Promyk nadziei

Tekst
Z serii: Siostry Jutrzenki #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


BRZOSTOWICE, LATO 2012

Przez otwarte na oścież okno wpadł motyl o cytrynowych skrzydełkach. Usiadł na ramieniu Zoe i niemal wtopił się w tło jej sukienki.

Przyglądała się mu chwilę, po czym zdmuchnęła go leciutko, jak delikatny płatek leczniczego wiesiołka, z którego można było zrobić olej na kobiece dolegliwości lub po prostu bukiet do wazonu. Odgarnęła z twarzy połyskujące złotem włosy, przeciągnęła się rozkosznie i powróciła do czytania książki.

Usadowiła się na szerokim parapecie – boso, z podciągniętymi kolanami, oparta o framugę okna i zatopiona w lekturze powieści Michaliny, opisującej historię rodu Śmiałowskich. To dlatego przez ostatnie półtora roku uczyła się języka swoich przodków. Chciała poznać ich losy, móc o nich rozmawiać, więc gdy po raz drugi przyjechała do Polski, z miejsca sięgnęła po książkę, która mogła jej w tym pomóc. Niestety czytanie wciąż szło jej opornie, choć po polsku mówiła już całkiem dobrze, nieporównanie lepiej niż przed niespełna trzema laty, gdy w mroźną zimową noc zjawiła się w Brzostowicach po raz pierwszy.

Przebrnęła dopiero przez kilkanaście stron. Nie wszystko rozumiała, niektóre zwroty i pojęcia okazały się dla niej zbyt trudne. Ponadto robiła sobie od czasu do czasu przerwy na refleksje, chwile zadumy nad przeszłością i teraźniejszością.

Podnosiła wówczas wzrok znad książki, nawijała na palec kosmyk włosów i spoglądała na ogród. Wdychała zapach kwiatów i ziół, słuchała świergotu ptaków albo zamykała oczy i odwracała twarz do słońca, przez co jej blada wcześniej cera z dnia na dzień stawała się coraz bardziej oliwkowa i promienna.

Niekiedy zadawała pytania, które wcześniej starannie układała sobie w głowie. O to, co zdarzyło się dawno temu w Przytulisku, w Warszawie, w Petersburgu, a nawet w Wilnie czy w Paryżu. I jakie miało znaczenie dla tego, co jest teraz.

Najczęściej pytała o Arachnę, matkę Balbiny – prababki swojej i Daniela.

– Jaka ona była?

– Och, sama chciałabym wiedzieć – odparła w zamyśleniu Michalina. – I dużo bym dała, by móc cofnąć się w czasie i ją poznać.

– Czy naprawdę miała… dar?

Zoe czekała z nadzieją na twierdzącą odpowiedź, tylko takiej chciała.

– Wierzyła, że tak jest. Inni chyba też. – Michalina dostrzegła jej oczekiwania i starała się je spełnić.

– A ty? Czy ty w niego wierzysz?

– Nie wiem – zawahała się. – Ale podobno człowiek niekiedy jest w stanie uwierzyć we wszystko, jeżeli widzi w tym dla siebie ratunek. Gdy nie dostrzega go nigdzie indziej.

Przytoczyła bezwiednie słowa Bogusi, dotyczące pierścionka jej prababki i związanej z nim legendy o szczęściu w miłości. Przypomniała sobie o dawnej przepowiedni Arachny i o tym, że sprawdziła się w stu procentach. Czy jednak można było uznać to za dowód na umiejętność przewidywania przyszłości? Michalina nie była tego pewna. Równie dobrze mógł o tym stanowić przypadek.

– Tak było wtedy, kiedy rodziła się twoja córeczka? – spytała Zoe, przyglądając się jej z uwagą. – Albo gdy twój syn miał tamten straszny wypadek z motocyklem? Wierzyłaś, bo nie widziałaś innej drogi ocalenia obojga?

Michalina nie od razu odpowiedziała.

Powróciła myślami do chwili, w której spotkała Zoe po raz pierwszy. Nie wątpiła, że to, co się wówczas wydarzyło, było zasługą opiekuńczego ducha Arachny. Być może obie z Zoe w to wierzyły, chociaż dotąd o tym nie rozmawiały. A przynajmniej nie wprost. Mimo upływu czasu tamte emocje wydawały się nadal zbyt świeże.

Półtora roku wcześniej ona i Daniel szczęśliwie wzięli ślub. Potem nie wszystko odbyło się tak, jak zaplanowali. Podczas weselnego przyjęcia w Brzostowicach Michalina nagle poczuła skurcze. Miesiąc przed terminem porodu.

