TatarkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tatarka
Tatarka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Tatarka
Tatarka
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


1


Początek lata, środek dnia i koniec czasu wypełnionego wymyśloną przez kogoś historią stał się ułamkiem chwili, która zrodziła całkiem nową myśl. A ta kilka następnych, tak samo ważnych, a mimo to prawie nieuchwytnych.

Koniec przeczytanej nieuważnie książki dał dobry powód, by odwrócić się do słońca plecami, otworzyć szerzej znużone blaskiem oczy i popatrzeć w modre, nagie niebo nad koronami owocowych drzew. Unieść leniwie blade dotąd, zdrętwiałe lekko ramiona i sprawdzić, czy pojawiły się na nich złotoróżowe ślady pierwszej opalenizny. Dotknąć gorących policzków i poczuć pod palcami rumieńce namalowane słońcem i plączącymi się po głowie wspomnieniami poprzedniego dnia. A potem strząsnąć je z siebie jak okruchy, na nowo zerwać z rzeczywistością i bez żalu zapomnieć o bożym świecie – tym ze skończonej przed chwilą powieści, i tym realnym. Wyciszyć się, ukoić emocje i przede wszystkim niczego nie roztrząsać. W błogiej, starannej bezczynności nie myśleć już nic lub rozmyślać wyłącznie o niczym. Po to, by zdjąć z umęczonej głowy ciężar przykrych refleksji i zająć czymś ręce. Czymkolwiek, byle nie wymagało szczególnej uwagi i energii większej niż ta, której potrzeba do wystukania na kolanie rytmu plączącej się po głowie melodii lub zdmuchnięcia z dłoni zagubionego ptasiego piórka. Albo do strzepnięcia z sukienki żółtego kwiatowego pyłku czy przepłoszenia zielonobłękitnej ważki z nadgryzionego jabłka. A to wszystko bez przymusu i jakby od niechcenia. Byleby tylko nie robić niczego ważnego i zatonąć bez reszty w upragnionej beztrosce.

Na szczęście w rozświetlonym słońcem wiejskim ogrodzie nie było to trudne. Wystarczyło poddać się działaniu wszechobecnych barw, zapachów i znajomych dźwięków. One były emocjonalnie neutralne, swojskie i bliskie, dlatego bezpieczne. Koiły i niosły wytchnienie. Nie tylko teraz i nie tylko jej, ale z pewnością zawsze i każdemu, kto umiałby odnaleźć w sobie dostatecznie wiele wrażliwości, by poczuć magię i urok tego miejsca, wchłonąć jego ducha, nasiąknąć nim jak rozpulchniona ziemia.

Z opuszczonymi powiekami snuła się po ścieżkach swojej na wpół uśpionej świadomości i nie miała ochoty z nich schodzić. Leniwie błądziła palcami wśród płatków jasnoróżowych stokrotek i biało-żółtych rumianków. Muskała nieuważnie puchate pomponiki kwiatów koniczyny, okalała ich nastroszone główki wiotkimi łodyżkami, źdźbłami traw, skrzypem polnym i postrzępionymi liśćmi krwawnika. Prawie nie otwierając oczu, właściwie od niechcenia, zrywała kolejne, czasem przypadkowe rośliny, bo tylko te rosnące w zasięgu jej rąk, i dołączała do wianka, który na przekór umiarkowanym staraniom wyglądał coraz lepiej.

– Wiła wianki i wrzucała je do falujące wody, wiła wianki i wrzucała je do wooody! – Półgłosem nuciła na okrągło refren ludowej piosenki, który przylgnął do niej poprzedniego wieczoru tak mocno, że mimo wielu prób nie potrafiła się od niego uwolnić. W końcu się poddała i już bez oporu kiwała raz jedną, raz drugą bosą stopą w takt upartej melodii.

Nagle ucięła śpiew niemal w połowie nuty i oddaliła od siebie uwity mimo woli wianek na długość ramion. Przyglądała się mu ze zmarszczonym czołem przez kilka sekund. Ułożyła delikatnie swoje dzieło na kraciastym kocu i gwałtownym, niepasującym do niemrawej chwili gestem odrzuciła do tyłu włosy. Znów uchwyciła krańce miodowo pachnącej girlandy, otoczyła jej przyjemnym chłodem swoje czoło i skronie.

Tak przystrojona obróciła się ze sztucznym wdziękiem do matki siedzącej nieopodal, przy drewnianym stole – zbitym jeszcze przez dziadka Ignacego z poszarzałych desek zachowanych z wierzei nieistniejącej już dziś stodoły. Lena przesuwała się właśnie na koniec chropawego blatu, do granicy krótkiego o tej porze dnia cienia rzucanego przez rozłożystą jabłoń, by jeszcze choć na parę chwil schronić się przed lejącym się z nieba czerwcowym żarem.

