Dziwniejsza historiaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Marta Madejska Aleja Włókniarek

W serii ukażą się m.in.:

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów

Remigiusz Ryziński

Dziwniejsza historia


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: Sopot, lata 50. Ze zbiorów autora

Copyright © by Remigiusz Ryziński, 2018

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Marcin Piątek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-756-6

Opowiem inną przygodę dziwniejszą…[1]

— Witold Gombrowicz, Kosmos

I
Kopiec

Michał z matką leżą w kopcu.

Kopiec jest z ziemniaków. Zamykany w komórce na kłódkę. Nisko nad ziemią, chroni przed zimnem, ciepłem, światłem, zgnilizną, deszczem i innymi niedogodnościami losu.

Na przykład przed śmiercią.

Pod kopcem z ziemniaków leży się na płasko przez cały dzień i przez całą noc. Leżą: chłopiec lat sześć i jego matka. Jest cicho i ciemno. Rozmowy nie występują. Występuje strach i przerażenie oraz sen.

Rano i wieczorem idzie się za fizjologią. Przychodzi panna Natka i wypuszcza. Panna Natka przychodzi, jak jest jeszcze ciemno i jak już jest ciemno. Poza tym nie przychodzi nikt. Potrzeby jednak trzeba wykonać, więc Michał odmierza możliwości czasowo.

W ciągu dnia nie myśli specjalnie o niczym. Śpi właściwie na okrągło. Wszystko jest jak sen, a sny – jeśli są – zapadają w pamięć na przyszłość.

Osiemdziesiąt lat później powracają.

Oczywiście, że budzi się z krzykiem.

Kopiec.

Matka.

Ziemniaki.

Wojna.

Niemcy.

Panna Natka.

Ale bywają też sny odmienne.

O chłopcach!

Senni chłopcy przychodzą bez względu na wiek.

Sny o chłopcach nie są z kopca. Są z potem, z po wszystkim, z po.

Tymczasem wszystko jest jeszcze wtedy.

Kopiec na zewnątrz i grudzień.

Pogoda nie sprzyja. Czas się dłuży. Słoma gniecie. Ziemniaki gniotą.

Ciemno. Czy dzień, czy noc – nie widać, bo kopiec.

Jak lisia nora.

Ogień

U nas Wielkanoc, a u nich Pesach.

Ale chyba nikt nie obchodził. Chociaż była miłość w getcie, to i Pesach było. Wszystko było, i nie ma na to zrozumienia, jak możliwe.

W całym mieście panował ruch wielki i nerwy. Jak święta, to święta.

Jakoś tak po południu coś tam po szopach zaczęli szeptać.

– Tu Wiera Gran. Jutro będzie akcja.

Na Nalewkach posiedzenie prawie nieformalne. Bo wszyscy jednak między świętem a nieświętem.

– No dobrze, jeśli jutro będzie akcja, to kto z nas przeżyje? – odezwała się Celina i po chwili dodała: – Marek, ty na pewno wiesz.

Marek wyciągnął rękę i palcem pokazał:

– Ty tak, ty tak, ty nie, ty nie.

Z głupoty pokazał. Pokazał, bo jakby nie pokazał, toby było zupełnie to samo.

A wieczorem – pierwszy seder. Jeszcze cicho. Rabin z ulicy Majzelsa wyciągnął wytworną zastawę, białe obrusy i zrobił prawdziwy stół świąteczny. Nie na długo jednak. Gruchnęło, że się zaczyna. Rabin zapakował wszystko i przeniósł do schronu.

– I tam się odbył uroczysty seder. Tak opowiadali i to weszło do legendy getta, ale czy to prawda, nie wiadomo. Bo nikt z nas tego nie widział[2].

Rano jeszcze zimno. Niby wiosna, ale rośnie słabo.

Można pospać, strzały daleko i ogień na innej ulicy. Wszystko za rogiem, dom stoi, ludzie posapują ze snu, jeszcze wszystko normalnie, jak to za murem.

Idzie nieuchronne, a ludzie już wiedzą.

Co mają robić?

Śpią, bo rano.

Dzień szybko minął. Strzelali salwami, a potem zaczęli palić.

