Na wszystko jest sposóbTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Na wszystko jest sposób
Na wszystko jest sposób
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,80  35,04 
Na wszystko jest sposób
Na wszystko jest sposób
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Mój tata znowu czytał przy obiedzie. Nie patrzył w ogóle na talerz, ale jakimś cudem trafiał łyżką do buzi. Na wszystkie pytania mamy odpowiadał:

– Tak, mhm, oczywiście, kochanie.

W końcu mama spytała go podstępnie:

– Czy chcesz na drugie danie twoje stare sandały w sosie koperkowym?

– Jasne, jakżeby inaczej, skarbie? – mruknął tata i przewrócił kartkę.


Mama nadciągnęła z kuchni jak gradowa chmura, z błyskiem w oku i talerzem pierogów z jagodami. Chciałem zapytać, gdzie te sandały, ale tata, z nosem w książce i pierogiem na widelcu, zawołał zachwycony:

– A czy wy wiecie, że Indianie uważają, że drzewa to stojący ludzie i trzeba im okazywać szacunek?!

Ja nic o tym nie wiedziałem i natychmiast zerknąłem na rosnące za oknem drzewo. Potem mama mówiła tacie, co myśli o czytaniu podczas obiadu, a ja uśmiechałem się do stojącego za oknem wielkoluda. To on zrzucał mi od paru dni zielone, kolczaste kulki, które spadając, pękały i uwalniały lśniące kasztany. Po obiedzie sam, bez niczyjej pomocy, nazbierałem ich tyle, że ledwo zmieściły się w moim plecaczku.

Gdy następnego dnia niosłem je do przedszkola, grzechotały tam przyjemnie przez całą drogę.

Pani będzie zadowolona – pomyślałem z dumą i przez chwilę czułem się jak kasztanowy król. Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem wielką torbę pełną żołędzi, którą przyniósł Kuba.

– Żołędzie są lepsze, bo mają czapeczki – powiedział, patrząc lekceważąco na mój plecak.

– Ale z kasztanów robi się najfajniejsze zwierzątka! – broniłem moich zbiorów.

Mieliśmy do wyboru: pokłócić się porządnie albo zdecydować się na wymianę. Na kłótnię było za mało czasu, więc poświęciłem parę kasztanów w zamian za garść żołędzi w śmiesznych berecikach.

– Kuba, Piotrek, siadajcie i bierzcie się do dzieła – ponagliła nas pani.

Dopiero wtedy zauważyłem, że dzieci zdążyły już zrobić całą armię ludzików i różnych dziwnych stworów. Ja dawno zaplanowałem, że zrobię jeża. Wybrałem kasztan z płaskim brzuszkiem, nawbijałem w niego pełno zapałek, a na jedną nadziałem kulkę jarzębiny, żeby wyglądała jak jabłuszko. Wyszło super. Pani mnie pochwaliła i pokazała nam, jak można zrobić żyrafę i pieska, a my pokazaliśmy pani, jak można zrobić bitwę na kasztany. Wszyscy chłopcy wołali, że są generałami, i zapowiadała się świetna zabawa. Niestety, pani kazała nam przestać i posprzątać salę. Pozbierane do pudła kasztany pomieszały się ze sobą i już nie wiedziałem, które były moje.


Dobrze, że chociaż schowałem do kieszeni te żołędzie. Postanowiłem, że w domu zrobię z nich jamniki.

Tymczasem pani, stojąc na środku sali, zapytała nas z tajemniczą miną:

– Czy ktoś z was widział jesienią unoszące się w powietrzu srebrzyste niteczki?

Widzieli wszyscy.

– To są włosy mojej siostry – powiedział Marcin. – Bo ona ma takie długie, proste i jasne, a jak je czesze, to potem jest ich wszędzie pełno.

– Nieprawda, tata mi powiedział, że to jest babie lato – wymądrzała się Agnieszka.

– Co za głupia nazwa, a czemu nie dziadkowa zima? – Jacek zaśmiał się i pokazał Agnieszce język.

– Skoro ta nazwa się wam nie podoba, to możecie na te niteczki mówić „samoloty” albo „latawce pajączków” – zaproponowała pani, a my z wrażenia przestaliśmy pokazywać sobie język, szeptać i wymieniać się kasztanami.

