Nigdy nie jesteś samaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No, opowiadaj, tata. – Aniela dała mu soczystego całusa.

Opowieść toczyła się więc dalej.

– Ale co to? Spomiędzy liści krzaka bzu wyfrunął nagle jeszcze jeden mały ptaszek, który ukryty tam do tej pory, spokojnie czekał na swoją kolej. Pan Bóg podrapał się po głowie i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, żeby nie rozczarować ostatniego klienta, tak cierpliwie czekającego na samym końcu kolejki. „Cóż, dla ciebie wymieszam to, co mi pozostało”, powiedział do niego ciepłym głosem i delikatnie pogłaskał go po głowie. Wyskrobawszy starannie z puszek resztki farb, które pozostały z malowania wróbli, Pan Bóg uzyskał niezbyt efektowny szarobury odcień. Drobny ptaszek ufnie rozpostarł maleńkie skrzydełka i cierpliwie czekał, aż farba pokryje wszystkie piórka. Na koniec pięknie podziękował i uradowany, że i dla niego farby wystarczyło, odleciał w swoją stronę. Następnego dnia w ogrodzie słychać było śmiechy i złośliwości. Pan Bóg przysłuchiwał się najpierw zdumiony, a potem coraz bardziej niezadowolony. Spodziewał się, że szczęśliwe ptaki będą śpiewać radośnie i cieszyć się z prezentu, który od niego otrzymały. Kiedy poszedł w głąb ogrodu, zobaczył, jak wielobarwne ptaki dumnie puszyły pióra, drwiąc jednocześnie z brzydoty ukrywającego się głęboko wśród żywopłotu ptaszka, który wczoraj został pomalowany jako ostatni. Na widok Boga ptaki ucichły, a wtedy on rozchylił liście i troskliwie wziął szarego ptaszka w swoje dłonie. „Ponieważ zabrakło dla ciebie pięknych kolorów, a ty przyjąłeś z radością to, co ode mnie otrzymałeś, dam ci coś jeszcze – powiedział. – Dostaniesz najpiękniejszy głos w całym moim ogrodzie”. Tym małym ptakiem był słowik, a cały ogród zamilkł w zachwycie, kiedy wieczorem, ukryty wśród liści, rozpoczął on swoją pieśń.

– A teraz do łóżek, moje słowiki – kończył opowieść Daniel i całował kolejno swoje córki w czoło.

Wiktoria patrzyła na nich z czułością i miała nadzieję, że córki zapamiętają tę historię i jej przesłanie na zawsze. Była pewna, że kiedyś zatęsknią za tym czarodziejskim czasem dzieciństwa, gdy każdy rok był najlepszy ze wszystkich i niemożliwy do powtórzenia. A one, umoszczone bezpiecznie w puchu kochającej rodziny, nie wiedziały jeszcze, że otrzymana radość była jak zaciągnięty kredyt, który trzeba będzie kiedyś spłacić latami mniej kolorowymi i już wcale nie tak beztroskimi, za to pełnymi bolesnych decyzji, niechcianych rozstań i popełnianych błędów.

ROZDZIAŁ 3. Dobrze, że miał skrzydła

ROZDZIAŁ 3

Dobrze, że miał skrzydła

Piętnaście lat małżeństwa minęło w szczęściu. Oczywiście były momenty, kiedy szczęścia było więcej, a potem następowały chwile, kiedy było go nieco mniej. Mimo to Wiktoria i Daniel pozostali razem i nie szukali nowej miłości ani czegoś lepszego w cudzych ramionach. Kłócili się rzadko i, jak to sobie obiecali, wyłącznie na tematy ważne. Pomijali czasem w rozmowach kwestie zbyt trudne, aby je ująć w słowa. Bardzo nie chcieli się ranić i w efekcie ich małżeństwo nieuchronnie obrastało otoczką spraw mniejszych i większych, przyzwyczajeń i nawyków, które trudno im było z siebie strząsnąć, a które osiadają bezgłośnie jak muł na dnie oceanu. Dzieci rosły i Daniel już nie podrzucał córek wysoko, a one wolały grać na komputerze, niż iść z ojcem na spacer. Dużo, dużo później, kiedy Wiktoria wspominała te piękne dni jako odległą przeszłość, przychodziło jej do głowy, że dobre wspomnienia powinny być automatycznie wymazywane, jak tylko zaczyna się dziać źle, bo czasami bez nich jest łatwiej zaakceptować rzeczywistość i przestać z nią walczyć. Zwłaszcza gdy nie ma najmniejszej szansy na zwycięstwo.