– Ślicznie. – Słysząc znaczące pokasływanie, podniosła wzrok znad sterty obranego rabarbaru i posłała córce niejednoznaczny uśmiech, bo równie dobrze mógł wyrażać aprobatę, jak i źle skrywaną drwinę.

Ksenia westchnęła demonstracyjnie i porzuciła – tym razem niedbale – prawie gotowy wianek. Strąciła przy okazji z koca kilka zabłąkanych mrówek. To był jednak tylko pretekst do pozbycia się poirytowania spowodowanego reakcją rodzicielki. Niejako zamiast gniewnego parsknięcia, ale tak, by łatwo dało się odgadnąć rzeczywisty powód niewinnego, lecz teatralnie niecierpliwego gestu. Zadowolona z siebie, już o wiele łagodniej skrzyżowała ramiona i dotknęła rozgrzanej i opalonej na złoto skóry. Zmieniła pozycję tak, by promienie przesuwającego się ku zachodowi słońca dosięgły jej pleców. Przerzuciła przez jedno ramię wilgotne od potu włosy. Zsunęła ramiączka sukienki, rozpięła haftki biustonosza i objęła ramionami kolana, przyciskając do nich uwolnione ze stanika piersi. Nadal udawała, że nie dostrzega niejednoznacznego uśmieszku plączącego się po twarzy matki.

– Nudzi mi się straszliwie. – Dziewczyna ziewnęła przeciągle, by dopasować reakcję zarówno do drwiny ze swoich zabiegów, jak i do ich aprobaty, i roześmiała się z przesadną beztroską. Na znak, że nie traktuje zajęcia poważnie, a wyplatanie wianków to tylko sposób na zabicie czasu i nic nieznacząca zabawa. Dotyczyło to zarówno tego, który wciąż leżał obok, jak i tych plecionych z Florką, jej najlepszą przyjaciółką, poprzedniego wieczoru.

– Jest naprawdę ładny, powinnaś go dokończyć. Zwiąż, zanim całkiem się rozplącze, na razie chociażby tym.

Lena rzuciła córce garść długich zielono-bordowych spirali z rabarbarowych obierzyn. Niestety okazały się zbyt lekkie i nie doleciały. Większość upadła obok rozciągniętej u jej stóp brązowożółtej suczki, która trąciła je nosem, po czym odwróciła łeb z dezaprobatą. Zerknęła na wszelki wypadek w stronę krawędzi stołu, upewniając się, czy nie spadnie stamtąd coś bardziej pożywnego, a potem wczołgała się głębiej w jego cień i zapadła w kolejną drzemkę.

Ksenia sięgnęła po kilka włókien. Obejrzała wianek ze wszystkich stron i bez sprawdzania, czy jego długość jest odpowiednia, sprawnie obwiązała końce rabarbarem. Przymierzyła i niestety okazał się za mały. Niezrażona tym zburzyła lekko fryzurę i zsunęła żywą koronę zawadiacko na czoło tak, że wystające z niej źdźbła trawy połaskotały ją w nos. Zdmuchnęła je niecierpliwie i znów zerknęła z ukosa na matkę.

– Myślisz, że zatonąłby równie szybko jak ten wczorajszy? – zagadnęła, puszczając do niej oko.

Była przekonana, że matka i tak odniesie się do wydarzeń poprzedniego dnia, więc wolała zrobić to pierwsza. Żeby w razie czego zyskać przewagę, gdyby kolejny raz miała stać się ofiarą jej kpin. Zachowała postawę obronną, jak się okazało, słusznie.

– Na twoim miejscu nie sprawdzałabym. Na wszelki wypadek.

Lena również mrugnęła porozumiewawczo i znów pochyliła się nad rabarbarem, mimo że wszystkie łodygi były już obrane. Nie chciała drażnić córki i usiłowała ukryć w ten sposób cisnący się na jej usta figlarny uśmieszek. Nie było co do tego wątpliwości. Matka znów podśmiewała się z niej, maskując to udawanym współczuciem od chwili, w której dowiedziała się o wieczornym zajściu nad rzeką, w pobliskim Brzostowie. To, co początkowo Kseni samej wydało się zabawne, teraz wywoływało rumieniec zażenowania. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej żałowała, że dała się namówić na udział w obchodach nocy świętojańskiej. A jeszcze bardziej tego, że opowiedziała o nich matce.

