Zabójczy pociskTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jakub Małecki – Puch

Fot. Tomasz Pluta


JAKUB MAŁECKI

Pisarz, autor dziewięciu książek, m.in. bestsellerowego Dygotu oraz Śladów, nominowanych do Nagrody Literackiej NIKE.

Laureat Złotego Wyróżnienia Nagrody im. Jerzego Żuławskiego, nagrody Śląkfa oraz nagrody Książka Miesiąca „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”, nominowany również do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”, nagrody im. Stanisława Barańczaka oraz dwukrotnie do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Publikował w „Przekroju”, „Newsweeku”, „Polityce”, „Angorze”, „Miesięczniku ZNAK”, „Nowej Fantastyce” i „Tygodniku Powszechnym”. W 2017 roku został laureatem stypendium „Młoda Polska” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Wszystko zniknęło, jak zawsze. Leżymy, Łukasz i ja, wokół nas wielkie nic, nawet muzyki puszczonej z telefonu nie słyszę. Czuję się tak jak osiem lat temu na Woodstocku, kiedy wjeżdżałam chybotliwą windą na szczyt dźwigu i stawałam na skraju platformy z grubych prętów. Do ostatniej chwili nie wierzyłam, że skoczę, nie chciałam skoczyć, skoczyłam. Teraz leżymy, Łukasz i ja, i też nie myślę o tym, co będzie za chwilę, a już na pewno tego nie chcę, leżymy tak tylko, nie wiem jak długo, w końcu zaczynam znowu być: oddycham, słyszę muzykę, czuję trawę pod plecami i trochę jeździ mi w brzuchu.

Poznaliśmy się tak banalnie, jak banalne było całe moje życie: w kawiarni. Przebierałam nogami, czekając na średnie latte na wynos, spóźniona już i wkurwiona na rudą dziewczynę za ladą, która w ogóle się nie spieszyła, no i na samą siebie, bo ubzdurało mi się, że kawa na sojowym.On siedział przy długim stole, z laptopem i nieruszonym quichem, pisał chyba mejla. Wysoki. Pachniał piżmowym bossem, banalnie.

Poszliśmy do łóżka tego samego wieczoru, nie wiem, jak to się stało. Znam sekwencję wydarzeń – wychodzi za mną, zagaduje, zaprasza na kolację, potem ta kolacja, wino, uśmiechy i budzę się w nocy obok niego, z pełnym pęcherzem i bolącą głową – ale jak to się stało, nie wiem. Nie wiem, jak się wydarzyła połowa ważnych rzeczy w moim życiu.

Teraz leżymy w tłumie nad Wisłą, on podnosi się na łokciach, nic nie mówi, tylko zerka na mnie pytająco, jakby tu jeszcze było o co pytać. Dotyka ekranu telefonu, wyłącza muzykę.

– Jesteś pewna?

Odpowiadam po cichu, że tak, choć to przecież bzdura. Musiałabym być wariatką. Wstaję i otrzepuję się z trawy, ruszam w kierunku przystanku, on kilka metrów za mną. Nic nie mówimy, stoimy obok siebie przez chwilę, jak obcy, potem on wsiada do autobusu. Pomachałabym mu, ale to idiotyczne.

Dziesięć minut później siedzę już sama przy szybie, prawie pusto, bo niedziela, przyjemny chłód klimatyzacji, mogłabym tu zasnąć. Wysiadam dwa przystanki przed tym właściwym, spaceruję po dzielnicy, godzinę, dwie, trzy, cztery. Znowu myślę, jak to się wszystko dziwnie szczęśliwie potoczyło.

*

Trzy razy zdarzyło mi się obudzić obok faceta, którego noc z księcia przemieniła w żabę, tym razem było odwrotnie. Ładna cera, szeroka szczęka, ciemna oprawa oczu i zęby jak z reklamy colgate. Na brzuchu mogłabym mu ścierać marchew.

Gdybym gotowała.

Nie mogłam się napatrzeć, wszystko się w nim zgadzało, nawet obrączkę miał, czyli dobrze, bo taki facet bez obrączki to zawsze wariat albo psychopata. Przystojny, ciemna karnacja, paznokcie bez zarzutu, zadbany, no ogólnie typ faceta, którego nie wiadomo, czy chciałoby się bardziej przytulać, czy dusić, taki słodki. Kiedyś – miałam chyba ze dwanaście lat – odwiedziłam z rodzicami dziadków na wsi, no i wieczorem babcia przyniosła do domu kilka małych kotków, nawet oczu jeszcze nie otwierały.

– Tylko ostrożnie – powiedziała, podając mi jednego z nich, rudzielca.

Głaskałam go i tuliłam przez pół wieczoru. Zaciskałam palce na puszystej szyi i gdyby nie rodzice siedzący kilka metrów dalej, udusiłabym go, jak nic. Bo jak się przez trzy godziny tuliło i głaskało coś tak kochanego i słodkiego, to już nic więcej z nim nie można zrobić, a przecież chce się więcej.

