Zabójczy pociskTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Remigiusz Mróz – Hakowy

Fot. Sławomir Mielnik


REMIGIUSZ MRÓZ

Autor „Behawiorysty”, polecanego przez Tess Gerritsen, serii „Kasacja”, „Zaginięcie”, „Rewizja” i „Immunitet” oraz trylogii „Ekspozycja”, „Przewieszenie” i „Trawers”. Jako jedyny w historii Nagrody Wielkiego Kalibru otrzymał za rok 2015 podwójną nominację. Za „Kasację” zdobył Nagrodę Publiczności Wielkiego Kalibru. Remigiusz Mróz urodził się w 1987 roku w Opolu. W szufladzie chowa podobno 30 książek (czyli więcej, niż liczy sobie lat), które tylko czekają na zredagowanie, a przy tym codziennie przebiega prawie 20 kilometrów, dba o swój wizerunek w sieci, ma świetne relacje z fanami i fankami. Do tego wszystkiego dochodzi doktorat z prawa…


I

Próbował przypomnieć sobie, co robił tamtego dnia 1993 roku. Oglądał relację z pierwszego finału WOŚP, podczas którego uzbierano dwieście milionów złotych? Słuchał „Teksańskiego”, nowego singla Hey? A może gdzieś w tle rozbrzmiewały dźwięki „Cichoszy” Turnaua? Wieczorem pewnie usiadł przed telewizorem; mógł akurat trafić na pierwsze wydanie informacji na Polsacie.

Trudno było cofnąć się w czasie, wczuć w ówczesną atmosferę niepewności, zmiany i stawiania pierwszych kroków we wciąż nowej, wciąż zmieniającej się rzeczywistości. Wiedział jednak, że musi się postarać.

– Co robisz? – zapytała córka.

Odłożył dymiącego się papierosa do szklanej popielniczki i popatrzył na Julię. Miała znaczniej więcej z niego niż z żony. Potwierdzeniem tego były niebieskie oczy i jasne włosy, ale być może jeszcze lepiej dostrzegalne były cechy charakteru, które po nim odziedziczyła. Gdyby wdała się w matkę, byłaby z natury posępna, może wręcz apatyczna. Tymczasem zdawało się, że lekki uśmiech zawsze błąka się gdzieś po jej twarzy.

Usiadła przy stole i machnęła ręką nad popielniczką.

– Tato?

– Tak… tak? Przepraszam, zamyśliłem się.

– Pytałam, nad czym pracujesz.

Spojrzał na materiały rozłożone na stole z jasnego drewna bukowego. Żona wciąż powtarzała mu, że stół bez obrusa to jak szafa bez ubrań, ale Robert się z nią nie zgadzał. Właściwie zarówno w tej, jak i w każdej innej kwestii.

– Staram się cofnąć do przeszłości – powiedział.

– Po co?

– Mamy program o zabójstwie z dziewięćdziesiątego trzeciego.

– I musisz odbębnić research za prowadzącego?

Pokiwał głową i sięgnął po papierosa. Zaciągnął się głęboko, mrużąc oczy.

– To niesprawiedliwe – oceniła Julia.

– Taka robota.

– Ty całą odwalasz, a on potem staje przed kamerą i zgarnia wszystkie zasługi.

Robertowi to nie przeszkadzało. Gdyby sam miał znaleźć się przed obiektywem, zapewne nie wydusiłby z siebie nawet słowa. Wolał stać po drugiej stronie i przyglądać się rezultatom swojej pracy. Materiały zawsze były podobne – dotyczyły tajemniczych, nierozwiązanych przestępstw sprzed lat. Zazwyczaj kończyły się postawieniem jednej czy dwóch hipotez. W tym wypadku Robert jednak nie miał zamiaru formułować żadnych przypuszczeń na temat tego, co się w istocie zdarzyło.

Zaciągnął się, a potem zdusił niedopałek w popielniczce.

– Mnie to odpowiada – odezwał się. – Przynajmniej mam życie, w przeciwieństwie do prowadzącego.

Julia powiodła wzrokiem po rozłożonych dokumentach. Właściwie nie potrzeba było obrusa, same materiały niemal całkowicie zakrywały blat.

– Ładne mi życie.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

– W dodatku musisz tkwić w przeszłości – dodała córka. – Co teraz masz na tapecie?