Wezwano karetkę. Ktoś podpowiedział, by wyjechać jej naprzeciw, by rodząca szybciej trafiła pod opiekę lekarza. Uznano, że to dobry pomysł, niestety zupełnie innego zdania była Emilia. Usiłowała za wszelką cenę zatrzymać Michalinę w domu. Wpadła w panikę, ciągle powtarzała, że jest zbyt ciemno i ślisko, nie chciała im pozwolić wsiąść do samochodu. Przeczuwała, że zdarzy się coś złego, ale nikt jej nie słuchał, nie dawał temu wiary.

Okazało się, że miała rację. Chwilę później doszło do tragedii, która być może miałaby jeszcze większe rozmiary i skutki, gdyby nie znalazł się ktoś, kto na czas posłuchał dziewczyny.

– Co ty robisz! Zwariowałeś? – jęknęła Michalina, trzymając się oburącz za brzuch, gdy Daniel, ku jej zdumieniu, po minucie zawrócił z drogi.

– A co, jeżeli ona ma rację? Bo ma dar, tak jak one? Arachna i Babe?

– Kto?

– Emilka! Rozmawialiśmy o tym niedawno. Pamiętasz? Że jest wyjątkowa, ma intuicję, dostrzega i rozumie więcej. Kazała nam zostać, bo może zdarzyć się coś złego.

– I dlatego chcesz narażać nasze dziecko? – Nie posiadała się ze zdumienia. – Ponieważ Emilia ma jakieś… przeczucia?

– Tak – odparł krótko. – Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Karetka jest w drodze. Pewnie zaraz tu będzie.

Niestety tak się nie stało. Gdy Michalina, już nie w samochodzie, ale we własnej sypialni krzyczała z bólu i przerażenia, zadzwonił dyspozytor pogotowia. Powiedział, że karetka uderzyła w drzewo, które tuż przed jej maską przewróciło się na jezdnię. Że są ranni, na razie nie wiadomo, jak poważnie.

– Jadę tam. – Edek poderwał się na równe nogi i chwycił kluczyki do samochodu. – Będę szybciej niż druga erka. Może jakoś pomogę.

– Zabierz Rozalkę – poleciła mu żona. – Tutaj nic więcej nie zrobi, prędzej tam się na coś przyda.

Mężczyzna skinął głową i zawołał starszą córkę, ale ona już czekała na niego gotowa do wyjścia. Odebrała telefon z informacją o wypadku karetki i wpadła na podobny pomysł, jednak miała na uwadze coś jeszcze.

– Wysłali dwa zespoły ratunkowe. Jeden do wypadku, drugi neonatologiczny do rodzącej. Przekazałam im, że według mnie zaczął się drugi etap przedwczesnego porodu – wyjaśniła. – Nie przejadą tędy, bo drzewo, a dokoła będzie ze trzydzieści kilometrów dalej i droga pewnie jest nieodśnieżona. To może niestety potrwać. Dlatego jeżeli tylko lekarz pierwszej karetki nie jest poważnie ranny, zabierzemy go do Brzostowic z potrzebnym sprzętem. Przynajmniej on będzie wcześniej na miejscu. I co najważniejsze, respirator dla noworodka.

Nim wyszli, Edek zerknął na drugą córkę. Emilia stała z boku i przyglądała się wszystkiemu spokojnie. Na jej twarzy malowała się niewyobrażalna ulga.

To sprawiło, że sam również odetchnął prawie odprężony.

– Ona wiedziała – oznajmił już w samochodzie.

– Kto? – spytała Rozalia z roztargnieniem. – I co?

– Emilia. Nie mam pojęcia skąd, ale wiedziała, że to drzewo się złamie. Gdyby Daniel nie zawrócił, pewnie też by w nie uderzyli, albo co gorsza by ich przygniotło. A wtedy… – umilkł, ponieważ głos uwiązł mu w gardle.

– To tylko gdybanie. Nie wiadomo, jak by się skończyło.

– Szansa na to, że dojechaliby do szpitala, była prawie żadna. Drzewo, tak czy owak, odcięłoby im drogę – odparł z przekonaniem w głosie.

Tak jak przypuszczał, dotarli na miejsce wypadku szybciej niż druga karetka. Rozalia pomogła opatrzeć najciężej rannego i na szczęście przytomnego kierowcę. Lekarz też okazał się poszkodowany, miał prawdopodobnie połamane żebra, mimo to bez zastanowienia zdecydował się jechać z nimi do Brzostowic. Poprosił tylko dziewczynę o pomoc w założeniu opaski uciskowej i unieruchomienie lewej ręki. Do samochodu zabrali ze sobą sprzęt niezbędny do bezpiecznego odebrania porodu i zajęcia się wcześniakiem. To powinno było im wystarczyć. Na początek. Potem należało trzymać się nadziei, że karetka z inkubatorem zjawi się na czas.