Wreszcie docieram pod blok i czekam przed klatką, aż ktoś wyjdzie. Głowa pochylona, włosy opadają na twarz i czekam, czekam, wreszcie pojawia się jakiś młody sąsiad, z tych, co nigdy na ciebie nie patrzą, więc wchodzę, idę schodami, przed drzwiami wycieraczka z zielonym napisem „Welcome”. To pukam. Otwiera, inna niż na zdjęciach, nie taka szczupła, starsza jakby, nos jakiś większy chyba, no, generalnie brzydsza, więc może jednak Bóg istnieje. Odruchowo cofa głowę, jakby przed ciosem, a oczy ma wielkie. Kręci głową i mówi:

– Ty kurwo.

*

O żonie dużo nie opowiadał.

Dobrze się dogadywali i coś się zepsuło, sam właściwie nie wiedział co takiego. Nie narzekał, nie obmawiał, nie zrzucał na nią winy, nawet po alkoholu. Pokazał mi kilka zdjęć: wysoka brunetka, zadbana. Dopiero prawie po roku, kiedy częściej nocował już u mnie niż u niej, powiedział, że nie chce mu dać rozwodu. Jedliśmy kolację, gotował oczywiście on. Panang curry i wino, bez wina kolacja się nie liczy, bez wina już prawie nic się nie liczy, no więc w połowie posiłku otarł usta serwetką i odchylił się na krześle.

– Wie o nas, nie mam pojęcia skąd. Powiedziała, że nie zgodzi się na rozwód, nigdy w życiu.

Chciał sprzedać mieszkanie i oddać jej połowę pieniędzy. Oszczędności, mimo że w większości zgromadzone przez niego, też na pół. Dzieci nie mieli. A mimo to nie chciała, powiedziała, że na złość mu nie da. Jak można być takim człowiekiem?

*

Sama się zdziwiłam, że to poszło tak szybko: popchnęłam ją do mieszkania, drzwi zamknęłam nogą i już siedzę jej na brzuchu, przyciskam do ust szmatę z chloroformem. Łącznie może dziesięć sekund. Najpierw strasznie się rzuca, prawie z niej spadam. Szybko wiotczeje, dociskam jeszcze, czekam, czekam, czekam, wstaję.

Najgorsze odkładam na później: najpierw bałagan. Wyciągam jak najciszej szuflady i wszystko z szuflad, rozrzucam ubrania, przeszukuję biurko i dwa pudełka z biżuterią. Biorę na chybił trafił: złoto, łańcuszki, kolczyki. Chowam wszystko w torebce. Obok wpycham tablet i macbooka – jak dobrze, że cienki.

Przedłużam. Chodzę po mieszkaniu, przetrząsam kolejne kąty, oglądam stojące pod lustrem kosmetyki. Cofam się o osiem lat: znowu jestem na Woodstocku, znowu wjeżdżam na dźwig, znowu nie myślę o skoku. Staję na brzegu platformy i czekam.

Hałas. Z pokoju. Biegnę.

*

Czekałam, aż wyjdzie z niego, co ukrywa: chrapie po piwie, nie wynosi śmieci, codziennie dzwoni do mamy, wierzy w UFO, nałogowo zdradza, ma więcej kosmetyków niż ja, głosował na PiS albo lubi, żeby mu w łóżku w tyłek bakłażan wsadzać. Czekałam, czekałam i nic. Wydawało się, że normalny. Trzydzieści osiem lat, analityk giełdowy, dwójka rodzeństwa, spokojny, apolityczny, nigdy się nie denerwował, jeździł na rowerze, biegał, uprawiał kickboxing. Czasami wracał po treningu mocno poobijany. Raz, kiedy przyszedł ze złamanym żebrem, zapytałam, czy jego zdaniem było warto i czy nie jest zły na tego, kto mu to zrobił – w końcu czekał go miesiąc męczarni przy każdym oddechu. Powiedział tylko, że na przeciwnika nie da się być złym: adrenalina i emocje sprawiają, że po walce człowiek ma ochotę rywala co najwyżej przytulić.

I tak za każdym razem, jakby nie miał w sobie odrobiny złości.

Któregoś razu wieczorem wzięliśmy ecstasy. Dostałam na urodziny od koleżanki z dawnych lat, która w końcu przeprowadziła się do Warszawy, jak wszyscy. Wzięliśmy przy jakimś filmie, nie pamiętam już, co leciało. Na pewno kryminał, tytuł zapomniałam. Łukasz brał po raz pierwszy w życiu, dałam mu dwie naraz. Godzinę później powiedział, że jego żona to szmata, jędza i ruchadło. Najchętniej by ją zabił.