– Zabójstwo z Zakopanego – odparł, obracając skan jednego z numerów „Tygodnika Podhalańskiego”. – Niecodzienna sprawa, bo sprawca zabił ciężarną kobietę i jej nienarodzone dziecko, używając haka rzeźnickiego.

– Co?

Podsunął skan córce.

– Napadł ją w centrum miasta. Danuta F., bo tak się nazywała, miała dwadzieścia dziewięć lat, była już w piątym miesiącu ciąży.

Julia wzdrygnęła się. Nieraz rozmawiał z nią o sprawach, nad którymi pracował. Córka zawsze wykazywała zdrowy dystans, może nawet wykraczający poza to, co należało uznać za zdrowe. Cechował ją relatywizm moralny właściwy jej pokoleniu. Młodzi ludzie byli tak obyci ze zbrodnią, krwią, okrucieństwem i mordem, że niewiele rzeczy robiło na nich wrażenie. W przeciwieństwie do ich rodziców czy dziadków, obcowali ze śmiercią w wymiarze indywidualnym, nie globalnym. Podczas gdy poprzednie pokolenia były przyzwyczajone do masowych grobów, światowych konfliktów czy wojen, obecne zanadto zaznajomiło się z osobistymi tragediami.

Teraz jednak Julia zdawała się głęboko poruszona. Robertowi przemknęło przez myśl, że coś jest na rzeczy.

– Mieszkała w Nowym Targu, jakieś dwadzieścia kilometrów od Zakopanego – podjął. – Pojechała tam, żeby odwiedzić matkę i wypożyczyć z biblioteki książki o rodzicielstwie. Znajomi odradzali jej to ze względu na zaawansowaną ciążę, ale… co się mogło stać?

Córka wbijała wzrok w gazetę, ale nie przesuwała nawet wzrokiem po tekście. Przez chwilę milczała, jakby potrzebowała namysłu, zanim w ogóle zacznie rozważać tamte zdarzenia.

– Co się wtedy stało?

Robert nabrał głęboko tchu.

– Wydano pierwszy numer „Secret Service”, Kwaśniewski został przewodniczącym SdRP, Czechosłowacja się rozpadła, w Polsce wprowadzono podatek VAT, a Bill Clinton został zaprzysiężony na…

– Tato.

– Wybacz – odparł z bladym uśmiechem. – Naprawdę muszę wczuć się w klimat.

– To włącz sobie na YouTube „Disco Relax” albo „Familiadę”, a mnie po prostu powiedz, co…

– Te programy weszły dopiero w dziewięćdziesiątym czwartym.

Spojrzała na niego bykiem. Jednak pewne cechy odziedziczyła po matce. Robert odchrząknął, a potem sięgnął po kolejnego papierosa. Zazwyczaj Julia kwitowała to, mówiąc, że przybija kolejnego gwoździa do trumny, ale tym razem milczała.

Zapalił, upajając się już samym cichym sykiem palącego się tytoniu.

– Danuta umierała w męczarniach. Miała kilkanaście ran ciętych wykonanych nożem i jeden zadany hakiem. Była rozebrana, a ślady wskazywały na to, że została wykorzystana seksualnie.

– Przed, czy po śmierci?

– Przed. Ale już po zadaniu ran.

– Zwyrodnialec…

– Wyjątkowy – przyznał Robert. – Najpierw obezwładnił ją gdzieś w okolicy Równi Krupowej, a potem przeciągnął po ulicy, ułożył za krzakami i zaczął się pastwić. Trwało to dosyć długo, ale nikt nic nie widział, nikt niczego nie słyszał. Policja podejrzewała najpierw lokalnych recydywistów, ale wszyscy mieli alibi. Zajęto się więc turystami, zaczęto chodzić po pensjonatach, sprawdzać kogo popadnie… ale, mimo że sprawca pozostawił ślady biologiczne, nigdy nie trafiono na jego trop.

Julia przez chwilę się nie odzywała.

– Co ona w ogóle tam robiła?

– Poszła na zakupy, pewnie w drodze do biblioteki.

– Po coś dla dziecka?

– Wątpię. Nie znali jeszcze płci, mąż dopiero po sekcji dowiedział się, że to miała być dziewczynka.

Córka przez moment wbijała wzrok w dymiącego się papierosa. Robertowi przemknęło przez myśl, że w jej wieku palił już od pewnego czasu. Może ona także to robiła, a uwagi o gwoździach były tylko na pokaz? Przepaść między nimi zdawała się poszerzać z każdym kolejnym rokiem. Kiedyś mógł powiedzieć o niej wszystko, teraz wiedział jedynie to, co sam wydedukował lub przypadkiem dostrzegł.