Mieli ruszać, gdy nagle w pobliżu zwalonego drzewa zatrzymał się inny, osobowy samochód. Wypadła z niego kobieta. Zaczęła do nich gwałtownie machać i coś nawoływać.

– Nie możemy pani zabrać! – Edek odkrzyknął niecierpliwie przez uchylone okno. – Pewnie zaraz przyjedzie jakaś pomoc!

– Poczekaj! – powstrzymała go Rozalia i niewiele myśląc, wyskoczyła z ruszającego samochodu.

Pobiegła do kobiety, zamieniła z nią kilka słów, a po chwili pędziły z powrotem razem.

– Co ty wyprawiasz? – zdenerwował się ojciec. – Niech poprosi o pomoc kogoś innego. Musimy wracać pędem do Brzostowic. Michalinie potrzebny jest lekarz! Dziecko lada moment się urodzi, nie poradzą sobie sami! Jesteście tam potrzebni!

– Ona też, może nawet bardziej. Zwłaszcza że lekarz za chwilę sam będzie potrzebował pomocy – sapnęła córka, zapinając pasy i obejrzała się na bladego jak ściana doktora. Nieznajoma, która sadowiła się obok, pytała go o coś natarczywie po angielsku, chwyciła go za nadgarstek i dotknęła jego czoła. – Jest położną – wyjaśniła Rozalia.

– Ale jak…? Skąd wiedziałaś? – Edek nie posiadał się ze zdumienia. – Przecież to cud! Jakie to szczęście, że do niej podbiegłaś! – wykrzyknął uradowany.

– Rozpoznałam ją. Rozmawiałyśmy kiedyś chwilę przez Skype’a.

– Jak to? Ty z nią? – Wciąż nie dowierzał w tak niezwykły zbieg okoliczności.

– No tak! Przecież to Zoe, siostra Daniela. Z Ameryki.

Obróciła się na chwilę i uśmiechnęła do kobiety. Edek też zerknął na jej odbicie we wstecznym lusterku, nadal ledwie dowierzając w to, co się właśnie wydarzyło.

 

– Ta, która panicznie boi się latać samolotem i dlatego miało nie być jej na ślubie? – spytał dla pewności.

– Przypłynęła promem do Hamburga. Chciała zrobić bratu niespodziankę. Niestety podróż zajęła jej znacznie więcej czasu, niż przewidywała, bo jak na złość tuż przed polską granicą zepsuł jej się samochód. Musiała czekać na naprawę, a potem już po naszej stronie wpakowała się w jakieś straszne korki.

– It’s too late – oświadczyła Amerykanka zmęczonym głosem. – I missed. Popóźniłam się. Ja… przepraszam.

– Nie, nie! – zaprzeczyła gwałtownie Rozalia. – Przyjechałaś w sam czas. Perfect on time – dodała z przekonaniem, zerkając na telefon, bo Kostka i Emilia co kilka minut wysyłały jej SMS-y, relacjonując dokładnie, co się dzieje na miejscu.

Zdążyły w ostatnim momencie. Niestety lekarz nie był w stanie pomóc Michalinie. Jeszcze w samochodzie stracił z bólu przytomność. Dlatego Zoe sama się wszystkim zajęła, z wielkim spokojem i wprawą.

Dzięki niej chwilę później na świat przyszła Zoria…

– Gdyby nie ty i Emilka… Nie chcę nawet myśleć, jak by się to potoczyło – szepnęła wzruszona Michalina. Jak zawsze, gdy wspominała tamten dramatyczny wieczór.

To była prawda. Wolała nie zastanawiać się, co mogłoby się stać, gdyby Daniel nie zawrócił. Niemal każdy z możliwych scenariuszy był zbyt przerażający. Nie chciała wiedzieć, co by było, gdyby Zoe w porę nie zjawiła się na miejscu i nie zrobiła wszystkiego co trzeba, by urodzone przedwcześnie dziecko przeżyło. Przy pomocy sprzętu do resuscytacji przywróciła niemowlęciu oddech, a potem poleciła matce ogrzewać je własnym ciałem do czasu przyjazdu karetki z inkubatorem.

– Niczego nie planowałam – odparła Zoe. – Po prostu nagle pojawił się impuls. Poczułam, że muszę jechać i już. Zupełnie jakby ona mi kazała.

– Arachna – podchwyciła Michalina.

Sama w tamtej chwili bez przerwy błagała w myślach przodkinię o pomoc. Tak jak wtedy, gdy Michaś miał wypadek, gdy przez kilka długich godzin nie miała pewności, czy syn przeżyje.

Zoe ku jej zaskoczeniu jednak zaprzeczyła.

