W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Renata Lis, Warszawa 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015

Projekt okładki i stron tytułowych

Jacek Staszewski

Redakcja

Magdalena Łobodzińska

Korekta

Zespół

Książka napisana dzięki stypendium twórczemu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Wydanie pierwsze

Warszawa 2015

Wydawnictwo Sic!

00–724 Warszawa

ul. Chełmska 27 lok. 23

tel./faks: 022 840 07 53

e-mail: biuro@wydawnictwo-sic.com.pl

http://www.wydawnictwo-sic.com.pl

Znajdziesz nas również na:

Uprzejmie informujemy, że tekstów niezamówionych nie odsyłamy i nie przechowujemy.

ISBN: 978-83-61967-87-3


Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

OD AUTORKI

TRZYDZIEŚCI WALIZEK

JAN

W LODACH PROWANSJI

RIKKI-TIKKI-TAVI

GWIAZDA WIELOKROTNA. WYPISY Z TRZECH DZIENNIKÓW Z LAT 1927–1933

LA BOMBE GLACÉE

MODLITWA O UWOLNIENIE

DROGA DO FOSSE COMMUNE

PUSZKA SARDYNEK

DROGA DO FOSSE COMMUNE

KARTKI Z OKUPOWANEGO PARYŻA

„ZNAJDŹCIE DOBRYCH I BOGATYCH LUDZI”

COŚ W RODZAJU HARAKIRI

„ŚWIAT GINIE”

GNIAZDO CEKAEMU

PALCE POPĘKANE OD ZIMNA

KLUCZE

PAŁAC ZIMOWY

CZUŁOŚĆ DO NIEJ AŻ DO ŁEZ

„ZACZNĄ ZJADAĆ WRONY”

KARTOSZKA AETERNA

FAZY GŁODU

WIERSZYK DLA OLECZKI, 8 VII 1941

WARZYWNIK ŁOSIA

OGRODNIK

DYŻURY PRZY GARNKACH

PUDEŁECZKA Z SODĄ

DRAMAT W KUCHNI

LIST DO STALINA

Z WORKIEM NA PLECACH

LEW I GAZELA SYJONU

MUNSZTUCZEK I JARMUŁKA

ZIEMIA I LUDZIE

DOBCZYŃSKI I BOBCZYŃSKI

„UCAŁOWAŁEM JE, PORWAŁEM I SPALIŁEM”

SIEDEMDZIESIĄTE URODZINY

TOŁSTOJ Z BUTELKĄ DŻINU

„NIE WOLNO MI TAK PIĆ”

CIAŁO KOBIETY

ZDANIE Z FLAUBERTA, SKOK Z MOSTU

CZERWONY OŁÓWEK

PRZESZUKANIE

„WSZYSTKO TO BARDZO ŹLE MÓWIĘ”

WALIZKI Z LEKARSTWAMI

„A CÓŻ TO TAKIEGO”

SZCZUROŁAP

NÓŻ RZEŹNICKI

Z WORKIEM NA PLECACH

WIERSZYK DLA OLECZKI, 22 IX 1941

SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ KILO

OSZALAŁA PLANETA

ZNIKANIE

CIEMNE ALEJE

CIAŁO PISARSKIE

PISARZ W ZAPOJU

PIÓRA

„PROSZĘ NIE ZAPOMNIEĆ”

NA WODZIE

NIEBO

„WIEŹLI GO CAŁEGO WE KRWI”

TAJEMNICZE TRÓJKĄTY

RÓŻA JERYCHA

RÓŻA JERYCHA

W KLASZTORZE MARTY I MARII

ŻYCIE

NIEMCY W KIJOWIE

TATARZYN FIEDIA

„A PAN PEWNIE JEST MARYNARZEM?”

WARGA BŁOKA

WNUCZKA PUSZKINA

WIERSZYK DLA OLECZKI, 30 III 1942

ŻYDOWSKIE DNI

 