Tym bardziej była to dobra okazja, aby nawiązać nić porozumienia. Wprawdzie temat nie należał do lekkich, ale skoro już udało mu się osiągnąć coś, co niewielu rodzicom się udaje – zainteresował czymś córkę – to nie mógł zrezygnować.

– Po latach zajęło się tym małopolskie Archiwum X. Policjanci przekopali się przez cztery tomy akt i okazało się, że dwa tygodnie po śmierci Danuty ktoś napadł na inną kobietę, też na Równi Krupowej.

– Ten sam człowiek?

– Jeśli wziąć pod uwagę, że wymachiwał hakiem na łańcuchu, to… nie może być co do tego żadnych wątpliwości.

– Zabił ją?

– Nie, uciekła. Ale kiedy sprawa wyszła na jaw, zgłosiła się inna kobieta. Twierdziła, że pewnej nocy wiozła do zakopiańskiego szpitala dziewczynę z ohydnymi ranami szarpanymi nogi. Małopolscy policjanci sprawdzili, ale w szpitalnym rejestrze niczego nie znaleźli. Takie to były czasy, nie wszystko się skrupulatnie notowało.

– Więc nie wiadomo, czy to było powiązane…

– Było. Kobieta podwoziła tę drugą dzień po śmierci Danuty.

Julia pokiwała głową w zadumie.

– Seryjny zabójca?

– Niedoszły – odparł Robert. – Udało mu się tylko z pierwszą ofiarą. Potem ustalono, że zgwałcił też zakonnicę, która modliła się w jednej z tatrzańskich kaplic. Zawsze atakował tak samo, za pomocą haka na łańcuchu. Zamachiwał się, zwalał ofiary z nóg, a potem szybko doskakiwał do nich z nożem. Media nazwały go Hakowym.

Córka patrzyła w milczeniu na paczkę papierosów. Robert pomyślał, że to dobry moment, aby ją poczęstować. Przekroczyliby kolejną granicę w ich relacji. Dzięki tak błahemu posunięciu w okamgnieniu staliby się dwójką dobrych znajomych, rozprawiających przy dymku na tematy, które żadnego z nich nie dotyczą.

– Może chcesz…

Sięgnęła po paczkę i sama się obsłużyła. Zapaliła, a on poczuł się nieswojo, jakby postawił krok zbyt blisko urwiska. Zaciągnęła się głęboko, fachowo. Nie ulegało wątpliwości, że to nie jej pierwszy papieros.

Odchrząknął znacząco.

– Matka będzie niezbyt…

– I nie mają żadnego tropu? – wpadła mu w słowo, stukając palcem w gazetę. – Absolutnie żadnego?

Pokręcił głową.

– Pracują nad tym od jakiegoś czasu, ale po tylu latach… – Robert urwał i położył „Tygodnik Podhalański” na miejscu. – Nawet nie mogą znaleźć pracownika szpitala, który pamiętałby tamtą dziewczynę z ranami szarpanymi.

 

– Ale mają całe mrowie nowych metod.

Z niepokojem obserwował, jak córka się zaciąga. W jakiś sposób miał wrażenie, jakby podglądał ją w dwuznacznej sytuacji. Niepokojące uczucie nie chciało go opuścić i szybko pożałował, że zgodził się, by zapaliła.

– Prawda? – dopytała.

– Tak.

– Mogą korzystać z badań DNA, tych wszystkich nowych systemów identyfikacji, analiz mechanoskopijnych, daktyloskopijnych…

Kiedy zawiesiła głos, Robert uświadomił sobie, że najwyraźniej nie przegapiła żadnego odcinka jego programu. Właściwie ten zaimek był trochę na wyrost, ale… cóż, kiedy stał za kamerą, słuchając prowadzącego, miał wrażenie, że jest jego marionetką. Uśmiechał się w duchu, bo telewizyjna osobistość najczęściej nie miała pojęcia o tym, co mówi. Mógł zawrzeć w scenariuszu największą bzdurę, a i tak poszłaby w świat.

– Rozwinęły się inne gałęzie, jak otoskopia… – ciągnęła córka.

– W tym przypadku niewiele pomoże. Otoskopijnych metod używa się głównie podczas kradzieży z włamaniem, kiedy sprawca przy…

– Przystawia ucho do drzwi czy szyby – dokończyła. – Tak, wiem.