– Pająki latają samolotami? – zdziwił się Kuba.

– Tak. Jesienią młode pajączki ruszają na wędrówkę. Przędą wtedy długie nici, puszczają je na wiatr i uczepione ich na końcu lecą w świat jak na latawcu. Podróżują tak bez żadnego wysiłku. Na koniec pajączek zwija nitkę w kulkę i zamienia swój latawiec w spadochron, dzięki któremu bezpiecznie ląduje na ziemi. Tam szuka sobie mieszkania na zimę, a nam dla ozdoby zostawia niepotrzebną już nić. To właśnie jest babie lato – zakończyła pani.


Chciałbym być pająkiem – pomyślałem.

– Taki mały, a potrafi zrobić sobie samolot! – Marek pokręcił z niedowierzaniem głową.

– No, a jak mocno wieje, to ma prawie odrzutowiec – zachwycił się Tomek.

A pani już rozdawała nam kartki, farby i pędzle, żeby każdy mógł namalować swoje babie lato. Na moim obrazku mały pajączek sunął po niebie na srebrnej nitce. Miał czarne okulary i czapkę pilotkę, przez co zrobił się trochę podobny do mojego dziadka. Chłopcy śmiali się z tej czapki, ale pani powiedziała, że jej się podoba, i powiesiła rysunek na ścianie.

Wszystko to zdążyłem opowiedzieć mamie w drodze z przedszkola do domu, a na koniec pokazałem jej mojego jeża.

– Jest piękny! – pochwaliła go i postawiła na honorowym miejscu, na środku kuchennego stołu.

Ledwo zdążyłem zrobić jeżowi do towarzystwa żołędziowego jamnika, gdy na stole pojawił się podwieczorek – mój ulubiony placek ze śliwkami. Byłem zachwycony. Pakując do ust wielki kawał ciasta, obiecałem mamie, że na pewno się z nią ożenię.

– No, no, nie rzucaj słów na wiatr – zaśmiała się mama. – Nie dalej jak wczoraj miałeś zamiar ożenić się z Julką.

Zaczerwieniłem się jak wiśnia. Julka mieszka po przeciwnej stronie ulicy i często się razem bawimy. Wczoraj przyniosła mi wielkiego lizaka i właśnie wtedy wyrwało mi się, że mogłaby zostać moją żoną.

– Dobra, ale dzisiaj nie dam rady, bo idę na basen – powiedziała, przewróciła oczami i pobiegła do siebie.

Więc chyba dalej nie mam żony.

Na pociechę postanowiłem, że pójdę do swojego pokoju i wymyślę nową bajkę. Bo ja strasznie lubię układać różne historyjki. To naprawdę nic trudnego. Potem opowiadam je rodzicom i oni bardzo mnie chwalą. Tym razem wymyśliłem bajkę o babim lecie.


Był sobie raz mały pajączek. Nie był wiele większy od kropki zrobionej flamastrem. Gdy nadeszła jesień, przycupnął za grudką ziemi i snuł swoją pajęczą nić. Jego przyjaciele: krokodyl, zebra, żyrafa i małpa nie mogli się temu nadziwić.

– Po co mu to? – nie zrozumiał krokodyl. – Przecież i tak nigdy nie będzie pływał i nurkował w wodzie jak ja.

Z nicią czy bez, nie popędzi przed siebie galopem. A to potrafi każda z nas – pochwaliła się zebra.


– Co mu z tego przyj dzie, skoro nie może patrzeć na świat z góry? – Żyrafa, wielka jak wieża, skubnęła listek z wierzchołka drzewa.

– Czy on jest jakimś krawcem, że robi te nici? – dodała niezbyt mądrze małpa, huśtając się na gałęzi.

A pajączek rozwinął swą nić i spokojnie czekał na wiatr. Już pierwszy podmuch pochwycił babie lato, które zawirowało jak na karuzeli. Po chwili pajączek unosił się w powietrzu, wysoko ponad głowami swoich przyjaciół. Żyrafa wyciągnęła swą długą szyję, ale nie mogła go dosięgnąć i ze złości zatupała kopytkami. Krokodyl, śledząc lot pajączka, aż rozdziawił paszczę ze zdumienia. Zebra próbowała galopować, ale zrozumiała, że nigdy nie będzie tak szybka jak wiatr. A małpie nie mieściło się to wszystko w głowie, więc spojrzała tępo w górę i wykrzywiła się paskudnie.