LIBERMAN

MODLITWA

ZNOWU WALIZKI

ONA ODCHODZI

CZYTAJĄCA GILOTYNA

I JESZCZE RAZ WALIZKI

ŻYCIE

KRZYŻ TRUWORA

KALENDARIUM ŻYCIA I TWÓRCZOŚCI BUNINA

PRZEWODNIK PO WYBRANYCH POSTACIACH DRUGIEGO PLANU

NOTA O PRZEKŁADACH

WYBÓR ŹRÓDEŁ

OD AUTORKI

Książka W lodach Prowansji opowiada o życiu Iwana Bunina w latach 1940–1944, które pisarz spędził na południu Francji. Okres ten nie byłby jednak dla Czytelnika w pełni zrozumiały, gdybym nie wybiegała w przeszłość i w przyszłość, ukazując miejsca rozpoczęcia i zakończenia wątków. Może to stwarzać pewną trudność w lekturze, ponieważ opisywane przeze mnie zdarzenia rozgrywają się na ogół w tym samym miasteczku Grasse, ale w dwóch różnych domach i dwóch różnych czasach – w willi „Jeannette” w latach czterdziestych oraz w willi „Belweder” w latach dwudziestych i trzydziestych (ponadto wspomniana jest jeszcze trzecia willa – „Montfleuri”) – a oprócz tego również w Paryżu i Sztokholmie. Ponieważ książka rozwija się przy tym według własnej wewnętrznej logiki i nie ma układu chronologicznego, szczególnej wagi nabierają określenia miejsca i czasu akcji.

Tak samo jak w Ręce Flauberta, tutaj również nie będzie przypisów (z wyjątkiem kilku tłumaczeń z francuskiego), nie jest to bowiem książka naukowa (choć korzysta z dorobku literaturoznawstwa), a ponadto tych przypisów musiałoby być wiele i w większości odwoływałyby się one do niedostępnej w Polsce literatury w języku rosyjskim, którą sprowadziłam z Rosji i Francji na własną rękę. Zbiorczą Notę o przekładach oraz Wybór źródeł można znaleźć na końcu książki.

Być może ku swemu zdziwieniu, Czytelnik nie raz przeczyta u mnie o Narbonie (w rodzaju męskim), Grassie i Kannach, zamiast o Narbonie (w rodzaju żeńskim), Grasse i Cannes. Używam tych form z prostego powodu: z rozmysłem posługuję się domowym językiem Bunina i jego bliskich, co oznacza – na przykład – że przejęłam zdrobnienia, którymi oni nawzajem siebie nazywali (Gala, Marga, Lonia), podobnie jak nazwę „Kubusiowy zaułek” (po rosyjsku – Jaszkin pierieułok) na oznaczenie paryskiej rue Jacques-Offenbach, a w cytatach zachowałam ruszczone przez nich na co dzień nazwy francuskich miejscowości. Tylko imię „Jan”, którego w stosunku do Bunina używała jego żona Wiera Nikołajewna, podaję w cudzysłowie, zaznaczając w ten sposób jej wyłączne prawo do tego miana.

Zdecydowałam ponadto, że tytuły książek – wszędzie poza Wyborem źródeł – będę podawała w brzmieniu polskim, nawet jeśli książki te nie były wcześniej tłumaczone na język polski, uważam bowiem, że Czytelnik nie powinien potykać się w lekturze o obcy język – najczęściej rosyjski – którego znać nie musi. Natomiast w Wyborze źródeł tytuły książek nietłumaczonych na język polski podaję w brzmieniu oryginalnym, w tym tytuły i nazwiska rosyjskie – w transkrypcji polskiej. To samo dotyczy występujących czasem w tekście słów i wyrażeń rosyjskich, które zapisuję zgodnie z regułami transkrypcji – z wyjątkiem kilku miejsc, w których świadomie zachowałam cyrylicę, i kilku innych, w których z pewnych powodów zasad transkrypcji nie trzymam się ściśle (na przykład: nada zamiast nado, prastor zamiast prostor). W transkrypcji podaję również tytuły czasopism.

Oprócz Bunina i osób mu najbliższych w książce pojawia się też wiele drugoplanowych i przypuszczalnie mniej znanych niektórym Czytelnikom postaci historycznych. Dlatego, by nie obciążać tekstu objaśnieniami biograficznymi, część z nich zebrałam w Przewodniku po wybranych postaciach drugiego planu. Umieściłam w nim – tylko – te postaci, które odegrały w życiu Bunina pewną rolę, a nie zostały wcześniej przedstawione, oraz osoby, które wprawdzie w książce jedynie wspominam, ale ich życiorysy wnoszą coś ciekawego. Założyłam bowiem, że nie wszystkie pojawiające się w tekście nazwiska wymagają – z różnych względów – informacji biograficznej. W notach z Przewodnika można znaleźć wiadomości podstawowe (ale nie w każdym przypadku tego samego rodzaju), ważne (z punktu widzenia tej opowieści – w pewien sposób ją dopełniające lub rozjaśniające) i ciekawe (a trudno dostępne w polskich źródłach), jednak nie są to biogramy encyklopedyczne. Nie zawsze są też obiektywne – tutaj, tak samo jak w całej książce, często patrzę na postaci oczami Bunina, trzymając jego stronę. Całości dopełnia zwięzłe Kalendarium jego życia i twórczości.