*

Zgarbiona, oparta o meble, charczy. Coś poszło nie tak: może za mało chloroformu, może za słabo dociskałam, a może jeszcze coś, nie mam pojęcia. Roztrzęsionym palcem wodzi po ekranie telefonu. Wyrywam go jej i z całej siły kopię ją w brzuch, sama wpadam do kuchni. Dopiero później przyjrzę się dużym czerwonym kaflom na ścianach i szafkom o mleczno-szklanych drzwiczkach. Dopiero później zwrócę uwagę na podświetloną wyspę pośrodku i duży drewniany stół. Teraz miga mi tylko, że jest czysto, prawie sterylnie. Teraz muszę być szybka. Noże wiszą na stojaku wzdłuż blatu. Chwytam jeden – jest krótszy niż moje przedramię i ma gładką plastikową rękojeść. Zaraz jestem z powrotem w pokoju. Ona już na nogach. Rusza w stronę drzwi. Krzyczy coś niewyraźnie. Przyciskam ją do ściany, lewą ręką chwytam od tyłu za usta i wbijam nóż w jej brzuch, od boku, między żebra. Najpierw wchodzi tylko trochę. Szybko uderzam znowu. Trochę głębiej. Ona gryzie mnie w dłoń, miota się między mną a ścianą, wciąż jeszcze słaba, zaspana, ale walczy. Próbuje krzyczeć i czuję, że zaraz odzyska siły. Wyszarpuję nóż i biorę szeroki zamach, prawie zza pleców. Tym razem wchodzi po rękojeść.

*

To nie tak, że zaczęliśmy cokolwiek planować. Takie rzeczy planują się same, wszystko dzieje się wokół: nagle zorientowałam się, że padły jakieś słowa, obietnice, że coś się już zadziało. Tylko popłynęłam z prądem. Jak ze skokiem na bungee podczas tamtego Woodstocku. Wjeżdżałam na górę, nie myśląc, co dalej. Wszystko działo się wokół mnie. Tym kilku koleżankom, które wiedziały o Łukaszu, wyznałam przy winie, że to gnojek i że między nami koniec. Usunęłam go ze znajomych. Wykasowaliśmy swoje numery telefonów. On kupił dwa nowe, na kartę, i porozumiewaliśmy się tylko w ten sposób, jak na filmie. Zresztą, to wszystko było jak film.

*

Kiedy stoję w mieszkaniu jego żony, przyciskając ją do ściany, z nożem wbitym w nią po rękojeść, rozumiem, co Łukasz miał na myśli, kiedy mówił, że po walce człowiek ma tylko ochotę przytulić przeciwnika. Przez pół godziny próbujesz zrobić komuś krzywdę, a potem, kiedy cała złość się wypala, właściwie go kochasz. I ja też ją kocham. Wiem o niej niewiele, prawie nic, ale czuję, jakby od lat powierzała mi wszystkie swoje największe sekrety.

 

Jestem znowu dwunastoletnią dziewczynką, znowu siedzę w pięknym domu babci i znowu przyciskam do piersi puszyste kociątko. Tak jak wtedy, kociątko jest moje i tylko moje. To ode mnie teraz wszystko zależy.

Przyciskam moje Kociątko biodrami do ściany i wyciągam nóż z miękkiego ciała Kociątka. Nie zwracam uwagi na lewą dłoń, do krwi już pogryzioną, na stłumione jęki Kociątka i mocz na jego udach – to wszystko nie istnieje. Istnieje tylko słodkie, pulsujące życie, tak miękkie, tak puszyste, między mną a ścianą. Dziurawię puch jeszcze dwa razy. Boję się, że to się skończy zbyt szybko, że Kociątko się podda, że się nim nie nacieszę, ale nie, jeszcze nie: Kociątko teraz charczy. Charczy pięknie, bo tylko dla mnie, drży też tylko dla mnie, mogę to w każdej chwili przerwać.

Nie przerywam.

Napieram tylko mocniej, przyciskam się cała do dygoczącego puchu, zamykam oczy, wdycham wspaniały smród strachu i szepczę do ucha:

– Kocham cię, Kociątko.

*

Uwielbiałam oglądać w jego towarzystwie kryminały. Uspokojona winem, otulona kocem i trochę nim, z paczką orzeszków pod ręką zapadałam się w życia ciekawsze od mojego. Śledziłam, planowałam, uciekałam, ukrywałam się i zacierałam ślady. Odwiedzałam miejsca zbrodni, badałam poszlaki, rozwiązywałam zagadki i przesłuchiwałam świadków. Przede wszystkim zabijałam. Nożem, młotkiem, z pistoletu. Samochodem, trucizną, kijem bejsbolowym. Torbą foliową. Sznurem. Gołymi rękoma.

Nie jestem nienormalna, wszyscy lubią zbrodnię. To teraz najpopularniejsza rozrywka. Ale przecież nigdy nie pomyślałam, że mogłabym naprawdę. Nigdy. No dobrze, może i pomyślałam, tak jak większość myśli, ale przecież nigdy nie na poważnie. Nigdy bym nie zabiła, zabijają przecież tylko mordercy.