Sunąc po niebie, pajączek zobaczył te małpie grymasy i śmiał się do łez. To istny cud, że nitka mu się przy tym nie zamotała. Jego przyjaciele pewnie nawet nie widzieli, jak pomachał im jedną ze swych maciupeńkich nóżek i poleciał szukać sobie mieszkania na zimę.

Skończyłem i byłem z siebie bardzo zadowolony. Jak zwykle uznałem, że to moja najładniejsza bajka.


„Dlaczego nie możemy mieć psa?” – to pytanie zadaję rodzicom średnio dwa razy dziennie. Dwa razy dziennie słyszę też odpowiedź: „Bo mama jest uczulona na sierść”.

Oczywiście pytałem, czy nie możemy w takim razie mieć jakiegoś łysego psa, ale rodzice twierdzą, że takich psów nie ma. Julka, moja sąsiadka, z którą kiedyś prawie się ożeniłem, ma więcej szczęścia, bo po jej ogrodzie biega śliczny, kudłaty Zbój. Zbój jest mały, brązowy i wygląda jak kosmata, futrzana czapka. Szkoda, że nie jest mój, ale lepiej mieć Zbója za płotem, niż nie mieć wcale. Wczoraj bawiliśmy się świetnie całe popołudnie. Najpierw Julka wymyśliła, że zrobimy ze Zbója niemowlaka. Zawinęła go w miękki, różowy kocyk i nosiła na rękach.

 

– Musimy mówić szeptem – ostrzegła – żeby się dziecko nie obudziło.

Problem polegał na tym, że Zbój wcale nie spał. Szarpał się w kocyku i mało brakowało, a byłby nam uciekł.

– Daj, ja się nim zajmę – powiedziałem po cichu i odebrałem Julce psa. Zaniosłem go na huśtawkę, gdzie huśtaliśmy się dobre pół godziny.

Mógłbym tak jeszcze długo, ale Julka uparła się, że czas na spacer. Zbój na widok smyczy odtańczył taniec radości. Jego długi, puszysty ogonek zamienił się w śmigło i pomachał ze szczęścia psem. Ledwo wyszliśmy przed dom, zaczął ciągnąć nas do najbliższego drzewa. Obwąchał je dokładnie i w najwyższym pośpiechu pognał do następnego.


– Skróć mu smycz i trzymaj mocno, bo inaczej będziesz latała za nim od drzewa do drzewa – poradziłem Julce.

– Psy na spacerze dostają fioła. Wszystko wąchają, ciągle sikają i w ogóle nie chcą słuchać – wyjaśniła mi z miną znawcy.

W tym momencie Zbój dostrzegł jakiegoś innego psa. Smycz wyprężyła się jak struna. Zbój warczał i przebierał łapkami, a tamten szczekał i kręcił się w kółko. Julka z wrażenia wypuściła smycz z rąk, a Zbój tylko na to czekał. Pognał jak strzała przed siebie, nawet się na nas nie oglądając. Na szczęście ten drugi pies był za płotem. Obwąchali się ze Zbójem przez oczko siatki, obsikali się nawzajem i jak szaleni zaczęli biegać wzdłuż ogrodzenia tam i z powrotem, szczekając nieprzytomnie. Tamten pies był wielki, czarny i wyglądał bardzo groźnie. Naszego Zbója mógłby chyba zjeść jak przekąskę. Ujadanie psów wywabiło z domu starszą, tęgą panią.

– Muszka, do nogi! – zawołała i ogromna czarna bestia pobiegła do niej, zostawiając przy płocie zdyszanego Zbója.

Gdy złapałem smycz i zawróciłem do domu, ruszył za mną bez oporu. Przez całą drogę sapał, a łepek opuścił tak nisko, że jego wywieszony język niemalże wlókł się po chodniku.

– Jak można takiego wściekłego potwora nazwać Muszką? – dziwiła się Julka.