– Bo tamten wiecheć był po prostu za ciężki – westchnęła z udawanym żalem. – Od razu mówiłam Florce, że nie przepłynie nawet metra, ale wariatka uparła się na to całe zielsko jak osiołek. Żadnego nie chciała odpuścić. Z wyjątkiem bylicy. Na szczęście zlitowała się nade mną, gdy zaczęła kapać mi w kwiatki rosa z nosa. – Ksenia zachichotała, przypomniawszy sobie pełną odrazy minę przyjaciółki, która, jak się okazało, z całą powagą potraktowała stare słowiańskie święto, przywożąc ze sobą do Brzostowa ogromny kosz przywiędłych już nieco kwiatów i ziół zebranych specjalnie na tę okazję. W połączeniu z tymi zerwanymi wspólnie na miejscu zrobiło się ich tak dużo, że dałoby się upleść wianki dla całego zastępu Słowianek pragnących odmiany swojego panieńskiego losu w tę jedyną w roku, cudowną noc letniego przesilenia.

– Nie musi być w wianku, przewiążemy ją sobie w pasie, może wtedy nie będziesz jej czuła tak mocno. Zresztą od kataru nikt jeszcze nie umarł. Chyba. A bez bylicy nic się nie uda – perorowała Florka, nieczuła na tłumaczenia Ksieni o alergii na ten dość powszechny chwast, gdy odziane w prawie jednakowe, podobno konieczne w tym dniu białe sukienki zasiadły w przydomowym ogrodzie zaprzyjaźnionej weterynarz, pani Agnieszki, która prowadziła przy lecznicy w Bujanach przytulisko dla zwierząt, i zabrały się za wyplatanie świętojańskich wianków. – Nawet nie wiesz, jak się musiałam nachodzić, żeby ją dla nas zdobyć.

– Ściemniasz, kochana, aż z uszu ci się dymi – mruknęła Ksenia. – Każdy wie, że to pospolity chwast. Bylicy wszędzie pełno, mogłaś jej narwać do woli, chociażby za najbliższym płotem.

– No właśnie że nie mogłam. Zebrałam ją z dokładnie siedmiu miedz. Nachodziłam się po tych polach jak dzika. Nawet nie wiesz, jak mnie bolą – poskarżyła się i wyciągnęła demonstracyjnie długie, smukłe nogi. – Popatrz tylko, mam przez to łydki jak biatlonista.

 

– Zwariowałaś? Po co tam łaziłaś?

– Po to, żeby magia dzisiejszej nocy zadziałała maksymalnie. – Przeciągnęła się rozkosznie. – I żeby wszystko było tak, jak trzeba. A bylica jest najważniejsza. To najbardziej kobiece ziele, jakie znam. Działa na płodność – podkreślała, jak się wydawało, całkiem serio, z zapałem wplatając niezbyt urodziwą, sztywną roślinę we własny wianek.

– Jeśli chodzi o mnie, spokojnie obeszłabym się bez niego. – Ksenia demonstracyjnie wytarła nos. – Poza tym inne spokojnie je zastąpią – dodała ugodowo i trąciła łokciem bezładną zieloną stertę przed sobą. Ze względu na zaangażowanie Florki w przygotowanie wieczoru powstrzymała się przed złośliwym skomentowaniem jej wierzeń w gusła. Nawet jeśli miały być tylko symbolicznym hołdem oddanym pradawnemu obrządkowi. Bo tak właśnie Florka argumentowała pomysł urządzenia prawdziwej nocy świętojańskiej nad Biebrzą, w uroczej podlaskiej wiosce, gdzie obie lubiły bywać.

– Nic nie zastąpi bylicy. – Dziewczyna uparcie trzymała się swojej wersji.

– Ale przecież sama mówiłaś, że wszystkie mają podobną moc. – Pchnęła w jej stronę wiklinowy kosz wypełniony różnobarwnymi polnymi i ogrodowymi kwiatami.

– Podobną, ale nie taką samą. Rozmaryn, róża, lawenda i lubczyk są najlepsze na miłosne uroki. A paproć na przykład nie ma żadnej znanej mi mocy. Musimy ją jednak dodać ze względu na legendę o mitycznym kwiecie.

– Tylko nie mów mi, że będziemy go szukać!

– Może nie będziemy musiały. – Florka zniżyła głos do uwodzicielskiego szeptu i uśmiechnęła się tajemniczo. – Mówię ci, siostro! Zapowiada się niezapomniana noc! Może przylecą do nas świętojańskie świetliki? Bo kiedy, jeśli nie dziś?

– Nie wiem, ale gwarantowane masz na pewno komary. – Na dowód Ksenia podrapała kilka świeżych ukąszeń. – A co do świetlików, to nie łudziłabym się. Są chyba rzadkością. Dotąd nigdy ich nie widziałam.

– A ja tak i to nie raz. Nieprawdopodobne przeżycie! Magiczne zielone ogniki wyglądają jak z bajki. Czy wiesz, że one tak pięknie świecą dupkami tylko po to, żeby zwiększyć swoją atrakcyjność seksualną? W ciepłe czerwcowe noce wabią w ten sposób partnerów. Prawie jak my!

