Wybaczam ci

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybaczam ci
Wybaczam ci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,80  59,04 
Wybaczam ci
Audio
Wybaczam ci
Audiobook
Czyta Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Remigiusz Mróz, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek, Joanna Zalewska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt okładki i stron tytułowych: Błażej Górski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Zdjęcie autora: © Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66839-83-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dedykuję temu, kto wpadł na to,

żeby położyć ananasa na pizzy.

(Zupełnie bez związku z tytułem książki).

Przeszłość nigdy nie umiera.

Właściwie nawet nie jest przeszłością.

William Faulkner

Rozdział 1

INA

Wieczór zapowiadał się przyjemnie. Z trudem potrafiłam sobie przypomnieć ostatni, który spędzałam sama. Owszem, od czasu do czasu wychodziłam bez Rafała – głównie na spotkania ze starymi znajomymi z czasów szkolnych, ale rzadko się zdarzało, by to jego nie było w domu.

Mimo że byliśmy właściwie nierozłączni i żyliśmy w udanej symbiozie, która wcale nie zdarza się tak często, cieszyła mnie perspektywa samotnego wieczoru. Przygotowałam sobie ulubione hiszpańskie wino, wybrałam muzykę i… ostatecznie sięgnęłam po telefon, by zadzwonić do Rafała.

Nie odbierał, a ja uznałam, że w którejkolwiek knajpie w Śródmieściu wylądował, pewnie jest tam zbyt głośno, by mógł słyszeć dzwonek.

Upiłam łyk wina i spróbowałam jeszcze raz.

– Hej, gówniaku – rozległ się głos, którego nie spodziewałam się usłyszeć. – Już masz syndrom odstawienia?

Odebrał nie mój mąż, ale mężczyzna, z którym wyszedł na miasto. Nazywał się Gracjan i był nie tylko wieloletnim partnerem mojej siostry, ale także moim największym wrzodem na dupie. Starłam się z nim praktycznie na dzień dobry, kiedy tylko poznaliśmy się jako gówniarze na podwórku. Zapowiadało się na burzliwą relację, przez lata jednak wykształciliśmy pewną nić sympatii – opierającą się głównie na przepychankach i docinkach.

Pewnie trochę pomogło to, że Gracjan i mój mąż bardzo szybko odnaleźli wspólny język – życie z żadną z nas bowiem nie należało do najłatwiejszych. Różniłyśmy się charakterologicznie tak bardzo, jak każde inne siostry będące w podobnym wieku, ale miałyśmy jedną cechę wspólną. Obydwie dawałyśmy popalić swoim facetom.

W kwestii ich doboru miałyśmy jednak gusta całkowicie odmienne. Rafał był człowiekiem poukładanym, zawsze zadbanym i w kondycji fizycznej tak dobrej, że każdy mój nadprogramowy kilogram był obarczony dodatkowymi wyrzutami sumienia. Miał stabilną pracę w finansach, zarabiał wcale niemało i większość kasy inwestował.

Rozsądny, dobrze wykształcony, spokojny. Oświadczył mi się dokładnie tak, jak powinien – przy naszej ulubionej piosence, w lokalu, w którym byliśmy na pierwszej randce. Szanował mnie i to, co udało nam się zbudować, i nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby zachwiać naszą przyszłością.

Typ faceta, który kupuje ci kwiaty nie tylko wtedy, kiedy się pokłócicie, ale także bez powodu. Dbał o to, żebyśmy stale mieli coś ciekawego do roboty, starannie planował wakacyjne wyjazdy – zawsze samochodem, bo nienawidził latać – i podporządkowywał wszystko temu, byśmy byli szczęśliwi.

Moja siostra najwyraźniej potrzebowała kogoś zupełnie innego. Gracjan był uosobieniem entropii, artystyczną duszą, która najbardziej obawiała się bezruchu. Nie układał planów na przyszłość, nie chciał żyć w uporządkowanym świecie. I mimo że był z moją siostrą od czasów szkolnych, ani myślał o oświadczynach.

Jego i Rafała łączyło chyba tylko to, że związali się z nami – dzisiejszego wieczoru jednak tyle najwyraźniej wystarczyło, by wyskoczyć na parę drinków.

– Ile minęło? Pół godziny od wyjścia Rafała? – dodał Gracjan. – Masz już drgawki? Bóle mięśni, zwiększoną potliwość?

– Biegunkę – odparłam. – Za każdym razem, kiedy o tobie myślę.

– To może w końcu powinnaś przestać.

– Jak tylko moja siostra przejrzy na oczy i się ciebie pozbędzie.