Całość ta wiele zyskała dzięki pomocy osób, którym pragnę tu podziękować. Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć zwłaszcza (w kolejności alfabetycznej): Aleksander Bondariew, Elżbieta Czerwińska, Anna Lis, Magdalena Łobodzińska oraz Ewa i Jarosław Rymkiewiczowie.

Renata Lis

TRZYDZIEŚCI WALIZEK

Upalny letni dzień nad Dnieprem. Łachy piasku naprzeciw Podołu są czarne od kąpiących się. Chwackie łódki dowożą ich tu wciąż z drugiego brzegu. Duże białe obłoki, blask wody, niemilknący pisk, śmiech, krzyki – kobiety rzucają się do wody, biją nogami, przekomarzając się w różnokolorowych rubaszkach, namokłych i wzdymających się pęcherzami. Ci, którzy już się wykąpali, rozpalają na brzegu ogniska, jedzą przywiezione kiełbasy i wędliny, zawinięte w przetłuszczony papier. A dalej, przy jednej z takich mielizn, wśród zgniłych traw, bezgłośnie kołysze się w wodzie napęczniały trup w czarnym garniturze. Tułów półleży na brzegu na wznak, a dolna część ciała, uciekająca do wody, kołysze się miarowo – i tak samo porusza się, to wypływając na powierzchnię, to się zanurzając, oklapnięty biały burak w rozpiętych spodniach trupa. I jedzące kobiety ostro, ze śmiechem coś wykrzykują, rzucając spojrzenia w jego stronę.

To upokarzające wspomnienie z 1918 roku – Bunin przypłynął wtedy z żoną do Kijowa z Homla, w drodze z opanowanej przez bolszewików Moskwy do Odessy – mogło dogonić go latem 1940 roku, przyniesione przez rzekę pamięci aż do departamentu Alpes-Maritimes, do pachnącego olejkami francuskiego miasteczka Grasse, na wpół zanurzone w mętnych wodach. Wzdęty trup zabitego w wojnie domowej mężczyzny mógł chcieć towarzyszyć Buninowi w jego kolejnej – trzeciej już – ucieczce, mógł chcieć dorzucić swoje napęczniałe zwłoki do tych trzydziestu sztuk bagażu, którymi wyładowany był samochód uchodźców. A Bunin nie mógł nic na to poradzić, ponieważ nad trupem swojej przeszłości od dawna nie miał władzy, więc starał się tylko, nagle pobladły, żeby ten ociekający wodą nadliczbowy pasażer nie zwrócił na siebie uwagi pięciu kobiet, które uciekały razem z nim, oraz wynajętego szofera. Męczył się z trupem sam. „Zapiąłbyś przynajmniej spodnie, skoro nie chcesz wysiąść! Jedzie z nami mała dziewczynka! – tak mógł go besztać na postojach, kiedy nikt nie słyszał. A potem: – Nie miej do mnie żalu, mój drogi, ale chciałbym już cię zapomnieć, i chciałbym również zapomnieć tamte baby z gębami pełnymi kiełbasy, które tak haniebnie ci wtedy urągały, i tamtą kminkówkę pitą w pociągu między Moskwą a Wiaźmą, i tamtą Orszę i Mińsk, i tamte zarzygane tory, i tamtego Niemca w mundurze, który nareszcie walił po pysku jakiegoś bolszewika, i tamten przedział dzielony z dziesięciu polskimi oficerami, i w ogóle całą tamtą podróż na południe, i cały następny nasz rok w Odessie, i pierwsze miesiące tysiąc dziewięćset dwudziestego także chciałbym”. – „Jan, z kim ty rozmawiasz?” – mogłaby wtedy zapytać Wiera Nikołajewna, jego żona, a po tych słowach zapadłoby dłuższe milczenie.