A ja spojrzałem na Zbója, który był wielkości wyrośniętego chomika, i nic nie powiedziałem. Do kolacji została nam jeszcze chwila i Julka zaproponowała:

– Pobawmy się teraz w chowanego. Ja schowam gdzieś Zbója, a ty będziesz musiał go znaleźć.

Julka ze Zbójem na rękach pobiegła do domu, a ja odczekałem chwilę i zacząłem szukać. Julka pomagała mi, mówiąc „zimno”, jeśli szukałem w niewłaściwym miejscu. Tak więc w kuchni i w łazience powtarzała cały czas „zimno, zimno”. Dopiero gdy wszedłem do jej pokoju, usłyszałem „ciepło”. A kiedy zbliżyłem się do domku dla lalek, który stał w kącie, zawołała „gorąco!”. Wtedy coś się tam poruszyło i zobaczyłem mały, czarny nosek wysunięty przez plastikowe okienko. W domku, pomiędzy różowymi mebelkami, w towarzystwie lalki Barbie, leżał Zbój.

Gdy tylko go wypuściliśmy, czmychnął do ogrodu i nie dał się już złapać. Zresztą i tak musiałem wracać do siebie na kolację.


– Mamo, czemu nie możemy mieć psa? – spytałem raczej z przyzwyczajenia niż z ciekawości.

– Och, Piotrek, nie zaczynaj. Wiesz dobrze, że nie ma łysych psów – westchnęła mama. – Choć swoją drogą w taki upalny dzień jak dzisiaj pewnie niejeden biedaczek zrzuciłby chętnie swoje futro. Zwłaszcza jeśli nie miałby pod dostatkiem cienia i zimnej wody do picia – dodała i nalała mi szklankę soku.

A mnie przypomniał się Zbój zawinięty w ciepły kocyk, jego wywieszony język i smutny pyszczek wystający z okienka domu dla lalek i ze wstydu moje uszy zrobiły się czerwone jak pomidory.

Ojej, ten pies nigdy więcej się już do mnie nie odezwie! – pomyślałem z rozpaczą i ta myśl ugodziła mnie jak strzała. Chciałem biec do Julki i wytłumaczyć jej, że natychmiast musimy przeprosić Zbója, ale mama spojrzała tylko wymownie na zegarek i stwierdziła:

– Z Julką porozmawiasz sobie jutro, a teraz najwyższy czas do łóżka.

Wykłócać się z moją mamą o jakieś dodatkowe pięć minut mógłby tylko ktoś, kto jej nie zna. Czasem myślę, że ona jest uczulona nie tylko na psią sierść, ale także na marudzące dzieci. Ruszyłem więc do łazienki, ale po drodze obiecałem sobie, że jeśli jutro na kolację będą parówki, to oddam Zbójowi moją porcję. I poczułem się trochę lepiej.

Dopiero tuż przed snem przypomniałem sobie, że z tego wszystkiego nie wymyśliłem żadnej nowej bajki. Było jasne jak księżyc za oknem, że taka bajka musi być o psie. Ze zmęczenia bardziej śniłem, niż myślałem, ale wyszło mi coś takiego:


Był sobie raz chłopczyk i był sobie pies, ale nie dogadywali się ze sobą najlepiej. Aż tu nagle pewnego dnia chłopczyk obudził się i ze zdumieniem stwierdził, że spędził noc na psim legowisku. Poczuł też, że nie może się wyprostować i najlepiej chodzi mu się na czworakach. Chciał zawołać mamę, ale wyszło mu z tego niegłośne szczeknięcie. Za to gdy zobaczył pełną misk ę, coś mu z tyłu zafalowało – był to oczywiście ogon. Zrozumiał, że jest psem, ale nie zdążył się temu nadziwić, bo ktoś wziął go na ręce. Było mu bardzo niewygodnie, a gdy próbował się wyswobodzić, ktoś go mocniej złapał i zawiązał mu na głowie kokardkę. Nie mógł się zobaczyć w lustrze, bo wisiało za wysoko, ale był przekonany, że wygląda idiotycznie.

– No dobrze, piesku, idziemy na spacer – powiedział chłopczyk i postawił go na ziemi.