Robert pokiwał głową z zadowoleniem. Ile córek mogło pochwalić się podstawową wiedzą śledczą w zakresie badania śladów małżowin usznych? Przeszło mu przez myśl, że wychował naprawdę ciekawą osobę. Choć żona mogłaby w tym względzie polemizować.

Przyjrzał się Julii i przez chwilę milczał.

– To wszystko ma niewielkie znaczenie – rzucił w końcu.

– Jak to?

– Godzinami rozmawiałem z tymi z policjantami. Wypytywałem ich o tajniki pracy, a przynajmniej te, które mogli zdradzić. Większości nie mogli.

– To jasne.

– Mhm – potwierdził. – Choć przy piwie i zapewnieniu, że nigdy nie upublicznię tego i owego, udało mi się dowiedzieć nieco więcej niż przeciętnemu zjadaczowi chleba.

Pociągnęła lekko papierosa i uniosła brwi.

– AFIS, baza genetyczna, ABIS… to wszystko przydatne rzeczy, ale w dawno zapomnianych zbrodniach, co innego ma kluczowe znaczenie.

Nie sprawiała wrażenia, jakby oczekiwała jakiejś przełomowej myśli. Spodziewała się pewnie, że będzie mówił o wyrzutach sumienia sprawców, którzy przez długie lata żyją w niepewności. Owszem, było to istotne – a przestępcy podczas zatrzymań często odczuwali pewną ulgę – ale nie najważniejsze.

– Więc co ma znaczenie, twoim zdaniem?

– Metoda majeutyczna – odparł. – I nie moim, a policjantów.

– Co takiego?

– To nic nowego, powinnaś o tym słyszeć. Funkcjonuje już od… bo ja wiem, może od piątego wieku przed naszą erą.

Julia popatrzyła na niego, jakby w jednej chwili z jej ojca zmienił się w jakiegoś nieznajomego uciekiniera z zakładu dla obłąkanych.

– Metodę opisał Sokrates – ciągnął. – Polega na wyciąganiu z rozmówców nieuświadomionych wspomnień. Funkcjonariusze z Archiwum X największej ilości nowych faktów dowiadują się, przesłuchując świadków. O ile uda im się odświeżyć ich pamięć, rzecz jasna.

– W przypadku Hakowego się nie udało?

– Nie. Nie było kogo pytać, nie licząc tych kobiet, które uszły z życiem. Ale ich zeznania w niczym nie pomogły.

Córka przez chwilę pocierała skronie, jakby to mogło sprawić, że jej myśli wskoczą na odpowiednie tory.

– Więc jaką hipotezę postawisz na koniec programu?

– Nie postawię żadnej.

– To będzie chyba pierwszy raz.

– Owszem. I oberwie mi się od stacji.

– A zatem może byś…

– Nie – uciął stanowczo. – Nie mam żadnej koncepcji. Nie będę zmyślał faktów.

II

Julia zamknęła się w swoim pokoju, wzięła macbooka i położyła się na łóżku. Odchyliła pokrywę i szybko wpisała hasło do systemu. Potem zanurzyła się w meandrach Wikipedii. Ojciec nie przyjmował do wiadomości, że największa na świecie darmowa encyklopedia może być źródłem rzetelnych informacji, ale ona wiedziała lepiej.

Dawno minęły czasy, kiedy na Wikipedii nie można było polegać. Od tamtego czasu kompetentni moderatorzy czuwają nad poprawnością i rzetelnością wpisów. Jakiś czas temu Julia czytała nawet, że w tamtym roku jeden z brytyjskich sądów zacytował w wydanym wyroku artykuł z Wikipedii. Zainteresowała się sprawą i okazało się, że to niejedyny taki przypadek – było ich kilkadziesiąt, może nawet kilkaset. To utwierdziło ją w przekonaniu, że nie powinna mieć oporów przed zgłębianiem wiedzy za pomocą tego portalu.

Problem pojawiał się, kiedy szukane hasło nie istniało.

Tak jak teraz, gdy wpisała w wyszukiwarce „hakowy”. W wynikach pojawiły się artykuły na temat ciągników i wychwytów kotwicowych. W drugim wypadku nie wiedziała nawet, o co chodzi.

Ani słowa o człowieku, który zabił ciężarną kobietę w Zakopanem i próbował odebrać życie kilku innym.