*

Czuję, jak słabnie. Wierzga jeszcze, ale nie odrywa ode mnie wzroku. Jest zdziwiona, chyba dociera do niej, że zabijam ją naprawdę. Ja też jestem zdziwiona, bo przecież zabijają tylko mordercy. Jestem zdziwiona, bo to się dzieje naprawdę. Jestem zdziwiona, bo nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się tak czuła.

Kiedyś, jeszcze przed studiami, jeździliśmy całą paczką na imprezy techno. Radośni, napaleni, niecierpliwi. Pierwszą tabletkę esctasy połykałam przed wyjazdem, potem jeszcze dwie, trzy, zdarzało się, że cztery. Wijąc się wśród spoconych półnagich ludzi, byłam Królową, wszyscy mnie kochali i ja kochałam wszystkich. Wszyscy mnie pragnęli i ja wszystkich pragnęłam. Wszyscy mnie podziwiali, ja nie podziwiałam nikogo: byłam Królową. Tamto uczucie to nic w porównaniu z tym, co czuję teraz, patrząc w oczy Kociątka.

Kociątko umiera, umiera dla mnie. Patrzy na mnie, krwawi na mnie, wokół niej jestem już tylko ja, nic innego wokół niej nie ma. Jeśli wtedy, na imprezach techno, bywałam Królową, to teraz jestem Bogiem.

– Już wszystko dobrze – szepczę jej w twarz, a potem szybko, aby jeszcze zdążyć, oblizuję jej usta, policzek i nos. Chyba jej dobrze, chyba już wszystko zrozumiała: oto stoi przed nią jej Bóg, więc nie ma się czego obawiać.

Kociątko osuwa się przy ścianie i upada na ziemię, z głuchym, paskudnym dźwiękiem. Patrzę na nią. Zadarta spódnica, sweter uwalany krwią, włosy przyklejone do twarzy. Oczy idiotycznie wpatrzone w ścianę i te rozkraczone nogi: na sam widok robi się niedobrze. Kociątko zniknęło, jest tylko brzydka, martwa żona Łukasza.

*

Najzabawniejsze jest to, że mnie nie złapali. Nie byłam nawet przesłuchiwana. Łukasz miał dobre alibi, po to wtedy czekałam pół dnia. Oglądali z kolegami siatkówkę, potem pili do późna. Ja w razie czego opiekowałam się umierającym ojcem: przez pół wieczoru wysłuchiwał, jaka to jestem zmęczona tym całodniowym szorowaniem jego zapuszczonego mieszkania, w końcu sam zaczął to powtarzać. Po tamtym dniu ja i Łukasz nie widzieliśmy się prawie przez pół roku. Żadnych telefonów, mejli, SMS-ów. Minęły trzy lata, trochę ciągali go po komendzie, ale też nie jakoś bardzo, zresztą w końcu przestali. Zaczęliśmy pokazywać się razem dopiero niedawno.

Nie powiem, żebyśmy się sobą znudzili, ale zrobiło się trochę jednak normalnie. Nie do końca wiem, co w nim takiego widziałam, on też jakoś w stosunku do mnie przygasł, no i gotuje teraz już zdecydowanie rzadziej. Lepiej ubiera się do pracy niż na wspólne kolacje. Niczego zaskakującego nadal w nim nie znalazłam, tylko jakby trochę przybladł. Znalazłam za to coś w sobie.

Teraz znowu jest lato i znowu wszystko zniknęło. Leżymy, Łukasz i ja, wokół nas wielkie nic, nawet szumu z pobliskiej ulicy nie słyszę. Nie jest już tak, jak osiem lat temu, na Woodstocku: teraz wiem, że skoczę. Teraz myślę o tym, co będzie za chwilę, myślę i chcę tego, leżymy nie wiem jak długo, ale w końcu zaczynam znowu być: oddycham, otwieram oczy i długo patrzę na moje następne Kociątko. ■

Joanna Opiat-Bojarska – Przeznaczenie

Fot. Beata Cichecka


JOANNA OPIAT-BOJARSKA

Z wykształcenia ekonomistka, od kilku lat uzależniona od pisania autorka poczytnych kryminałów. Łamie tabu m.in. dotyczące handlu organami (w „Koneserze”), dopalaczy (w „Zaufaj mi, Anno”) czy zaginięć (w „Gdzie jesteś, Leno?”). Niech nikogo nie zwiedzie jej wykształcenie. Kryminał w wykonaniu ekonomistów święci tryumfy na całym świecie, czego przykładem są powieści Jo Nesbø czy Camilli Lackberg. Fabuły Opiat-Bojarskiej mogły wydarzyć się naprawdę, a siłę jej powieści stanowią niespodziewane zwroty akcji, wysoki ładunek emocjonalny oraz precyzyjne odwzorowanie realiów.