Gracjan wypuścił powietrze prosto w mikrofon.

– Musisz mi kiedyś wytłumaczyć, jakim cudem przeżyłaś tyle lat bez podstawowej umiejętności prowadzenia normalnej rozmowy – rzucił.

– Nie będę ci tłumaczyć rzeczy, w których masz znacznie więcej doświadczenia – ucięłam. – I gdzie mój mąż?

– Poszedł z jakąś nieznajomą do kibla.

Mruknęłam cicho, nie mając zamiaru wdawać się w dalszą wymianę prztyczków.

– Gdzie jesteście?

– Na razie w ORZO przy placu Konstytucji. A gdzie nas później poniesie, to się zobaczy.

Rzut kamieniem od Poznańskiej, przy której mieszkaliśmy. Spodziewałam się, że Rafał wybierze to miejsce, bo kiedy tylko robiło się ciepło i obsługa wystawiała stoliki na zewnątrz, spędzaliśmy tam dość dużo wieczorów.

– Brzmisz znacznie lepiej, kiedy nic nie mówisz – odezwałam się. – Więc zrób mi tę przyjemność i daj Rafała.

– Nie ma go.

– To powiedz mu, że…

– Że jego helikopterowa żona wytrzymała pół godziny bez kontroli? W porządku.

Uśmiechnęłam się bezradnie i pokręciłam głową. Miał rację. Po co w ogóle dzwoniłam dwa kwadranse po tym, jak wyszedł z domu?

– Spotkał jakiegoś znajomego – dodał po chwili Gracjan. – Zaraz wróci, poszli na moment na stronę o czymś pogadać.

Milczałam, nie bardzo wiedząc, jak wybrnąć z sytuacji, w której rzeczywiście wyszłam na co najmniej nadopiekuńczą partnerkę.

– Mogę powiadomić służby o zaginięciu, jeśli chcesz – dorzucił chłopak mojej siostry. – A ty zacznij już na wszelki wypadek drukować plakaty. Rozwiesimy je na mieście i…

– Dobra, dobra, Pabst – ucięłam.

– Ale serio, przekazać mu coś?

– Że współczuję mu dzisiejszego towarzystwa – odparłam, a potem z satysfakcją się rozłączyłam, nie czekając na odpowiedź.

Od pewnego czasu zawsze mówiliśmy sobie po nazwisku, sama nie wiem dlaczego. W jakiś sposób jednak dawało to dość dobre pojęcie o naszej relacji. On był dla mnie Pabstem, ja byłam dla niego Kobryn. Czasem zamienialiśmy to na określenia z gatunku „gówniak”, „padalec”, „smród”, „brzydal” i tak dalej.

Ja i Julia znałyśmy go od dziecka, więc właściwie nie istniał sposób, w który moglibyśmy naprawdę sobie ubliżyć.

Odłożyłam telefon i powiodłam wzrokiem po salonie, zastanawiając się, jak zagospodarować resztę wieczoru. Filmu nie włączę, bo wszystkie oglądamy razem. Z serialami identyczna sytuacja – Rafał śledził ze mną nawet Bridgertonów. Jedynym bezpiecznym wyborem była książka.

Czytałam, systematycznie opróżniając butelkę czerwonego wina z gron tempranillo, z regionu Toro. Co jakiś czas zastanawiałam się, co sprawiło, że Rafał i Gracjan po raz pierwszy wyszli razem wieczorem na miasto. We czwórkę spotykaliśmy się dość często, mnie i siostrze też zdarzało się wyskoczyć gdzieś we dwie. Ale oni nigdy nie umawiali się sami.

Może Gracjan w końcu odnalazł w sobie na tyle odwagi, żeby się oświadczyć? Moja siostra parę lat temu zrezygnowała z podejmowania tego tematu, ale Pabst musiał mieć świadomość, że jej oczekiwania się nie zmieniły.

Nie, ten człowiek wciąż był zbyt niedojrzały emocjonalnie, by zdecydować się na taki krok. Nawet jeśli w istocie nie wyobrażał sobie życia bez Julii.

Odsunęłam od siebie te myśli i skupiłam się na książce Murakamiego, który zaczerpnął tytuł z całkiem niezłej piosenki Beatlesów. Czytałam przez kilka dobrych godzin, zanim zasnęłam na kanapie w salonie.

Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Nerwowo potoczyłam wzrokiem po pokoju i przez niepokojąco długą chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Potem wszystko ułożyło się w spójną całość, a ja dostrzegłam, że dzwoni Rafał.

