Biuro detektywistyczne Dziurka od kluczaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20



Pstryk! – i w jednej chwili pokój w starej kamienicy pojaśniał od ekranu telewizora. Na kanapie usadowiło się dwóch chłopców. Właśnie zaczynał się ich ulubiony serial. I wcale nie były to śmieszne kreskówki, tylko film o dzielnych policjantach, którzy próbowali złapać na gorącym uczynku sprytnych złodziei. Ci zaś przez cały czas kombinowali, jak tu wpuścić stróżów prawa w maliny. W efekcie tych przepychanek ciągle ktoś kogoś śledził, gonił, ostrzeliwał albo zakuwał w kajdanki.

– No nie, przecież ten oszust kłamał w żywe oczy, a wszyscy łyknęli jego historyjkę jak foka śledzia! – pokręcił głową Julek.

– Od samego początku wiedziałem, że on coś kręci – przechwalał się Mikołaj. – Już ja bym tego cwaniaczka załatwił!

Na szczęście policjanci też w końcu dali sobie radę i chłopcy, żałując, że jest już po wszystkim, wyłączyli telewizor.

– Strasznie fajne jest takie śledzenie podejrzanych typów i rozwiązywanie różnych zagadek – westchnął Julek.

– Właściwie to wcale nie jest taka wielka sztuka. Wystarczy logicznie myśleć, kojarzyć fakty, coś podsłuchać, podejrzeć przez dziurkę od klucza i już można zostać detektywem. Prawdę mówiąc – dodał po namyśle Mikołaj – to my dwaj świetnie nadawalibyśmy się do takiej roboty.

A Julek zaraz podchwycił:

– Pewnie, moglibyśmy chodzić za podejrzanymi krok w krok, a oni i tak nie zwracaliby na nas uwagi. Do głowy by im nie przyszło, że jakiś chłopiec z psem na smyczy albo z deskorolką pod pachą to prawdziwy detektyw.

– A gdyby, mimo wszystko, ktoś się do nas przyczepił, to zrobilibyśmy go w trąbę, bo ściemniać, kręcić i bajerować potrafimy jak nikt. Do tego mamy wełniane rękawiczki, żeby nie zostawić śladów, telefony komórkowe i psa tropiącego – wyliczał Julek.

– Masz na myśli Cudaka? – spytał z powątpiewaniem Mikołaj, bo trzeba przyznać, że pies Julka na policyjnego nie wyglądał. Przypominał trochę pudla, trochę jamnika, miał krzywe nogi i nie widział na jedno oko.

– No pewnie – obruszył się Julek. – Cudak to bardzo mądry pies i ma węch lepszy od wszystkich psów w mieście razem wziętych. On czuje zapach parówek, które leżą na stole w sąsiedniej kamienicy.

I tak z każdą chwilą pomysł założenia biura detektywistycznego podobał się chłopcom coraz bardziej. Uzgodnili nawet, że babcia Helena będzie ich asystentką i tajnym informatorem. Nie był to zły plan, zważywszy, że babcia znała połowę miasta, a o sąsiadach z kamienicy wiedziała chyba wszystko. Pozostała jeszcze tylko kwestia, jak powinno nazywać się to jedyne w swoim rodzaju biuro. Chłopcy głowili się nad tym dobre pół godziny. Wreszcie Mikołaj klasnął w dłonie i zawołał:

– Wiem! Wiem! Biuro detektywistyczne Dziurka od klucza!

Julek z uznaniem pokiwał głową i nazwa została jednogłośnie przyjęta. Jeszcze tego samego dnia na drzwiach pokoju Mikołaja zawisła kartka z nazwą biura i godzinami urzędowania, ozdobiona rysunkiem niedużej dziurki od klucza. Na stoliku pojawiły się dwa notesy, dwie pary rękawiczek i, na wszelki wypadek, trzy całkiem nowe długopisy. A pod stolikiem rwał się do akcji rozczochrany Cudak. Jednym słowem – wszystko było gotowe i młodzi detektywi zaczęli rozglądać się za swoją pierwszą tajemniczą sprawą do rozwiązania.

– Właściwie to na naszej ulicy nic niezwykłego się nie dzieje – przyznał niechętnie Julek.

– Dzieje się, dzieje, tylko trzeba uważnie patrzeć. Ja na przykład zauważyłem coś dziwnego – stwierdził Mikołaj, zadowolony z wrażenia, jakie zrobił na koledze.

– Co? Co takiego? – dopytywał się Julek.