„Ale buzuje”, mówili za murem[3].

Czyli u nas.

Brydż

Szesnastoletni Hubert patrzy na czerwone niebo nad miastem.

To getto sobie płonie.

Getto płonie, a Hubert patrzy. Inne ma w sercu rozterki.

Ojciec za ścianą. Matka za ścianą. Siostra obok.

Normalna rodzina.

– Matkę – wspomina Hubert – getto bardzo interesowało, brała mnie za rękę i tam chodziła. Ale była zupełnie obojętna. Wiedziała, co się tam dzieje. Patrzyła i mówiła: „Jakie fortuny tam się palą!”.

Mieszkanie znajduje się przy Filtrach na starej Ochocie, blisko Śródmieścia, z dobrą komunikacją i pięknym widokiem.

Za dnia parę kroków i jest na kompletach.

Albo do parku na spacer.

Albo do kina.

Albo hop do tramwaju i pod samo getto.

Akurat pojawił się nowy bajer warszawski – wyskoczyć z tramwaju na zakręcie, przy sile odśrodkowej większej niż prędkość pojazdu, i stanąć na chodniku nieruchomo, na prostych nogach.

Takie to były wojenne mistrzostwa świata polskich chłopców z Warszawy.

Chłopcy żydowscy z Warszawy mieli inne mistrzostwa. Też ładne.

No więc nie śpi. Patrzy w okno, potajemnie myśli o chłopcach. O tych zza muru może mniej, chociaż to oni w przyszłości będą mu torować drogę przez świat. Na oku ma teraz kilku kolegów tutejszych, też nic pewnego, ale kusi.

Najbardziej kusi Waldemar z kompletów. Chociaż akurat jest rozstanie i nostalgia. Więc Hubert patrzy w okno.

Tu nostalgia, a tam płonie.

Wszystko razem idzie.

W salonie ojciec szykuje szkło, bierze pod światło i stawia na stół. Matka przeciera talerze. Rozkładają zielone obrusy. Na obrusach serwetki haftowane, nowa moda. W kuchni dochodzi ciepłe, a zimne już na paterach. Służąca krząta się, rękawy podwija – kroi, przekłada, bajeruje listkiem albo ziarenkiem.

 

Przyjdą goście.

Będzie brydż.

Wódka wielkanocna

Polak pije, bo musi.

A czy to Żyd, czy nasz – bez znaczenia. Wódki starczy dla wszystkich.

– To jest charakterystyczny błąd w języku polskim – mówi Michał – że na tę mocną żydowską wódkę mówi się „pejsachówka”, a ona się nazywa „pesachówka”. Od Wielkanocy, a nie od tych tak zwanych grajcarków.

Taką ma dziś wiedzę na tematy związane z piciem. Jeśli chodzi o tematy żydowskie, wiedzę ma znacznie szerszą, też nabytą, a to za sprawą historii, w której się znalazł i która powiedziała mu, kim jest i że to źle.

Najpierw były rozmowy.

W domu, po cichu, wszędzie szeptem: getto, getto. Michał był dzieckiem rozgarniętym, więc wyobraził sobie: no dobrze, przyjedzie wielki powóz, wielopiętrowy, i to będzie to getto. My do tego powozu wsiądziemy, konie nas powiozą ku przygodzie. Będzie ciekawie i zabawnie![4]

A czy to w ogóle możliwe?

Tak brać z wyobraźni, z niczego właściwie, z języka i podsłuchanych słów wywodzić, co będzie, a co zaraz przestanie być.

Wszystko możliwe.

Michał o tym wie, szybko się przekonał. Dlatego nie strzępi języka, nie rozwleka opowieści, woli konkrety i gramatyczno-ortograficzne zasady komunikacji językowej, z której wynika coś, a nie cokolwiek. Odpowiada krótko, nie tworzy metafor, pastwi się nad faktem. Krępuje się zająć komuś czas. Woli posiedzieć wśród książek, popisać, poczytać, zastanowić się na poważnie, na smutno, na raz i na zawsze, a nie latać z jęzorem i pleść to-tamto-owo. Korzysta z wiedzy, z doświadczenia, z pamięci, którą eksploruje z uwagą i z lękiem. Nie dodaje zbędnej kropki ani przecinka, wszystko czyta, układa, definiuje.