– Jeśli potrzebujesz kierowcy, to muszę cię rozczarować – odezwałam się. – Jestem już trochę…

– Ina – przerwał mi. – Nie uwierzysz, co tu się, kurwa, dzieje…

Na dźwięk jego roztrzęsionego głosu natychmiast odłożyłam książkę, która zamknęła się bez zakładki, i zerwałam się z fotela.

– Co? – rzuciłam. – O co chodzi?

– Jakaś kobieta zabiła się na środku placu Konstytucji.

Machinalnie rzuciłam okiem na zegarek. Druga w nocy.

– Jest policja, mnóstwo gapiów, ludzie zapalają światła w oknach – ciągnął lekko pijany Rafał.

Rzadko dało się słyszeć w jego głosie, że wypił. I jeszcze rzadziej dawał po sobie poznać, że jest rozdygotany.

– Podobno podcięła sobie żyły za jednym z samochodów i wykrwawiła się, zanim ktokolwiek ją znalazł. Próbujemy podejść, ale…

– Że co? Po jaką cholerę?

– Hm? – wymamrotał.

– Co tam chcecie zobaczyć?

 

Ludzi ciągnęło do tragedii jak ćmy do ognia, ale ja nigdy nie rozumiałam tego pędu. Byłam chyba jedną z nielicznych osób, które nie zwalniały, by przyjrzeć się wypadkowi na drodze. Nie googlałam zdjęć po katastrofach, nie szukałam filmików z zamachów terrorystycznych, egzekucji ani strzelanin.

Nie pojmowałam, po co ktokolwiek miałby to robić, dopóki nie zaczęłam przyglądać się temu od naukowej strony. Okazało się, że to wszystko kwestia natury. Bodziec w postaci informacji o jakimś wypadku aktywował ciało migdałowate w mózgu, prowadząc do włączenia się instynktu samozachowawczego. Dopiero potem do głosu dochodziła kora czołowa, gdzie ta informacja zostawała przeanalizowana.

U pierwszych ludzi musiało to być pomocne. Wszystkie tragedie, które się wydarzały, miały miejsce w najbliższym otoczeniu i zazwyczaj stanowiły bezpośrednie zagrożenie. Trzeba było natychmiast dowiedzieć się o nich jak najwięcej, by ich uniknąć. Natura jednak jak zawsze nie nadążała za zmianami cywilizacyjnymi, więc nawet informacja w necie o brutalnej egzekucji gdzieś w górach Hindukuszu aktywowała te same odruchy co atak drapieżnika u pierwszych homo sapiens.

Nie powinnam więc dziwić się Rafałowi i Pabstowi, że postanowili przyjrzeć się sytuacji, szczególnie że z pewnością byli już pijani.

Ze mną było podobnie. Tym razem poddałam się instynktowi, usiadłam przed laptopem i puściłam w ruch Google.

– Daj spokój – rzuciłam do słuchawki, przeglądając pierwsze wyniki. – Wracaj do domu.

– Chcemy tylko…

– Co? – ucięłam. – Zobaczyć martwą dziewczynę?

Znieruchomiałam, kiedy okazało się, że na TVN Warszawa pojawiły się już pierwsze relacje. Zanim Rafał i Gracjan zorientowali się, co się dzieje, musiało minąć trochę czasu.

Na zdjęciach tradycyjnie nie było widać praktycznie niczego. Grupa ludzi, rozmawiający ze sobą funkcjonariusze, taśmy policyjne. Rzeczywiście wyglądało na to, że zgromadziło się sporo gapiów, jakby była to największa atrakcja piątkowego wieczoru.

– Może masz rację – odezwał się Rafał i głęboko westchnął, lekko zażenowany własną chorą ciekawością. – Znajdę Gracjana i się zwijamy.

Potaknęłam, a potem się rozłączyliśmy. Skupiłam się na kolejnych wynikach w wyszukiwarce i trafiłam na jakiś post na Facebooku. Z opisu wynikało, że ktoś zrobił dziewczynie zdjęcie, zanim przyjechała policja.

Wiedziałam, że nie powinnam klikać. Byłam przekonana, że tego nie zrobię.

Coś jednak sprawiło, że to zrobiłam.

I w tym jednym momencie wszystko się zmieniło.

Szybko przekonałam się, że jestem nie na swoim, ale na Rafała koncie na Facebooku. Musiał zapomnieć się wylogować, co właściwie nigdy mu się nie zdarzało. Dbaliśmy o swoją sferę prywatności, wychodząc z założenia, że to jeden z fundamentów zdrowego związku.

