Nigdy nie jesteś samaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wise men say only fools rush in

But I can’t help falling in love with you

Shall I stay

Would it be a sin

If I can’t help falling in love with you?

Like a river flows surely to the sea

Darling so it goes

Some things are meant to be

Take my hand, take my whole life too

For I can’t help falling in love with you

Podróży poślubnej też nie było, gdyż Wiktoria miała tuż po ślubie egzaminy kończące trzeci rok. Zaplanowali więc na jesień wyjazd w góry, a tymczasem rzucili się w wir zwyczajnego rodzinnego życia, za którym, jak się okazało, oboje bardzo tęsknili i co do którego byli zadziwiająco zgodni. Wiktoria przeprowadziła się z internatu do mieszkania Daniela, gdzie pomimo iż musiała się intensywnie uczyć do egzaminów, równie pracowicie myła okna i wieszała czyste zasłony oraz z wielką przyjemnością gotowała obiady i sadziła kwiatki w doniczkach. Zdała wszystkie egzaminy – w efekcie naprawdę ciężkiej pracy oraz niosącej ją fali entuzjazmu oraz szczęścia w związku z nową rolą żony i poczuciem, że tak wspaniale jak teraz, to będzie już zawsze. I to wyłącznie dlatego, że wspanialej już po prostu być nie może. Wiktoria była szczęśliwa. I nie musiała o tym mówić ani nikogo o tym zapewniać. Z Danielem podzielili się codziennymi obowiązkami – ona zmywała, on sprzątał łazienkę. Po pracy on robił zakupy, a ona zajmowała się praniem. Jeździli razem na rowerach, grali w bilard, wychodzili ze znajomymi i dyskutowali o polityce. Ona dopełniła jego świat, w którym do tej pory była niemal wyłącznie praca i samotność. On stał się wspaniałym, chociaż nigdy przez nią niewyczekiwanym towarzyszem i przyjacielem w jej dobrze zorganizowanym życiu, w którym z pozoru niczego nie brakowało.

Cieniem na ich szczęściu położyła się jedynie konieczność przerwania przez Wiktorię studiów. Zrobiła to niechętnie, ale z przekonaniem, że wróci na uczelnię, jak tylko rozwijające się w jej brzuchu maleństwo nieco podrośnie. Wiktoria od początku ciąży z powodu uciążliwych nudności nie była w stanie uczestniczyć w zajęciach i praktykach, a dodatkowo w końcowym okresie jej ciążę uznano za poważnie zagrożoną. Agata urodziła się zdrowa i z burzą rudych, kręconych włosów. Wiktoria jednak nie wróciła na ukochane studia, nawet gdy córka już podrosła. Na świecie pojawiły się bowiem kolejne dzieci.

ROZDZIAŁ 2. Córki

ROZDZIAŁ 2

Córki

Najstarsza córka Wiktorii, Agata, była dziewczynką niezwykle spokojną, rozważną i samodzielną. Od maleńkiego miała również zmysł praktyczny. Płakała wyłącznie wtedy, gdy ktoś był w pobliżu i mógł ją usłyszeć. Złościła się tylko przy obcych, kiedy rodzice „dla świętego spokoju” byli bardziej skłonni jej ulec. Przyglądała się światu analitycznie zza szkieł swoich okularów i miała niezwykłą intuicję co do ludzi i ich intencji. I intuicji tej ufała bezgranicznie. Konsekwentnie odmawiała pozostania w przedszkolu z wychowawczynią, której nie darzyła sympatią. Wiktoria prosiła, groziła i obiecywała trzylatce złote góry, nic nie pomagało. Na widok nauczycielki Agata odwracała się na pięcie i opuszczała przedszkole, zaciskając małe pięści i marszcząc gniewnie brwi. Co ciekawe żadna z nauczycielek nie odważyła się przełamywać jej uporu. Wiktoria również poddała się szybko i wypisała Agatkę z przedszkola. Wszystko zmieniło się następnego roku, kiedy owa wychowawczyni odeszła nagle w nieznane wraz z miesięcznym wynagrodzeniem wszystkich pracowników placówki oraz dyrektorem lokalnego banku. Wobec takiego rozwoju wydarzeń Wiktoria ponownie zapisała Agatkę do przedszkola. Po kilku minutach i wstępnej ocenie sytuacji dziewczynka z szerokim uśmiechem oświadczyła:

– No i taka pani może być. Mogę tu zostać.