– Raczej Babe. Balbinka – poprawiła się, ponieważ bardzo spodobało jej się zdrobnienie używane przez dziadka Antoniego w jego pamiętniku. – Pomaga mi od początku, jak tylko postanowiłam iść w jej ślady i zostać położną. Podpowiada, jak postąpić, gdy zdarzają się wątpliwości. Uczy, jak być dobrą doulą.

– Chcesz powiedzieć, że czasem z tobą rozmawia? Słyszysz jej głos? – spytała Michalina ostrożnie, by nie urazić szwagierki. Ani nie zdradzić, że sama na ogół podchodzi do podobnych spraw dość sceptycznie. Mimo że parę razy uwierzyła w opiekuńczą moc ducha Arachny.

Zoe wpatrywała się w nią przez chwilę okrągłymi ze zdumienia oczami, po czym wybuchnęła śmiechem.

– Nie, nie! Skądże! No coś ty! – powtarzała, ciągle chichocząc. – Nie jestem żadnym medium.

– Przed chwilą sama powiedziałaś, że prababka kontaktuje się z tobą – obruszyła się Michalina. – Nie wypieraj się.

– Wcale się nie wypieram. Babe przekazuje mi swoją wiedzę, ale inaczej. Miałam na myśli jej notatki.

– Zostawiła jakieś? Naprawdę? Daniel o niczym mi nie wspominał!

Pomyślała, że powinien był, wiedział, jak bardzo byłoby to dla niej cenne i że chciałaby je zobaczyć!

– To nie są jej notatki. – Zoe z miejsca sprowadziła ją na ziemię. – Postanowiłam odnaleźć kobiety, którymi Babe opiekowała się w czasie ciąży i połogu. Udało mi się porozmawiać z niektórymi. Opowiedziały mi o mojej prababce wiele wspaniałych historii i nie tylko. Zwłaszcza jedna z nich bardzo mi pomogła. Okazało się, że notowała wszystko, co mówiła jej Babe, w specjalnym zeszycie, prawie słowo w słowo. Zachowała go i pozwoliła mi sporządzić copy. Było tam mnóstwo porad i przepisów na wywary ziołowe. Z serdecznika, liści malin, pokrzywy, przywrotnika, wiesiołka i wielu innych roślin, czasem mało u nas znanych. To znaczy, w Stanach, bo tutaj na pewno jest inaczej. Rosną na łąkach.

– Tę wiedzę pewnie przekazała jej matka. Arachna. A tej z kolei babka Małgorzata.

Michalina opowiadała szwagierce o tajemniczej zielarce z Boguduchów, która niegdyś uratowała od śmierci panią dworu i jej nowo narodzone dziecko – Witolda Śmiałowskiego, który po latach został mężem jej wnuczki. Zoe nie znała tej historii i była nią zafascynowana, podobnie jak babką Ausriną, zwaną Małgorzatą – córką wileńskiego lekarza, o której też usłyszała po raz pierwszy.

– Bez wątpienia. Jestem szczęśliwa, że mogę dziś korzystać z ich doświadczeń. I opiekować się kobietami tak, jak one w dawnych czasach – oznajmiła z uśmiechem zadowolenia.

– Rozalka będzie kiedyś robić to samo. A przynajmniej mam nadzieję, że nie zmieni zdania co do wyboru specjalizacji – przypomniała Michalina.

– O nie! Ona zrobi znacznie więcej. Zostanie lekarką. Na pewno bardzo dobrą ginekolog. Ma w sobie tyle pasji. To wspaniałe! – zapaliła się Zoe. – I ma niespotykaną intuicję lekarską, a to rzadki dar. Rosie jest młoda i musi się jeszcze dużo uczyć, ale zajdzie daleko. Tak samo, jak jej siostra, Emi. Jestem o tym przekonana. Będzie fantastycznym psychologiem. Wydaje się do tego stworzona.

Poprzednim razem Zoe została w Polsce tylko kilka dni. Miała swoje obowiązki i musiała wracać do Stanów. Zdążyła jednak zaprzyjaźnić się z obiema córkami Edka, a zwłaszcza z Emilką, z którą błyskawicznie znalazła wspólny język. To Amerykanka podpowiedziała dziewczynie, jaki powinna wybrać kierunek studiów ze względu na wrodzone predyspozycje – otwarty umysł oraz umiejętność wejrzenia w głąb drugiego człowieka.

Z kolei z Rozalią dzieliła się hojnie swoim doświadczeniem zawodowym. Obiecała też obu, że następnym razem zostanie w Brzostowicach dłużej. Dotrzymała słowa i teraz sporą część czasu spędzała z dziewczętami, które zaglądały do starego dworu w każdej wolnej chwili.