– No więc – zaczął Mikołaj – w naszej kamienicy pojawił się taki jeden facet z rudą brodą, w słomkowym kapeluszu i w koszuli w paski. Widuję go codziennie, chyba od tygodnia. Zawsze ma pod pachą jakąś paczkę zawiniętą w szary papier. Słyszę rano, jak nadchodzi. Ma chyba podkute buty, bo jego obcasy głośno stukają o kamienne schody. Potem przystaje w korytarzu i jak gdyby nigdy nic otwiera kluczem drzwi do mieszkania pani Marii Perlińskiej. Siedzi w środku niecałe pięć minut, wiem, bo patrzyłem na zegarek, i wychodzi z tą swoją paczką w ręce i w przekrzywionym kapeluszu na głowie. Zamyka dokładnie drzwi, rozglądając się dokoła, jakby sprawdzał, czy nikt go nie obserwuje. Nie ma pojęcia, że ja przez dziurkę od klucza widzę go jak na dłoni. W końcu wychodzi z kamienicy, ale następnego dnia pojawia się znowu i sytuacja się powtarza. Nie mam pojęcia, kto to jest, ani co robi w mieszkaniu naszej sąsiadki – Mikołaj wzruszył ramionami. – Ale kręci się tu, to fakt!



– A to ciekawe – przyznał Julek – bo ja też go widuję, tylko że po południu, tak koło szesnastej. Wyprowadzam wtedy Cudaka na spacer i od kilku dni spotykam na korytarzu tego brodacza w słomkowym kapeluszu. Ale nie taszczy niczego pod pachą, za to ostrożnie niesie paczuszkę z ciastkami, przewiązaną kolorowym sznurkiem. A wczoraj dla odmiany widziałem go, jak szedł do pani Marii z bukietem kwiatów. I wcale nie otwierał drzwi swoim kluczem, tylko dzwonił i grzecznie czekał, aż pani Perlińska go wpuści. Siedział u niej dobrą godzinę, bo gdy wracałem z Cudakiem, mijałem go znowu na schodach.

– Co tu jest grane? – zastanawiał się Mikołaj.

Julek nie chciał być gorszy, więc zmarszczył brwi i oznajmił:

– Gość coś kombinuje.

Potem chłopcy sięgnęli po notesy i spisali dokładnie wszystko, co wiedzieli na temat dziwnych wizyt brodacza. Bardzo starali się niczego nie pominąć. Dlatego ciągle poprawiali coś w notatkach, ogryzali długopisy, wzdychali, wpatrywali się w sufit i bębnili palcami po stole. Wstyd powiedzieć, ale Julek przez chwilę nawet dłubał w nosie, bo to podobno bardzo pomaga detektywom w myśleniu. W końcu już nic więcej nie dało się zrobić i chłopcy musieli przyznać, że śledztwo stanęło w miejscu. I nie wiadomo, jak długo by sobie tam stało, gdyby nie babcia. Weszła do pokoju z talerzem ciasta cytrynowego i powiedziała:

– Jedzcie i bawcie się grzecznie. Ja idę na herbatkę do pani Perlińskiej.

Na te słowa chłopcy wymienili się spojrzeniami. Zrozumieli, że oto stoi przed nimi tajna agentka, szpieg idealny i as wywiadu w jednej osobie. Na babci zawsze można było polegać.


Nie tylko piekła najlepsze ciasto cytrynowe na świecie, ale jeszcze dawała się wciągać w różne mniej lub bardziej zwariowane pomysły. Tym razem też zgodziła się wypytać sąsiadkę, kim jest ten rudobrody gość w słomkowym kapeluszu. Rzecz jasna, stanęła na wysokości zadania i już po godzinie relacjonowała detektywom, czego się dowiedziała.

– Otóż ten młodzieniec, który was tak niepokoi, to wnuk pani Perlińskiej. Co prawda ostatnimi laty zbyt często jej nie odwiedzał, ale za to teraz bywa u babci codziennie. Pani Maria jest zachwycona Tadeuszem. To ponoć bardzo dobrze wychowany młody człowiek. Nie nudzą go opowieści o wojnie ani wspomnienia babci z lat młodości. Chętnie ogląda albumy ze starymi zdjęciami i stare obrazy, które wiszą na ścianach w jadalni. Chwali i podziwia robione szydełkiem serwety, a czasem nawet ogląda z babcią jej ulubiony serial. No po prostu wnuk jak marzenie.

– No nie, ogląda seriale i podobają mu się serwetki? – nie mógł uwierzyć Mikołaj.