Mimo podjętej próby reanimacji, kobieta dźgnięta nożem zmarła…

Nie miał siły tego oglądać. Stacje telewizyjne prześcigały się w donoszeniu o kolejnych zgonach, zabójstwach, napadach. Jeśli miał wybierać między dobrem i złem, to wybierał dobro. A najchętniej miłość.

„Cieszę się, że w końcu trafiłeś na dobrą kobietę” – przypomniał sobie słowa kuzyna. Liczył się z jego zdaniem. Kuzyn miał czterdzieści lat, żonę, dwójkę dzieci i spokój, jaki zapewnia jedynie udany związek z kobietą.

Kobieta. Długo szukał tej jedynej. A może właśnie nie szukał. Brał byle co. Co było pod ręką. Być może dlatego o miłości nie było mowy? Do czasu.

Kasię poznał na dyskotece. Właśnie wyszedł na wolność i przyszedł się rozerwać. Był na głodzie. Światła pulsowały, muzyka dudniła w uszach, a alkohol przyjemnie rozgrzewał przełyk. Chciał tylko zaliczyć jakąś dupę. Zaspokoić potrzebę w biegu. Podczas dwóch lat pozbawienia wolności nie miał ani jednego intymnego spotkania. Teraz szukał jakiejś szybkoobsługowej panny. Nie miał czasu na flirt czy inne gry wstępne. Rozejrzał się wokoło. Dyskoteka była pełna jednorazówek eksponujących apetyczne biusty, miękkie pośladki i czerwone usta. Blondynki, brunetki, rude. Miał w czym wybierać… I wtedy do baru, przy którym siedział, podeszła ona. Blondynka z dużymi biodrami. Zamówiła piwo i spojrzała mu w oczy. To głupie, ale już wtedy wiedział, że musi ją mieć. Nie na chwilę, ale na dłużej. Kasia. Takie miała imię. Nie zaliczył jej wtedy. Potańczyli i umówili się na piwo następnego dnia. A potem kolejnego.

– Zależy mi na niej – wyznał kuzynowi dwa dni później. Kiedy poczuł, że się czerwieni, dodał szybko, żeby nie wyjść na mięczaka: – No i to, co odpierdala w łóżku! Stary, jest świetna.

Kasia była świetna we wszystkim. Wpatrywała się w niego jak w obrazek i nigdy nie kończyły im się tematy do rozmowy. Powoli zaczynał rozumieć pierdolenie o dwóch połówkach pomarańczy.

– Jesteśmy dla siebie stworzeni – powtarzał zawsze, kiedy więzienna przeszłość dawała o sobie znać.

Bo to dzięki Kasi zerwał z przeszłością. Zapomniał o odsiedzianym wyroku i starał się żyć tak, aby nie miała mu nic do zarzucenia. Unikał starych kumpli i kłopotów. Starał się nie patrzeć na inne kobiety. Zaczął nawet myśleć o tym, czy to dobra chwila, aby się Kasi oświadczyć. Z taką kobietą mógłby przejść przez całe życie.

*

Policja wydała list gończy za podejrzanym o zabójstwo…

Telewizor nie pozwalał mu zapomnieć, że świat nie składa się tylko z miłości. Nie wiedział, po co media powtarzały w kółko te same wiadomości. Co z tego, że wydano list gończy za podejrzanym? Co z tego, że szukało go więcej policjantów? Więcej nigdy nie znaczy – lepiej. Czy więcej miało sprawić, że podejrzany miał się zacząć bać? On się nie bał. Kiedyś nie bał się niczego. Aż do pewnej środy.

– Zdradziłam cię – Kasia wypaliła ni z tego, ni z owego podczas smażenia kotletów.

Nawet na niego nie spojrzała. Siedział przy kuchennym stole i wpatrywał się w ceratę pokrywającą blat. Nie osądzał jej. Czekał na ciąg dalszy.

– Zdradziłam cię – powtórzyła.

Te słowa powinny uruchomić lawinę emocji, ale nic się nie działo. Zdradziła go? Nie zdradziła? Nagle uznał, że to nie ma znaczenia. Raz też prawie by ją zdradził. Było naprawdę blisko. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie byli idealni, a świat był pełen pokus.

– Z kim? – spytał, bo chciał ukierunkować rosnącą w nim agresję. Tak dawno jej nie czuł. No dobra, raczej udawał, że jej nie czuje. Agresja była jedną z jego pokus. Tak łatwo jest wybuchnąć, a zapanować nad emocjami trudno.

– Nieważne. Zdradziłam cię.

– Gdzie? Jak? Kiedy?