Uznała, że to nic nie szkodzi. Od czegoś jest przecież wujek Google, szczególnie, jeśli ciotka Wikipedia zawiodła. Julia wprowadziła odpowiednie zapytanie, a potem zaczęła przeglądać wyniki.

Treść dawnych artykułów prasowych zmroziła jej krew w żyłach. Wyglądało na to, że ojciec opisał jej jedynie ułamek tego, co w rzeczywistości się zdarzyło. Przynajmniej jeśli wierzyć mediom.

Wpadła w wir. Kiedy nie spoglądała na zegarek, miała wrażenie, że czas się zatrzymał. Kiedy na niego zerkała, okazywało się, że, zamiast minut, mijały godziny. Julia coraz bardziej zagłębiała się w sprawę, odkrywając kolejne fakty, o których ojciec nawet się nie zająknął. Z pewnością do nich dotarł, nie były zakopane gdzieś w odmętach internetu, a ogólnie dostępne. Archiwalne artykuły pochodziły sprzed tylu lat, że nikomu nie przeszło przez myśl nawet to, aby pobierać opłaty za dostęp do nich.

W końcu oderwała się od laptopa. Zamknęła klapę i przez moment wpatrywała się w ścianę. Czy mogła odkryć coś, do czego ojcu nie udało się dotrzeć? Raczej w to wątpiła. A mimo to, było tyle poszlak…

Z pewnością potrafiłaby ułożyć zborną hipotezę na koniec programu.

W końcu uznała, że przynajmniej przedstawi ojcu wyniki swojego amatorskiego śledztwa. Odłożyła macbooka na łóżko, a potem poszła do kuchni. Matka wróciła już z pracy i gotowała spaghetti. Spojrzała na Julię i uniosła brwi. Zero uśmiechu, zero sympatii. Czekała, aż to ona ją powita.

– Cześć, mamo.

Dopiero teraz uniosła kąciki ust.

– Cześć – odparła. – Jadłaś coś?

– Nie, ale…

– To siadaj, nałożę ci pół porcji.

Od kilku dni prowadziły wojnę podjazdową w kwestii jedzenia. Julia usilnie przekonywała ją, że musi zmniejszyć trochę liczbę kalorii, które dziennie przyjmuje, matka twierdziła, że to absurd, bo jest chuda jak szkapa. Julia upierała się przy dietetycznych wersjach posiłków, matka utrzymywała, że tradycyjnie – znaczy zdrowiej. Sama całe życie jadła zwykły makaron i nic złego jej nie spotkało. A Bóg jeden wie, co jest w tych wszystkich razowych pastach.

O makaronie niskowęglowodanowym z psyllium, podawanym z grillowaną cukinią, nie chciała nawet słyszeć.

– Nie, dzięki. Nie widziałaś taty?

– Jest u siebie.

Julia spojrzała na zamknięte drzwi do gabinetu. Ani chybi, ojciec siedzi pochylony nad ogromnym monitorem, na którym wyświetla cały szereg elektronicznych materiałów, znacznie bardziej rzetelnych i drobiazgowych od tego, co znalazła Julia.

– Ale naprawdę mogłabyś zjeść choć…

– Kupisz shirataki, to zjem.

– Co takiego?

– Azjatycki makaron bez kalorii – rzuciła na odchodnym, a potem otworzyła drzwi do pokoju ojca. Weszła bez zapowiedzi, choć wielokrotnie upominał ją, aby choć lekko zapukała.

Odwrócił się na krześle, posłał jej długie spojrzenie i westchnął.

– Znowu wraca sprawa makaronu? – mruknął.

– Mhm.

Spojrzała na popielniczkę stojącą na brzegu biurka. Wcześniej ojciec bynajmniej jej nie zaskoczył, proponując papierosa. Od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że byłby gotowy puścić z nią dymka. Dobrze wiedziała, że sam w jej wieku już palił, a do hipokrytów nie należał. Poza tym od jakiegoś czasu usilnie szukał sposobu, aby nawiązać z nią nić porozumienia.

Szybko uzmysłowił sobie, na co spojrzała, i wymownie pokręcił głową.

– Nie ma mowy – szepnął. – Nie, kiedy mama jest w domu.

– W porządku, w porządku.

Przysiadła na skraju biurka, innego miejsca bowiem w gabinecie próżno było szukać. Była to typowa pracownia samotnika – niewielki metraż, puste ściany, surowy wystrój i… Nie, właściwie o jakimkolwiek wystroju trudno było mówić.

– O co chodzi? – spytał ojciec.