Wiktoria, mimo licznych prób odtworzenia tamtych wypadków w pamięci, nigdy nie zdołała przypomnieć sobie, co robiła dwudziestego piątego stycznia, w mroźne i słoneczne przedpołudnie, kiedy do ich mieszkania niespodzianie przyszedł bardzo zdenerwowany szef jej męża. Za to dokładnie pamiętała, że ręce miał niemal czarne i śliskie od smaru. Na jego umorusanej twarzy były tylko dwie wyraźnie jaśniejsze i wąskie smugi, zaczynające się pod oczami i biegnące wzdłuż obu policzków. Nie pamiętała też słów, jakimi jej przekazał tę wiadomość, bo zanim cokolwiek zaczął mówić, jej serce już biło za szybko, a fala gorąca zalała policzki i Wiktoria musiała na chwilę usiąść, żeby nie upaść. Może powiedział, że Daniel miał zawał? A może były to po prostu słowa, że Daniel nie żyje? Jakie to zresztą miało znaczenie? Niezależnie od tego, co dokładnie wtedy powiedział, do Wiktorii natychmiast dotarła bezwzględna prawda, że Daniel już nigdy do niej nie wróci. Nie będzie kolejnego popołudnia przy kawie, nie pojawi się w drzwiach zmęczony po pracy, do której wyszedł zwyczajnie, jak co dzień rano, ucałowawszy ją lekko w policzek i obiecawszy, że tego dnia na pewno naprawi żelazko. I jeszcze krzyknął, już stojąc w otwartych drzwiach, że nie ma czasu wyrzucić śmieci.

– Jak mogę teraz pani pomóc? – zapytał szef Daniela bardzo cichym głosem, stojąc naprzeciw Wiktorii z rękami zwieszonymi bezradnie wzdłuż ciała. Nawet nie obcierał łez, które po wyznaczonych liniach płynęły mu nadal po policzkach.

– Proszę zadzwonić do mojej mamy, a potem zawieźć mnie do męża – z niemal bezbarwnych ust padła odpowiedź, której Wiktoria również później nie pamiętała.

Mama Wiktorii, babcia Helena, przyjechała po południu i najpierw długo przytulała do siebie córkę i głaskała ją po włosach, a potem poszła do szkoły po swoje wnuczki. To ona powiedziała im, co się stało, gdy wróciły do domu. Agata miała wtedy czternaście lat, Milka miała niedługo obchodzić jedenaste urodziny, a bliźniaczki były w pierwszej klasie. Aniela i Róża zaczęły płakać, Milka przytuliła się do babci, a Agata bez słowa wyszła z pokoju, starannie zamknąwszy za sobą drzwi.

Wszystko się od tego dnia zmieniło. Milka początkowo na przemian rozpaczała i starała się być wprost idealna. Przestała przysparzać kłopotów w szkole i próbowała zachowywać się odpowiedzialnie. Agata ze zdwojoną energią rzuciła się w wir nauki. Zupełnie nie umiała pogodzić się z tym, że ojciec odszedł tak nagle, i to w okresie, kiedy go najbardziej potrzebowała. Wiktoria nigdy już nie zdołała otworzyć zatrzaśniętych drzwi, za którymi się schowała w swojej żałobie po ojcu. Miała wrażenie, że bliźniaczkom było stosunkowo najłatwiej – otwarcie mówiły o swoim smutku i o tym, jak brakuje im taty. Pomagały też mamie w domowych pracach, chociaż ona starała się, jak mogła, żeby córki miały obowiązki i zmartwienia wyłącznie na miarę swojego wieku oraz żeby nie ominęło ich nic, co w danym okresie życia każda dziewczyna powinna przeżyć.

Przeprowadzka do rodzinnego miasteczka była pomysłem babci Heleny. W ten sposób Wiktoria z córkami trafiły niedaleko jej domu, a dokładniej na sąsiednią ulicę, gdzie był na sprzedaż mały domek. Korzystna dla Wiktorii wysoka cena nieruchomości w mieście, przyjaźń jej mamy z sąsiadem oraz jego chęć szybkiego zbycia domu pozwoliły Wiktorii kupić ten domek bez zaciągania kredytu. Babcia była szczęśliwa, że może mieć znów swoją córkę i wnuczki blisko siebie. Chciała pomóc Wiktorii i ją wspierać, mimo że córka nie prosiła o pomoc i nie wspominała nawet o swoim bólu po stracie ukochanego męża. Wiktoria nie tylko nie rozmawiała o tym, ale i konsekwentnie uciekała od wspomnień z pogrzebu i stypy. Nie chciała tego dnia pamiętać i nie miała żadnych zdjęć z uroczystości, a mimo to każde dotknięcie lekko prószącego śniegu na twarzy przenosiło ją prosto do tej chwili na cmentarzu, kiedy zostawiła Danielowi pierwszy bukiet czerwonych róż. Zresztą róże następnego dnia zmarzły zupełnie i razem z zamarzniętą wodą we flakonie trafiły do kosza. Sztywnymi z zimna palcami zapaliła wtedy znicz i długo jeszcze stała wpatrzona w jego wątły blask.