Jak z encyklopedii.

– Do piątego roku życia miałem doskonałe dzieciństwo. Potem zrozumiałem, że jestem Żydem. Wtedy poczułem wielki strach.

No więc przyjechał ogromny powóz zaprzęgnięty w kilka­naście koni, wielopiętrowy, z kilkoma pokładami i miejscem, na co tylko chcesz.

I powiózł ich wszystkich do przygody.

Nigdy

Nigdy się nie poznali.

Ani wtedy, ani dziś – zupełnie sobie obcy.

A między nimi – inni. Tak samo obcy i tak samo nasi.

Ich losy zupełnie odmienne, odległe, a jednak – równoległe.

Złączone historią.

Wspólne i obce.

Polskie i żydowskie.

Homoseksualne.

Krysia

Do Treblinki nie pojechała. Do pociągu nie wsiadła.

Ukryły się z ciotką u ludzi, na Filtrowej, skąd getto jak na dłoni. Lokal był kilkupokojowy, z Żydami po kątach i Polką na czatach. Ludzie wiedzieli, że Krysia z ciotką to Żydówki, ale problemu nie robili, po cichu przyzwalali i dlatego, jak tam płonęło, to mogły sobie nawet popatrzeć.

A dziś: Sopot piękny jesienią. Ulica, przy której znajduje się mieszkanie Krystyny, bardzo spokojna. Zupełnie nieturystyczna, ładna i osobna. Dziesiąta rano. Piękna niedziela. Leniwie i cicho.

Jest tutaj sama, samiutka. Nie ma już przy niej tamtej, która znalazła ją w życiu i wzięła za swoją. Nie ma już dzieci, które rozjechały się po świecie. Nie ma męża, który nie żyje. Czasem wpadnie jakaś gazeta zrobić wywiad na szybko. Czasem jeszcze sąsiadka, dobra kobieta, w drodze do kościoła podrzuci psa. Poza tym już nic wielkiego, trochę zdjęć.

Siedzimy w kuchni, przy dużym stole ustawionym prostopadle do okna wychodzącego na podwórze. Kuchnia pomalowana jest na biało-niebiesko, w kolory Izraela. Za oknem widać świerk i dużą akację, która zasłania światło, więc w mieszkaniu jest chłodno i ciemno. Ale to nic nie szkodzi, można zapalić sztuczne, nawet lepsze.

Krystyna jest ubrana w gruby jasnozielony sweter, na to bordowy polar. Ma całkowicie siwe, falowane włosy. Jest bardzo niska, wzrostem przypomina nastoletnią dziewczynkę. Najbardziej charakterystyczne są jednak jej oczy. Małe i intensywnie niebieskie.

Zupełnie dobre.

Ona cała – całkiem dobra.

Nie rozpoznasz, że Żydówka.

Nie rozpoznasz, że lesbijka.

Zupełnie zwyczajna. Zupełnie, jak każdy.

Siedzi. Mówi. Opowiada.

Pokazuje zdjęcia i papiery.

– Czego się pan napije?

– Obojętnie.

– Ale proszę powiedzieć: kawy, herbaty, wódki?

I wiem już, że mam do czynienia z konkretnym człowiekiem.

– Myśmy tam miały bliskich. Stałyśmy wszystkie przy oknie i razem rozpaczałyśmy. Łzy same leciały. Tej chwili nie zapomnę nigdy. Wiedziałyśmy, że tam palą się ludzie. Moja ciotka, moja kuzynka, z którą się bawiłam, jej brat. Myśmy nie mogły się powstrzymać. Polka też płakała.

Dobra kobieta.

Żydóweczka

O. był sąsiadem Huberta z Filtrów.

Jeśli mowa o chłopcach, to jeszcze wtedy nie myślał. Najważniejsze było, żeby przeżyć.

A ten polski antysemityzm, uważa O., to jest całkiem nieprawda.