Czyżby wyłapała w jego głosie nutę pretensji? Wydawało jej się, że tak.

– Pogrzebałam trochę w sprawie Hakowego.

– Słucham?

– Spokojnie. Nie złamałam prawa. W internecie jest wszystko.

– Wszystko i nic.

Uśmiechnęła się lekko.

– Sugerujesz, że naczytałam się bzdur?

– Tak – przyznał, przyjmując kamienny wyraz twarzy. – Research internetowy jest dla dziennikarza śledczego tym, czym chałupnicze forum medyczne dla lekarza. Diagnoza w takich wypadkach zazwyczaj jest daleka od prawdy. Żeby nie powiedzieć bzdurna.

Julia się nie odzywała. Wiedziała, że najmocniejszą bronią w jej arsenale jest milczenie.

Ojciec odchrząknął. Powoli zaczynało mu się robić głupio. Spodziewała się tego.

– No dobrze… – podjął. – Czego się dowiedziałaś?

– Że ten facet inspirował się prawdziwym klasykiem.

– To znaczy?

– Kubą Rozpruwaczem. Stąd hak.

– A wiadomo to, ponieważ… – Urwał i uniósł brwi.

– Ponieważ…

Kiedy zawiesiła głos, uświadomiła sobie, że spekulacje jakiegoś profilera to niezbyt dobre źródło informacji. Szczególnie, jeśli cała „ekspertyza” została zamieszczona na jednym z forów internetowych.

– Niech ci będzie – bąknęła. – To naciągane.

Pokiwał głową, ale nie było w tym żadnej satysfakcji.

– Dotarłam jednak do innych rzeczy.

– Tak? Jakich?

– Kierowca autobusu PKS, którym Danuta jechała do Zakopanego, twierdził, że dziwnie się zachowywała.

– Dziwnie? To znaczy?

– Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że wybiegła z autobusu na ulicę, jakby w środku się paliło. A rodzina mówiła, że od kilku dni była jakaś inna. W dodatku na Krupówkach kupiła książkę o tym, jak radzić sobie ze swoimi problemami, jak mówić prawdę i tak dalej.

– I o czym to świadczy?

– Samo w sobie o niczym.

– Ale…

– Ale okazuje się, że w noc poprzedzającą jej śmierć piła w jednym z barów. Nie mogło być z nią dobrze, jeśli zdecydowała się uwalić, mimo ciąży.

Ojciec patrzył na nią wzrokiem bez wyrazu.

– No co? – zapytała.

– To tylko plotki. Nikt tego nie potwierdził.

– Nikt? A dwaj funkcjonariusze ABW, którzy siedzieli wtedy w tym samym barze przy Zborowskiego?

– UOP-u.

– Co?

– Wtedy to się nazywało Urząd Ochrony Państwa.

– Mniejsza z nazwami. Byli tam.

– Byli pracownikami, nie funkcjonariuszami.

Ojciec najwyraźniej zaznajomił się ze źródłami, z których czerpała Julia. Nie powinna się dziwić – wprawdzie do reportera śledczego było mu daleko, ale na pewno obdzwonił wszystkie redakcje lokalnych gazet, nagabując o archiwalne wydania. Tymczasem ona miała do dyspozycji tylko Google.

– Tak czy inaczej, to podejrzane – zauważyła.

– W jakim sensie?

– Ciężarna dziewczyna kupuje książki o radzeniu sobie z własnymi tajemnicami, dziwnie się zachowuje, wyjeżdża z domu, a potem szlaja się po pubach, gdzie siedzą ludzie z UOP-u…

Zawiesiła głos, licząc na to, że ojciec dokończy. Program, który pomagał przygotowywać, żywił się takimi niedopowiedzeniami, niezbyt zawoalowanymi sugestiami i tajemniczymi zbiegami okoliczności. Julia nieraz była zakłopotana tym, jak tendencyjnie przedstawiano daną sprawę. Obawiała się, że znajomi wytkną ją palcem, śmiejąc się pod nosem z niej i ojca. Nigdy jednak nie spotkała się z żadnym ostracyzmem. Wiedziała, z czego to wynika – młodzi ludzie, jej znajomi, nie stanowili target group dla takich produkcji. Gdyby było inaczej, z pewnością skorzystaliby z okazji i nieraz sobie z niej zadrwili.