W nowym domu Wiktoria czuła się początkowo trochę zagubiona, ale potem uznała, że pomysł z przeprowadzką był dobry, bo tamto otoczenie, mieszkanie i całe miasto pełne było wspomnień. Nie było w nim tylko Daniela, na zawsze. Ta myśl zmuszała Wiktorię do nieustannej ucieczki w obsesyjne szukanie odpowiedzi na pytanie, co dokładnie powiedział szef Daniela, kiedy przyszedł do niej do domu. Bezskutecznie próbowała sobie przypomnieć jego słowa, jakby to miało coś zmienić, i tymi wysiłkami katowała swój umysł, kiedy rzeczywistość ją atakowała brutalnymi faktami, że została sama z czwórką dzieci, bez pracy i prawie bez pieniędzy. Dlaczego tak się stało? Jak to możliwe, że ona żyje dalej? Jakim prawem i w jaki dokładnie sposób jej codzienne życie może w ogóle się jeszcze toczyć?

– Jest to możliwe wyłącznie wtedy, gdy nie zadajesz sobie tych trzech pytań i łzy zostawiasz na bardzo późny wieczór, kiedy już prawie nie ma na nie czasu ani siły po pracowitym dniu – odpowiedziała jej kiedyś mama.

Wydarzyło się to w pewien bardzo zimny, jesienny dzień, kiedy Wiktoria czuła się potwornie wyczerpana swoim smutkiem i wewnętrzną pustką. Wykrzyczała wtedy swojej mamie te wszystkie pytania w twarz, jakby to była właśnie jej wina. Potem długo siedziały w milczeniu. Wiktoria przyznała przed sobą, że obwiniała mamę o różne rzeczy. Było jej wstyd, bo myślała, że zdążyła już poukładać sobie to wszystko. Już dawno dojrzała do tego, żeby mamę zrozumieć, coś jej darować z przeszłości, w czymś przyznać jej rację, a coś, co od niej usłyszała, powtórzyć swoim dzieciom. Czasami mówiła też swoim córkom coś dokładnie odwrotnego, i to wyłącznie dlatego, że w przeszłości obiecała sobie, że będzie inna niż ona. Mimo to wyraźnie czuła, że zawsze będzie jej dzieckiem, jeszcze więcej czasu z nią spędzała i była jej jeszcze bardziej wdzięczna za pomoc oraz obecność.

Szara codzienność najlepiej leczyła z wielkich emocji. Rzeczywistość upomniała się o swoje bardzo szybko, poprzez konieczność zadbania o nowe buty, ubrania, zeszyty i obiady dla dzieci, a potem jeszcze wycieczki, wakacje i rachunki. Czas, przez swój upór i ciągłe ofiarowywanie nowego dnia, żmudnie popychał jej życie do przodu. Wiktoria musiała pójść do pracy, żeby zarabiać pieniądze i nie mieć czasu na rozmyślania. Nie była wybredna i znalazła trzy posady, które chociaż niezbyt dobrze płatne, łatały dziury w budżecie i przede wszystkim znacznie zmniejszały ilość jej wolnego czasu. Wstawała wcześnie rano, bo już o piątej, czasami nawet o czwartej, i szła sprzątać w lokalnej przychodni. Kiedy tam skończyła, była pora iść do szkoły pomagać w stołówce, a popołudnia wypełniało Wiktorii pilnowanie dzieci dwóch sąsiadek. Całą resztę czasu poświęcała swoim córkom, chciała być mamą lepszą nawet niż dotychczas.

 

Wszystkie zmartwienia Wiktorii związane z pieniędzmi i przyszłością jej dzieci sprawiały, że zmęczenie, takie, od którego zasypia się od razu kamiennym snem, stało się jej najlepszym przyjacielem. Nigdy się nikomu nie skarżyła ani z nikim o swoim żalu i trudnościach nie rozmawiała. Ale miała je ciągle pod ręką, razem z paczką chusteczek higienicznych i ulubionych miętówek. Za każdym razem, gdy sięgała po coś do kieszeni, sprawdzała, czy nadal tam są, ukryte przed wzrokiem innych i czekające na późny wieczór, gdy nie ma już nic do zrobienia, a sen jak na złość nie przychodzi. Mocno przytulała do siebie wtedy swoją samotność, której obiecywała wierność tak jak kiedyś Danielowi. Obiektywnie patrząc, nie była sama, bo znów przylgnęła do rodziny i skupiła się na swoich dzieciach i ich sprawach. Była najlepszą powierniczką i przyjaciółką oraz odpowiedzialną matką, która z wyboru pozostała samotną kobietą.