Julek wzruszył tylko ramionami i stuknął się znacząco w czoło.

– Jedyne, co martwi panią Perlińską, to fakt, że Tadeusz nigdzie nie pracuje – ciągnęła dalej babcia. – Kiedyś studiował na Akademii Sztuk Pięknych, podobno był bardzo zdolny i całkiem nieźle malował, ale, jak twierdzi, koledzy mu zazdrościli, a profesorowie się na niego uwzięli i nie skończył nawet trzeciego roku. Od tego czasu jakoś nigdzie miejsca zagrzać nie może. A tak w ogóle, co wy do niego macie? Co w tym złego, że codziennie odwiedza swoją babcię?


– Dwa razy dziennie: rano i po południu – sprecyzował Mikołaj.

– O nie, na pewno nie rano – zaprotestowała babcia. – Pani Perlińska zawsze o dziewiątej wychodzi na zakupy. I to bez względu na pogodę. Każdego dnia widzę ją przez okno, jak drepcze sobie bez pośpiechu na skwerek po jarzyny, potem idzie do piekarni po bułki, a na koniec kupuje w kiosku gazety. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zrezygnowała z tego porannego spaceru. A jeśli chodzi o gości, to doprawdy, pani Maria zaprasza ich bardzo chętnie, ale dopiero po południu.


Chłopcy wymienili spojrzenia. Nie było sensu spierać się z babcią. Oni wiedzieli swoje. Może pani Perlińska nie przyjmowała gości rano, ale to nie znaczy, że Tadeusz nie składał jej o tej porze tajemniczej wizyty. Tylko skąd miał klucz? I po co przychodził tam codziennie ukradkiem na kilka minut?

 

Mikołaj i Julek głowili się nad tym za zamkniętymi drzwiami biura detektywistycznego. Znowu poszły w ruch notesy, długopisy zostały doszczętnie obgryzione, a Cudak nie mógł doczekać się spaceru i obsikał doniczkę z fikusem. Ale za to w sprawie śledztwa zapadły ważne decyzje.

– Żeby dowiedzieć się, co gość kombinuje, musimy go obserwować i chodzić za nim krok w krok. Wtedy ustalimy, co robi, gdzie mieszka i z kim się spotyka. Może wyjaśni się, po co rano zawsze taszczy ze sobą tę owiniętą w papier paczkę. I dlaczego tak kadzi swojej babci, wychwala jej serwetki i jeszcze, lizus jeden, ogląda z nią seriale – Mikołaj był pewien, że właśnie tak należy to rozegrać.

Zgodnie z planem obserwacja podejrzanego brodacza rozpoczęła się następnego dnia. Najpierw chłopcy, jak na detektywów przystało, poszukali dogodnego punktu obserwacyjnego. Wybrali skwerek obok ich kamienicy i dla niepoznaki udawali, że grają tam w piłkę, ale tak naprawdę nie spuszczali z oka bramy wejściowej. Najpierw wyszła z niej pani Maria z torbą na zakupy, a kwadrans po dziewiątej pojawił się Tadeusz. Jak zwykle w kapeluszu i z paczką, tylko koszulę tym razem miał w kropki. Spieszył się, ale zanim wszedł do środka, przystanął i rozejrzał się czujnie dokoła. Dwaj chłopcy kopiący piłkę nie wzbudzili jego podejrzeń.

– Widziałeś? – spytał Mikołaj. – Ten facet nie chodzi, tylko się skrada. I skąd on bierze te idiotyczne koszule?

Julek nie zdążył odpowiedzieć, bo brodacz nie zabawił długo w kamienicy i po chwili znowu pokazał się na ulicy.

– Idziemy – szepnął Mikołaj i w ślad za Tadeuszem ruszyły dwa cienie.

Szli w bezpiecznej odległości, a gdy tylko śledzony mężczyzna odwracał się i lustrował ulicę – znikali w bramach, za drzewami lub wpadali do mijanych po drodze sklepów. Na szczęście biały kapelusz Tadeusza był dobrze widoczny nawet z daleka, co bez wątpienia ułatwiało chłopcom zadanie.

– Zobacz, skręcił w boczną uliczkę. Przystanął i się rozgląda – Mikołaj przytomnie pociągnął Julka do najbliższej bramy.


Po chwili dwie głowy wychyliły się ostrożnie i rozejrzały dokoła.

– Nie ma go! Zwiał! My czekaliśmy nie wiadomo na co w tej głupiej bramie, a on dał nogę! – gorączkował się Julek.