Od tej pory nie opuściła ani jednego dnia. Już w pierwszej klasie szkoły podstawowej okazało się, że Agatka jest niezwykle zdolną i wszechstronną uczennicą. Z czasem najbardziej pokochała przedmioty ścisłe i zdecydowała, że będzie lekarzem. Prywatną praktykę otworzyła dość wcześnie – okoliczne psy oraz jej dwie najmłodsze siostry posłużyły za pierwszych pacjentów. Owinięte bandażami, bez lęku przyjmujące serie niebolesnych zastrzyków, chichotały spod koców. Diagnostykę i leczenie przeprowadzano w sterylnych warunkach dziadkowej szopki na narzędzia. Agata wzbudzała zaufanie i życie brała na serio. Bardzo przykładała się do nauki. Często zasypiała na stercie książek i zeszytów, budząc się w środku nocy po to tylko, aby spokojnie kontynuować czytanie. Dodatkowo miała rzadką cechę: nawet śpiąc, słyszała wszystko, co się działo wokół, a wytrącona z drzemki zadanym pytaniem, odpowiadała natychmiast, bezbłędnie i z sensem.

Od małego miała w domu obowiązki. Wiktoria potrzebowała jej pomocy, nawet jeżeli było to jedynie poruszanie grzechotką nad głową płaczącej siostry lub podanie czystej pieluchy czy smoczka. Agata przyjmowała te zadania z godnością, bez protestu rezygnując z zabawy lub ulubionej bajki, i odpowiedzialnie się ze wszystkiego wywiązywała. Nikt jej nigdy o to nie zapytał, ale gdyby miała wybrać zwierzę, do którego czuła się najbardziej podobna, byłby to piękny, umięśniony i błyszczący zdrową sierścią koń. Silny i nawykły do ciężkiej pracy, a jednocześnie najbardziej w świecie kochający wolność, do której może pobiec w każdej chwili, byle tylko ją zdobyć. Oczywiście Agata nie mogła zerwać się i biec swobodnie, ale odkryła, że wystarczało zamknąć oczy i oto wchodziła jak Alicja w swój własny, fascynujący świat. Podążała w nim sobie tylko znanymi ścieżkami myśli i marzeń, które konsekwentnie wprowadzała w życie.

Milka była trzy lata młodsza od Agaty i kochali ją wszyscy bez wyjątku – w rodzinie, w sąsiedztwie, wśród znajomych i gdziekolwiek się pojawiła. Wiktoria zwykła nazywać Milkę najbardziej bezproblemowym dzieckiem z całej gromadki. Nie płakała, nie grymasiła przy jedzeniu i od urodzenia przesypiała całe noce oraz większość dnia. Budziła się na karmienie i zasypiała na powrót już w jego trakcie. Wiktoria długo nie była pewna koloru jej oczu, bo były ciągle zamknięte. Kiedy Milka nieco podrosła i nareszcie poczuła się porządnie wyspana, otworzyła szeroko swoje brązowe oczy i zainteresowała się światem oraz otaczającymi ją ludźmi. I jakby chciała nadrobić stracony czas, była niezmiernie towarzyska i uśmiechała się do każdego ufnie, potrząsając przy tym swoimi ciemnymi lokami, czym wzbudzała zachwyt dorosłych. Dość wcześnie okazało się, że mimo iż czarująca i lubiana, ma problem z wyrażaniem swojego zdania. Takie podejście przysparzało jej zarówno przyjaciół, jak i kłopotów. Idealna towarzyszka wszelkich przygód i szaleństw beztrosko mówiła „tak” dobrej zabawie. Wręcz naiwnie ufała dobrym intencjom swoich licznych przyjaciół, a problemy zaczynały się dopiero wtedy, gdy o jej postępkach dowiadywała się mama. Jak wtedy, kiedy bardzo zadowolona z siebie Milka wracała do domu z jedynych w życiu wagarów, a Wiktoria witała ją w progu z groźną miną, bo już o wszystkim wiedziała od córki sąsiadki. Milka już od przedszkola lubiła flirtować. Ukryta przed wzrokiem wychowawczyni pod stołem, całowała się z kolegą, a podczas leżakowania przyjmowała od chłopców prezenty w postaci prawie nieużywanej gumy do żucia lub zachowanego od podwieczorku żelkowego misia, ciepłego od ściskania w spoconej ręce. Uczucia miała przy tym bardzo zmienne, ale planowała dość wcześnie wyjść za mąż, a już na pewno jako pierwsza spośród swoich sióstr.