Obie wprost uwielbiały Zoe, a ona o dziwo, znacznie od nich starsza, właśnie z nimi dogadywała się najlepiej. Rozmawiały z nią w jej języku, by dzięki temu szlifować angielski, ale w obecności Michaliny, która wciąż miała z tym problemy, zawsze przechodziły na polski. Ona jednak i tak bywała zazdrosna o uwagę szwagierki, mimo że za nic w świecie nie przyznałaby się do tego głośno. Bardzo polubiła siostrę Daniela, kiedy poznały się osobiście, i żałowała, że nie ma z nią tak dobrego kontaktu jak Rozalia i Emilia, a nawet Kostka. Zauroczona Amerykanką, gdy tylko miała czas, zaglądała do Brzostowic.

Z czasem w przypływie szczerości Michalina napomknęła o tym Danielowi, dzieląc się swoim zdziwieniem.

– To dlatego, że moja siostra mentalnie ma nie więcej niż dwadzieścia kilka lat. W dodatku to się raczej nigdy nie zmieni, również gdy będzie miała osiemdziesiąt i więcej. Nie sądzę, by kiedykolwiek wydoroślała – odparł. – Nic dziwnego, że lepiej dogaduje się ze swoimi mentalnymi rówieśniczkami.

Miał rację. Zoe, choć sporo po czterdziestce, zachowała niemalże dziewczęcy urok i wdzięk. W jej zachowaniu i wyglądzie nie było niczego pretensjonalnego, nie odmładzała się na siłę, ubierała się jak wiele kobiet w jej wieku lubiących swobodny styl. Długie blond włosy zwijała w węzeł i spinała niedbale lub nosiła rozpuszczone. Unikała mocnego makijażu, nie korzystała z zabiegów medycyny estetycznej, a mimo to wyglądała zdecydowanie młodziej od swoich równolatek. Właściwie prezentowała ten typ kobiet, których wiek trudno określić. Być może przez zawsze pogodny wyraz twarzy, wielkie, wiecznie zdziwione po dziecięcemu oczy i zadziwiającą lekkość ruchów.

– Wracają – oznajmiła nagle, wyglądając znów przez okno. – Koniec spaceru.

Michalina wyszła naprzeciw mężowi i córce. Podniosła małą z wózka i przytuliła, stęskniona jak zawsze, gdy rozstawały się choćby na chwilę. Zoria również objęła ją mocno.

Była prześliczną dziewczynką. Miała pucułowate policzki, ogromne niebieskozielone oczy, niemożliwie długie rzęsy i złote loki. Wyglądała jak aniołek. Była też tak samo grzeczna. Nie przeszkadzało jej to prawie zawsze być w ruchu, niczym żywe sreberko, wszędobylska iskierka, pogodna i uśmiechnięta. Rzadko płakała, za to śmiała się głośno niemal bez przerwy. Wszędzie jej było pełno, wszystko ją interesowało, dlatego trzeba było na nią ciągle uważać, by niechcący nie zrobiła sobie krzywdy.

Najbardziej lubiła to, co emitowało lub odbijało światło. Lampy, słońce, ogień i wszelkie błyszczące przedmioty. Wyciągała ręce, by ich dotknąć. Teraz też usiłowała pochwycić poblask odbijający się od kolczyków matki, który igrał wesoło na jej policzku.

Zoe wychylona z okna zaśmiała się na ten widok. A potem zanuciła:


Złotą nić tkają trzy panny

Lśni zorza południowa.

Zdarzy się blask poranny

Nim wieczorny się schowa.


Zaśpiewała tę znaną w rodzinie Śmiałowskich pieśń również, kiedy Zoria wydała z siebie pierwszy krzyk. Dla Michaliny to był znak, że wszystko skończyło się dobrze i od teraz będzie tylko lepiej. Że jej dziecku już nic nie zagraża.

– Chcesz, by twoja chrzestna córka zgodnie z rodzinną tradycją została prządką? – krzyknęła ze śmiechem do szwagierki.

Zoe od kilku dni pod okiem Michaliny uczyła się używać kołowrotka, tego samego, który przez lata stał na strychu w Przytulisku. Bogusia przywiozła go do Brzostowic, niedługo po tym, jak Michalina usiadła do niego po raz pierwszy, po wypadku Michała. Ciotka uznała wówczas, że powinien należeć do niej.

– W tej rodzinie kobiety są z góry skazane na to samo – odparła Zoe z dziwną powagą. – Ona też – uśmiechnęła się do dziecka. – Wiedziałam to od momentu, w którym ją zobaczyłam po raz pierwszy. Ma to w oczach, tak samo jak Emilia. Mówiłam. To dar.