Jej mama wnosiła do ich domku całe swoje ciepło i troskę oraz dodatkowo pierogi, szarlotki i ciasteczka. Siadały czasami wieczorem przy filiżance herbaty i oglądały razem czarno-białe filmy. Stopniowo w domu Wiktorii zaczął znów rozlegać się śmiech, przy czym jej własny brzmiał najciszej i najszybciej się urywał, jakby nie miał prawa się pojawić, gdy nie wtórował mu beztroski śmiech męża. Ale cieszyło ją, że widzi znów radość na twarzach swoich dzieci. Znów bardziej przypominała tę tajemniczą i silną dziewczynę, jaką była, zanim poznała Daniela. Kiedy tylko mogła, najczęściej wczesnym rankiem w niedzielę, szła sama na spacer do lasu, skąd wracała wyciszona i gotowa na dalsze zmagania z codziennością. Smutek zahartował ją i nie oczekiwała od życia wiele, bo przecież dostała już największą miłość, dlatego przyjmowała wszystko to, co następowało po jej utracie, z niezłomną gotowością zmierzenia się z tym, cokolwiek by to było. W pierwszą rocznicę śmierci Daniela znów mocniej dał o sobie znać żal. Późnym wieczorem, kiedy dzieci już spały, zwierzyła się swojej mamie, niespodziewanie nawet dla siebie samej.

– Boję się, wiesz, bo zamiast tęsknić, ja często nienawidzę go za to, że odszedł i zostawił mnie samą – wyszeptała, a jej twarz nawet nie była blada, była przezroczysta i zupełnie pusta.

– Jestem pewna, że gdyby jemu dano wybór, na pewno by z tobą został. – Mamie zadrżał głos.

Ani wtedy, ani w ciągu następnych lat i w kolejne rocznice Wiktoria nie płakała. Nikt nie wiedział, że w myślach dyskutowała na ten temat sama ze sobą, ale jaki to miałoby sens? Z kim miałaby się kłócić, że Daniel został jej odebrany? Komu robić wyrzuty, że tak się stało? Temu, od kogo dostała tyle wspaniałych lat? Temu, który odszedł tak nagle, bez jej wiedzy i zgody, chociaż do tej pory wszystko ze sobą uzgadniali? A może sobie samej za to, że to jego wybrała zamiast samotnego życia? Przecież niczego jej nie brakowało, zanim pojawił się on. Wypracował sobie w jej sercu sporo miejsca i dlatego dopiero wtedy, kiedy odszedł, została w tym sercu ogromna pustka. Wiktoria miała poczucie, że doświadczyła miłości idealnej, której jedyną wadą było to, że została jej odebrana przedwcześnie i bardzo brutalnie. Urwała się jak źle przyszyty guzik, równie nagle jak kiedyś została jej ofiarowana. I sama już nie wiedziała, czy nie byłoby lepiej, gdyby się ta miłość w ogóle nie pojawiła. Ale to byłoby jak wymazywanie Daniela z pamięci, zaprzeczanie jego istnieniu, co raniło ją jeszcze bardziej, więc już wolała zmagać się z tą bolesną wyrwą w swoim sercu i poczuciem żalu. Nie miała zamiaru pozwolić, żeby teraz jej rodzina popruła się i rozeszła w szwach jak stara sukienka. Tylko do Boga nabrała dużo dystansu, może i był dobry, ale nie mogła mu wybaczyć tej pomyłki, jaką popełnił w odniesieniu do jej własnego życia.

Często przyglądała się swoim dzieciom, kiedy zajęte były odrabianiem lekcji albo oglądaniem telewizji czy rozmową, i zaskakiwało ją za każdym razem od nowa, jak z każdego gestu, słowa, widać było wciąż żywe podobieństwo do ich ojca. Nie spotykała się z nikim, nie zakochała się ani nie zalogowała na portalu internetowym w poszukiwaniu partnera. Ignorowała mężczyzn, którzy okazywali jej zainteresowanie w pracy, i kolegów przedstawianych jej przez uczynne koleżanki na nielicznych imprezach, w których zgodziła się uczestniczyć.

– Życie się nie kończy, gdy odchodzi kochana osoba, ono się tylko zmienia – próbowały jej delikatnie tłumaczyć.

Było to już trzy lata po śmierci Daniela. Wiktoria uśmiechnęła się tylko blado i sięgnęła po swoją torebkę, z której wyjęła portfel, a z niego dwa zdjęcia.