– Zaraz, zaraz – uspokajał go Mikołaj. – On po prostu wszedł do sklepu z antykami. Widzisz? Jest w środku i rozmawia ze sprzedawcą – chłopcy podeszli bliżej i dwa nosy rozpłaszczyły się na szybie wystawy. Zobaczyli, jak Tadeusz kładzie na ladzie swoją paczkę i tłumaczy coś, żywo gestykulując. Starszy pan, z którym rozmawiał, odwinął szary papier, założył okulary i bardzo dokładnie oglądał to, co było w środku. Niestety, ani Mikołaj, ani Julek nie mogli dostrzec, czemu się tak przypatruje. W końcu mężczyźni dobili targu, podali sobie dłonie i Tadeusz ruszył do drzwi. Mali detektywi mieli zaledwie kilka sekund, by schować się za słupem ogłoszeniowym.

– Co teraz? – spytał Julek.

– Idź za nim – polecił Mikołaj. – A ja spróbuję powęszyć w tym sklepie. Może uda się pociągnąć za język sprzedawcę.

Nie było czasu na dłuższe rozmowy. Julek ruszył biegiem za oddalającym się szybkim krokiem Tadeuszem, a Mikołaj wszedł do sklepu z antykami.

W środku pełno było starych mebli, na ścianach wisiały obrazy i lustra w rzeźbionych ramach, a wszędzie dokoła stały porcelanowe figurki, naftowe lampy, świeczniki i Bóg wie co jeszcze.

– Szukasz czegoś, chłopcze? – zza lady podniósł się starszy pan i podszedł do Mikołaja.

– Tak, szukam brata – Mikołaj zmyślał na poczekaniu jak rasowy detektyw. – To znaczy Tadzia – mówiąc to, przygarbił się i pociągnął nosem. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. – Wie pan, taki rudy, z brodą i w kapeluszu. Umówiliśmy się przed tym sklepem, ale trochę się spóźniłem. On dzisiaj przyniósł panu… – w tym miejscu zawiesił głos z nadzieją, że mężczyzna dokończy za niego zdanie. I udało się.



– Obraz – sprzedawca odruchowo dokończył. – Tak, przyniósł ten obraz – mówiąc to, antykwariusz rozchylił szary papier i wyjął jakieś malowidło. – Wojciech Kossak. Kasztanka marszałka Piłsudskiego. Piękna rzecz. Stan prawie idealny. Dostaniecie za niego niezłą sumkę. Obrazy tej klasy szybko znajdują nabywców. Zresztą wszystkie płótna, które przynosi twój brat, są cenne i wyjątkowe. Mówił, że wyprzedajecie kolekcję, żeby leczyć chorą babcię – starszy pan spojrzał na chłopca ze współczuciem.

Za to Mikołaj nie spuszczał wzroku z brązowego konia na obrazie Kossaka. Był pewien, że już kiedyś widział tę Kasztankę. Po chwili przypomniał sobie gdzie i złapał się za głowę.

– To ja już pójdę. Do widzenia! – rzucił pospiesznie w stronę sprzedawcy i wybiegł ze sklepu.

Wtedy w jego kieszeni odezwał się telefon. To był Julek.

– Podejrzany siedzi w barze i pije piwo – meldował. – Obserwuję go, ale strasznie mi się nudzi. Wygląda na to, że on nie zamierza się stąd ruszyć. A co u ciebie?

– Mam nowiny. Wracaj do domu. Pogadamy w biurze – powiedział Mikołaj. Chciał jeszcze dodać: „To nie jest rozmowa na telefon” – bo detektywi na filmach zawsze tak mówią, ale Julek już się rozłączył.


Potem w biurze detektywistycznym Dziurka od klucza odbyła się prawdziwa narada wojenna.

– Wiem! Wiem! Teraz już wiem! – Mikołaj aż podskakiwał z emocji.

– No to może mnie oświecisz – Julek był zły, bo on nie mógł się pochwalić, że rozumie cokolwiek z tego ich śledztwa.

Za to Mikołaj był w swoim żywiole.

– Jak tylko zobaczyłem tę Kasztankę Piłsudskiego, od razu wszystko zrozumiałem. Przecież ten koń był u pani Perlińskiej. Sam widziałem.

– Chcesz mi wmówić, że do pani Marii przyszedł koń? Niby jak dostał się na drugie piętro bez windy? Wszedł po schodach? Może jeszcze przyniósł jej w pysku kwiatki? – denerwował się Julek.