Do nich przychodziła na przykład Żydóweczka. Mama mówiła do niej „Salcia”, ale wtedy każda była Salcia. Dziewczynka ukrywała się gdzieś w budynku, dokładnie nie wiadomo, na którym piętrze i w czyim mieszkaniu.

– Ale przychodziła często. Nieduża była. Siadała na progu i chciała jeść.

Ogólnie było ciężko. Matce O. Niemcy w czasie łapanki cztery zęby wybili, a ojca tak skopali, że miał jądra całe sine.

Ale Salci już wtedy nie było.

Może wróciła do schowka?

– Ee, chyba nie.

Święto wiosny

Stoimy w oknie sypialni Huberta.

Na balkonie piwonie, petunie i werbena.

Pod nami tramwaj za tramwajem, a na horyzoncie warszawski Manhattan.

– Tu było świetnie widać, jak getto płonie.

Na drugi dzień wiatr się zerwał akurat w tę stronę. Przylatywały więc kawałeczki popalonych książek i innych papierów. Ogień z płonących domów żydowskich wzniecał je w górę i ulatywały daleko, aż pod dom Huberta.

Nie było jeszcze perspektywy z wieżowcami. Miasto inne tu było. Same Filtry, piękne ogrody, cis i kasztanowiec, wieża ciśnień. W dalszej perspektywie jeszcze kościół Świętego Augustyna. I już, nic więcej.

W pokoju Huberta na półce między książkami dojrzewają pomidory. A może się suszą? Przygotowane do spożycia na teraz lub później. Pięknie wyglądają wśród książek. Jak sztuczne.

Hubert ma w słowach rozmach. W życiu widział wszystko i wszystkim potrafił się cieszyć. Zostało mu tego zachwytu we wspomnieniach, w pamięci, i mówi jak z obrazka, mówi pełnymi zdaniami, plecie od A do Z, rozwidla i kojarzy jedno z drugim. Z doskonałej pamięci – doskonałe historie, filmowe, przepełnione detalem, lubieżne. Obrazy pełne, choć z puzzli, z kawałków tworzące całość. Często pozbawione chronologii i wielowątkowe. Ale jednak układające się w jedną, spójną metaforę. W niejedno życie.

– W każdym razie oni, ci Żydzi, byli bardziej zbliżeni do kultury niemieckiej i na przykład w pamiętnikach profesora Hirszfelda jest takie zdanie: „wielką miłością Żydów były Niemcy, niestety ta miłość nie była odwzajemniona”.

A skąd wiadomo, że Żyd, jeśli wygląda zwyczajnie?

– Takie uczulenie – mówi Hubert.

Skrawki papierów przylatywały pod dom, trzeba było je za dnia zamiatać i zbierać na kupkę na dziedzińcu kamienicy. Ze skrawków tych nic nie dawało się już odczytać, tylko poszczególne literki, słowa nie nasze, obce zupełnie.

– Życie trwało zupełnie normalnie. Tramwaje jeździły pod samym gettem. To wybuchło w Wielki Piątek. Przez całą okupację były wydawane biuletyny, prasa kieszonkowa, gazetki. Jak cię złapali, to mogli zabrać na Pawiak i potem wysłać do jakiegoś obozu. Ale te gazetki się podawało. Wszyscy się znali. Nikt wśród naszych znajomych nie był donosicielem. Jak getto było zamknięte, to tutaj przychodziły dzieci. To było okropne, bo to taka najgorsza nędza, te małe Żydziaki.

Żydowskie dzieci przychodziły całymi chmarami.

Pięcioletnie, sześcioletnie, takie, które zdołały się przecisnąć przez otwór ściekowy w murze. Wyślizgały ten otwór tak bardzo, że aż się błyszczał. Dlatego zamiast „Jude” mówili też na nich, że koty.

Leciały potem na miasto, jakimiś bramami, cieniami, podkurczone, ze złym wyglądem i bez pacierza, na oślep dosłownie, po zupę, po kawałek chleba, po kilka złotych, które zanosiły z powrotem.

Do domu.

– Były jak małe zwierzątka, wygłodniałe i dzikie.