– Zawsze je mam przy sobie. – Podała jedno Marioli, koleżance z przychodni. Na fotografii przystojny i szeroko uśmiechnięty Daniel patrzył na nią z iskierką w oku. W tle był jesienny bieszczadzki krajobraz i słońce lśniło na żółto-czerwonych liściach, a z tymi ciepłymi kolorami kontrastowało ciemnogranatowe niebo. – To z naszej podróży poślubnej. Obiecaliśmy sobie wtedy, że będziemy razem na zawsze – powiedziała Wiktoria, a jej głos załamał się niebezpiecznie pod koniec zdania.

– Miał takie niezwykłe, intensywnie niebieskie oczy. – Mariola oddała Wiktorii zdjęcie, a ona wyjątkowo delikatnie włożyła je na swoje miejsce w portfelu. Próbowała się przy tym dzielnie uśmiechać, ale tylko zadrżały jej kąciki ust.

Podała jej drugą fotografię. Zdjęcie zrobione było z profilu i Daniel był już nieco starszy. Stał na pomoście nad jeziorem, wpatrując się w wodę. Wydawał się pogrążony w myślach i odległy. Dokładnie jak Wiktoria teraz, pomyślała Mariola.

Na odwrocie zdjęć skrupulatna Wiktoria zwykle umieszczała daty. Na tym jej nie było, napisane było za to: To ostatnie zdjęcie mojego ukochanego Daniela i jeszcze wiersz dopisany pod spodem starannym pismem Wiktorii:

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:

czyjeś ciało i ziemię całą,

a zostanie tylko fotografia,

to — to jest bardzo mało…

Mariola czuła, jak wielka gula rośnie jej w gardle i utrudnia przełykanie. Kompletnie odeszła jej ochota, żeby tłumaczyć Wiktorii, że powinna zapomnieć i ułożyć sobie życie z kimś innym, żeby nie została sama, kiedy jej dzieci wyprowadzą się z domu. Pierwsza przerwała przedłużającą się ciszę Wiktoria.

Wkurza mnie najbardziej to, że mając do dyspozycji tyle wspólnie przeżytych lat, czegoś zawsze nie zdąży się powiedzieć – mówiła powoli, przyglądając się koleżance, jakby chcąc zobaczyć, czy ta zrozumie.

Mariola, zaskoczona nagłą otwartością Wiktorii, nie chciała jednak niszczyć nastroju chwili, więc tylko słuchała.

– Są takie momenty, kiedy uparcie milczysz, chociaż masz poczucie, że powinnaś to z siebie wydusić! Choćby po jednej sylabie i już nawet może być szeptem, bo to musi i powinno wybrzmieć. Ale nic nie mówisz. Patrzysz tylko, oczy zachodzą łzami i zaczynają niemiłosiernie piec, więc wychodzisz na chwilę na zewnątrz i bierzesz kilka głębokich wdechów. – Wiktoria znów przerwała na chwilę, jakby pogrążając się we wspomnieniach, a może tylko układając sobie w głowie kolejne zdanie, więc Mariola czekała na dalszy ciąg. – A potem, kiedy wracasz do pustego domu, po raz pierwszy tak już na zawsze sama, jest za późno. I wtedy nie chcesz wchodzić do środka. Patrzysz na ciemne okna i odtwarzasz w głowie rozmowę, którą prowadziliście nie tak dawno, bo jeszcze tego samego dnia rano, tuż po tym, kiedy wstaliście i odsuwałaś zasłony. On stanął tuż za tobą i chociaż nie mieliście wiele czasu, na chwilę objął cię wpół i przytulił się mocno. Wydawało ci się wtedy, że to tylko kolejny poranek, taki, jakich wiele już wcześniej było, i nie zdajesz sobie sprawy, że więcej już ani jednego nie będzie. „Popatrz na te wszystkie ptaki w karmniku”, powiedział radośnie. Zawsze dbał o małe ptaki zimą i podziwiał ich spryt i zaradność. Ja się wtedy zaśmiałam i powiedziałam, że je rozpieszcza. – Wiktorii załamał się głos. Patrząc nieruchomo przed siebie, nerwowo obracała na palcu obrączkę, a potem mówiła dalej: – Nie wiem, dlaczego pamiętam też rozmowę, którą usłyszałam, gdy wychodziłam ze szpitala tamtego popołudnia. Brakowało mi odwagi, żeby od razu pojechać do domu i porozmawiać z własnymi dziećmi o tym, co się stało. Usiadłam w kafejce szpitalnej ze szklanką wody. Tak bardzo chciałam, żeby ten dzień nigdy się nie wydarzył, a jednocześnie ogromnie pragnęłam, żeby się nie kończył, bo nie umiałam sobie wyobrazić, co będzie dalej. Niebo było pogodne, w kafejce szumiało od rozmów, a przy stoliku obok siedziały dwie kobiety i piły kawę. Pomyślałam, że pewno im też ktoś bliski dziś umarł. „Zobacz, nie ma ręki”, powiedziała starsza z kobiet. „Ale na szczęście nadal ma skrzydła”, zauważyła młodsza. Odwróciłam się wtedy w ich kierunku i zobaczyłam figurkę anioła, stojącą na parapecie tuż obok ich stolika. Może to na tych anielskich skrzydłach i po tym niebie mój Daniel sobie powędrował? Mam ogromny żal, że nie poczekał z tym na mnie, ale cóż mogę zrobić? – Wiktoria zakryła rękoma twarz.