– O czym ona opowiada? – spytał Daniel zdziwiony.

– O tym, że nasza córka jest wyjątkowa – odparła cicho Michalina, właściwie niepewna, czy to dobrze, czy raczej wprost przeciwnie.

WARSZAWA, JESIEŃ 1958

Z kina Moskwa przy Puławskiej wylał się tłum ludzi. Rozchodzili się każdy w swoją stronę, na ogół w ciszy. Niektórzy tylko wymieniali półgłosem uwagi, omawiali kluczowe fragmenty i dialogi po emisji filmu.

Popiół i diament w reżyserii Andrzeja Wajdy obejrzała również Kasia Lipka. Wywarł na niej ogromne wrażenie. Nie mogła przestać myśleć zwłaszcza o jednej scenie, w której Zbigniew Cybulski, jako Maciek, były żołnierz AK podpalał w barze kieliszki ze spirytusem, wymieniając imiona poległych kolegów. Lampki przypominały znicze. Lekarka, przełykając łzy, rozmyślała o swoim bracie Stefku i o Michale Śmiałowskim, którzy odeszli w tak samo tragicznych okolicznościach, broniąc ojczyzny. Dziś było wiadomo, że ich trud i poświęcenie były daremne, bo kraj pozostawał w obcych rękach.

Wróciła też pamięcią do innych bliskich sobie osób, które odeszły dużo spokojniej, do Marcjanny i Henryka Brzostowickich, do ukochanej babki Arachny, dziadka Witolda. Do cioci Rozalki, która umarła tak niedawno…

Minęło kilka miesięcy, lecz smutek wciąż nie okrzepł. Mimo że jak reszta rodziny Kasia miała dość czasu, by zacząć godzić się z nieuniknioną stratą. Rozalia zaniemogła wkrótce po stracie męża i już nigdy nie doszła do pełni sił. Z roku na rok gasła w oczach, z czasem przestała wstawać z łóżka, nie rozpoznawała bliskich. Właściwie umarła, zanim jeszcze uleciała z niej dusza. Prawdopodobnie dlatego, że tak chciała. Jak jej matka, która nie wyobrażała sobie życia bez ukochanego męża i przędąc dwie nici żywota, pokierowała losem tak, by mogli odejść razem.

Kasia pojechała na pogrzeb. Ale dokładnie tak, jak wtedy, gdy zmarł Jan Śmiałowski, poszła jedynie na cmentarz. Starała się nie rzucać w oczy innym członkom rodziny, a zwłaszcza Anieli. Poprzednim razem z nikim nie rozmawiała, teraz jednak szukała dogodnego momentu, by zamienić z Antonim kilka słów sam na sam.

Musiała to zrobić dla swojej matki. Klara odchodziła od zmysłów po śmierci siostry i nie było nadziei, że w najbliższym czasie dojdzie do siebie, pogodzi się z jej odejściem. Natomiast Kasia widziała jeden sposób na złagodzenie jej bólu. O tym chciała porozmawiać z pogrążonym w żałobie synem Rozalii.

– Trzeba koniecznie skontaktować się z ciotką Balbiną – oznajmiła w pośpiechu, gdy większość żałobników podążyła w stronę cmentarnej bramy. – Tylko ona jest w stanie złagodzić cierpienie mojej matki. Nie mówię, że osobiście, bo na to nie śmiałabym liczyć, ale może przynajmniej kreśląc kilka ciepłych słów.

– Wysłaliśmy jej zawiadomienie o śmierci najstarszej siostry – powiedział mężczyzna. – Nie odezwała się, chociaż… minęło chyba za mało czasu, by zdążyła nadejść odpowiedź.

 

– Według ciebie można się jakiejkolwiek spodziewać?

Zagryzł usta. Wątpił w to, tak samo zresztą jak ona. Kontakt z Balbinką urwał się jeszcze przed wojną, wraz ze śmiercią Witolda i Arachny. Podejrzewano nawet, że jej również nie ma już wśród żywych. Jednak gdyby tak było, ktoś powinien powiadomić rodzinę. Miała syna, który mógł się tym zająć. O ile nie pomarli oboje…

Kasia wpatrywała się z uwagą w Antoniego. Usiłowała odgadnąć, co on o tym sądzi lub czy chociaż cokolwiek podejrzewa. Aż nagle… uświadomiła sobie, że on wie! Wie, co stało się z Balbinką i jej synem! Znała ciotecznego brata do tego stopnia, by wiedzieć, kiedy kłamie. Albo uparcie milczy na jakiś temat, bo nie chce lub nie może wyznać prawdy. Był zbyt uczciwy, dobroduszny i prostolinijny, by zwieść kogokolwiek, a na pewno nie ją, która od dziecka potrafiła przejrzeć go na wylot. Tyle spędzili ze sobą czasu.