Zdjęcie zostało usunięte, zawartość nie była już dostępna. Trudno. Takie rzeczy zazwyczaj znikały szybciej, niż się pojawiały, zupełnie jakby Facebook miał specjalne, zawsze czujne komando do wyszukiwania nieodpowiednich treści.

Powinnam była od razu się wylogować, ale moją uwagę przykuła czerwona jedynka przy ikonie skrzynki odbiorczej, oznajmiająca, że Rafał dostał wiadomość.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby kliknąć.

Zobaczyłam zdjęcie ślicznej młodej dziewczyny, która nazywała się Monika Marczewska. Już na miniaturce było widać, że mogłaby z powodzeniem startować w konkursach piękności, więc zerknięcie na wiadomość stało się natychmiast moim największym obowiązkiem.

Kliknęłam i zamarłam. Nie było żadnego wątku rozmowy, żadnej wcześniejszej wymiany zdań. Jedynie krótki przekaz od dziewczyny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników w postaci emoji.

„Wybaczam ci”.

Zamrugałam kilkakrotnie, od razu przyjmując wersję, że to jakaś pomyłka. Szybko oznaczyłam wiadomość jako nieprzeczytaną, wylogowałam się i wstałam od laptopa.

Nalałam sobie wina do kieliszka, obeszłam dwukrotnie salon, a potem zrobiłam jedyne, co wydawało się naturalne: wpisałam „Monika Marczewska” w wyszukiwaniu Facebooka na swoim koncie. Weszłam na profil z nadzieją, że dowiem się czegokolwiek.

Ten jednak był dostępny wyłącznie dla znajomych. Nie mogłam sprawdzić wieku, miejsca zamieszkania ani postów, które wrzucała. Jedyne, co mi pozostało, to zdjęcie profilowe.

Zaczęłam szukać czegoś więcej w internecie, nie znalazłam jednak niczego na temat dziewczyny. Wszędzie ta sama piękna fotografia, która zdążyła mi się już wypalić w umyśle. Zanim się zorientowałam, Rafał wrócił do domu, a ja nagle poczułam się, jakbym robiła coś zdrożnego.

– Kurwa, ale szaleństwo – rzucił na powitanie, ściągając buty. – Morze krwi. Podobno ta kobieta poderżnęła sobie żyły nie w poprzek, ale wzdłuż.

– Jezu… Czyli wiedziała, co robi.

Rafał pokiwał głową, podchodząc do mnie. Pocałował mnie w czubek głowy, zerknął na ekran laptopa i jak gdyby nigdy nic oznajmił, że weźmie szybki prysznic.

– O tej porze? – spytałam.

Wzruszył ramionami i poszedł do łazienki, a ja zostałam sama ze swoimi myślami. Poczułam się dziwnie, bo zamiast pogadać o tym, co się wydarzyło, zbyliśmy to paroma słowami.

Rafał wyszedł jednak spod prysznica tak szybko, że nie miałam okazji się nad tym zastanowić. Zresztą moje myśli krążyły teraz wokół innego tematu. Nie wiedziałam, jak do niego podejść, ostatecznie więc uznałam, że najlepiej będzie zrobić to wprost.

– Dostałeś wiadomość na Fejsie – odezwałam się. – Zobaczyłam przez przypadek.

– Nie wylogowałem się? – rzucił bezwiednie, nalewając sobie wody.

– Ano nie.

– I co to za wiadomość?

– O treści „wybaczam ci”.

Napił się i spojrzał na mnie zupełnie zwyczajnie, jakby nie rozumiał, dlaczego w ogóle mu o tym mówię i z jakiego powodu przeciągam podawanie mu informacji.

– I?

– Pochodzi od jakiejś dziewczyny, Moniki Marczewskiej.

– Nie znam.

Nalał wody do drugiej szklanki i podał mi ją, a ja odebrałam to jako sugestię, że wina wypiłam dziś dostatecznie dużo. Może miał rację. Zamiast podjąć wątek kobiety, która odebrała sobie życie kilkadziesiąt metrów od knajpy, w której siedział mój mąż, zajmowałam się jakimś drugorzędnym tematem.

Rafał jednak po prysznicu zdawał się zupełnie zapomnieć o tamtym zdarzeniu.

– Jesteś pewien? – zapytałam.

Znów wzruszył ramionami.

– Nie kojarzę – powiedział. – Czekaj, zobaczmy tę wiadomość.

Zalogował się, po czym długo przyglądał się zdjęciu, które zdążyłam poznać na pamięć. Wydał z siebie cichy pomruk, jakby starał się coś sobie przypomnieć.