– Możesz teraz nadal żyć i dzień po dniu robić to, co do ciebie należy – odpowiedziała jej Mariola, a potem usiadła obok niej i objęła ją ramieniem. Wiktoria tylko przytaknęła i wierzchem dłoni bardzo szybko otarła łzę w kąciku oka.

CZĘŚĆ DRUGA. PRZYJACIÓŁKI I WROGOWIE

CZĘŚĆ DRUGA

PRZYJACIÓŁKI

I WROGOWIE

ROZDZIAŁ 1. Życie toczy się dalej

ROZDZIAŁ 1

Życie toczy się dalej

Gdyby Wiktoria miała czas na pisanie pamiętnika, zaczęłaby od słów: Jestem matką. Pracuję od rana do wieczora, wykonując wszelkie prace, zależnie od aktualnej potrzeby. Kocham swoje córki, ale czasami mam ich serdecznie dosyć! Od kiedy zabrakło Daniela, jego spokoju i humoru, często czuła, że do szaleństwa nie brakuje jej wiele. Nie wiedziała, w co ręce włożyć, i nie miała czasu na odpoczynek ani spotkania z przyjaciółkami. Zapomniała też zupełnie, jak brzmi cisza. Wyzwania rodzicielskie zmieniały się jak w kalejdoskopie. Kiedy z najmłodszymi córkami jeszcze walczyła o czyszczenie zębów i dbanie o paznokcie, z Milką już toczyła utarczki słowne na temat bezsensownych, z punktu widzenia nastolatki, reguł w szkole, w domu i na całym świecie. Głowiła się, jak najlepiej zareagować na wybuchy złości, nagłą nieśmiałość czy ośli upór. Jednego dnia była najlepszą matką na świecie, a następnego stawała się najgorszą. Jej sen, poszarpany jak wielokrotnie używana chusteczka higieniczna, pojawiał się co noc w dawkach aptekarskich, a zmartwień wciąż przybywało. Nie miała dalekosiężnych wizji dotyczących swojej gromadki. Wiedziała jedynie, że chce wychować córki na mądre kobiety, a do tego potrzebowała trochę dyscypliny, dużo przykładu i całego morza miłości. Codziennie, tydzień po tygodniu, rok po roku i mimo wszystko. I nie było to łatwe, bo kiedy w domu jest kilka córek, atmosfera czasami niebezpiecznie gęstnieje. Stają się dla siebie matkami, ciotkami, przyjaciółkami, opiekunkami, rywalkami, nauczycielkami i zawistnymi koleżankami. Siostry uczyły się wiele od swojego „stada” i każda zajmowała w nim jakąś pozycję. Miały dożywotnich wrogów lub przyjaciół, zawiązywały koalicje i toczyły emocjonalne wojny, doprowadzały się do szaleństwa i do łez – ze śmiechu i ze złości. Życie wśród sióstr jest jak jazda na karuzeli. Ktoś kogoś lubi, a z kimś nie rozmawia, ktoś komuś czegoś nie może wybaczyć za nic w świecie albo czegoś oczekuje, ale o tym nie piśnie ani słowa, niech się małpa sama domyśli! Ktoś komuś zazdrości, ustępuje lub ciągle robi coś za kogoś innego. Ktoś z kimś ma wielkie tajemnice, które ktoś inny próbuje za wszelką cenę wykraść. Relacje zmieniały się dość szybko i nawet w ciągu jednego dnia siostry bywały dla siebie na przemian jak najlepsze przyjaciółki i śmiertelni wrogowie. Rankiem niczym nierozłączne towarzyszki, szepczące sobie sekrety i głośnym śmiechem przerywające powagę podniosłych momentów życia rodzinnego, wieczorem potrafiły się pokłócić o drobiazg lub o rzecz najważniejszą na świecie oraz obrazić na siebie na wieki lub tylko na chwilę. Siadały wtedy, każda z książką w innym kącie, tyłem do znienawidzonej na wieki siostry. Wiktoria uwielbiała te momenty, gdy zapadała cisza. Jednak cisza nigdy nie trwała długo i zaraz zaczynały się na nowo chichoty, krzyki i szepty.