Najmłodsze w rodzinie były bliźniaczki – Aniela i Róża. Dziewczynki, identyczne z wyglądu, miały zupełnie różne osobowości. Kiedy były maleńkie, doprowadzały Wiktorię do rozpaczy swoimi odmiennymi preferencjami: gdy jednej chciało się spać, druga była gotowa do zabawy, kiedy jednej było gorąco, druga trzęsła się z zimna, gdy jedna bała się tak, że wrzeszczała wniebogłosy, druga ze śmiechem wyciągała ręce. Przy karmieniu bliźniaczek – kolejny zgrzyt: co lubiła jedna, tym z obrzydzeniem pluła druga. Dodatkowo sen z oczu spędzało Wiktorii to, że bliźniaczki najzwyczajniej w świecie się nie lubiły. Nie potrafiły się razem bawić i absolutnie nie mogła ich zostawić samych w jednym pomieszczeniu. Niezmiennie kończyło się to wielkim płaczem jednej albo obydwu dziewczynek. Interweniowała wtedy zwykle Agata, cierpliwie uspokajając, tłumacząc i przytulając. Zabierały sobie zabawki, chowały smoczki i odwracały się plecami do siebie, jakby nie mogły na siebie patrzeć. Był jeden taki dzień, kiedy Wiktoria miała nadzieję, że coś się zmieniło na lepsze. Pozostawione same w ogrodzie, bez kłótni i kaprysów spędziły razem całe piętnaście minut! Nikt nie zauważył jednak, że w tym czasie spustoszyły całą grządkę niezbyt jeszcze wyrośniętej marchewki. Metodycznie wyrywały warzywa z miękkiej ziemi, chwyciwszy je za natkę, po czym degustowały swoje przysmaki na miejscu, pozostawiając za sobą ślad w postaci ogryzionych ogonków. Po południu obie zrobiły się podejrzanie pomarańczowe na całym ciele, a Wiktoria przekonana, że mają żółtaczkę, pobiegła z nimi czym prędzej do lekarza. Doświadczony doktor na szczęście nie wezwał od razu karetki, tylko przeprowadził szczegółowy wywiad na temat diety dziewczynek. Rozpromieniona Róża przyznała się chętnie, że zjadły dzisiaj dużo smacznej marchewki. Po powrocie do domu Wiktoria pochwaliła Różę, a nakrzyczała na Anielę, która nie dość, że zaproponowała siostrze ten podwieczorek, to jeszcze u lekarza milczała uparcie i nie odpowiadała na jego pytania, mierząc go jedynie gniewnym i wyniosłym wzrokiem. Bo taka właśnie była Aniela, zdystansowana i wyniosła, zarówno wobec dorosłych, jak i rówieśników. Często chorowała, więc chodziło się wokół niej na palcach i robiło wszystko, żeby jej nie zawiało, żeby na pewno zjadła i nie zmarzła w głowę. A jakby tego było mało, często się dąsała, była złośliwa i mówiła bez ogródek, co myśli. Uwielbiała być dobrze poinformowana. Miała przy tym naturalny dar lub, jak kto woli, ogromną wadę pojawiania się zawsze w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie. Prowadziło to niezmiennie do kłopotów, bo w efekcie Aniela słyszała i widziała dokładnie to, co dorośli najbardziej chcieli ukryć, albo rzeczy, z których nie chcieli się nikomu tłumaczyć. Tymczasem Aniela, gdy zwietrzyła sensację, zadawała liczne pytania, wywołując nimi w towarzystwie niezręczne milczenie. Jak na przykład wtedy, kiedy w środku rodzinnego obiadu zapytała wujka Gienia, kim była ta ładna pani w dużych, przyciemnianych okularach, z której czerwonego samochodu wysiadał w piątek i której dał na pożegnanie wielkiego buziaka w usta. Wujek Gienio na te słowa prawie udławił się rosołem, a jego żona, ciocia Celinka, dostała wypieków na twarzy i z płaczem uciekła do łazienki. W takich chwilach Wiktoria obrzucała córkę spojrzeniem pełnym wyrzutu i próbowała tuszować niezręczną sytuację, a wieczorem prowadziła z Anielą długie rozmowy o tym, czego nie mówimy w towarzystwie. Ale ta nauka przychodziła z trudem, ponieważ Aniela – urodzona plotkarka i donosicielka – wciąż nie rozumiała, dlaczego ma nie mówić głośno o czymś, co się naprawdę wydarzyło i nie jest kłamstwem. Znane w rodzinie były też jej napady złego humoru. Niczym burza w samym środku słonecznego dnia, ni stąd, ni zowąd dąsy, niegrzecznie odburkiwała i kopała ulubionego misia w zadek, aż biedak lądował pod szafą. Błyski i grzmoty w postaci nadąsanej Anieli znikały równie nagle, jak się pojawiły, i zastępowało je potężne poczucie winy. Aniela nie tolerowała wtedy pocieszania ani dobrego słowa. Chowała się w kącie ogrodu z zakurzonym miśkiem wyjętym spod szafy, skrapiała go łzami i wyrzutami sumienia i wracała do domu dopiero na kolację.