– Hmm… – mruknął zalotnie. – Nie mogę przesądzić na sto procent, ale wydaje mi się, że chybabym pamiętał kogoś takiego.

Uderzyłam go lekko w ramię.

– No co? Niezła jest. Chociaż nie tak jak moja żona.

– Dobra odpowiedź.

– Która kwalifikuje się jako początek gry wstępnej?

Uniosłam brwi z niedowierzaniem, a potem wskazałam na laptopa.

– O ile wyjaśnisz mi, dlaczego ona do ciebie pisze.

– Nie wiem – odparł, patrząc mi prosto w oczy. – Pewnie się pomyliła.

Zamknął laptopa, zanim zdążyłam cokolwiek dodać, a potem ujął mnie za ręce i lekko podniósł. Jego dotyk, spojrzenie i bliskość zrobiły swoje. W połączeniu z alkoholem sprawiły, że dość szybko przestałam myśleć i o zdarzeniu na placu Konstytucji, i o dziewczynie.

Wszystko zmieniło się rano, kiedy usiadłam przy laptopie i zobaczyłam informację o samobójstwie na głównej stronie NSI.

Artykuł był opatrzony zdjęciem denatki, które dobrze znałam. Jedynym dostępnym w internecie ujęciem Moniki Marczewskiej.

Rozdział 2

Rafał nadal nie wstawał z łóżka, a ja zaczynałam odchodzić od zmysłów. Informacji na temat zdarzenia nie było wiele, policja nie podawała szczegółów. Gdzieś przewijały się pierwsze doniesienia o tym, że dziewczyna nazywała się Monika i miała dziewiętnaście lat.

Po nerwowym krążeniu po mieszkaniu w końcu znów usiadłam przed laptopem. Włączyłam Facebooka, ale okazało się, że tym razem użytkownik został wylogowany.

Jak? Kiedy?

Przecież Rafał przy mnie zamykał laptopa na moment przed tym, jak poszliśmy do łóżka. Potem wstawał tylko do toalety, nie wchodził nawet do salonu.

Może system wylogował go automatycznie? Nie, to nie miało żadnego sensu.

W końcu uznałam, że nie wytrzymam dłużej z tymi pytaniami. Weszłam do sypialni i lekko poklepałam męża po ramieniu. W wąskich szczelinach między powiekami zobaczyłam niebieski odcień jego oczu, które spoglądały na mnie z miłością.

Przeciągnął się w uroczy sposób, który zdawał się sugerować, że chciałby cały dzień spędzić w łóżku. Jego wyraźny komfort znikł, kiedy uświadomił sobie, że patrzę na niego z niepokojem.

– Co jest? – spytał, odrzucając kołdrę.

– Ta dziewczyna, która wczoraj zabiła się na placu Konstytucji…

– No?

– To ta sama, która wysłała ci wiadomość.

Rafał wbijał we mnie nierozumiejący wzrok. Może powinnam dać mu więcej czasu, żeby się rozbudził?

– Że co? – wypalił.

– Monika Marczewska. Jej zdjęcie jest dzisiaj we wszystkich newsach.

– O czym ty mówisz?

Podniósł się i szybkim krokiem skierował się w stronę laptopa. Kiedy na własne oczy zobaczył, że mam rację, obejrzał się przez ramię z szokiem wymalowanym na twarzy.

– To jakiś żart – odezwał się. – Dlaczego niby…

Urwał i potrząsnął głową.

– Chcesz powiedzieć, że ta Monika najpierw wysyła mi wiadomość, a potem popełnia samobójstwo obok knajpy, w której akurat siedzę?

Nie czekał na odpowiedź, potrzebował tylko zwerbalizowania tego, co zaczynał rozumieć jego zaspany umysł.

– Jak to możliwe? – rzucił.

– Nie mam pojęcia.

– I kim ona w ogóle jest? Dlaczego miałaby pisać do mnie przed śmiercią?

Też chciałabym znać odpowiedź na to pytanie, skwitowałam w duchu.

Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam być bardziej podejrzliwa względem męża. Nigdy nie dawał mi powodów. Przecież poza wczorajszym wypadem nigdy nawet nie wychodził sam z domu wieczorami. Większość rzeczy robiliśmy razem, spędzaliśmy ze sobą każdą chwilę. Julia i Gracjan nie bez powodu kpili sobie z nas, że z pewnością do kibla też chodzimy w tym samym czasie.

Nawet gdyby chciał mieć na boku jakąś dziewiętnastolatkę, nie miałby jak.