Po raz pierwszy rozmowa się nie kleiła. Kasia, zamiast płakać i odpowiadać na pytania, bezemocjonalnie powtarzała, że go zdradziła. Wkurzył się. Nie dlatego, że wyobraził sobie, jak ukochana kobieta daje się rżnąć innemu frajerowi. Wiedział, że nie zrobiłaby tego. Każda inna, ale nie Kasia. Szanował ją przecież i był wrażliwy. To, że się spotkali, że zamieszkali razem, to było przeznaczenie. Pomyślał więc, że kłamie! Perfidnie kłamie.

– Zdradziłam cię. Musimy się rozstać.

– Zamknij się szmato – warknął i uderzył pięścią w stół.

To o to chodziło! Był dla niej za dobry. To dlatego chciała go zostawić. Kasia nie dała mu wyboru. Musiał zrobić awanturę. Rzucił ją na łóżko. Zwymyślał od najgorszych. Uderzył.

Płakała. Zwymyślał ją, zamknął drzwi na klucz i poszedł się napić z kolegami. Jego ojciec też pił i lał matkę. On chciał żyć inaczej. Może jednak chciał zbyt dużo?

„Jak chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije” – powtarzając mądrość życiową zasłyszaną od kumpli, wrócił do domu. Przywitały go ciemność i cisza. Kasi nie było ani w sypialni, ani w kuchni. Na patelni leżały niedosmażone kotlety. Coś go tknęło, aby zajrzeć do szafy. Była pusta. Kasia odeszła.

Uderzył pięścią w szafę z taką złością, jakby to ona ponosiła winę za taki obrót sprawy. Chciał poczuć ból. Prawdziwy fizyczny ból. Chciał, aby ból przyćmił to dziwne ssanie, które po odejściu Kasi poczuł w żołądku.

*

Podejrzany i ofiara byli wcześniej parą…

Z drzemki wybudził go głos podekscytowanego dziennikarza. Telewizor grał non stop. Kolejni dziennikarze i prezenterzy pogody wypełniali swoim głosem opuszczony domek myśliwski. Nie czuł się tu dobrze. Drewniany dom, belki na suficie, skrzypiąca podłoga. Na ścianach wisiały jelenie rogi, a w kątach pajęczyny. Wszystko było zakurzone. Żona kuzyna jeszcze nie przygotowała nieruchomości do sezonu. Ssało go w żołądku dokładnie tak samo, jak tydzień temu, kiedy ze złości, że Kasia odeszła, rozwalił szafę.

– Kasieńko, kochanie. Jesteś dla mnie wszystkim.

Następnego dnia znalazł ją w rodzinnym domu. Miała dopiero osiemnaście lat, to normalne, że po kłótni z nim wróciła do domu.

– Wybaczam ci. Mam nadzieję, że i ty mi przebaczysz.

Nie zwracał uwagi na rodziców Kasi, którzy wychylili swoje krzywe mordy z pomieszczenia znajdującego się przy drzwiach wejściowych. Starzy Kasi nigdy go nie lubili. Był od ich córki starszy o dziesięć lat. Stanowczo za dużo. Według nich. Zrobiliby wszystko, aby rozbić ich związek. Podobno uważali też, że źle mu z oczu patrzy.

– Idź stąd – wycedziła przez zęby Kasia.

Był pewien, że to gra. Że rodzice nagadali jej głupot i zakazali do niego wracać. Gdyby ich nie było, rzuciłaby się mu na szyję. Kochała go przecież. Kochała, ale być może chciała, aby pokazał przy jej starych, jak bardzo mu na niej zależy.

– Kocham cię. – Padł przed nią na kolana i wyznał, nie zważając na głupie uśmiechy rodziców Kasi. – Nic innego się dla mnie nie liczy.

Kasia stała w przedpokoju i nie wiedziała co powiedzieć. Zdążył poznać ją przez te kilkanaście tygodni wspólnego życia. Wystarczyło, aby dodał coś miłego, że pięknie wygląda, że bez niego jest mu źle, a wymięknie i zgodzi się na wszystko. Taki miał plan, ale nie zdążył go zrealizować, bo w wąskim przedpokoju, do którego Kasia go wpuściła, stanął jej stary.

 

– Nie pierdol – warknął i zasłonił córkę. – Co ty człowieku wiesz o miłości. Zapomnij o Kaśce. Znajdź sobie inną. Kaśka nie zasłużyła na takie życie.

– Jakie? – uniósł głos.

Był gotowy do starcia, do zmierzenia się z ulubioną dyscypliną z przeszłości. Agresją. Powstrzymywała go obecność Kasi. Stała nieruchomo. Widział jej twarz za plecami starego.

Jak ten łysawy gość mógł mówić, że jego córka nie zasługuje na takie życie? Przecież on dawał jej wszystko, czego chciała. Kupował perfumy, ciuchy, nawet podróbkę najmodniejszej torebki przyniósł jej z targu. Po pracy wracał prosto do domu i nie marudził, kiedy zupa była za słona. To ostatnie było najtrudniejsze, bo umiejętności kulinarne Kasi pozostawiały wiele do życzenia. No cóż, może była zbyt młoda, aby gotować ze smakiem.