– Obawiam się, moja droga, że nasze dupki jednak dziś nie zaświecą.

– Nie szkodzi. Zapalimy świeczki…

– I wetkniemy je sobie w…?

– Wariatka! – parsknęła śmiechem Florka. – Ale za to jaka kreatywna – dodała z udawanym podziwem. – Jeśli jednak twój plan, nomen omen, nie wypali – roześmiała się znowu – przymocujemy płonące świece do wianków, zanim wrzucimy je do Biebrzy, a wtedy sama zobaczysz. Miłosny czar zadziała!

Przy ostatnich słowach dziewczyna poderwała się, wyrzuciła do góry ramiona i obróciła się parokrotnie wokół własnej osi, furkocząc suto umarszczoną w pasie sukienką.

– Przestań, bo jeszcze w to uwierzę. – Ksenia parsknęła ironicznym śmiechem. – I obie zmienimy się podlaskie szeptuchy, zgryźliwe jak stara Wądołowa. Pamiętasz? Ta, która przychodzi czasem do naszej babki. Tobie zresztą już niewiele do niej brakuje. Zrobiłaś się ostatnio dziwnie wredna.

– Też byłabyś niesympatyczna, gdybyś miała takie życie jak ona – odparła Florka spokojnie, najwyraźniej niezrażona uszczypliwościami wobec siebie. Znów dokładała kolejne kwiaty i liście do niemalże gotowego wianka. – Poza tym, pani Wądołowa może i jest mało przystępna, ale ma ogromną wiedzę na temat ziół i ich działania. Takie rzeczy są nieprawdopodobnie cenne, powinno się coś zrobić, żeby przetrwały. I przede wszystkim nie lekceważyć. – Pokiwała poważnie głową.

– Wiem. – Ksenia lekko się zmieszała.

Nie przypuszczała, że Florka zna gorzką historię staruszki mieszkającej samotnie w drewnianej chałupie na skraju miasteczka, nie była też pewna, czy całą. Sama pamiętała z opowieści matki to, że kobieta rzeczywiście nie miała lekkiego życia, jednak nie została skrzywdzona przez los bardziej niż wielu jej sąsiadów, mieszkańców Bujan i okolicznych wsi. Bo życie na prowincji, wbrew powszechnym sielankowym wyobrażeniom ludzi z miasta, wcale nie było usłane cudnym łąkowym kwieciem ani nie tonęło w bezkresnych łanach złotych zbóż. I nie toczyło się zawsze szczęśliwie pod gęstą strzechą pięknie malowanej chaty, w otoczeniu garnących się do rąk zwierząt, pośród radosnego rwetesu domowego ptactwa.

To były obrazki z książek i filmów, prawdziwe życie znacznie się od nich różniło. Nawet obecnie, gdy z wielu względów powinno być łatwiej, wcale tak nie było. A jeszcze gorzej działo się wcześniej. Większość okolicznych mieszkańców mimo ciężkiej pracy długo borykała się z biedą, najpierw w trudnych dla wszystkich powojennych czasach, potem w obliczu zmian ustrojowych, choć tylko niektórzy, jak mąż Wądołowej, topili smutną rzeczywistość w alkoholu. Wielu też, podobnie jak sama Wądołowa, żyło samotnie po tym, jak ich dzieci rozpierzchły się po świecie w poszukiwaniu lepszego losu i zapomniały o miejscu, które z jakiegoś powodu nie wywoływało w nich tęsknoty wystarczająco silnej, by wrócić. Nie na zawsze, ale chociaż na chwilę. Tak właśnie rozproszyły się córki Wądołowej, nie licząc najstarszej, która dawno temu spoczęła na bujaneckim cmentarzu, jeszcze zanim złożono tam ciało jej ojca pijaka. Nagła i nieuleczalna choroba wzorowej studentki medycyny przeszkodziła w spełnieniu największego marzenia jej matki, mimo że było już tak blisko. Wraz z nią pogrzebana została ostatnia nadzieja kobiety, która niegdyś sama pragnęła zdobyć dyplom lekarza, a zamiast tego została wiejską zielarką. Wbrew sobie i właściwie na przekór światu. Z czasem znienawidziła go za los, jaki jej zgotował.

Ksenia zastanawiała się, czy Florka zna wszystkie ogniwa tej ponurej historii, jednak nie zamierzała dopytywać. Dalsza rozmowa o smutnym życiu znachorki pochłonęłaby i tak już nikłe resztki dobrego humoru. Współczuła jej oczywiście doznanych nieszczęść, jednak nic nie mogła poradzić na to, że nigdy za nią nie przepadała.