– Ty nic nie rozumiesz – pokręcił głową Mikołaj. – Ten koń do niej nie przyszedł. On tam cały czas był! Wisiał w jadalni.

– Co ty gadasz?! U pani Perlińskiej w jadalni powiesił się koń? – Julek aż pobladł z wrażenia.


– No to może ja zacznę od początku – westchnął Mikołaj. – Było tak. Tadeusz odwiedził swoją babcię i zobaczył, że starsza pani ma w mieszkaniu kolekcję cennych obrazów. Kiedyś studiował na Akademii Sztuk Pięknych, więc potrafił ocenić ich wartość. W jego cwanej główce od razu zrodził się pomysł, żeby babcię okraść. Pytanie tylko, jak to zrobić, żeby się nie zorientowała i nie nasłała na niego policji. W końcu wykombinował, że zrobi kopie tych obrazów. Jako były student Wydziału Malarstwa na pewno nie miał z tym żadnego problemu. Potem wystarczyło dorobić klucz do jej mieszkania i rano, kiedy babcia robiła na skwerku zakupy, przynieść owiniętą w papier kopię i zawiesić ją na ścianie w miejscu oryginału.

– A oryginał zapakować i wynieść pod pachą z mieszkania – domyślił się Julek.

– Jasne – przytaknął podekscytowany Mikołaj. – W ciągu kilku minut podmieniał obrazy. Później zamykał mieszkanie dorobionym kluczem i szedł prosto do sklepu z antykami. Tam opowiedział bajeczkę, że sprzedaje kolekcję, bo zbiera pieniądze na leczenie chorej babci. Dzisiaj, gdy go śledziliśmy, miał ze sobą obraz Wojciecha Kossaka przedstawiający Kasztankę marszałka Piłsudskiego. Przyniósł go do sklepu z nadzieją, że szybko znajdzie się kupiec. Kiedy sprzedawca rozpakował przy mnie obraz i zobaczyłem tego brązowego konia, od razu przypomniałem sobie, że widziałem go już kiedyś u pani Marii. Bardzo mi się podobał, dlatego go zapamiętałem. No i w tym momencie wszystko zrozumiałem. Jestem pewien, że nasza sąsiadka ma teraz na ścianach kopie znakomitych obrazów, a jej wnuk kieszenie pełne pieniędzy za sprzedane oryginały. Pani Perlińska oczywiście niczego się nie domyśla i jeszcze wychwala tego drania pod niebiosa.


– Nie rozumiem tylko – wtrącił Julek – po co on przychodził do niej codziennie po południu z tymi kwiatkami i ciastkami?

– Myślę, że odwiedzał babcię, bo chciał mieć pewność, że niczego się nie domyśla i nie ma żadnych podejrzeń. Gdyby zauważyła, że coś jest nie tak z jej obrazami, to pewnie jemu pierwszemu by o tym powiedziała, bo zdobył już jej zaufanie. A wtedy miałby czas, żeby zatrzeć za sobą ślady i zniknąć z miasta – powiedział Mikołaj.

– Ojej, i co my teraz zrobimy? – zaniepokoił się Julek.

– Czas wezwać posiłki. Nie ma rady – trzeba powiedzieć babci o wynikach naszego dochodzenia – stwierdził Mikołaj.

Na babcię, jak wiadomo, zawsze można było liczyć. Znała dobrze nie tylko mieszkańców swojej kamienicy, ale jeszcze co najmniej połowa miasta zaliczała się do jej znajomych. Wśród nich był również dzielnicowy, a dla starszej pani – po prostu pan Władzio.

– Musicie mu, chłopcy, o wszystkim opowiedzieć – zadecydowała. – On już będzie wiedział, co z tym zrobić.


I rzeczywiście, wezwany przez babcię pan Władzio zjawił się niezwłocznie w biurze detektywistycznym. Uważnie wysłuchał relacji Mikołaja i Julka, zadał kilka pytań, podrapał się w zamyśleniu po brodzie i poprosił o herbatkę malinową. Potem coś zanotował, gdzieś zadzwonił, znów o czymś pomyślał, marszcząc brwi, i uznał, że czas porozmawiać z panią Perlińską. Była to rozmowa w cztery oczy i choć chłopcy wiele by dali, żeby ją móc podsłuchiwać – to nic z tego. Musieli zadowolić się tym, co dzielnicowy przekazał im, gdy zajrzał do biura, żeby się pożegnać.