– Kasiu, Kasieńko, przecież jesteśmy sobie przeznaczeni. – Próbował udawać, że nie widzi mężczyzny przed sobą. – Kasiu, chodź ze mną. Nasz dom jest bez ciebie pusty.

– Ona się ciebie boi. – Ojciec zasłonił córkę swoim ciałem i spojrzał na niego z pogardą.

Stracił Kasię z pola widzenia. To go wkurzyło. Przecież przylazł do tej nory, aby gadać z Kasią. Nie z jej starym. W więzieniu z takimi frajerami nie gadał. Bił tak długo, dopóki nie uznali, że jest silniejszy i należy się mu szacunek.

Poniżył się i ukląkł przed Kasią. Zrobiłby o wiele więcej, aby ją odzyskać. Nie miał jednak możliwości, bo jakiś frajer próbował decydować za córkę.

Po raz pierwszy od trzech miesięcy, od kiedy poznał Kasię, pozwolił sobie na poczucie złości. Pchnął jej starego, a później sprawy potoczyły się jak zwykle. Szarpanina, krzyki i interwencja policji. Na szczęście udało mu się jakoś wywinąć. Kasia miała w tym swoją zasługę. Nie potwierdziła, że to on rozpoczął bijatykę. Jej zachowanie zinterpretował na jedyny możliwy sposób. Odeszła, bo chciała mu coś udowodnić, ale nadal go kochała. Gdyby go nie kochała, pozwoliłaby, aby zwinęły go psy.

*

Jak powiedziała nam znajoma zamordowanej Katarzyny A., kobieta poddawana była ciągłej przemocy psychicznej i fizycznej…

Ściszył telewizor. Nie miał siły wysłuchiwać tych głupot.

Wyjechał z domu, aby poczuć się lepiej. Miał pozbyć się emocji i uczucia pustki. Domek myśliwski był jednak tak samo pusty jak jego mieszkanie. Potwornie brakowało mu Kasi. Mogłaby nawet marudzić, że poddaje ją przemocy seksualnej. Mogłaby krzyczeć albo godzinami plotkować z koleżanką przez telefon. Po trzech nocach bez Kasi gotowy był na wiele ustępstw. Postanowił o nią zawalczyć. Tym razem nie jak frajer, przy źle nastawionych rodzicach. Musiał spotkać się z nią na neutralnym gruncie.

Zaczął zasypywać ją SMS-ami. Dzwonił. Prosił. Płakał. Przekonywał. Proponował randki.

Zawsze wysłuchiwała go do końca, po czym mówiła to swoje: – Nie! Była twarda. To w niej lubił. Wtedy, przy barze, zauważył, że ma ostry charakterek i będzie dla niego wyzwaniem.

– No dobra. – Kasia zmieniła zdanie dopiero, kiedy udało mu się wymyślić odpowiedni pretekst.

Zdobył i-Phona, którego dawno jej obiecywał. Powiedział, że muszą się spotkać, bo przecież nie będzie wysyłał aparatu pocztą. Zgodziła się na krótkie spotkanie przed kinem.

– Co słychać? – spytał.

Wyglądała przepięknie. Musiała długo siedzieć przed lustrem, aby przygotować się do ich randki-nierandki.

– W porządku.

– Jak sobie radzisz?

– Nie narzekam.

– A w pracy?

– Bez zmian.

– To dobrze.

Zamienili jeszcze kilka słów o pogodzie i zamilkli. Nie wiedział o co może jeszcze spytać, aby jej nie spłoszyć. W końcu wyjął z kieszeni najnowszego i-Phona.

– Ooo! – Otworzyła szeroko oczy i zrzuciła z twarzy maskę obojętności.

Odetchnął z ulgą i przysunął się do Kasi. Pachniała landrynkami.

– No! Obiecałem przecież, że ci załatwię, to załatwiłem.

– Dziękuję – odpowiedziała i chciała odejść.

Poszedł za nią. Kiedy zostawili za sobą te wszystkie pary czekające na film, odezwał się z wyrzutem.

– Kasiu, to nie tak miało być.

Nie zareagowała, więc złapał ją za rękę. Chciał zatrzymać ją, przedłużyć spotkanie, ale kiedy poczuł ciepło jej ciała, oszalał. Od czterech dni nie uprawiał z nią seksu. Już prawie zapomniał, że jej ciepło i landrynkowy zapach działały na niego jak dopalacze. Pociągnął ją za sobą, a kiedy znaleźli się na tyłach kina – pocałował. Najpierw delikatnie, tak romantycznie, jak lubiła. Potem namiętnie. Nie protestowała. Udawała obojętną, skupił się więc na sobie. Po kilku chwilach było po wszystkim. Zapiął rozporek i spojrzał na Kasię. Miała zaróżowione policzki i przyspieszony oddech. Jej też musiało się to spodobać. Nigdy wcześniej nie spółkowali w miejscu publicznym. Gdyby się jej nie podobało, na pewno by zauważył.