– Życie mocno dało jej po głowie, ale myślę, że to nie jest wystarczający powód, by zrażać do siebie ludzi. Zwłaszcza tych, którzy wcale jej źle nie życzą – skwitowała własne myśli. – Poza tym, pewnie już zauważyłaś, że ona niechętnie dzieli się z kimkolwiek tą swoją zielarską wiedzą tajemną.

– Nieprawda! Mnie akurat wcale do siebie nie zraziła. – Florka zaprzeczyła żarliwie. – I nie tylko ze mną pogadała, ale i pokazała parę fajnych rzeczy, gdy tylko wyjaśniłam jej, że chodzi mi o sobótkę.

– No tak. – Ksenia westchnęła i odłożyła na kolana nieskończony wianek. – Teraz już wszystko jasne. Przekabaciła cię i przeszłaś na jej wiedźmią stronę mocy. – Przewróciła oczami i zrobiła w powietrzu cudzysłów. – Stąd te wszystkie magiczne rady i miłosne zalecenia. To ona poradziła przywdziać te głupie białe kiecki, prawda? I udekorować się śmierdzącą bylicą? I co jeszcze? Kazała uwarzyć nad ogniskiem czarodziejski napój miłosny z lubczyku?

– Żartujesz? Ciekawe, kogo rozkochałabyś w sobie takim nudnym lubczykiem – prychnęła lekceważąco. – Co najwyżej zupę mogłabyś z niego ugotować dla tak niewybrednego amanta. Żeby zwabić absolutnie wyjątkowego kochanka, potrzeba czegoś ekstra: finezji i jednocześnie siły, zdecydowanych barw, bieli mleka i czerwieni krwi, czego jeszcze? Może płatków jaśminu albo lilii wodnej zanurzonych w ćwierćwiecznym czerwonym winie, piórek ze skrzydeł turkawki?

– I kropli smoczej krwi – dodała rozbawiona Ksenia. – Żeby kochanek nie był za delikatny od tych kwiatków i ptasiego puchu, wiesz, o czym mówię… – Mrugnęła porozumiewawczo. – Do tego garść iskier spod kopyt czarnego rumaka dla podkręcenia temperatury. I szczypta sproszkowanego rogu jednorożca, żeby było magicznie!

– Super! – Florka ekscytowała się coraz bardziej. – A na koniec kropla mleka z piersi rusałki, żeby…

– Bleeh! Nie chcę wiedzieć, po co ci coś takiego. Lepiej spytaj Wądołową, może jakimś cudem ma gdzieś prawdziwą recepturę na miłosny eliksir.

– Kto wie… – zamyśliła się Florka. – Skoro znała nawet skład maści, dzięki której czarownice latały na miotłach?

– Co ty bredzisz? Zamiast nocy świętojańskiej chcesz urządzić sabat czarownic?

– Jedno drugiego nie wyklucza, w końcu takie odbywały się dokładnie w noc letniego przesilenia. Skoro nie podobają ci się sukienki, mogłybyśmy zatańczyć nago wokół ognia, tylko w naszych wiankach. A potem… – Florka zmierzwiła włosy tak, że posypały jej się na twarz, i rozcapierzyła palce z pomalowanymi na zielono paznokciami, które teraz wyglądały jak szpony. Wykrzywiła usta, zmarszczyła nos i zachichotała diabolicznie: – Potem zrobić jeszcze więcej. Bo ona zdradziła mi ten przepis, wiesz? Na sekretną maść do latania. Zdobyłam już lulek i wilczą jagodę. Brakuje mi tylko korzenia mandragory i gęsiego smalcu.

– Zwariowałaś? – Ksenia przyglądała się jej z niedowierzaniem. – Planujesz latać na miotle? Z Wądołową? – zaśmiała się nerwowo i popukała palcem w skroń.

– Raczej sama będę miała niezły odlot, kiedy tego w końcu użyję. – Florka zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. Jej oczy zalśniły między zmierzwionymi kosmykami włosów. – Bo to wszystko najprawdziwsza prawda. Czarownice właśnie tak latały. Smarowały tą maścią nadgarstki albo pachwiny, tam gdzie skóra jest najcieńsza, a potem śniły o unoszeniu się nad ziemią tak realistycznie, że budziły się, przekonane, jakoby przez całą noc śmigały na miotłach! Super, nie? I jeszcze miały przy tym niesamowite wizje… – Przechyliła się i zbliżyła usta do ucha przyjaciółki. – Erotyczne!