Z Grasse wyjechali 16 czerwca 1940 roku, tego samego dnia, kiedy marszałek Philippe Pétain został premierem ewakuowanego z Paryża do Bordeaux rządu Francji. Ruszyli o dziesiątej rano – Bunin z Wierą, Galina Kuzniecowa ze swoją miłością Margaritą Stiepun, Lala Żyrowa z córeczką Olą oraz trzydzieści walizek i wspomnienia. Nie wiedzieli, czy jeszcze wrócą „na Żanetę” – tak nazywali willę, która nosiła francuskie imię „Jeannette” – więc zabrali ze sobą wszystko. Wiadomo było, że uciekać trzeba na zachód, poza tym żadnych określonych planów nie mieli. Wynajętym za ponad dwa tysiące franków zdezelowanym autem z kierowcą zamierzali dojechać do Nîmes, stamtąd pociągiem do Tuluzy i dalej w Pireneje, ewentualnie do Lafrançaise, małej miejscowości przy drodze do Bordeaux, w której mąż Lali Żyrowej miał farmę. Na tej farmie albo gdzieś u sąsiadów można było przeczekać najgorsze, ale raczej tylko w ostateczności, ponieważ nie było tam ani bieżącej wody, ani światła, ani posłań. Niemniej, kiedy świat wypada z ram, wtedy każde pewne schronienie jest na wagę złota, a legendarna „farma Żyrowa”, choć pozbawiona wygód, miała właśnie tę zaletę, że dawała oparcie rozhuśtanej wyobraźni.

Z całej szóstki uciekać musiała tylko Margarita (nazywana też Margo i – w domu Buninów – Margą), ponieważ zamiast bezpaństwowego paszportu nansenowskiego miała paszport niemiecki (jej dziadek ze strony ojca był Niemcem z Prus Wschodnich) i kiedy 10 maja 1940 roku rozpoczęła się już nie dziwna, tylko normalna wojna Niemiec z Francją, ta Bogu ducha winna rosyjska śpiewaczka automatycznie stała się dla Francuzów podejrzana, aż w końcu – 13 czerwca – żandarmeria francuska nakazała jej przed upływem doby opuścić Grasse. Był to swoisty akt łaski, który Marga zawdzięczała między innymi poręczeniu Bunina – bez niego groziłoby jej internowanie. Pozostałym mieszkańcom „Żanety” – czyli Buninowi z Wierą, Galinie i Lali z Oleczką – status persona non grata na tym etapie wojny jeszcze nie groził, również przebieg działań wojennych nie zmuszał do bezzwłocznego wyjazdu: Niemcy wprawdzie zdobywali Francję milowymi krokami, przekroczyli już Sekwanę w jej dolnym biegu i nieubłaganie oskrzydlali Paryż, ale z perspektywy południa wciąż działo się to gdzieś daleko, a Włosi, którzy 10 czerwca przystąpili do wojny po stronie Hitlera i przypuścili atak w kierunku Nicei, nie odnieśli żadnych sukcesów i wkrótce utknęli na dobre w okolicach Mentony. Tak więc, nie licząc ogólnego wojennego rozedrgania, które „nasi” – w odróżnieniu od rodowitych Francuzów – odczuwali już od września 1939 roku, tylko uporczywe włoskie naloty na nieodległą Szwajcarię i południowe wybrzeże Francji mogły ich wtedy bezpośrednio niepokoić.

Jechać czy nie jechać, a jeśli jechać, to dokąd – wahali się codziennie przez część maja i połowę czerwca, bez przekonania pakując rzeczy. Najbardziej niezdecydowany ze wszystkich był Bunin – intuicja wyraźnie nie kazała mu w tamtej chwili ruszać w drogę i być może powinien był tej intuicji posłuchać. Męczący dylemat rozstrzygnęli w końcu francuscy żandarmi, kiedy wypędzili Margę z Grasse – na tę wieść Galina z pewnością oświadczyła, że pójdzie na wygnanie razem z ukochaną, a Wiera Nikołajewna, która z natury nie była zdolna do reakcji innych niż szlachetne, na pewno bez większego trudu przekonała męża, że w tej sytuacji muszą wyjechać całą szóstką, zwłaszcza że Marga z Galą nie miały pieniędzy nie tylko na podróż gdzie oczy poniosą, ale też na bieżące potrzeby.