Szybko skarciłam się za nieuprawnione i krzywdzące wobec niego myśli. Mimo wszystko nie mogłam zignorować pewnego znaku zapytania.

– Chciałam jeszcze raz zerknąć na jej profil na Facebooku – odezwałam się. – Ale jesteś już wylogowany.

– Hm? To zaloguj się na swoje konto.

– Jasne, tylko…

– Co?

– Jak szliśmy spać, wciąż byliśmy na twoim. Jestem pewna, że się nie wylogowaliśmy, zanim zamknąłeś klapę laptopa.

Rafał przez moment przypatrywał mi się w milczeniu.

– Ina – odezwał się. – Czy ty coś sugerujesz?

– Tylko mówię.

– Ale co konkretnie? Że wstałem w środku nocy, żeby wyjść z Fejsa?

W jego głosie nie było pretensji, bo nie należał do osób, które łatwo było urazić. Właściwie trudno mi było przypomnieć sobie choć jedną sytuację, w której strzeliłby focha. Nie lubił tracić czasu na takie rzeczy.

– Po co miałbym to robić? – dodał. – Przecież widziałaś już wiadomość i…

– Wiem, wiem.

– Musiało samo się wylogować.

Nie przypominałam sobie, żeby kiedykolwiek tak się stało, ale na dobrą sprawę nie miałam jak się o tym przekonać – zawsze wychodziłam z konta, zanim zamykałam laptopa, bo oboje z niego korzystaliśmy.

Rafał wciąż patrzył na mnie badawczo, jakby nie mógł przesądzić, co dzieje się w mojej głowie.

– Zresztą jakie to ma znaczenie? – dorzucił, pochylając się nad klawiaturą. – Zaraz wejdę znowu.

Wklepał szybko login i hasło, a potem wyświetlił skrzynkę odbiorczą. Wiadomość wciąż tam była, przypominając nam, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.

Kliknęłam na imię i nazwisko dziewczyny i weszłam na jej profil. Nie miało to żadnego sensu, bo wciąż był dostępny wyłącznie dla znajomych.

Naraz jednak uświadomiłam sobie, że coś mi nie pasuje. W miejscu, gdzie powinien widnieć przycisk „Dodaj”, znajdował się „Wyślij wiadomość”.

– Co, do kurwy nędzy… – wypaliłam. – Masz ją w znajomych?

– Co?

Znów się pochylił i wbił nierozumiejący wzrok w ekran.

– Rzeczywiście… – przyznał. – Ale nic nie widać poza jej profilowym.

 

Widocznie miała wszystko poukrywane także dla ludzi, z którymi utrzymywała kontakt. Może udostępniała treści na swoim profilu jedynie osobom pozostającym z nią w bliższych relacjach.

Jakkolwiek by było, nie to interesowało mnie teraz najbardziej.

– Możesz mi to wyjaśnić?

– Ale…

Rafał zdawał się nawet bardziej zaskoczony niż ja.

– Ale ja nigdy nie przyjmowałem zaproszenia od nikogo takiego.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w całym tym szaleństwie nie pomyślałam, że wiadomość nie wpadła do „Innych”. Znajdowała się w skrzynce odbiorczej, gdzie lądowały te pochodzące od znajomych.

– To jakim cudem masz ją na liście? – spytałam.

– A ja wiem? Może przyjąłem zaproszenie ileś lat temu, nie sprawdzając, kto je w ogóle wysyła. Zobaczyłem ładną dziewczynę i…

– Ona ma… miała dziewiętnaście lat, Rafał.

Potarł mocno skronie i opuściwszy dłoń, spojrzał na mnie przeciągle.

– Racja – przyznał. – No to może rok temu, nieważne. Mogłem zrobić to bezwiednie, po winie, zaspany, padnięty po robocie… Możliwości jest sporo.

Przez moment milczeliśmy.

– Ale do ciebie żadna nie przemawia, co? – rzucił.

Nie bardzo wiedziałam, jak na to odpowiedzieć. Oczywiście, że mu ufałam, ale jednocześnie nie miałam zamiaru go o tym zapewniać. To powinno rozumieć się samo przez się.

– Do mnie właściwie też nie przemawia – przyznał ciężko.

– Hm?

– Raczej pamiętałbym, że jakaś młoda dziewczyna wysłała mi zaproszenie.

Błądził wzrokiem po pokoju, sprawiając wrażenie coraz bardziej zagubionego. W końcu potrząsnął głową, usiadł obok mnie i przysunął sobie laptopa.

– Co robisz?

– To, do czego powinniśmy zabrać się na początku.