– Jezu, tobie naprawdę coś się porobiło z głową. Przecież te zioła są trujące i pewnie halucynogenne… Czekaj… – Ksenia przyjrzała się jej z uwagą, przytrzymała oburącz policzki i zajrzała w jarzące się źrenice, rozszerzone być może nie tylko z powodu zapadającego zmroku. – A może ty już coś wzięłaś? Przyznaj się lepiej… – jęknęła przerażona, ale już po chwili odetchnęła z ulgą, widząc, że dziewczyna wyrywa się i krztusi od tłumionego śmiechu. Uniosła rąbek sukienki, żeby wytrzeć nim załzawione teraz oczy.

– Uwierzyłaś! – parsknęła, ogromnie z siebie zadowolona. – Naprawdę uwierzyłaś, że to zrobię! Pozbieram wszystkie składniki, wysmaruję się maścią i odlecę!

– Akurat! – Ksenia ze znacznie większym niż wcześniej zapałem przystąpiła do oplatania wianka kolejnymi roślinami, nerwowo wyszarpywanymi z kosza. – Chociaż miałam prawo tak myśleć, bo po tobie można się spodziewać właściwie wszystkiego. Maści nie zrobiłaś, ale wianek uplotłaś. I usiłujesz mnie przekonać, że wrzucenie go do Biebrzy wystarczy, by poprawić nasze życie uczuciowe… I seksualne – dodała nieco ciszej, zerkając w stronę chaty pani Agnieszki.

– O, wypraszam sobie, moje życie uczuciowe ma się bardzo dobrze. Seksualne zresztą też. – Florka uniosła dumnie podbródek. – Chodziło mi bardziej o ciebie!

– No wiesz!? – Ksenia udawała urażoną, choć właściwie miała ochotę naprawdę się obrazić. – Wcale nie szukam nowych wrażeń. Jeszcze nie ochłonęłam po poprzednich… – Wzdrygnęła się mimowolnie na wspomnienie swojego ostatniego związku.

O ile to „coś” można było nazwać związkiem, skoro na koniec okazało się tylko jego żałosną podróbką, dodała już tylko w myślach. Przelotnie zerknęła na leżący obok telefon. Kolejny raz. Zdawała sobie sprawę, że robi to zbyt często. Paradoksalnie nawet częściej od momentu, w którym powinna z tym skończyć, gdy przestała wreszcie otrzymywać wiadomości, które wcześniej tak ją irytowały. Zupełnie jakby doskwierał jej ich brak, a przecież powinna się cieszyć, że odzyskała spokój. Wydawało się to absurdalne i wywoływało na policzkach Kseni niewielki rumieniec wstydu. Florka, której Ksenia nie zwierzyła się ze swoich rozterek, dostrzegła to, ale najprawdopodobniej zrozumiała po swojemu.

– Przecież żartowałam. Wiem, ile napsuł ci krwi tamten głupek. Przepraszam, nie chciałam cię denerwować. – Pogładziła przyjaciółkę ugodowo po ramieniu. – Zresztą, od początku wiedziałam, że ten wasz niby związek… – urwała skonsternowana na widok wiele mówiącej miny Kseni i uniosła w górę obie dłonie w poddańczym geście. – No dobra, już nic nie mówię! Może lepiej zamiast spierać się o głupstwa, zróbmy to, po co tu przyjechałyśmy?

– Racja. Wrzućmy wreszcie te głupie wianki do wody i miejmy to z głowy – mruknęła Ksenia, podnosząc się z ławy na widok pani Agnieszki, która wynurzała się właśnie z wnętrza niziuteńkiej, pobielonej wapnem chatki. Podobnie jak one założyła na siebie białą tunikę opinającą lekko ciążowy brzuszek. Pomachała do nich kwiatowym wiankiem, który pewnie przygotowała sobie rano. Przez drugie ramię miała przewieszony piknikowy kosz.

 

– Przepraszam, dziewczyny, ale trochę mi dzisiaj dłużej zeszło w klinice. A potem jeszcze parę spraw… Nieważne… Chodźmy, zanim całkiem się ściemni – oznajmiła, gdy Florka przejęła od niej ciężki kosz. – Zrobimy sobie piknik nad rzeką. I ognisko z kiełbaskami. Mój sąsiad przygotował tam dla nas trochę drewna.

Ksenia poczuła, jak wraca jej dobry humor, który omal nie przepadł wraz ze wspomnieniem miłosnej porażki sprzed blisko roku. I to wcale nie przez droczącą się z nią od paru godzin Florkę, bo do tego dawno przywykła. Właściwie to nawet lubiła przekomarzać się z przyjaciółką, często się razem wygłupiały. Świetnie się też rozumiały i z tego powodu przyjaźniły od dziecka. Florka była idealną towarzyszką zarówno poważnych rozmów, jak i beztroskich pogaduszek i zabaw. Miała niezwykłą osobowość i rzadką umiejętność zarażania wszystkich nieustającą pogodą własnego ducha. Niestety, dziś Ksenia nie umiała się temu poddać. W ostatnich tygodniach żyła w tak dużym napięciu, że mimo rozpoczynających się właśnie wakacji, po zdanych pomyślnie egzaminach, wciąż nie potrafiła się uwolnić od tkwiącego w niej poczucia utraty wszystkich sił witalnych i zwątpienia. Wmawiała sobie, że to z powodu trudnej sesji egzaminacyjnej i zbyt wielu godzin spędzonych na nauce, ale prawda była inna.