Właśnie w taki sposób prawie siedemdziesięcioletni Bunin znalazł się w wynajętym za ciężkie pieniądze gruchocie obok pięciu niezaradnych życiowo kobiet, trzydziestu walizek i chmary wspomnień, które wlokły się za jego wyciągniętym z wody towarzyszem z Kijowa jak zgniłe trawy. Wiera Nikołajewna, która śledzeniu nastrojów męża poświęcała tyle samo uwagi, ile on poświęcał obserwacjom pogody, od razu spostrzegła, że „Jan” jest inny niż wtedy, kiedy uciekali z Moskwy do Odessy, a także inny niż wówczas, kiedy na zawsze opuszczali Rosję, z Odessy uciekając do Francji. Wtedy był energiczny i zdecydowany, intuicja podpowiadała mu, kiedy i dokąd jechać, więc śmiało wyznaczał cele i kierunki. Tak było w maju 1918 roku, kiedy z wieczoru autorskiego w Tambowie, prócz worków mąki i kaszy, przywiózł do Moskwy także pewność, że trzeba uciekać na południe, i tak samo było również na przełomie stycznia i lutego w roku 1920, kiedy – pomimo że trafił im się pijany dziadyga, który ciągnął ich rzeczy do portu chwiejnym zygzakiem – zdążyli zaokrętować się na stateczku „Sparta” w ostatniej chwili przed nadejściem bolszewików, w huku zbliżającej się do Odessy artylerii.

 

Teraz „Jan” nie tylko wydawał się zaskakująco niepewny, ale też ociągał się z pakowaniem i w ogóle sprawiał wrażenie, że jest nieobecny duchem. Bo też żył czymś zgoła innym i dużo przebywał w sobie samym. Całymi godzinami, najczęściej w łóżku, rozmyślał o swoim minionym życiu i o tym, co na pewno go już nie spotka, jak choćby wyprawa w Himalaje, a także o tym, jak to będzie, kiedy jego już nie będzie, a słońce nadal będzie wstawać; przeglądał pożyczone z biblioteki w Nicei rosyjskie czasopisma z końca ubiegłego wieku i kawałek po kawałku odpominał siebie młodego, który kiedyś to wszystko czytał pierwszy raz; testował na sobie cudze utwory z różnych epok, oglądał je pod zimne światło wieczności, pytając, czy były dobre oraz czy były konieczne, i w swoim dzienniku zapisywał wyniki, na ogół niezadowalające. I mimo że pilnie śledził postępy kolejnego końca świata, który rozgrywał się na jego oczach, ewakuacja była ostatnią rzeczą, jaką pragnąłby się teraz zajmować. To przecież zrozumiałe – ktoś, kto schodzi w siebie na dużą głębokość, jest jak nurek, który musi mieć pewność, że po wynurzeniu zastanie wszystko mniej więcej na swoim miejscu. Ewakuacja odrywała Bunina od jego własnej przygnębionej osoby, od której nie chciał się teraz odrywać, ponieważ jeszcze ze sobą nie skończył – miał jeszcze ze sobą do pomówienia. A tu pechowo dobiegło końca to, co jedna z przyjaciółek Wiery Nikołajewny już we wrześniu 1939 roku nazwała w liście do niej „naszą marniutką emigrancką przerwą na złapanie oddechu, która nastąpiła po rewolucji” – i 13 czerwca Wiera powiedziała, że jednak muszą jechać. I pojechali.

Ich z zewnątrz francuski, lecz w środku rosyjski samochód, poruszając się w tempie około dwudziestu kilometrów na godzinę, zasilił wątlejszą południową odnogę wielkiego i bezsensownego eksodusu Francuzów, który trwał już od maja i unosił w swym nurcie – wedle różnych szacunków – od ośmiu do dziesięciu milionów ludzi. Francuzi panicznie bali się dywanowych nalotów, których skutki widzieli w gazetach, a także powtórki z okupacji niemieckiej, wciąż przez niektórych pamiętanej z okresu Wielkiej Wojny, oraz zwyrodniałej niemieckiej soldateski, którą straszyły plakaty na ulicach, jednak większość uciekała przede wszystkim dlatego, że inni również uciekali. Ewakuowano się głównie z północnych departamentów Francji, zwłaszcza z Paryża, który opuściły w tamtym czasie aż dwie trzecie mieszkańców, ale były też takie miejscowości, jak wieś Bousselange, skąd wyjechali wszyscy prócz jednej rodziny, a i ta wolała popełnić samobójstwo. Wezbrana ludzka fala płynęła na tereny położone na południe od linii Loary, ponieważ krążyła pogłoska – raczej pozbawiona podstaw, między innymi dlatego, że Stany Zjednoczone nie przystąpiły jeszcze do wojny – iż właśnie wzdłuż Loary wojsko francuskie wespół z Amerykanami będzie stawiać Niemcom opór.