Wszedł na niemal pusty profil Moniki, a potem kliknął trzy kropki pod prawym rogiem jej zdjęcia w tle. Wybrał „Zobacz znajomość”, a mnie dopiero wówczas olśniło. Facebook miał przecież funkcję pokazywania, kiedy dana osoba została dodana do znajomych.

W przypadku Moniki Marczewskiej stało się to w marcu 2015 roku.

– Niemożliwe – odezwał się Rafał i odsunął od stołu. – Przyjąłbym zaproszenie od jakiejś nieznajomej trzynastolatki?

– Raczej nie – przyznałam.

Spojrzeliśmy na siebie niepewnie, jakby w jednym momencie naszło nas, że coś jest tu bardzo nie w porządku.

– Może wysłała ci zaproszenie jako ktoś inny? – podsunęłam.

– Co masz na myśli?

– No wiesz, coś jak z tymi fejkowymi fanpejdżami. Znajomy prosi cię, żebyś zaobserwował stronę „Wspieram stojących pod Trybunałem protestantów”, po paru tygodniach zmienia nazwę na „Popieram księży molestujących ministrantów”, a ty orientujesz się rok później, kiedy ktoś na to trafia.

Rafał potarł nerwowo kark.

– Zawsze sprawdzasz ludzi, którzy wysyłają ci zaproszenia?

– Nie zawsze – przyznał. – Ale muszę chociaż kojarzyć, kto to.

– Może kojarzyłeś. Może wybrała kogoś, kogo mógłbyś znać.

– Ale po co miałaby to robić?

– Nie wiem – powiedziałam z niepokojem.

Wyglądało to coraz bardziej podejrzanie, zupełnie jakby ktoś starał się wrobić Rafała w… właściwie w co? Fakt, że dziewczyna zostawiła mu wiadomość przed śmiercią, o niczym nie świadczył. Wyglądał podejrzanie, ale nie mógł być w żaden sposób użyty przeciwko mojemu mężowi.

Chyba że coś przeoczyliśmy.

– Dobra – odezwał się. – Nie ma sensu tego roztrząsać.

– Sama nie wiem… Wszystko to jest trochę niepokojące, nie sądzisz?

– Dlaczego?

– A jeśli to jakoś wyjdzie na jaw? – spytałam.

– Co konkretnie?

Spojrzałam na niego wzrokiem, który dobrze znał – i który oznaczał, że czas na głupie pytania się skończył.

– Jak miałoby wyjść? – dodał. – I co miałoby się przez to stać?

Wzruszyłam lekko ramionami.

– Postawi cię to w nieciekawym świetle – powiedziałam. – Klienci z pewnością tego nie zignorują.

Wiedziałam, że w jego profesji reputacja jest wszystkim. Pracował w dużym funduszu hedgingowym, obracał ogromnymi środkami finansowymi i musiał cieszyć się zaufaniem ludzi, którzy mu je powierzali. Wyniki okresowe przemawiały za jego kompetencjami, ale nieposzlakowana opinia była warunkiem sine qua non tego, by pozwolić komuś inwestować swój majątek.

– Dziewiętnastolatka ci wybacza, a potem odbiera sobie życie, podczas gdy ty siedzisz kilkadziesiąt metrów dalej – dorzuciłam. – To PR-owy koszmar.

– Mógłby być – przyznał. – Ale nikt o tym nie wie.

– Chyba że ktoś chce cię w coś wrobić – uparłam się. – A w takim układzie z pewnością ma plan, jak tego dokonać.

Rafał nabrał głęboko tchu, przez chwilę trwał nieruchomo, a potem rzucił okiem na zegarek. Wiedziałam, że zaraz zaproponuje, żebyśmy zjedli śniadanie, bo na pusty żołądek źle się myśli. Potem powie, żebyśmy nie psuli sobie soboty płonnymi rozważaniami i zrobili to, co zaplanowaliśmy.

Nie pomyliłam się.

Tego dnia, jak co sobotę, mieliśmy włożyć rowerowe ciuchy i wybrać się na długą wycieczkę wzdłuż Wisły. Zazwyczaj wjeżdżaliśmy na Wybrzeże Kościuszkowskie przy moście Poniatowskiego, a potem skręcaliśmy w lewo i jechaliśmy tak długo, jak tylko się dało. Docieraliśmy do Lasu Bielańskiego, a z niego przez Młociny dostawaliśmy się do Kampinosu.

Czasem zawracaliśmy dopiero po dwudziestu pięciu lub trzydziestu kilometrach. Oboje potrzebowaliśmy tego oczyszczenia po całym tygodniu pracy, a tym razem z pewnością przydałoby się nam bardziej niż zwykle.