Swobodny oddech odbierały jej wiadomości mailowe i regularne SMS-y, które otrzymywała, oraz towarzyszące temu poczucie bezradności. Nie miała pojęcia, jak na nie zareagować i czy w ogóle to robić. Czy miałoby to jakakolwiek sens. Gdy w końcu w chwili słabości odpisała, zrozumiała, że popełniła błąd. Poczucie bezsilności nasiliło się, a samopoczucie jeszcze się pogorszyło. Odeszła ochota na cokolwiek. Dlatego teraz Ksenia jak nigdy wcześniej zazdrościła Florce beztroski i luzu, który ta miała w sobie, cokolwiek się działo, oraz umiejętności wyławiania z życia tego, co najlepsze, radosnej niefrasobliwości, którą hojnie obdarowywała innych, nawet gdy czasem niektórym nie wychodziło to na dobre. A przede wszystkim niespożytej pozytywnej energii, której nie gasiła nawet wizja wrześniowej egzaminacyjnej poprawki.

– Ech, przecież tylko jedna! – Machnęła lekceważąco ręką, gdy Ksenia okazała jej współczucie.

Florkę od zawsze cechował chorobliwy wręcz optymizm, na przekór wszystkiemu, co mogłoby go zmącić. To ona wiele lat temu namówiła Ksenię na wolontariat i opiekę nad bezdomnymi zwierzętami w lecznicy pani Agnieszki. Dziś też przyjechały do lekarki nie bez powodu. Ksenia dopiero po czasie zdała sobie sprawę, że przyjaciółce nie chodziło jedynie o przyjemne spędzenie czasu, a tradycyjne obchody nocy Kupały nad Biebrzą nie były wyłącznie sposobem na poskromienie wakacyjnej nudy. Florka szukała okazji, by zatroszczyć się o mieszkającą samotnie kobietę, która niebawem miała zostać matką. Nie z powodu wątpliwości, czy sobie poradzi. Była silna, ale przecież nikt w takim momencie nie powinien być sam. Co prawda, niebawem miała ją odwiedzić przyjaciółka i zostać aż do narodzin dziecka, jednak ktoś do tego czasu powinien dotrzymać ciężarnej towarzystwa, ale tak, by wypadło to naturalnie. By kobieta nie czuła się na siłę uszczęśliwiana ani nie odniosła wrażenia, że ktoś zbyt głęboko wchodzi w jej osobiste sprawy. Dlatego Florka zorganizowała wszystko tak, by wyglądało na zwyczajny babski wieczór – przy ognisku, pieczonych kiełbaskach i magicznych słowiańskich obrzędach w roli doskonałego pretekstu do spontanicznej imprezy.

Ksenia od dawna przepadała za panią Agnieszką. Z Florką i innymi wolontariuszkami z przytuliska odwiedzały ją czasem w jej uroczym domku nad Biebrzą. Pomagały przy remoncie leciwej chatki kupionej od ludzi, którzy na stare lata przeprowadzili się do domu syna. Bardzo przydało się wówczas ponadprzeciętne wyczucie smaku Florki, późniejszej studentki projektowania ubioru w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Ksenia z kolei przywiozła z ogrodu swojej matki sporo sadzonek kwiatów, ziół i krzewów. Pomaganie przy urządzaniu domu i obejścia dostarczyło jej sporo radości. Lubiła przebywać w odnowionej drewnianej chałupce, czasem miała wrażenie, że nawet bardziej niż w domu matki w Bujanach. Ten drugi był prawdopodobnie niewiele starszy od chatki, ale brakowało mu jej specyficznego klimatu, nie tylko tego wynikającego z sędziwości. I wcale nie dlatego, że jeden był zwykłą wiejską chałupą, a drugi dawnym szlacheckim dworkiem.