„Niekończący się sznur samochodów, toczących się dwoma, a gdzieniegdzie trzema rzędami. Wszystko to wyładowane pościelą, betami, walizkami, skrzynkami, pudłami, klatkami z wszelkiego rodzaju ptactwem wewnątrz. Toczyło się to krok za krokiem, bo jeżeli z jakiegoś samochodu uciekł piesek, to samochód się zatrzymywał, łapano pieska i wszystko stawało. Gdy jakiś wóz zepsuł się, a dużo tych gratów psuło się na drodze, bo ciągła jazda na pierwszym biegu grzała motory, wszystko stawało. Brzegami drogi przeciskali się rowerzyści i ludzie idący na piechotę” – szkicował piórkiem portret małej francuskiej apokalipsy Andrzej Bobkowski, który także znalazł się w tłumie uciekinierów z Paryża. Po drodze zdarzały się bombardowania, od czasu do czasu widywano nawet zabitych i rannych. Dworce, drogi i miasteczka pełne były przerażonych ludzi, w większości kobiet, dzieci i starców, ale też resztek francuskiej armii i niezmobilizowanych z różnych powodów mężczyzn.

Jednym z nich był francuski nihilista Louis-Ferdinand Céline, który z lubością oddawał się obserwacji ludzkości w stanie moralnego upadku, przy czym szczególnie cieszyło go chyba to, że w tym żałosnym stanie znaleźli się właśnie Francuzi. „Choćby nie wiem, jak szybko się przemieszczać – notował – choćby nie wiadomo jakich sposobów próbować, by dogonić francuską armię – tą albo tamtą drogą, zygzakiem, non-stop niczym pędzący samochód – zawsze będzie przed nami, nigdy nie da się poruszać tak szybko, jak wycofujący się francuscy żołnierze”. Jean-Pierre Azéma w książce La France des années noires zauważa, że Francuzi zostali wówczas opuszczeni nie tylko przez własną armię, która w rozsypce uciekała przed ogniowym chrztem Blitzkriegu, ale też przez władze lokalne, które na ogół ewakuowały się pierwsze, ze strażą pożarną, restauratorem i piekarzem włącznie. Tkań społeczna rozłaziła się w szwach. Dochodziło do rozbojów i grabieży. Pociągi kursowały bez rozkładu i wyłącznie w kierunku południowym. Po ulicach Limoges w pewnej chwili błąkało się dwieście tysięcy uchodźców. W miejscowości Semoy dwustu chorych uciekło z kliniki psychiatrycznej i w białych bluzach farmaceutów sprzedawało na ulicach swoje lekarstwa po dziesięć sou za sztukę. A skoro ktoś je kupował, to ktoś je również zażywał.

– Patrzcie, patrzcie! Koń płynie!

Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Nad szarą parującą wodą widać było wysoko uniesioną końską głowę. Płynął, wyraźnie sam nie wiedząc dokąd, znoszony prądem na środek zatoki. Czasami dźwigał się jeszcze wyżej i wtedy widać było, jak woda przelewa się przez jego ciemny, połyskliwy grzbiet. Lecz siły wyraźnie go już opuszczały, coraz częściej szedł pod wodę, parskał i, kładąc uszy po sobie, wyciągał szyję to w stronę brzegu, to w stronę statku, gdzie czuł ludzi i skąd wyraźnie oczekiwał pomocy.

– Kozacki koń... Szuka swojego pana...

– No tak, przecież nie pozwolili brać koni...

I nagle ostry, krótki dźwięk przeciął powietrze. Po nim rozległ się drugi, trzeci...

Trzeci wystrzał – mogło tak być – wytrącił Bunina z zamyślenia. Niezupełnie przytomnym wzrokiem popatrzył przez okno samochodu – rdzawy z plamami ciemnej zieleni masyw Esterelu zasłaniał morze, lecz dzień był wyjątkowo piękny – i nagle wzdrygnął się na wspomnienie tamtych oszalałych ze strachu, tonących koni, których przedśmiertne rzężenie nadal dźwięczało mu w uszach. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przecież pod koniec 1920 roku nie było go na Krymie, że wtedy od dawna mieszkali już z Wierą w Paryżu, a więc nie mógł widzieć, jak ewakuują się żołnierze generała Wrangla. Więc czyje to było wspomnienie? Skąd się tu wzięło? Spojrzał za siebie – i zapadł się w wielkie oczy Galiny. Zrozumiał. Z Galą rozumieli się bez słów. „Jak ona mogła mnie tak okrutnie...” – z przyzwyczajenia zaczął odmawiać w myśli swoją starą litanię, ale zaraz przestał. Pomyślał raczej o tym, że prócz topielca z Kijowa w te absurdalne Pireneje jadą z nimi także inne rosyjskie wspomnienia, i może nawet poczuł ulgę.