Słowo „spacer” wywołało u psa radosne drżenie. Jego ogon oszalał, a psie życie wydawało się cudownym snem. Był to jednak bardzo krótki sen, bo na spacerze chłopak skrócił smycz i ciągnął za nią tak mocno, że pies z trudem łapał oddech. Nie zdołał też spokojnie odczytać ważnych wiadomości zostawionych pod drzewami i murkami przez inne psy. Ciągle strofowany, nie mógł biegać, węszyć, aportować, więc spacer stracił dla niego cały urok. Wtedy machnął na wszystko łapą i pozwolił zaciągnąć się do domu. Było mu okropnie gorąco i marzył o misce zimnej wody, ale gdzie tam, ten chłopak chyba pomylił psa z pluszową zabawką, bo bawił się nim do wieczora. Woził go autkiem, zamykał w szafie i huśtał na huśtawce, od czego biednemu psu aż powiewały uszy. Na szczęście tacy chłopcy muszą też czasem spać, więc i ten wreszcie zostawił psa w spokoju. A wtedy psiak czmychnął do ogrodu i na pewno nieprędko da się złapać.


Na tego chłopca nikt nie zwracał uwagi. Przez otwarte drzwi do przedszkola wlewał się kolorowy strumyczek trochę jeszcze rozespanych dzieci. A on stał z boku i miętosił w palcach swoją czapkę. Z wyraźnym niepokojem obserwował pobojowisko, w jakie każdego ranka zamieniała się nasza szatnia. Wieszane w pośpiechu kurtki często spadały, kłębiąc się pod wieszakami. Kolorowe szaliki, czapki i rękawiczki zwisały z rękawów i półek. A patrząc na podłogę, odnosiło się wrażenie, że każdy przedszkolak ma co najmniej sześć nóg, bo dokoła roiło się od butów. Obok gumowców spotkać tam można było pojedyncze letnie klapki, które od wakacji szukały swojej pary. Jeśli do tego dodać leżące gdzie popadnie plecaczki, torebki, zapomniane zabawki i parasolki, to nie ma się co dziwić, że ten chłopak stojący w kącie poczuł się trochę nieswojo. A gdy usłyszał nasze nawoływania i piski dziewczyn, to miał wrażenie, że po plecach przegalopowało mu stado mrówek.

Jego mama, która od dłuższej chwili rozmawiała z naszą panią, też wyglądała na lekko zaniepokojoną. Patrząc na nich ukradkiem, my – stare, doświadczone przedszkolaki, od razu wiedzieliśmy, co się święci.

– Oho, przyszedł nowy – mruknął Wiktor.

I oczywiście miał rację, bo już po chwili nasza pani kazała nam usiąść przy stolikach i prowadząc onieśmielonego chłopca na środek sali, powiedziała:

– Dzieci, to jest wasz nowy kolega. Nazywa się Aron i będzie chodził do naszego przedszkola.

Potem każdy z nas podał swoje imię i widać było, że Aron ma już w głowie niezły mętlik. Właśnie powoli cofał się w kierunku drzwi, gdzie stała jego mama, gdy pani wzięła go za rękę i posadziła przy naszym stoliku.

– Chłopcy, zaopiekujcie się nowym kolegą – poprosiła i uśmiechnęła się do nas zachęcająco.

No, nie będzie lekko – pomyślałem, patrząc na nowego, który wbił wzrok w ziemię i nie odzywał się ani słowem. Sytuacji nie poprawił Kuba, kiedy zapytał:

– Nie znam nikogo, kto miałby takie dziwaczne imię. Jesteś pewien, że właśnie tak się nazywasz?

Aron popatrzył na Kubę spod nastroszonych brwi i zrobił taką minę, jakby zobaczył rozgniecioną żabę.

Bo z nowymi tak już jest. Na początku wszyscy się im przyglądają i nikt nie wie, jak z nimi rozmawiać. Nowy zawsze stoi trochę z boku, jest wystraszony, a dookoła słyszy szepty i chichoty. Wtedy się obraża albo złości. Myśli, że nikt go nie lubi, i chce uciekać. Każdy to zna. Ale tak naprawdę wszyscy są ciekawi, kto to taki, ten nowy. Czasem dzieje się to szybciej, czasem wolniej, jednak w końcu zawsze okazuje się, że nowy specjalnie się od nas nie różni. Zapamiętujemy jego imię, nawet jeśli nazywa się Aron, i wkrótce przestaje już być taki nowy.