 

– Czy ona jest chora? – pytała pediatrę Wiktoria, sama niemal chora ze zmartwienia.

Starsza pani doktor zdejmowała wtedy z westchnieniem okulary w grubych plastikowych oprawkach i tłumaczyła cierpliwie:

– Zajmowałam się wszystkimi pani córkami i wszystkie są zdrowe. Ta jedna ma po prostu okropny charakter. Na to nie ma lekarstwa, ale w życiu jej dobrze nie będzie.

Wiktoria nie wiedziała, czy cieszyć się, czy martwić z takiej diagnozy. Mimo iż choroba charakteru nie wydawała się jej śmiertelna, to i tak diagnoza brzmiała w jej uszach jak wyrok. Patrzyła więc z troską na córkę, siedzącą obok na wysokim obrotowym krześle i majtającą beztrosko nogami w powietrzu. Gdy po badaniu wychodziły z gabinetu bez recepty, ale za to, w przypadku Anieli, z odznaką dzielnego pacjenta i czerwonym lizakiem w dłoni, dziewczynka zwróciła się do pani doktor, uśmiechniętej teraz dobrotliwie.

– A pani umie czarować? – zapytała, patrząc inteligentnie na lekarkę dwojgiem zielonych oczu.

– Niestety nie umiem, moje dziecko. – Pani doktor poklepała Anielę po głowie, myśląc, że może się jednak co do niej pomyliła i coś z tej dziewczynki jeszcze będzie.

– To dlaczego pielęgniarki w rejestracji mówią na panią stara czarownica? – Oczy Anieli wydały się teraz lekarce szalone i przewrotne.

– Aniela, idziemy! – Wiktoria cała w pąsach wypychała córkę z gabinetu.

– Ale ja naprawdę to sama słyszałam – zapewniała Aniela gorąco.

– Do widzenia, przepraszam… i dziękuję pani doktor bardzo. – Wiktoria nie umiała niestety zapaść się pod ziemię ze wstydu, więc w popłochu opuszczała przychodnię, nie widząc wcale, że podobne poruszenie trwało teraz wśród pielęgniarek po drugiej stronie okienka rejestracji.

Łatka „trudnego dziecka” szybko przylgnęła do Anieli, a ona sama, wciąż oskarżana o bycie niegrzeczną i złośliwą, z jeszcze większą gorliwością udowadniała, że taka właśnie jest. To pomagało drugiej bliźniaczce, Róży, być tą dobrą siostrą – miłą, uprzejmą i uśmiechniętą. W zderzeniu z jaskrawym przekraczaniem zasad dobrego wychowania przez Anielę małe kłamstwa Róży, stosowane, gdy chciała uniknąć kłopotów albo się komuś przypodobać, nie zwracały zwykle niczyjej uwagi. Bo Róża była jak słodki cukierek. Potrafiła mówić to, co ludzie chcieli usłyszeć, oraz przytulać się i przymilać, gdy czegoś chciała, i robiła to tak długo, aż osiągała swój cel. Była też wulkanem energii i pomysłów. Nigdy się nie nudziła i działała cały czas na najwyższych obrotach – malowała, śpiewała, rysowała, układała wierszyki, tańczyła i szyła ubranka dla lalek. Pochłonięta wytworami wyobraźni, nie do końca podążała za tym, co działo się wokół. Patrzyła na świat z permanentnym zdziwieniem w zielonych oczach, zaskakując wszystkich od czasu do czasu świeżym spojrzeniem na rzeczy do tej pory oczywiste albo zwyczajnie nieistotne.

Anieli dużo łatwiej było znaleźć nić porozumienia ze starszą siostrą Milką. Gotowa była zrobić wszystko, byleby tylko zobaczyć błysk aprobaty w jej oczach. Pewnego dnia latem Milka wysłała ją do sklepu po pięć lodów śmietankowych, wcisnąwszy jej w dłoń monetę, której wartości czterolatka nie znała. Posłusznie podreptała jednak do sklepu za rogiem, tam wyjęła z lodówki lody i grzecznie ustawiła się w kolejce.

– A co to ma być?! – Pełne oburzenia słowa sprzedawczyni ściągnęły na nią uwagę całego sklepu. – Kochana, za takie stare dwa złote, owinięte sreberkiem po czekoladzie, to nic się nie kupi! – grzmiała ekspedientka.

Czerwona na twarzy Aniela mruknęła tylko:

– Na pewno nie te głupie lody w tym głupim sklepie. – I uciekła.