Zdecydowanie coś przed nią ukrywał! I możliwe, że tak samo przed resztą rodziny.

– Ja nic nie wiem – oznajmił obronnym tonem, zupełnie jakby się domyślił, że go rozszyfrowała. Zaraz potem zaczął zbierać się do pożegnania, właściwie ucieczki, by nie musieć odpowiadać na kolejne pytania.

Nie pozwoliła mu na to. Chwyciła go zdecydowanie za ramię.

– Czy ona żyje? – spytała.

Rozłożył bezradnie ręce i pokręcił głową. Tym razem wydawał się szczery. Naprawdę nie wiedział.

– Ale znasz przyczynę, dla której się nie odzywa.

Zwiesił głowę, by nie patrzeć jej w oczy.

– Mogę tylko podejrzewać, co to jest, bo dowodów nie mam – mruknął. – Jedno jest pewne, jeżeli żyje, przenigdy tu nie wróci. Nie spotka się z siostrą.

– A jej syn? Nie zechce nas przynajmniej poznać? Kiedyś, w przyszłości? Spotkać się z nami choć raz?

– On… tym bardziej.

– Dlaczego? – Wpatrywała się w niego natarczywie. – Muszę to wiedzieć!

– Nie dowiesz się tego ode mnie. Nie znam prawdy, której szukasz. Jedynie… jej się domyślam – powtórzył.

– Czego dokładnie?

– Powodu, dla którego ani ciotka Balbina, ani Zorian nigdy nas nie odwiedzą. Odgadłem to, kiedy przeczytałem jej ostatni list. Poskładałem sobie wtedy, co trzeba, do kupy i wyszło mi, co wyszło.

– Czyli? – ponagliła go nerwowo, bo w oddali dostrzegła Anielę. Wyraźnie zniecierpliwiona szukała wzrokiem męża, a mały Mietek już wypatrzył ojca i wskazywał go palcem. Lada moment mógł do niego podbiec i uwiesić się mankietu. Wtedy rozmowa pozostałaby niedokończona, a innej okazji mogło nie być. Ponadto Antoni mógł nie dać się podejść ponownie ani namówić na podobne zwierzenia. Ta chwila była szczególna i należało ją wykorzystać. – Powiedz mi, proszę, szybko, wszystko, co wiesz! I tak musisz w końcu komuś o tym opowiedzieć. Widzę, jak się męczysz.

Westchnął zrezygnowany, ale i z ulgą, zatem się zdecydował. Jakby doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia. Że musi wyznać prawdę, bo skrywał ją w sobie zbyt długo, a Kasia jest najwłaściwszą osobą do przejęcia części owego ciężaru. Nikomu o niczym nie powie, to było więcej niż pewne. Mógł jej zaufać.

– Chodzi o młodego Brzostowickiego, o to, jak zginął. Pamiętasz, że jeszcze przed wojną ktoś mu rozharatał gardło i porzucił go w lesie na pewną śmierć? – zająknął się lekko, a ona skinęła w milczeniu głową. – Wtedy mniej więcej Arachna przestała nosić na szyi ladankę. Tę po babce Małgorzacie, która posłużyła do obrony przed zbójcami.

Zdziwiło ją, że Antoni zna tę historię. Zastanawiała się bezwiednie, czy zgłębił całą tajemnicę obu amuletów, czyli również tego, który obecnie należał do Kasi. Dostała go niegdyś od babki wraz z jego szczególną historią. Prędko jednak doszła do wniosku, że to niemożliwe ze względu na Anielę.

– Chodzi ci o to, że nasza babka… to zrobiła? Że Arachna zamordowała hrabiowskiego syna? – spytała skonsternowana, bo domniemania Antka ledwie mieściły jej się w głowie.

Ale z drugiej strony… byłoby to całkiem logiczne. Któż mógłby bardziej pragnąć śmierci młodego hrabiego niż ona? Za krzywdy, jakie wyrządził jej córce, i by powstrzymać go przed tym, co planował. Chciał odebrać Rozalii i Janowi Przytulisko. Nie zdążył. Dlatego to, co zdarzyło się przed laty, mogłoby być dziełem Arachny. Oczywiście gdyby nie fakt, że było to zupełnie do niej niepodobne, Kasia dopowiedziała sobie w duchu gwoli sprawiedliwości. Nie umiałaby skrzywdzić nikogo, nawet takiego drania jak młody Brzostowicki, który Bogiem a prawdą, zasłużył sobie na to, co go spotkało. Na taką, a nie inną śmierć, powolną i okrutną.