W tym momencie przypomniałem sobie mojego dziadka, który ma na imię Onufry, ale za nic nie powiedziałbym tego głośno, bo chłopcy ze śmiechu pospadaliby chyba z krzeseł. Wolałem nie myśleć, co by było, gdybym dostał imię po dziadku, dlatego ucieszyłem się, gdy pani poprosiła nas na śniadanie.

Okazało się, że Aron, choć taki milczek, z jedzeniem radzi sobie doskonale. Ja dopiero się zastanawiałem, czy najpierw zjeść spód bułki z serem, czy może na początek ugryźć kołyszącą się jak łódeczka górną część, a on już odsunął od siebie pusty talerz i zabrał się za kakao. Rozprawił się z nim w kilku łykach i wtedy zorientował się, że zjadł pierwszy, a bułki innych dzieci są jeszcze nienapoczęte. Zawstydził się i wbił wzrok w talerz.

Basia, która była w naszej grupie największym niejadkiem, patrzyła na Arona szeroko otwartymi oczami.

– Może zjesz jeszcze coś? – zapytała pani.

– Nie, nie chcę. A w ogóle to boli mnie głowa – powiedział Aron i żeby dodać powagi swoim słowom, położył sobie rękę na czole.

– Odpocznij chwilkę, a zaraz poczujesz się lepiej – mówiąc to, pani zaprowadziła Arona na wygodny fotel stojący w kącie sali.

Przy stole każdy miał na ten temat coś do powiedzenia:

– Udaje, bo pewnie chce iść do domu – stwierdził z przekonaniem Kuba.

– On chyba połknął tę bułkę w całości i mu zaszkodziła – szepnęła Basia.

– Toby go bolał brzuch, a nie głowa – wymądrzała się jak zwykle Agnieszka.

– Jakbym miał takie imię jak on, to też by mnie bolała głowa – zapewnił Maciek.

– Kręci coś. Jakby go bolała, toby się nie bawił klockami – zauważył Tomek.


Rzeczywiście – pozostawiony sam sobie Aron zsunął się z fotela na ziemię i spokojnie budował wieżę z klocków lego. Pani też to zauważyła i o bolącej głowie nie było już tego dnia mowy. Za to dużo rozmawialiśmy o zwierzętach. Kto ma jakie zwierzątko w domu i jak się nim opiekuje.

 

– Ja mam kota Czarusia, jest piękny, mądry i łaciaty – zaczęła Ewa.

– Ja też mam kota.

– Ja też.

– Mój nazywa się Duszek, bo tak cicho chodzi.

– A mój Leon, bo… bo… sam nie wiem co.

Głosy dobiegały z różnych stron sali.

– A ja mam jamnika! – zawołał ktoś.

– A mój pies jest wielki, żółty i nazywa się Budyń.

– A mój wilczur rozumie wszystko, co się do niego mówi – powiedział Szymek.

– Ja mam rybki.

– Ja chomika!

Jak z rękawa posypały się okrzyki, bo każdy chciał choć wspomnieć o swoim ulubieńcu.

– A ja mam węża dusiciela – powiedział Aron i wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę.

– Masz węża?! Prawdziwego boa?! – spytał z niedowierzaniem Kuba.

– Tak. Nazywa się Bolek. Ma dwa metry. Jest brązowy z czerwonym wzorkiem i bardzo mnie lubi.

– Eee… Nie wierzę. Nie można przecież mieć węża – powątpiewał Tomek.


– Właśnie że można. Przyniosę jutro Bolka do przedszkola, to się przekonasz! – Aron z przyjemnością zauważył, że dzieci przyglądają mu się z zainteresowaniem, a niektóre nawet jakby z obawą.

– Ależ w żadnym razie nie przynoś tu węża! To nie jest dobry pomysł! – Nasza pani wyglądała na lekko podenerwowaną. – Węże nie lubią chodzić do przedszkola. Wystarczy, jak narysujesz nam Bolka albo przyniesiesz jego zdjęcie. – Na te słowa dziewczyny odetchnęły z ulgą, a Aron zerwał się na równe nogi.

– Zdjęcie mam w plecaku! – zawołał i popędził do szatni.