Tak czy owak, ojciec miał dobrą okazję, aby pokazać, w czym czuje się najlepiej. Na podstawie szczątkowych, niepotwierdzonych doniesień „Tygodnika Podhalańskiego” i innych lokalnych mediów mógł zbudować teorię spiskową. Lichą, ale adekwatną do medium, w którym miała się pojawić. Dla telewizji to był wyjątkowo żyzny grunt.

– No więc? – burknęła.

Wzruszył ramionami.

– Nie dziwi cię to?

– Niespecjalnie. Te elementy nie mają ze sobą jakiegokolwiek związku.

– Wykazywałeś już związek w wielu mniej przekonujących sprawach…

Ojciec odwrócił się od biurka i zgromił ją wzrokiem. Najwyraźniej nadepnęła mu na odcisk, choć dotychczas była przekonana, że nie przejmuje się walorami merytorycznymi materiałów. Liczyło się jedynie to, aby było krwawo, enigmatycznie i niepokojąco. Jeśli udawało mu się wstrząsnąć widzem, uznawał to za sukces. A prawda? Nie miała żadnego znaczenia. Była „niemożliwa do zmonetyzowania”, jak niegdyś powiedział.

 

– Teraz nie mam zamiaru tego robić. Będą same fakty.

Pokiwała głową. W zasadzie prędzej czy później musiało do tego dojść. Dan Brown też ostatecznie zaczął robić porządny research. E.L. James też kiedyś zapragnie napisać coś dobrego. Z ojcem będzie podobnie. Problem polegał na tym, że efekt najprawdopodobniej okaże się opłakany.

– Więc skup się na wymiarze seksualnym – podsunęła Julia.

– Słucham?

– Profilerzy podkreślali, że sprawca był wyraźnie skrzywiony na tym polu. Zresztą i bez ich opinii wiadomo, że skoro została znaleziona naga, to…

– Nie sądzę, aby to był główny motyw.

Wyraźnie nie chciał z nią o tym rozmawiać. Poniekąd to rozumiała – mogli razem palić papierosy, ale seks nadal pozostawał tematem tabu. Szczególnie w takim kontekście.

Mimo to nie miała zamiaru odpuszczać. A może nie mimo, a właśnie dlatego.

– A hak wbity w… no wiesz? – spytała. – To wyraźne działanie erotyczne.

– O czym ty mówisz?

– Wbił go w podbrzusze.

– Nic takiego nie zrobił.

– Tak pisali w…

– Nie wierz w to, co wypisują dziennikarzyny – zestrofował ją. – Hakowy przede wszystkim pociął ją nożem. Tylko raz użył haka, wbijając go w podudzie. Rozszarpał je niemal do kości.

Nie miała ochoty dłużej prowadzić tej rozmowy i wysłuchiwać protekcjonalnego tonu. Ojciec robił wszystko, by w średnio delikatny sposób pokazać, że jest rozczarowany tym, skąd czerpie informacje.

Julia obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju bez słowa. Usiadła w kuchni, a potem wymieniła się z matką obojętnym spojrzeniem.

– Zjesz?

– Mhm – odparła.

Opróżniając talerz wysokokalorycznego makaronu, starała się od nowa przeanalizować całą sytuację. Odrzuciła wszystkie informacje pochodzące z niepewnych źródeł i skupiła się jedynie na tym, co było wiadomo na pewno. Na tym, co policja i prokuratura podały do publicznej wiadomości.

Ułożywszy sobie wszystko od początku, sięgnęła po notes, którego matka używała do sporządzania listy zakupów. Zaczęła wypisywać od myślników wszystkie ustalenia, a potem wyrwała kartkę i położyła ją przed sobą.

Przez chwilę patrzyła na nią pustym wzrokiem.

– Jedz, bo wystygnie.

Julia nie odpowiadała.

– Słyszysz?

Podniosła spojrzenie na matkę.

– Jezus Maria, dziecko, co się stało?

III

Żona Roberta nie miała wątpliwości, że ich córka kompletnie zwariowała. Właściwie, przypominając sobie wszystko, co ostatnio się z nią działo, mogła się tego spodziewać.

Z drugiej strony Agnieszka też kiedyś była w jej wieku. Mogła zrozumieć niektóre rzeczy, a na inne spojrzeć przez pryzmat dzisiejszych czasów. W teorii było to wykonalne, w praktyce często ją przerastało.

– Dziecko, o czym ty mówisz… – jęknęła.

Julia milczała. Była blada jak ściana, a ręce się jej trzęsły. Sprawiała wrażenie, jakby przypadkiem natknęła się na rozwiązanie tajemnicy sprzed wieków, która na zawsze powinna pozostać ukryta w najgłębszych czeluściach historii.