 

Po śmierci Daniela Agata szybko stała się jeszcze dojrzalsza i mądrzejsza niż wcześniej. Niemal przejęła opiekę nad młodszymi siostrami, co dawało Wiktorii odrobinę wytchnienia i zapewniało jej spokój umysłu. Wiedziała, że może najstarszej córce całkowicie zaufać, kiedy jest w pracy. Sielanki jednak nie było. Młodsze siostry nieustannie narzekały, że Agacie to wszystko wolno, a im wciąż nie. Wiktoria spokojnie to potwierdzała i nie wdawała się w dłuższe dyskusje. W akcie bezsilnej złości na tę jawną niesprawiedliwość Milka, Róża i Aniela donosiły mamie zawistnie, acz nieskutecznie o niewinnym spacerze Agaty z kolegą ze szkoły do domu, o umalowanych ukradkiem powiekach z okazji szkolnej dyskoteki, o wzbudzających niezdrową ciekawość tajemniczych liścikach od koleżanek. Wiktoria nie interweniowała, bo nie widziała powodu. Zastanawiała się raczej nad tym, jak skutecznie oduczyć młodsze córki bezsensownego donosicielstwa. Najbardziej uciążliwa w tych działaniach była oczywiście Anielka, rodzinna ambasada, śledczy i źródło wszelkich informacji. Pewnego wieczoru, zanim mama wróciła z drugiej zmiany, tak przepytywała ona Agatę:

– Dokąd idziesz? – Niezdarnie smarowała kromkę miodem, a ciężkie, słodkie krople skapywały jej z łyżki na różową piżamę. Wpatrywała się w najstarszą siostrę, która z małym lusterkiem w dłoni, wyraźnie podekscytowana, malowała sobie usta pomadką mamy.

– Donikąd. Weź talerzyk, jak jesz, bo kapie ci na piżamę. – Agata odłożyła pomadkę i zmoczoną ścierką sprawnie wycierała miód z buzi i piżamy swojej siostry.

– Przecież widzę, że dokądś idziesz. – Aniela przekrzywiła głowę i nadal prześwietlała ją wzrokiem.

– Na razie to widzisz, że sprzątam kuchnię po kolacji, a zaraz pójdziesz spać – próbowała uciąć dyskusję Agata. Bezskutecznie jednak, bo po przełknięciu pierwszego kęsa chleba z miodem Aniela kontynuowała:

– A te oczy, to po co sobie tak mocno umalowałaś?

– To nie jest twoja sprawa, kończ jeść i do łóżka – starała się brzmieć stanowczo Agata i jednocześnie bacznie przyglądała się swoim powiekom w lusterku. Jej się podobało to, jak je umalowała.

Aniela tymczasem operowym głosem zaczynała śpiewać piosenkę babci.

– „Mała kobietko, czy wiesz, że lusterko twe kłamie ci też”… – zawodziła.

A na to z łazienki wtórowały jej mocnymi głosami Milka i Róża, które miały tam czyścić zęby, ale podejrzanie długo zajęte były czymś innym, co powodowało ekstatyczne wybuchy śmiechu.

– „Buzia piękna, lecz nienaturalna to rzecz fatalna, ach wierz mi, wierz”! – brzmiał finał zwrotki już na trzy głosy. Ku wielkiej uldze Agaty żadna nie wiedziała, jak ta piosenka leci dalej, bo babcia zawsze śpiewała im tylko ten fragment.

– Co wy tam wiecie o byciu kobietą. – Agata mrużyła oczy, patrząc w lustro.

– Trochę mnie boli głowa. – Anielka perfidnie wypróbowywała jeszcze cierpliwość Agaty, przykładając sobie rękę do czoła i robiąc zbolałą minę.

– Zaraz cię wyleczę. – Agata wzięła Anielę na ręce i zaczęła ją łaskotać. Natychmiast przybiegła też Róża, więc wśród pisków i przekomarzań Agata zapędziła obie do łóżka, obiecując bajkę, jeżeli grzecznie położą się pod kołdrą. Z umalowanymi powiekami czy bez, Agata była zawsze lekiem na całe zło. Potrafiła ukoić, wytłumaczyć, zachęcić i zainteresować. Bezbłędnie wskazywała też kłamstwa młodszych sióstr.

– Agaaata! Bo Anielica zabrała mi moje mazaaaki. – Przybiegła do niej z ogromnym wrzaskiem Róża.

– Ja jej nic nie zabrałam, to ona je gdzieś schowała i teraz nie może znaleźć, i chce wziąć moje! – broniła się Aniela z miną uciśnionej niewinności.