W domu pani Agnieszki nowoczesność dogadywała się z tradycją, jedna drugiej nie wchodziła w drogę, od początku żyły w zgodzie i wzajemnie się uzupełniały. Natomiast w posiadłości należącej niegdyś do pradziadków Kseni z trudnej do poskromienia woli matki wciąż królowało ich dziedzictwo, mimo że ostatnimi czasy ustępowało nieco pola temu, co nowe. I do nich dotarł powiew świeżości. Właściwie to działo się nadal, powoli i z ociąganiem, ale na szczęście z wyłącznie dobrym skutkiem. Matka wciąż potrzebowała czasu, by nie myśleć nieustannie o swoich zmarłych dziadkach, którzy w dużej mierze zastępowali jej rodziców. Powoli zmieniała nastawienie do świata i ludzi, a przede wszystkim rodziny – obecnej, a nie tej, której miejsce powinno być już tylko w sercu i we wspomnieniach. Lena kochała swoich dziadków ponad życie, przede wszystkim własne, i omal nie pogrzebała się wraz z nimi żywcem, tonąc w bezmiarze rodzinnych pamiątek. Pragnęła czuć ich obecność. Na szczęście, wspierana przez najbliższych, w porę zrozumiała, że żyje się przede wszystkim dla przyszłości, a nie tego, co dawno minęło. I że można pielęgnować pamiątki po przodkach tak, by nie dominowały teraźniejszości, gdy tylko zachowa się równowagę i zdrowy rozsądek.

– Wiła wianki i wrzucała je do wooody! – Ksenia znów zaintonowała uprzykrzoną melodię. Tym razem śmielej i głośniej, ponieważ matka odeszła w przeciwległy kąt ogrodu. Może jeśli wyśpiewa te słowa dostatecznie głośno, uwolni się wreszcie od tłukącej się po jej głowie piosenki? Urwała jednak w połowie dźwięku i syknęła ze złością. Włożyła do ust palec skaleczony ostrym źdźbłem trawy, którym bawiła się bezwiednie, zatopiona w reminiscencjach wczorajszego dnia.

Skóra została przecięta obok innej, świeżej jeszcze ranki, powstałej zaledwie poprzedniego wieczoru, gdy Ksenia usiłowała ocalić swój świętojański wianek. Zamiast popłynąć z nurtem Biebrzy jak pozostałe, nieszczęśliwie utknął w szuwarach. Zaśmiała się cicho, przypomniawszy sobie nieudolne próby wydobycia go stamtąd długą żerdzią znalezioną na brzegu rzeki. Pewnie właśnie przez to ostatecznie zatonął. Potrząsnęła głową i znów zachichotała pod nosem. Mimo że w tamtym momencie wcale nie było jej do śmiechu, gdy w swoich nowych ślicznych balerinkach poślizgnęła się na świeżym krowim łajnie. Z zadartą wysoko sukienką zjechała na pupie z mulistego brzegu i wpadła prawie po pas do zielonkawej wody. Gramoląc się z błota, obrzucała przekleństwami zwijającą się ze śmiechu Florkę i powodowana urażoną dumą nie pozwalała sobie pomóc, przekonana, że wianek wcale nie utonął przez doczepione do niego w ostatniej chwili trzy ciężkie piwonie – na złość i przekór tradycji, bo kwiaty, choć piękne, nie pasowały do pozostałych – wypełnionych miłosną magią. Po prostu miała pecha, że wianek zaplątał się w sitowiu, którego zresztą było w rzece więcej niż wody. A przynajmniej w miejscu pikniku.

– To są bujany, jeśli już, nie żadne piwonie – sarknęła Ksenia, strącając z siebie zielone farfocle z nadzieją, że to rzeczne roślinki, a nie kąsające ludzi żyjątka. – Zapomniałaś? Wszyscy je tutaj tak nazywają. Jest przecież nawet Święto Bujan. W czerwcu, zaraz po nocy przesilenia. Dlatego wplotłam je do wianka.

Pobrudzona sukienka i przemoczone buty nie popsuły jej zabawy. Szybko wyschły przy ogniu i doczyszczone już w domu pani Agnieszki nie wyglądały najgorzej. Przy sobótkowym ognisku mimo nieprzyjemnego wypadku bawiła się świetnie, niestety jej krotochwilny nastrój prysł wraz z końcem wieczoru. Do domu wracała już bez cienia uśmiechu za sprawą wiadomości, która zamigotała na wyświetlaczu jej telefonu. Zupełnie jakby została ściągnięta myślami. Początkowo zignorowała ją i żeby do końca nie popsuć sobie humoru nawet nie odczytała treści, ale nie mogła przestać o niej myśleć. To wywoływało frustrację. W dodatku Florka, początkowo przy radiowym wtórze zespołu Brathanki, przez większość drogi wyśpiewywała na całe gardło okolicznościową przyśpiewkę o wiankach, a to nie pomagało w ukojeniu nerwów. Ksenia ostentacyjnie demonstrowała swoje niezadowolenie, zasłaniając uszy, w końcu jednak uległa i dołączyła do hałaśliwych pieni w nadziei, że to odgoni natrętne myśli. Przez to melodia tak mocno przykleiła się do niej, że dotąd nie była w stanie pozbyć się jej z głowy.