W pełnym rynsztunku napełniłam dwa bidony, a potem postawiłam je na kuchennym blacie i westchnęłam.

– Dobrze nam zrobi ten wypad – odezwał się Rafał, jakby potrafił czytać w moich myślach.

– Wiem – przyznałam. – Ale wiem też, że niczego nie rozwiąże.

– Przynajmniej trochę się rozbudzimy.

– I? Wpadniemy na to, o co chodzi?

Podszedł do mnie, położył mi dłonie na policzkach i przez chwilę patrzył mi prosto w oczy. Potem pocałował mnie długo i spokojnie. Miał świadomość, że właśnie tego w tej chwili potrzebowałam.

Mimo to nie miałam zamiaru pozwolić, by spacyfikował mnie w taki prosty sposób.

– Musimy ustalić, kim ona była i dlaczego się z tobą kontaktowała – rzuciłam. – Zanim policja do tego dojdzie.

Rafał nagle uniósł brwi.

– Policja?

– Z pewnością będą sprawdzać, czy to rzeczywiście samobójstwo – powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu. – A więc przyjrzą się mediom społecznościowym i raczej nie umknie im, że tuż przed śmiercią wybaczyła coś starszemu od siebie facetowi.

– Kurwa… Masz rację.

Sprawiał wrażenie, jakby dopiero teraz uderzyła go ta świadomość. Mnie nie dawała spokoju właściwie od samego początku.

Rafał zaczął chodzić po kuchni, a ja nie bardzo wiedziałam, co mogę dodać.

– Pod względem prawnym to bez znaczenia – odezwał się.

– Znaczy?

– Mam alibi, w ORZO oprócz Gracjana widziało mnie mnóstwo osób.

– No tak.

Sam fakt, że wspomniał o alibi, sprawił, że zaczęło przewracać mi się w brzuchu. Czy naprawdę wisiało nad nim widmo jakiegoś śledztwa? Nie, z pewnością nie. Policja potwierdzi, że było to samobójstwo, i może nawet nie będzie szukać mojego męża.

– Ale co, jeśli ktoś rzeczywiście stara się mnie wrobić? – podjął. – Mogą spreparować jakieś dowody.

Potrząsnęłam głową, starając się myśleć racjonalnie. Rafał nic nie zrobił, nikomu nie podpadł. Nikt go w nic nie wrabiał. Doszło do jakiejś pomyłki, może do zbyt wielu zbiegów okoliczności, to wszystko.

Spojrzeliśmy na siebie w tak znaczący sposób, że nie mieliśmy wątpliwości, iż myślimy dokładnie o tym samym.

Czułam, że powoli się uśmiecham, i widziałam, że jego kąciki ust też wędrują w górę. W jednej chwili oboje parsknęliśmy.

– Kompletnie nam odbiło – powiedział Rafał, znów do mnie podchodząc.

– No. Zaraz dojdziemy do wniosku, że trzeba włożyć na głowy folię zamiast kasków, bo inaczej 5G usmaży nam mózgi.

– I że rządzą nami reptilianie.

Przytuliliśmy się, a ja na moment zamknęłam oczy, starając się celebrować tę chwilę.

Mieliśmy piękne życie – nie idealne, ale dokładnie takie, jakie powinny prowadzić dwie osoby zamierzające spędzić ze sobą resztę życia. Potrafiliśmy urządzać sobie romantyczne wieczory, opowiadać głupie dowcipy, robić jaja ze wszystkiego, razem rozwijać hobby i kochać się, jakby miało nie być jutra. W dodatku od jakiegoś czasu oboje czuliśmy, że pora na powiększenie rodziny. Dostałam cały pakiet.

I dopiero tego dnia uświadomiłam sobie, że gdyby z jakiegoś powodu przepadł, chybabym się nie pozbierała.

Zeszliśmy na dół i wystawiliśmy rowery na ulicę, kiedy rozległ się dzwonek telefonu Rafała. Spojrzał na wyświetlacz niepewnie, jakby nie spodziewał się niczego dobrego.

– Kto to? – spytałam.

Nabrał głęboko tchu.

– Nie ucieszysz się.

– Nie mów… – rzuciłam i urwałam, kiedy odebrał.

Odszedł kawałek z komórką przy uchu, a ja doskonale wiedziałam, z kim rozmawia. Teoretycznie pracował tylko w tygodniu, ale miał trzech klientów tak znaczących i dużych, że musiał być praktycznie na każde skinienie.