A Milce szybko wybaczyła. Była przecież jej ulubioną siostrą, dla której zrobiłaby wszystko, nawet rzeczy niemożliwe.

– Nie martw się, jak ja będę taka wielka jak ty, a ty taka mała jak ja, to ja ci podam tę książkę! – zapewniała z wielkim uczuciem chorą wtedy na grypę Milkę, która była zbyt słaba, żeby wstać, a chciała przejrzeć książkę leżącą wysoko na szafie. Prosiła Agatę, ale ta ją zbyła, niezadowolona, że musiała zostać w domu z chorą siostrą, zamiast brać udział w olimpiadzie biologicznej. Słysząc deklarację Anieli, Agata zaczęła się śmiać, a Milka wywróciła tylko oczami na taką bzdurę. Anielka zaś zastanawiała się, o co im chodzi. Przecież to była prawda, ona by każdą książkę i całą tę szafę, i w ogóle każdą gwiazdę z nieba Milce dała, gdyby tylko mogła!

Wiktoria odnajdywała się w roli matki i wypełniało to każdą minutę jej dni, tygodni, miesięcy i lat. Patrząc na swoją rodzinę, czuła ogromną dumę i szczęście, a głęboko na dno spychała frustrację. Co roku chciała wrócić na studia i za każdym razem coś nieprzewidzianego a ważnego stawało jej na przeszkodzie. Rodzina była najważniejsza. Wiktoria z poświęceniem zajmowała się córkami, karmiła, przewijała, upewniała się, że są bezpieczne, nie jest im zimno albo za gorąco. Kiedy trzeba było, dyscyplinowała je i robiła, co mogła, żeby dobrze je wychować. Gdy bliźniaczki miały zaledwie parę dni, nakarmione i przewinięte spały w wózku. Milka, podekscytowana obecnością niemowląt w rodzinie, nie odstępowała ich ani na krok. Obiecała, że będzie grzeczna i bardzo ostrożna, nie wsadzi nic dziewczynkom do nosa, ucha ani ich nawet nie dotknie, tylko będzie sobie patrzeć, jak śpią. Wiktoria uwierzyła i poszła nastawić pranie. Milka tymczasem bujała wózek, podskakując równocześnie na kanapie i śmiejąc się przy tym coraz głośniej. No i wtedy właśnie stało się. Anielka wyskoczyła z wózeczka jak z procy. Owinięta szczelnie becikiem, z powiewającymi wokół białej czapeczki koronkami, pięknym łukiem wylądowała tuż obok kaflowego pieca. Milka zamarła, a Aniela otworzyła oczy i zdziwiona swoimi akrobacjami leżała cicho, ssąc intensywnie smoczek. Milka, zgodnie z obietnicą, nie dotknęła siostry, a za to zaczęła głośno płakać. Na to wszystko wróciła do pokoju Wiktoria i chwilę potem Milka płakała jeszcze głośniej.

Gdy podrosły, Wiktoria pomagała im w lekcjach, cerowała dziury w skarpetach, ocierała łzy z policzków i nalepiała kolorowe plastry na rozbite kolana. Ale czasami brakowało jej już sił na dyskusje prowokowane przez bystre córki.

– No bo, mamo, dlaczego my śpimy w nocy, w dzień idziemy do przedszkola, a nie na odwrót? – zaczynała Róża w drodze do przedszkola.

– Bo tak się zawsze robiło i tak jest najlepiej. – Dla Wiktorii, która nie przespała całej nocy od kilku długich lat, był to drażliwy temat w zimowy poranek.

– A skąd wiadomo, że tak jest najlepiej, skoro się nie spróbowało inaczej? – drążyła temat Róża.

– A skąd wiadomo, że lewy but lepiej pasuje na lewą nogę niż prawy? – zapytała Wiktoria w desperacji.

– No właśnie to wcale nie jest pewne. Wiesz, mamo, założyłam raz buty na odwrót i nosiłam je tak przez cały dzień. Trzeba tylko zmienić ich kształt i będą pasować na obie nogi – odpowiadała Róża przejęta swoim odkryciem.

Wiktoria tylko mocniej ściskała w takich chwilach córkę za rękę, żeby szybciej pomaszerowała w kierunku przedszkola, gdzie ktoś inny będzie odpowiadał na jej pytania. Pytania mnożyły się jednak jak króliki, a po powrocie z przedszkola dołączały do dyskusji pozostałe córki, a Wiktoria z rozrzewnieniem wspominała błogą ciszę, kiedy jeszcze żadna z dziewczynek nie umiała mówić. W tych momentach na szczęście przychodził z pomocą Daniel, a ona przysłuchiwała się tylko, jak cierpliwie, a czasem dowcipnie odpowiadał na niekończącą się litanię bardzo ważnych dziecięcych pytań.