– Julka!

Córka potrząsnęła głową.

– Przepraszam, mamo – powiedziała, a potem popędziła do swojego pokoju.

Agnieszka spojrzała na niedojedzony makaron. Biorąc wszystko pod uwagę, należało uznać, że pół porcji, to i tak niezły wynik. Obawiała się, że cały garnek pójdzie do lodówki, przeleży tam kilka dni, a potem trzeba będzie wszystko wyrzucić. Robert był zbyt zajęty przygotowywaniem programu. Ilekroć wpadał w wir pracy, niemal rezygnował z jedzenia, przegryzał coś w przelocie między jednym a drugim pokojem. Julia zaś coraz rzadziej sięgała po to, co jej przygotowywała. A jeszcze kilka lat temu…

– Mamo!

Wołanie dobiegło z pokoju córki. Agnieszka westchnęła, a potem ściągnęła rękawicę kuchenną, otarła drugą dłoń o fartuch i poszła do Julii. Drzwi były otwarte, co zdarzało się nieczęsto. Na tyle nieczęsto, że w jakiś sposób stanowiło to niepokojącą aberrację ich życia rodzinnego.

– Czytaj – rzuciła córka, wstając z krzesła.

Matka zajęła jej miejsce przed komputerem, a potem przebiegła wzrokiem po tekście. Skończywszy, spojrzała pytająco na Julię. Ta szybko włączyła kolejną stronę.

– Posłuchaj, nie mam teraz czasu na takie rzeczy.

– Przeczytaj. Proszę.

Kiedy ostatnim razem naprawdę o coś prosiła? Agnieszka nie mogła sobie przypomnieć. Nabrała tchu, a potem odwiązała fartuch i przełożywszy go przez kolano, pochyliła się nad laptopem.

Przez następne pół godziny czytała to, co na ekranie wyświetlała jej córka.

Kiedy skończyła, miała wrażenie, że świat się skończył.

– On wie o rzeczach, o których nikt nigdzie nie napisał – odezwała się Julia.

– Ale…

– Na przykład o ranie na podudziu. Nikt nigdzie o tym nie wspomina. Nawet ówczesne odpowiedniki tabloidów nie idą tak daleko.

Agnieszka potarła nerwowo dłonie.

– Sprawdziłam to dwa razy.

– Julka, na Boga, co ty sugerujesz?

– Że to Hakowy.

Miała ochotę odpowiedzieć, że zwariowała, że to niemożliwe. Chciała poddać się instynktowi samozachowawczemu, który nakazywał ucieczkę w zaprzeczenie. Nie odezwała się jednak słowem.

W głębi duszy wiedziała, że córka ma rację. Człowiek, z którym żyła od tylu lat, mógł być tym, o którym pisały media.

Czas się zgadzał. Zanim zaczął pracę w krakowskiej telewizji, pracował na Gubałówce. Było to wtedy, kiedy zginęła Danuta, a kolejne kobiety padły ofiarami ataków.

Ale czy to możliwe? Czy mogłaby przez tyle lat żyć z człowiekiem, który… właściwie człowiekiem nie był? Czy bestia mogłaby ukrywać tak dobrze swoją prawdziwą naturę?

Agnieszka z trudem przełknęła ślinę. Podniosła się, popatrzyła na przerażoną córkę, a potem niepewnym krokiem skierowała się do zamkniętego pokoju męża. Zapukała, po czym weszła do środka.

Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął się do niej.

*

Występujący w opowiadaniu Robert, naprawdę nazywa się Piotr S. W 2005 roku Sąd Okręgowy w Nowym Sączu uznał go winnym zabójstwa Danuty F. Nie trafił do więzienia, uznano go bowiem za niepoczytalnego. Na nieokreślony czas został osadzony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Sprawca rzeczywiście pracował w krakowskiej telewizji, a do rozwiązania sprawy przyczynił się emitowany w telewizji program kryminalny. Po jego obejrzeniu Piotr S. pochwalił się żonie szczegółami na temat sprawy, o których nie powinien wiedzieć. Zaniepokojona kobieta zgłosiła się na policję. Zatrzymali go funkcjonariusze z Archiwum X.

Piotr S. wciąż zmieniał swoje zeznania. Do dziś nieznane są motywy, którymi się kierował. Twierdzi, że nie działał sam. ■