polizać poszarpaną skórę, ale nie może dosięgnąć pyskiem zranionego miejsca. Każdy pies dobrze wie, że porządnie wylizana rana goi się szybciej. Skoro Azor nie mógł się z tym uporać, Dunaj go wyręczył. Najpierw ciepłym jęzorem oczyścił zakrwawioną sierść Azora, a później delikatnie polizał ranę, jakby nakładał na nią niewidzialny plaster. Następnie ułożył się tuż przy rannym przyjacielu, tak by ogrzać go swoim futrem i choć trochę osłonić przed deszczem.

Azor oddychał ciężko i od czasu do czasu skomlał cicho z bólu. Ale wiedział, że nie jest sam. Dunaj troszczył się o niego na wszystkie znane psom sposoby.


– Damy sobie radę, Azorku, zobaczysz. Ściągnę tu pomoc. Nie zostawię cię tak – zapewniał.

No i nie zostawił. Przez kolejne trzy dni i trzy noce warował obok rannego przyjaciela. Cały czas nasłuchiwał, czy nie nadjeżdża jakiś samochód. A gdy tylko usłyszał warkot silnika, wyskakiwał z rowu i pędził w stronę drogi. Kręcił się nerwowo na poboczu i głośno szczekał. Wbiegał nawet na jezdnię, obracał się w kółko, machał ogonem i wycofywał się na bezpieczną odległość. Jednym słowem robił wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę kierowców. Ci, widząc, jak Dunaj podryguje, skacze, biega i ujada, pytali ze zdziwieniem:

– Co ten pies robi tutaj w taką okropną pogodę? Czemu zamiast biec do wsi, wyczynia jakieś harce na pustej, leśnej drodze?

Niektórym przechodziła przez głowę myśl: „Dziwnie się psisko zachowuje. Wygląda, jakby czegoś chciał”.

Jednak kierowcy nie zatrzymywali swoich samochodów i po chwili żaden z nich nie pamiętał już o psie kręcącym się nerwowo na poboczu.

Kiedy auta znikały za zakrętem, Dunaj zwykle jeszcze przez chwilę stał, drżąc z zimna i emocji, a potem wracał do rowu i kładł się obok Azora.


Drugiego dnia niebo zasnuły brzuchate chmury, a lodowaty wiatr przygnał pierwszy tej zimy śnieg. Dotkliwy ziąb przenikał sierść psów. Oba nie jadły nic od kilku dni i były zupełnie wycieńczone. Azor coraz rzadziej otwierał jedno oko. Drugie było tak spuchnięte, że w ogóle nie dało się uchylić powieki. Woda spływała psu po pysku, ale kiedy próbował się otrzepać, wszystko bolało go stokroć mocniej. Leżał więc bez ruchu.

 

Trzeciego dnia, pod wieczór, Dunaj znowu usłyszał zbliżający się samochód. Trącił nosem przyjaciela.

– Idę, Azorku, po pomoc. Tym razem się uda, zobaczysz.

Potem wydostał się z rowu i stanął na środku drogi. Jadący autem ludzie zobaczyli w świetle reflektorów dużego, wychudzonego i przemokniętego psa. Zatrąbili, ale on nie uciekł. Zaczął kręcić się w kółko i szczekać. Pobiegł na pobocze i zaraz zawrócił. Biegał tam i z powrotem, podskakiwał i nie przestawał ujadać.

W samochodzie siedziało kilku strażników straży miejskiej. Wracali tą leśną drogą ze szkolenia do swojej jednostki w Łodzi.

– Co jest z tym psem? – spytał jeden z nich. – I skąd się wziął nocą na tym pustkowiu?

– Dziwne, że nie ucieka na dźwięk klaksonu – kierowca zwolnił i spojrzał niepewnie na psa.

Dunaj jakby wyczuł jego wahanie. Zaczął biec tuż obok samochodu. Szczekał i odwracał ciągle łeb w kierunku lasu.

Mężczyźni w aucie zgodnie uznali, że nie mogą go tak zostawić. Nie w taką okropną pogodę. Kiedy tylko się zatrzymali, pies rzucił się do drzwi.

– Zaraz, zaraz, poczekaj… – Strażnicy nie mogli się od niego opędzić. Dunaj biegał od jednego do drugiego, skomląc i łapiąc delikatnie zębami za kurtki i nogawki spodni. Wyraźnie kierował ich w stronę ciągnącego się wzdłuż pobocza rowu. Ledwo zrobił dwa kroki do przodu, a już zawracał, jakby sprawdzał, czy za nim idą.

– On nam chce coś pokazać! – zawołał jeden ze strażników.

Po chwili Dunaj doprowadził ich do głębokiego rowu. Na dnie, w błotnistej kałuży, zobaczyli ledwo żywego psa, który pojękiwał z bólu. Strażnicy zrozumieli, że nie mają ani chwili do stracenia. Jeden z nich zadzwonił po weterynarza, a drugi pobiegł do samochodu i wrócił z kilkoma kanapkami. Kiedy wskoczył do rowu, żeby nakarmić Azora, Dunaj przywarował obok i śledził każdy ruch strażnika, jakby chciał powiedzieć:

– On się boi i wszystko go boli. Ale ja tu jestem i go pilnuję. Nie zrób mu krzywdy.

Kiedy zjawił się weterynarz, Azor dostał środki przeciwbólowe i został wyciągnięty z rowu. Dunaj nie odstępował go ani na krok. Potem oba psy trafiły do lecznicy.

– Nigdy nie widziałem, żeby jeden pies tak się zatroszczył o drugiego. Bez ciebie ten połamany biedak, nie miałby żadnych szans – powiedział weterynarz i pogłaskał Dunaja po głowie. – Człowiek, który go potrącił i zostawił bez pomocy, wiele mógłby się od ciebie nauczyć, piesku – dodał po chwili.

Po długim leczeniu i dwóch operacjach Azor powoli wraca do zdrowia. Oczywiście o rozdzieleniu psów nie mogło być mowy. Na szczęście znalazły dobry dom i ludzi, którzy okazali im serce i otoczyli opieką. Azor i Dunaj mieszkają teraz na wsi i całe dnie spędzają w sadzie. Wylegują się w słońcu na trawie i pilnują jabłonek. Czasami zrywają się na równe nogi i obszczekują łaciatego kota, który nic sobie z tego nie robi. Wszędobylski Dunaj lubi kręcić się po obejściu i zawsze musi sprawdzić, co takiego dzieje się za rogiem. Azor jeszcze trochę kuleje, ale próbuje za nim nadążyć. Gdy tak biegną razem truchcikiem, wyglądają wspaniale i od razu można poznać, że to para prawdziwych przyjaciół.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?