– A co będzie na świecie, jak już wszyscy ludzie umrą?

– Jak już nikogo nie będzie, to zostanie mnóstwo czekolady do zjedzenia.

– Dlaczego tenisówki nie nazywają się tamtenisówki?

– Tenisówki są znacznie lepsze od tamtych, bo można w nich grać w tenisa.

– Ile koników polnych może naraz wskoczyć na jednego człowieka?

– Wszystko zależy od tego, jak dużo ziemniaków koniki polne zjedzą, zanim zaczną wskakiwać.

Był ciepłym i zabawnym, ale jednocześnie stanowczym ojcem. Pracował dużo, żeby utrzymać powiększającą się rodzinę. Od czasu do czasu wracał jednak wcześniej, żeby się zająć córkami i odciążyć choć trochę Wiktorię. Niedzielę zawsze spędzał z dziećmi: oglądali teleranek i robił im specjalne śniadanie. Cierpliwie tłumaczył Anieli, że nie ma nic złego w tym, że dziewczynka chce być jak chłopiec, ale mimo wszystko łatwiej jej będzie robić siku na siedząco, zamiast naśladować w tej kwestii kolegów z przedszkola. Wstawał w nocy, kiedy Agata przez sen krzyczała głośno: „Mrówki po mnie idą”, a potem z przejęciem opowiadała, wtulona w niego, że mrówek było milion i wszystkie w mundurach. Na placu zabaw podrzucał córki wysoko, aż piszczały ze strachu, że tata ich nie złapie i wiatr je porwie i poniesie gdzieś daleko. Potem cierpliwie bujał każdą po kolei na huśtawce, a po południu szli na basen. Wiktorię zawsze wzruszał widok Daniela zajmującego się dziećmi, bo okazywał im wielką troskę i niezwykłą delikatność. Dużo później żałowała, że nie zrobiła im więcej zdjęć, chociaż i tak doskonale potrafiła odtworzyć z pamięci obrazki, kiedy wieczorami Daniel zasypiał przed telewizorem, a Róża razem z nim. Przytuloną mocno dziewczynkę w górę i w dół kołysał oddech taty. Albo kiedy z Agatą, oboje w wielkim skupieniu, grali w warcaby i ściskali sobie z powagą dłonie na koniec partii, chociaż córka była bliska łez po przegranej. Zdjęcia z czasem blakną, za to wspomnienia, które Wiktoria ciągle na nowo opowiadała swoim dzieciom, były wciąż żywe i towarzyszyły jej nieustannie. Pamiętała dokładnie beztroski czas, kiedy wraz z Danielem musieli, zachowując stosowną powagę, rozprawiać się z dziecięcymi przestępstwami. Tak jak wtedy, kiedy czteroletnia Aniela postanowiła zemścić się na nielubianej sąsiadce, która zakazywała im gry w piłkę na podwórku, bo budziło to jej kota. Aniela najpierw napełniła wodą plastikową reklamówkę, a potem otworzyła okno i z okrutnym uśmiechem na ustach zrzuciła ją wprost na zwierzaka, śpiącego na parapecie okna piętro niżej. Było też wspomnienie małej Róży, która zorganizowała sobie na środku kuchni swój pierwszy w życiu omlet, rzucając najpierw na posadzkę dwadzieścia jajek, a potem starannie mieszając całość z kilogramem mąki.

Latem często chodzili nad jezioro, gdzie odbywały się poważne rozmowy, takie jak ta po ucieczce Milki z domu. Wiktoria dokładnie pamiętała ten dzień, kiedy wróciła od lekarza i zamiast czterech córek napotkała trzy. Córki nie miały opiekunki, ale do tej pory zawsze bezpiecznie wracały ze szkoły i kiedy była potrzeba, podczas krótkiej nieobecności rodziców w domu potrafiły zająć się sobą. Młodsze we wszystkim miały słuchać najstarszej Agaty. Jej autorytet był wystarczający w oczach bliźniaczek, ale zdecydowanie za mały, żeby opanować żywiołową Milkę. Tak też było pewnego popołudnia. Tego dnia dziewczynki jak zwykle najpierw odrobiły lekcje, a później wykonały swoje obowiązki domowe – Róża podlała kwiatki, Aniela wymieniła żwirek w kuwecie kota, a Milka pozmywała naczynia po obiedzie. Potem przez chwilę grały w monopol, ale szybko się znudziły, zresztą sprytna Aniela jako bankier wciąż dokładała sobie pieniędzy, czemu bezczelnie zaprzeczała.