– Wasza sąsiadka nie mogła w to wszystko uwierzyć. Biedna kobieta, musiała zażyć krople na uspokojenie. A obrazy na ścianach w jadalni to faktycznie w większości niezbyt staranne kopie. Jutro pani Perlińska jak zawsze wyjdzie rano na zakupy, a w jej mieszkaniu będą czekali na złodzieja policjanci. Chcemy złapać tego wnuczka na gorącym uczynku. Tylko pamiętajcie, chłopcy, nikomu ani słowa – pan Władzio wykonał taki gest, jakby zasuwał na ustach zamek błyskawiczny.

– No jasne! Przecież my jesteśmy detektywami i nie chlapiemy jęzorem na lewo i prawo – oburzył się Julek.

Dzielnicowy pokiwał głową z aprobatą, zasalutował babci na pożegnanie i tyle go widzieli.

W oczekiwaniu na to, co się zdarzy, chłopcy nie mogli zmrużyć oka przez całą noc. Od świtu krążyli nerwowo po przedpokoju i co chwila to jeden, to drugi przykładał oko do dziurki od klucza. To był jedyny sposób, żeby stwierdzić, co dzieje się na korytarzu i przy drzwiach sąsiadki.

Najpierw, około ósmej, Mikołaj zobaczył kilku mężczyzn. Bez wątpienia byli to policjanci, choć nie mieli na sobie mundurów. Pani Perlińska uchyliła im drzwi, a oni szybko weszli do jej mieszkania. Potem Julek odepchnął Mikołaja od dziurki i mógł przyjrzeć się, jak sąsiadka kilka minut przed dziewiątą wychodzi z torbą na zakupy i zamyka drzwi na klucz. Kwadrans po dziewiątej chłopcy, poszturchując się, próbowali obaj jednocześnie patrzeć przez dziurkę, co, jak wiadomo, jest niewykonalne. W efekcie omal nie przegapili chwili, gdy Tadeusz, trzymając pod pachą paczkę owiniętą w szary papier, otworzył drzwi swoim kluczem i wszedł do środka.

Pięć minut później było po wszystkim. Policjanci wyprowadzili złodzieja skutego kajdankami. Tadeusz był zaskoczony i zdenerwowany.

– Panowie, o co chodzi?

O co chodzi?

To jakaś pomyłka!

– powtarzał w kółko.



Nie widział sprawców swojej porażki. Nawet mu do głowy nie przyszło, że śledzili go i zdemaskowali dwaj mali detektywi. Ale oni widzieli go dokładnie, bo zostawili wreszcie w spokoju dziurkę i uchylili odrobinę drzwi. Przez szparę zgodnie obserwowali rozwój wypadków na klatce. Ich zdaniem wszystko działo się o wiele za szybko, a najgorsze, że nie mogli być w centrum wydarzeń. Zobaczyli jeszcze tylko panią Perlińską, która wróciła do domu chwilę po tym, jak policjanci odwieźli Tadeusza na komisariat. Dobrze, że chociaż pan dzielnicowy wpadł do ich biura po południu i podzielił się nowinami.

 

– Brawo, chłopcy!

Świetna robota!

Tadeusz przyznał się do podmieniania obrazów i sprzedaży oryginałów. Jest szansa, że skradzione dzieła uda się odzyskać. Oszust bez wątpienia trafi za kratki, a pani Perlińska przyjdzie wam osobiście podziękować. Wasze biuro detektywistyczne jest już sławne w całej kamienicy – dodał z uśmiechem i na pożegnanie mocno uścisnął chłopcom dłonie.

– No cóż, mój drogi Watsonie – Julek rozsiadł się wygodnie w fotelu, założył nogę na nogę i pożałował, że nie może zapalić cygara – na pewno będziemy mieli wiele nowych spraw do rozwiązania. Musimy też liczyć się z tym, że dziewczyny nie dadzą nam spokoju.

– A to niby dlaczego? – Mikołaj był wyraźnie zaskoczony.

– To oczywiste, wokół wielkich detektywów, że o szpiegach nie wspomnę, zawsze kręciły się piękne dziewczyny, od których musieli się wręcz oganiać. Przypomnij sobie chociażby Jamesa Bonda – Julek dla odmiany wyłożył nogi na biurko i poprawił sobie grzywkę.

– Póki co jedyne dziewczyny, jakie za nami szaleją, to babcia i jej koleżanka, pani Maria – zauważył Mikołaj.

Ale niezależnie od tego, jak tam w końcu będzie z tymi dziewczynami, jest pewne, że było to pierwsze, ale nie ostatnie śledztwo biura detektywistycznego Dziurka od klucza.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?