– Nic nie schowałam, twoje się już wymazały i chcesz zabrać moje! – Róża tupała nogą, a oczy miała błyszczące od łez w reakcji na tak bezczelne kłamstwo siostry.

– Obydwie, proszę się uciszyć natychmiast – zarządziła Agata z bardzo poważną miną. – Zaraz się dowiem, która kłamie. – Patrzyła przenikliwie na swoje młodsze siostry tak długo, aż Anielka zaczęła się śmiać, a Róża wciąż stała, bez jednego mrugnięcia powiek, czekając ufnie na sprawiedliwy werdykt Agaty.

– Już wszystko wiem. Aniela, proszę oddać mazaki Róży!

– Masz te swoje głupie mazaki – wymruczała niezadowolona Anielka, wydobywając mazaki spod bluzy i wciskając je Róży w ręce.

Róża wróciła do swoich rysunków, Agata do książek, a Aniela dodała cicho:

– Sama jesteś mazak jeden i skarżypyta. – A potem, okropnie się wykrzywiając do Róży, dodała jeszcze: – Oczywiście Różyczka musi mieć zawsze wszystko, bo taka jest wyjątkowa. – Jadem w swoim głosie spokojnie obdzieliłaby trzy mocno jadowite węże.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że Aniela i Róża były nieco uprzywilejowane w rodzinie, i to wyłącznie dlatego, że były dwie, takie same, no i najmłodsze. Z tych samych powodów ze sobą walczyły. A kiedy pojawiał się między nimi konflikt, nikt dokładnie nie wiedział, która z nich powinna w takiej sytuacji ustąpić na słowa: „No daj już spokój, ona przecież jest taka mała”! Bliźniaczki wykorzystywały tę niepewność dorosłych na wszelkie sposoby. Dopiero pierwsze ważne wspólne doświadczenie, jakim było pójście do przedszkola, zbliżyło je nieco do siebie. Dostrzegły wreszcie korzyści z bycia razem i posiadania kogoś, kto wesprze w nieznanej grupie dzieci. W domu nadal pozostawały w opozycji do siebie, ale w przedszkolu stały za sobą murem. Gdy z Róży zaczął wyśmiewać się kolega, Aniela tak uprzykrzała mu życie złośliwymi żartami i skarżeniem na niego, że sam poprosił mamę o przeniesienie do innej grupy. Kiedy Aniela nie dostała podwieczorku za bieganie w porze leżakowania, Róża solidarnie odsunęła od siebie talerz, twierdząc, że nie lubi galaretki. W mamie obudziła się nadzieja, że jednak jest między nimi siostrzana więź. Anielka dużo bardziej lgnęła jednak do Milki niż do swojej siostry bliźniaczki. Róża zresztą i tak przez większość czasu oddawała się zajęciom twórczym wszelkiego rodzaju i ignorowała Anielę, a razem z nią cały zewnętrzny świat. Pogrążona w tym, co działo się w jej wyobraźni, z głową pełną nieopowiedzianych jeszcze historii, wróżek, magii oraz frywolnych pomysłów, roztaczała artystyczną aurę, gdziekolwiek się pojawiła. Aniela – centrum informacyjne – próbowała rywalizować z twórczością Róży, dostarczając jak najbardziej rzetelnych wiadomości, uzupełnianych na bieżąco wnikliwymi obserwacjami, a niejednokrotnie także spekulacjami, do których słuszności potrafiła zręcznie przekonać otoczenie.

Milka z kolei dość wcześnie doszła do wniosku, że to właśnie ona ma w rodzinie najgorzej, i głośno protestowała przy każdej możliwej okazji na niesprawiedliwe traktowanie. Ochoczo pakowała się w kłopoty i wprowadzała w życie nieprzemyślane pomysły z naiwną wiarą, że jakoś to będzie i że poratuje się swoim urokiem osobistym. Często na tym wygrywała, zjednując sobie ludzi swoją odwagą i przebojowością. Szybko odkryła zasadę, że nie ma znaczenia, o co ci chodzi i co masz do powiedzenia – ważne, żeby być zauważanym i słyszanym. Jako środkowa siostra miała z tym trochę kłopotu i naprawdę musiała robić wszystko, co możliwe, żeby w ogóle zaistnieć. Jakoś szybko przyćmiewały ją sukcesy najstarszej Agaty, tak zdolnej, że prawie dostała Nobla w dziedzinie fizyki. Jakby tego było mało, tuż za nią kroczyła Róża, recytując wierszyki i tańcząc jak pajac na zawołanie, co wzbudzało zachwyt dorosłych, jakby była co najmniej ósmym cudem świata.