 

– Tyle zarobiłam przecież – broniła się przed oskarżeniami.

– Tyle sobie zabrałaś z banku, jak nie patrzyłyśmy!

– Nie gram z oszustkami – oświadczyła Milka, która i tak przegrywała, więc tym bardziej nie miała ochoty na dalszą grę. – Pójdę do Marysi, nudzę się – oznajmiła Agacie.

– Zapomnij, mamy czekać w domu na mamę albo tatę. Jak przyjdą, to ich zapytasz.

– Tata na pewno by mi pozwolił!

– Tata ci jeszcze nigdy nie pozwolił nigdzie iść samej.

– Musisz najpierw trochę podrosnąć – pouczyła ją uczynnie Róża.

– A ty musisz nabrać rozumu. – Milka popchnęła ją na kanapę, a Róża, jak zwykle w takich sytuacjach, zaczęła płakać.

– Teraz to na pewno mama nigdzie ci nie pozwoli iść, ani nawet tata!

– Jak będę chciała, to pójdę, nawet jak mi nie pozwolą. Głupie jesteście obydwie! – Milka wybiegła z pokoju i trzasnąwszy drzwiami do łazienki, siedziała tam aż do powrotu rodziców, rozmyślając z rozgoryczeniem o tym, jak niesprawiedliwie jest wciąż przez wszystkich traktowana i to tylko dlatego, że urodziła się jako środkowa. Ani najstarsza, ani najmłodsza i dlatego wciąż musi walczyć o swoje. Takie konflikty nie były rzadkością, więc Agata nie wspomniała o niczym rodzicom, a następnego dnia Milka wcale nie wróciła ze szkoły. Agata i bliźniaczki przez chwilę na nią czekały pod szkołą, ale szybko się znudziły, myśląc, że poszła już do domu. Kiedy tam dotarły, Milki jednak nie było, czym się trochę zaniepokoiły. Mama wróciła niedługo później. Najpierw przyjęła wiadomość o nieobecności Milki spokojnie, przekonana, że córka wpadła tylko jak zwykle do koleżanki. To by jej bez problemu wybaczyła, choć tylko w głębi duszy, bo oficjalnie już miała dla niej wymyśloną karę. Kiedy minęła godzina, była już jednak mocno zaniepokojona. I wtedy też przybiegła do niej Aniela, która na biurku u Milki znalazła wiadomość dla rodziców. Okazało się, że Milka zaplanowała swoje zniknięcie. Na kartce napisane były tylko dwa krótkie zdania: Uciekłam z domu, nie szukajcie mnie. Jestem u Marysi. Aniela, która przeczytała tylko pierwsze z nich, patrzyła na mamę z przerażeniem w oczach. Tymczasem Wiktoria walczyła z chęcią wybuchnięcia śmiechem i rozpaczliwie próbowała zachować poważną twarz.

– Dobrze, że wiemy, gdzie jest – powiedziała do córek z autentyczną ulgą i mocno przytuliła Anielę. – Zadzwonię do taty, żeby wstąpił do Marysi po drodze z pracy. – Pośpiesznie udała się do kuchni i tam chichocząc cicho, wybrała numer do warsztatu, gdzie pracował mąż.

Daniel umiał uszanować dziecięce dramaty. Pewnego roku podczas wakacji córki opiekowały się królikami, które hodował dziadek. Nadały im imiona i nawet wyszukiwały dla swoich podopiecznych najbardziej soczystą trawę w ogrodzie. Niestety w szopce, w której króliki miały swoje klatki, pojawiali się czasem nieproszeni goście. Tego pamiętnego lata zawitał tam szczur i jeden z ulubieńców w nierównej walce oddał nocą swoje niewinne życie. Odnaleziony martwy następnego ranka, opłakany został obficie. Tego dnia obowiązywała czerń, a wszelkie zabawy zostały odwołane. Ustalono godzinę i miejsce pochówku, przygotowano kwiaty i pieśni na ostatnią drogę bohatera. Żałobny orszak wyruszył ze wzgórza za domem w malowniczych okolicznościach zachodzącego słońca. Wyjątkowa podniosłość chwili oraz powaga malująca się na obliczach żałobniczek przykuły uwagę Daniela, koszącego trawę przeznaczoną dla krewnych tragicznie zmarłego, którzy czekali w klatkach na swoją kolację. Mężczyzna dobrotliwie przyglądał się całemu wydarzeniu. A kiedy uroczystości dobiegły końca i całe towarzystwo, smutnie pociągając nosami, oddaliło się na wołanie zniecierpliwionej mamy, pozostawiwszy na mogile uplecione wianki z kwiatów, on włożył tam do ziemi sadzonkę jabłoni i na chwilę zdjął czapkę.