Podobało się, bo następnego dnia zapukała do drzwi jego mieszkania.

– Przeznaczenie – zagwizdał i wpuścił ją do środka.

Był tak szczęśliwy, że gdyby miał przy sobie pierścionek, na pewno by jej się oświadczył. Wszystko zaczęło się układać. Przetrzymał fazę fochów. Przeleciał Kasię i spadło jej napięcie. Przemogła się i przyszła do niego. Zaprosił ją do kuchni. Na brązowej ceracie postawił dwa piwa. Zaczął opowiadać o bezsennej nocy i o tym, że bardzo za nią tęsknił.

– Byłam na policji – odezwała się w końcu. – Musisz przestać mnie molestować. Inaczej cię zamkną.

Nie wiedział, czy żartuje, czy perfidnie kłamie, tak jak wtedy, podczas smażenia kotletów. Próbował z nią rozmawiać, ale ona ciągle mówiła o psiarni. O tym, że złożyła na niego zawiadomienie, że ją pobił, że zgwałcił, że stosował przemoc psychiczną.

*

Już trzeci dzień policja poszukuje podejrzanego o zabójstwo byłego chłopaka Katarzyny A. Mężczyzna jest uzbrojony. Jeśli ktoś z państwa go zauważy, prosimy o kontakt z najbliższym komisariatem policji. Policja apeluje o niezatrzymywanie podejrzanego na własną rękę. Może być niebezpieczny…

Nie miał wątpliwości, kto w ich związku był bardziej niebezpieczny. Kasia. Może rzuciła na niego czar? Nie zauważył, że była rasową femme fatale. Gdyby nie zobaczył jej tamtego dnia w dyskotece, wyrwałby pierwszą lepszą pannę. Zaliczyłby tyle razy, ile by się dało, a później znalazłby sobie kolejną. Przez te trzy miesiące zdążyłby zapomnieć imiona wszystkich, które weszły mu do łóżka. Żyłby zgodnie z instynktem. Seks. Polowanie. Urozmaicenie.

Ryzykowałby, ale nie cierpiał. Mógł żyć spokojnie. Na przykład w takim myśliwskim domku. Posprzątałby tu, przyniósł parę swoich gratów, a przez belki sufitowe zawiesiłby coś do podciągania się.

Tamtego dnia mógł jej nie wpuścić do domu. Nie wysłuchiwałby słów, które go raniły. Nie próbowałby zrozumieć, jak kobieta, którą wysłało przeznaczenie, mogła na niego donieść policji. Sprawa nie miałaby dalszego ciągu. Ale nie! Najpierw dla niej oszalał, potem zakochał się jak wariat. Wierzył jej i ufał. Z nikim nigdy nie miał takiej relacji jak z nią. Nawet z kuzynem, który stanowił dla niego autorytet. To Kasi zwierzał się z mniejszych sekretów. Ten największy zostawił jednak dla siebie. Nie wiedziała, że pojawiła się w jego życiu dokładnie w dniu, w którym wyszedł z więzienia. Gdyby jej powiedział, pytałaby, za co siedział. I co? Musiałby tłumaczyć jej, że za pobicie kilku gości. Zaczęłaby drążyć. A kogo? A za co? A na jak długo cię skazali? Nie chciał opowiadać o czymś, o czym już prawie zapomniał. Zresztą nie zrozumiałaby, że przypadkowe zwykłe pobicie może mieć skutek śmiertelny. Chciał też uniknąć pytania o to, jak sobie radził w zamknięciu. Jak ułożył sobie relacje z innymi więźniami? To byłyby tematy niewygodne. Zwłaszcza, gdyby wyszły z ust kobiety, dla której miał się stać aniołem.

„Zobacz, to przeznaczenie” – przypomniał sobie słowa kuzyna. – „Wyszedłeś na warunkowe, spotkałeś kobietę swojego życia. Ktoś podarował ci drugą szansę. Nie zmarnuj jej”. Nie zamierzał. Wpatrywał się w ceratę i szukał w myślach najlepszego rozwiązania patowej sytuacji.

– Wycofaj zawiadomienie – zażądał, kiedy poinformowała go, że to koniec. Nie wypiła piwa. Za to zapaliła fajkę. – Wycofaj, dopóki ładnie cię proszę.

Nie prosił, lecz żądał. Zbyt dużo miał do stracenia. Nie chciał wracać za kratki. Nie teraz, kiedy znalazł miłość swojego życia. Zza krat nie mógłby o nią walczyć. Nie mógłby jej pilnować. Nie oświadczyłby się i nie żyliby długo i szczęśliwie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?