„Do Nîmes przyjechaliśmy o zachodzie słońca, jakąś godzinę objeżdżaliśmy hotele – nigdzie nie było ani jednego miejsca! Potem dworzec [...] – myśleliśmy jechać dalej pociągiem – niemożliwe, straszny tłum – a jak wsiąść z trzydziestoma sztukami bagażu! Poszliśmy do bufetu, zjedliśmy. Rozpacz zupełna – nocować na ulicy koło dworca! M. i G. poszły szukać taksówki, żeby jechać dalej w nocy – i natknęły się na taksówkarza, który był rosyjskim Żydem. Przenocowaliśmy u niego” – zapisał później w dzienniku.

Ten Żyd spadł im z nieba – tego już nie zapisał – zupełnie tak samo, jak tamta siostra miłosierdzia na Dworcu Wileńskim w Mińsku, w skórzanej kurtce po jakimś pilocie i drucianym pince-nez, która powiedziała: „Kto by pana nie znał, Iwanie Aleksiejewiczu!” i poszła wytłumaczyć to Niemcom. Bez jej pomocy wtedy w 1918 nie otrzymaliby z Wierą przepustki i nie wyjechaliby do Homla i Kijowa, a więc nie dotarliby również do Odessy, a gdyby nie dotarli do Odessy, to być może w ogóle nie zdołaliby uratować życia, zostaliby zamordowani przez bolszewików jako nieuleczalnie biali, bez jakichkolwiek widoków na udaną reedukację przez pracę – nawet w najsurowszych łagrach za kręgiem polarnym – a gdyby tak się stało, to przecież nigdy nie znaleźliby się we Francji i on nie poznałby Galiny ani nie dostałby Nagrody Nobla, choć z drugiej strony też nie straciłby Galiny i nie straciłby Nagrody Nobla, więc czy było warto? Wino miesza w głowie. „Warto było, warto!” – mógłby wtedy powiedzieć jego wyłowiony z Dniepru towarzysz.

Dopiero w Nîmes poczuli naprawdę, czym jest francuski eksodus. W porównaniu z rosyjską wojną domową, której doświadczyli na własnej skórze, a także z niemiecko-rosyjską wojną w Polsce, o której czytali w „Illustrirowannoj Rossii” – „O Polsce staram się nie myśleć, takie to straszne”, zapisała Wiera Nikołajewna 18 września 1939 roku – był zaledwie drobną katastrofą.

„Siedemnastego – pisał – wyjechaliśmy znów taksówką do Tuluzy i dalej do Montauban, mając nadzieję tam przenocować, a potem znów do Lafrançaise, gdzie Żyrow ma farmę. [...] Opłata do Lafrançaise – dwa tysiące trzysta franków. Najpierw szeroka droga w platanach, słońce i cień, wesoły poranek. [...] Posterunki wojskowe, kontrola dokumentów. Morze winorośli, w dali góry. Około pierwszej postój w jakiejś mieścince, podszedł do nas chłop około lat pięćdziesięciu i ze łzami powiedział: »Możecie jechać z powrotem – armistice!«”.

Jednak to zawieszenie broni, które „ze łzami” zwiastował im chłop, zostanie podpisane dopiero kilka dni później – na razie Francuzi poprosili Niemców uprzejmie o przerwanie ognia, a ci zgodzili się rozpocząć rokowania. „Z deklaracji radiowej Pétaina wynika, że Francuzi w ogóle nie mieli się czym bić. O pół miliona żołnierzy mniej niż w 1917 roku, nie mówiąc o nierówności w uzbrojeniu” – relacjonuje autor Szkiców piórkiem słynne przemówienie, którego Francuzi wysłuchali 17 czerwca. Pétain wspomniał też o przewadze ducha przyjemności nad duchem ofiary oraz o niechęci Francuzów do wysiłku, ale nie odważył się wskazać tych okoliczności wprost jako przyczyn klęski. „Żeby nie obrazić” – komentuje Bobkowski.

A skoro chciano ocalić złudzenia, cena świętego spokoju musiała okazać się wysoka – Francja wycofała się z wojny i oddała swoje zasoby do dyspozycji Hitlera, biorąc na siebie także wiele innych haniebnych zobowiązań, jak choćby zgodę na wydanie Niemcom każdego, kogo ci od niej zażądają. Jednak próżno by szukać wypowiedzi Bunina – tak przecież krewkiego, kiedy komentował przewrót bolszewicki w Rosji – na temat owego żałośliwego armistice. Tubylcza polityka najwyraźniej aż tak go nie zajmowała, nie miał do niej serca ani głowy – po dwudziestu latach spędzonych we Francji w ogóle się z tym krajem nie utożsamiał. Pozostał uchodźcą-apatrydą, a zmienne koleje francuskiego losu przyjmował w taki sam sposób, w jaki Anglik przyjmuje zmiany pogody: jeśli pada, to wkłada się kalosze i bierze parasol; jeśli przestaje padać, wtedy kalosze i parasol zostają w szafie – i nic poza tym.