Przychodziły brudne i zawszone. Mama Huberta wynosiła im jedzenie na schody. Jadły, a potem znikały. Zamiotło się korytarz, przemyło czystą wodą i już.

Jakby ich wcale nie było.

– Najgorsza nędza Żydziaków, że nie mówiły po polsku. Tych z wyglądem albo chociaż cywilizowanych, spolonizowanych, które chodziły do polskiej szkoły, to się jeszcze jakoś uratować dawało. A tamte mówiły w jidyszu i uczęszczały do jesziwy.

I dlatego poszły do ognia.

Getto płonęło i płonęło, jakby nie chciało zgasnąć. Niemcy palili domy, nawet jak już tamci zupełnie zniknęli.

A potem jeszcze te resztki burzyli.

I została pustynia.

Na środku tej pustyni z pyłu i gruzu stała wieża kościoła Świętego Augustyna.

Właściwie to nie wiadomo po co.

Karesy

Niekiedy przychodzi z pamięci widok.

– W tym dymie paliły się ich biblioteki, leciały przez całe Filtry kawałki papieru. Wszystkie te książki były po niemiecku. Pamiętam, był kawałek, gdzie było napisane: „und das Tunte von dem blauen Pavillion: jetzt, mein lieber Waldemar, du bist mir sonnenklar”. Co znaczy: „z niebieskiego pawilonu dochodziły słowa: teraz, mój drogi Waldemarze, jesteś mi jasny jak słońce”. Dla mnie to było przesłanie mistyczne. Bo ja miałem w klasie Waldka.

Na komplety do panien Goldman przychodziły różne dzieciaki z dzielnicy. Wszyscy znali się już przynajmniej z widzenia. W tym czasie, na tych kompletach, Hubert poznał Waldemara, swoją pierwszą miłość największą.

Siedzieli razem w ławce. Waldek był najpiękniejszym chłopcem w całej klasie. Zawsze się taki znajdzie. Ten z ostatniej ławki, ten, który stoi w kącie, ten, który biega najszybciej i którego wszyscy się boją, nawet nauczyciele, ale każdy chce chociaż chwilę ogrzać się w jego świetle. Być kolegą takiego chłopaka znaczy być wybranym.

– I on wybrał sobie mnie. Usiadł przy mnie i, powiedzmy, ścis­kał za rękę albo jak byliśmy w szortach, to mnie głaskał. Czy ręką, czy ołówkiem, myśmy byli w siebie wczepieni, myśmy trzymali się za rączkę pod stołem, albo żeśmy się masowali, jak mieliśmy krótkie majtki, po wewnętrznej stronie uda.

Jak koty.

Hubert z miejsca zakochał się w Waldku.

Nie było siły na odmienne scenariusze.

A wszystko bez słów, w tajemnicy i jednocześnie przy absolutnej świadomości wagi czynów popełnianych ławkowo.

Chociaż nie tylko.

Waldemar bywał w domu Huberta i bawili się razem pod stołem. Zabawa była świetna. Chodziło o to, żeby dziewczyny, które też w tym brały udział, uciekały przed nimi, jako rosyjskie księżne, których bolszewickie zbiry chcą złapać i zniewolić. Tapczan robił za karetę księżnych, a stół za kryjówkę bolszewików.

– One siedziały z lalkami na tapczanie, który był ustawiony na środku pokoju, a my chowaliśmy się pod stołem i tam właśnie były obłapianki. To wszystko w ciemności się odbywało. Potem robiliśmy atak na dziewczyny, a one krzyczały.

Powie ktoś, że zabawa całkiem niewinna, zupełnie nie erotyczna, a jednak – jak się bliżej przypatrzeć – wiele o wszystkim na przyszłość mówiąca.

– To mnie interesowało od zawsze. Ale nie tak jak dziś, że ma trzynaście lat i już z chłopakiem chce i seksu, i wszystkiego. Ja też chciałem, ale się bałem. To były takie niewinne karesy.

W dodatku nietrwałe.

– Historia z Waldemarem skończyła się razem z powstaniem w getcie. Więc jak ten skrawek papieru z tekstem przyleciał, to dla mnie to było przesłanie.

Normalnie kabała.

Inne książki tego autora