Daniel opowiadał też najciekawsze bajki, a Wiktoria najbardziej lubiła tę o Panu Bogu malującym ptaki.

– Pan Bóg, po stworzeniu świata, wszystkich kwiatów, zachodów słońca i motyli, miał jeszcze w magazynie zapas różnokolorowych farb – zaczynał swoją opowieść, a dziewczynki milkły i słychać było tylko stukanie maszyny do szycia Wiktorii, które wkrótce też cichło, bo i ona słuchała, jak Daniel opowiadał. – Siedział sobie kiedyś o poranku na ławce w ogrodzie i przyglądał się ptakom. Różniły się od siebie wyraźnie. Były rozmaitej wielkości, jedne fruwające, inne biegające i pływające, ale wszystkie bez wyjątku były bezbarwne. Pan Bóg postanowił więc, że wykorzysta resztę farb, aby je pokolorować. Oficjalnie ogłosił, że następnego dnia rano wszystkie ptaki mają się stawić przy sadzawce w ogrodzie do malowania. O poranku w całym ogrodzie słychać było trzepot skrzydeł i ptasie kłótnie, a w powietrzu aż furkotały pióra. Na początku kolejki znalazły się oczywiście najsilniejsze i najbardziej krzykliwe ptaki. Dumny paw otrzymał wielobarwny wachlarz i mieniące się kolory na każdym piórze. Papugi, rozgadane i niezwykle zadowolone z siebie, odchodziły szczodrze obdarowane soczystą zielenią, granatem, żółcią i czerwienią. Dzięcioły mocnymi dziobami wywalczyły sobie miejsce w kolejce i odchodząc, przeglądały się w lustrze wody, czy dobrze wyglądają w swoich czerwonych czapkach. Indyk puszył się czerwonymi koralami, wilga prezentowała wszem i wobec jaskrawożółty tors, a kogut piał donośnie i stroszył pióra, uradowany, że wreszcie wygląda jak prezes kurnika. Dla bociana wystarczyło czerwonej farby na długie nogi i imponujący dziób. Taki sam chciały mieć szpaki, ale farby zabrakło, więc wynegocjowały żółty kolor na dziobie, a na pociechę trochę białych kropek na czarnych piórach. Kruki dumnie oświadczyły, że wolą czerń. Taki sam kolor miały dostać sroki, bo niezmiernie przypadł im do gustu, ale jak zawsze ciekawskie, nie mogąc się doczekać swojej kolejki, nieopatrznie zanurzyły brzuchy w pojemnikach z białą farbą. Potem szybko odleciały, chcąc uniknąć bury. Sójka zadowoliła się oryginalnymi błękitnymi bokami w czarne paski, a bażanty wybrały kilka odcieni brązu. Malowanie trwało cały dzień. Brzuchate gile torowały sobie drogę wśród małych ptaszków i zadowolone odleciały w czerwonych kamizelkach pod szaro-czarną marynarką. Wróble starały się wcisnąć w kolejkę, ale ciągle ktoś większy, z ostrzejszym dziobem wypychał je znów na jej koniec. Tuż przed nimi na ostatnią kroplę pomarańczowoczerwonej mieszanki na brzuszek załapał się sprytny rudzik, czym wywołał żywiołowy protest wróblej rodziny. Kiedy wreszcie nadeszła ich kolej, Pan Bóg rozłożył ręce, jakby przepraszająco. „Mam już tak mało farb, że jedynym wyjściem, żeby całą waszą gromadkę pomalować, jest wykorzystanie tego, co zostało z każdego koloru”, oznajmił. Wróble, przekrzykując się, przedyskutowały propozycję i wyraziły zgodę. Ostatecznie wolały misterną mozaikę szarego, brązowego i czarnego niż bezbarwność. Pan Bóg, aby wynagrodzić im nieszczególnie atrakcyjne barwy, postarał się o niezwykły deseń, nakładając kolory z wielką starannością i uwagą. Kiedy wreszcie wróble odleciały z furkotem maleńkich skrzydeł, w ogrodzie zrobiło się chicho, a Pan Bóg otarł spocone czoło i umył ręce.

W tym momencie Daniel na chwilę przerywał swoją opowieść i uśmiechał się do zasłuchanych córek. Wiedział, że nadchodzi ich ulubiony moment, i chciał się z nimi trochę podroczyć.

– No, ale to tyle na dzisiaj, pora spać – ogłaszał, wstając z fotela.

– Nie, tata, opowiadaj dalej – chóralnie protestowały córki i wdrapały mu się wszystkie na kolana, żeby go zatrzymać.