Po chwili wszyscy podawali sobie z rąk do rąk kolorową fotografię, na której w wielkim, szklanym pojemniku leżał sobie Bolek. Aron stał obok dumnie wyprężony z taką miną, jakby chciał powiedzieć: „Cóż, nie takie węże już się w życiu widziało”.


Więc jednak nie kłamał. Miał w domu dwumetrowego boa i jeszcze obiecał, że kiedyś nam go pokaże i pozwoli pogłaskać. I tak niepostrzeżenie Aron stawał się coraz mniej nowy i obcy, a pod koniec dnia nawet jego imię przestało nas dziwić. Za to we wszystkich głowach wiły się różne żmijki i węże, a każde dziecko zastanawiało się, co zrobić, żeby rodzice zgodzili się na takiego ślicznego dusicielka. Tylko w pani głowie nic się chyba nie wiło, bo patrzyła na zdjęcie jakoś tak bez entuzjazmu. I od razu było widać, że za nic nie powiesiłaby sobie Bolka na szyi.

W końcu zerknęła na zegarek i z wyraźną ulgą powiedziała:

– Dzieci, teraz proszę umyć ręce, bo już najwyższy czas na obiad.

W łazience pożyczyłem Aronowi mój ręcznik, bo jeszcze nie miał swojego, i byłem zadowolony, że pani posadziła nas przy jednym stoliku. Zwłaszcza że na obiad były naleśniki zwinięte w rurki, które świetnie udawały węże. Jeździliśmy nimi po talerzach, robiąc przy tym charakterystyczne „sss”. Kuba chciał nawet sunąć naleśnikowym wężem po stole, ale Agnieszka poskarżyła:

– Proszę pani, a oni się wygłupiają!

Brwi naszej pani powędrowały wysoko do góry, a naleśniki natychmiast znieruchomiały i przestały syczeć. Gdy potem w domu opowiadałem o tym, co robiliśmy w przedszkolu, mama słuchała mnie z uśmiechem. Niestety, gdy tylko wspomniałem o wężu i opisałem jej Bolka, zareagowała tak, jak się obawiałem:

– Nie, Piotrusiu, nawet o tym nie myśl. Żadnych dusicieli. To nie na moje nerwy. Nie mogłabym zmrużyć oka w domu, w którym byłby wąż.

Postanowiłem, że zapytam Arona, gdzie jego mama mruży oczy, odkąd mieszka z nimi Bolek.

A skoro nie mogłem mieć węża, to na pocieszenie wymyśliłem o nim taką bajeczkę:


Był sobie raz wielki, gęsty las. Rosło w nim tyle drzew, że nikt nie potrafił ich policzyć. Aż tu nagle las zaczął usychać. Nie wiadomo dlaczego, każdego dnia kurczył się i tracił drzewa. Ludzie najpierw myśleli, że brakuje mu wody, i wielkimi konewkami podlewali las od rana do wieczora. Potem przyszli lekarze i rozsypali w lesie różne kolorowe tabletki i witaminy. Niektórzy kładli nawet na drzewa zimne kompresy, a na noc okrywali leśne polanki kocami – ale nic nie pomagało. Las usychał dalej i każdego dnia było go coraz mniej.

Wtedy, nie wiadomo skąd, pojawił się jakiś mały, śliczny, zielony wąż, a właściwie wężyk, i też chciał pomóc w ratowaniu lasu. Ale wszyscy mu mówili, żeby przestał plątać się pod nogami i przeszkadzać. Wówczas, nie pytając nikogo o zgodę, ruszył w głąb lasu. Sunął bardzo długo przed siebie i w końcu trafił na miejsce, gdzie pod grubą warstwą mchu biło brązowe serce lasu.

– Czemu twoje drzewa giną? – spytał wąż.

– Bo usycham – zadudniło serce.

– Potrzebujesz więcej wody?

– Nie, usycham z nudów – dobiegło spod mchu.

Wtedy zielony wężyk nauczył las grać w kółko i krzyżyk, w domino i w czarnego Piotrusia.

Las przestał usychać z nudów, a wąż zrobił to, co węże lubią robić najbardziej, czyli poszedł wygrzewać się na słońcu.

A ja poszedłem do mamy opowiedzieć jej moją najładniejszą bajkę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?