Zresztą ów chłop pomylił się nie raz, a dwa razy – mimo radosnej nowiny, którą przekazał Buninowi i jego paniom, „jechać z powrotem” nie mogli, ponieważ nie mieli zezwolenia na przejazd, a uzyskać go od ręki nie było można ze względu na restrykcyjne przepisy i epicką francuską biurokrację. Trzeba było zaczekać, aż smrodliwy obłok zawieszenia broni wyłoni z siebie nowy porządek francuskiego życia. Zaczęło się więc jakieś kołowanie z miasta do miasta w poszukiwaniu noclegu, nie do końca dla mnie jasne, zwłaszcza że swoje notatki z tej podróży Bunin i Wiera sporządzili znacznie później i w sposób bardzo sumaryczny. „Znów winnice, winogronowy step – pisał Bunin. – Za Narbonem – Judea, kamienie, znów winnice, rzędy cyprysów posadzonych dla osłony przed wiatrem. [...] Wstrętna Tuluza, ogromna, wulgarna, mnóstwo polskich oficerów... (Na całej trasie – setki uchodźców mknących w autach). W Montobanie – ani jednego miejsca. O zmroku – Lafrançaise – to samo. W końcu trafiliśmy do Griazowów...”.

Rodzina Griazowów to byli chyba ci znajomi Lali Żyrowej, o których wspomina – ale bez nazwiska – także Wiera Nikołajewna, kiedy pisze w dzienniku: „I zwaliliśmy się na głowę tym biednym ludziom, którzy udzielili nam wszystkim schronienia na jedną noc, a potem wszystkie nasze damy przeniosły się do hotelu we wsi, a my przeżyliśmy tam dwadzieścia dwa dni. [...] Nasza podróż wyniosła nas bardzo drogo i pochłonęła mnóstwo sił fizycznych i duchowych. W Lafrançaise nie było żadnych wygód. I trzeba było wybierać między stajnią a gołym polem! Były problemy z wyżywieniem”.

Zdaje się, że „wszystkie nasze damy”, które „przeniosły się do hotelu we wsi”, to była również Lala z Oleczką, a nie tylko Gala z Margą, bowiem w przeciwnym razie Wiera Nikołajewna użyłaby raczej sformułowania „obie nasze damy”, a nie „wszystkie nasze damy”. Dlaczego w takim razie Lala z Oleczką nie poszły mieszkać na legendarną „farmę Żyrowa”, o której ciągle rozmawiali?

Wyjaśnienie tej zagadki, bardzo banalne, nawet dzisiaj traktowane jest jak wstydliwa tajemnica. Mianowicie Lala, ziemianka z Ukrainy – ładna, młoda i bardzo smutna – nawiązała w Paryżu romans z Michaiłem Roszczynem, pisarzem i agentem, który kręcił się koło Bunina i okresowo u niego pomieszkiwał. Nie wiem dokładnie, jak doszło do separacji Lali z mężem, ale wiem, że miał on na imię Aleksiej i we Francji pracował jako szofer, więc w Rosji mógł być oficerem. Z powodu tego romansu rozstali się jeszcze przed wojną, a Lala z Oleczką korzystały z gościny Buninów i pozostawały na ich utrzymaniu mniej więcej przez trzy lata. Wiadomo też – od Wiery Nikołajewny – że Oleczka rozstanie rodziców bardzo przeżywała, ale najwyraźniej nic z tym nie można było zrobić. Konflikt musiał być poważny, a wiecznie chora Lala, która całe dnie leżała na kanapie paląc papierosy, raczej nie wygląda na kogoś, kto byłby w stanie wziąć ster życia w swoje ręce. Więc bardzo możliwe, że Aleksiej Żyrow nie chciał przyjąć żony pod swój dach w Lafrançaise, albo też Lala obawiała się go o to prosić, żeby nie narażać się na upokorzenie, i dlatego wybrała hotel. Zwłaszcza że na farmie Żyrowa – opowiada Wiera Nikołajewna – było „strasznie” i „nie było co jeść”.