– Przyznam, przemknęło mi przez myśl, że to babka za tym stoi – odparł Antek skruszony, zanim zdążyła podważyć jego przypuszczenia. – Ale potem zacząłem się nad tym jeszcze więcej zastanawiać i przypomniały mi się inne zdarzenia, dziwne poczynania Witolda i Arachny. Po tamtym wypadku często szeptali między sobą i milkli na nasz widok. Wyraźnie coś przed nami ukrywali. Pytałem ich, co się dzieje, czy nie trzeba im w czymś pomóc, lecz mnie zbywali. Powiedzieli, żebym się nie zamartwiał, bo już nie ma czym. A niedługo potem przyszedł list od Balbiny. Jak się wkrótce okazało, ostatni. Dziękowała w nim matce za kobierzec, który do niej dotarł, i za pozostałe pamiątki. Nie napisała, co to było dokładnie, choć ja i tak wiedziałem, że wśród nich znalazła się ladanka. I że chodziło o posłańca, który dostarczył wszystko szczęśliwie. Był o wiele ważniejszy od tego, co wiózł z Przytuliska do Ameryki.

– Jak to? – Nie zrozumiała. – Dlaczego?

Babka i dziadek nieraz korzystali z okazji, gdy ktoś z okolicznych wsi emigrował za ocean i przekazywali dla córki i wnuka drobne upominki, które ci chętnie dostarczali w zamian za pomoc w urządzeniu się na obczyźnie. Nie rozumiała, dlaczego tym razem chcieli wiedzieć, jaki był los tego, który wiózł kobierzec, czy mu się powiodło.

– Bo tym posłańcem był Zorian, jej syn – wyjaśnił Antoni, wprawiając ją tym w osłupienie.

– Skąd wiesz? – spytała.

Przecież gdyby to była prawda, gdyby tu przyjechał, zapewne przywitałby się z wszystkimi. Dał się poznać całej rodzinie, nie tylko dziadkom.

– Wcale tego nie wiem. Ale tak mi się właśnie wydaje. Zaraz po tym, jak zginął Julian, widziałem niechcący z daleka, jak dziadek Witold rozmawia z jakimś obcym mężczyzną. Wyglądało to, jakby go żegnał, z niespotykaną wylewnością ucałował go w czoło, wziął w ramiona i uścisnął prawie po ojcowsku. Zdziwiło mnie to wtedy tak bardzo, że odważyłem się spytać, kim był ów człowiek. Niczego jednak się nie dowiedziałem. Dopiero później uświadomiłem sobie, że to nie mógł być nikt inny, jak syn Balbiny. Zwłaszcza że był uderzająco podobny do Juliana.

– Chcesz powiedzieć, że matka Zoriana w ostatnim liście między słowami powiadomiła rodziców, że ich wnuk dotarł do domu cały i zdrów? A potem zamilkła na dobre, by go chronić, po tym, jak ją pomścił? Zabił jej prześladowcę? – spytała Kasia z niedowierzaniem.

– Tak przypuszczam.

– Przecież to był mimo wszystko jego ojciec. Poza tym sama obecność Zoriana w tym miejscu jeszcze niczego nie dowodzi. Zbiegło się i tyle.

– Zatem z jakiego innego powodu utrzymano to w tajemnicy? Przed nami i przed całym światem? Bo według mnie kontakty zostały zerwane na wszelki wypadek. By tamto nigdy się nie wydało. By nikt nie powiązał obecności Zoriana ze śmiercią młodego Brzostowickiego. Albo nie przypomniał sobie, dlaczego Zorian miał powód, by go zabić. Wielu wciąż pamięta, co tu się wydarzyło przed laty, przed ludźmi niewiele da się ukryć.

– Jeżeli masz rację, tę jedną rzecz się udało, skoro nikt tego nie powiązał. Oprócz ciebie… Ty jako jedyny domyśliłeś się prawdy.

– I przysiągłem sobie, że uszanuję wolę dziadków i nigdy nikomu o tym nie powiem! – Speszył się, gdy uświadomił sobie, że właśnie złamał tę obietnicę i opowiedział o wszystkim Kasi. – Ty też nie powiesz, prawda? – spytał z lękiem, jak winowajca obawiający się kary.

– Nie powiem – uspokoiła go. Nawet gdyby o to nie poprosił, i tak zachowałaby jego wyznanie dla siebie. – Nikomu.

Westchnęła cicho, odrywając się od wspomnień.

– Nad czym się tak smutno zamyśliłaś, siostrzyczko? – zagadnął ją Franek.

Szedł obok, z rękami w kieszeniach prochowego płaszcza, zapatrzony gdzieś w dal.

– Nad tym, o czym nie ma potrzeby mówić – odparła zmieszana. – Bo minęło. Bo dawno tego nie ma.