Szepty spoza nicości

Tekst
Z serii: Seweryn Zaorski #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Weszli do środka, a on chwilę się wahał, zanim włączył światło. Kiedy niewielka piwnica się nim wypełniła, Burza zobaczyła coś, co przywodziło jej na myśl ołtarz poświęcony Hitlerowi i nazistom.

– Ja pierdolę… – wypalił Seweryn.

Na ścianach wisiały czerwone sztandary NSDAP ze swastykami, między nimi znajdowały się podłużne proporce z czarnymi krzyżami, a w gablotach pod ścianą widoczne były hitlerowskie noże, przypinki, opaski na ramię i inne eksponaty. Symbole runiczne SS od razu rzucały się w oczy, a trupie czaszki sprawiały, że powietrze w piwnicy zdawało się naelektryzowane.

Kaja przesunęła wzrokiem po naszywkach przedstawiających inne runy stosowane przez nazistów. Wśród nich bez problemu rozpoznała eif i wolfsangel.

– Co to jest? – wydusiła.

– Moje muzeum.

Burza spojrzała na Pecha jak na wariata.

– To wszystko eksponaty, pamiątka historii – dodał szybko. – Kiedy znajdują się w publicznym budynku, nikt się nie bulwersuje, ale kiedy stanowią prywatną kolekcję, od razu…

– To jakaś pieprzona kapliczka – przerwała mu Kaja.

– Nie tylko – zauważył Zaorski, wskazując niewielką pryczę w rogu pomieszczenia.

Tuż obok niej znajdowała się turystyczna lodówka i skrzynka robiąca za stolik, na której stały butelka wody i czajnik.

– Przyjmuje pan tu gości? – rzucił Seweryn.

Bynajmniej na to nie wyglądało. Przeciwnie, sprawiało to wrażenie naprędce skleconego miejsca do spania dla niespodziewanego gościa.

– Nie – odparł Ciechosław.

– Ale ktoś ostatnio się tu zatrzymywał.

Kaja przykucnęła i dostrzegła pod łóżkiem niewielki plecak kostkę.

– Sieradzki? – naciskał Zaorski.

– Posłuchajcie, ja naprawdę nie mam nic wspólnego z…

– Spał tu czy nie?

– Jeśli nawet, to nie przestępstwo.

Burza powiodła wzrokiem po pomieszczeniu i się podniosła.

– Nie – przyznała, zbliżając się do Pecha. – Ale zatajanie tego faktu przed organami ścigania to już zupełnie inna kwestia.

– Niech pan mówi – rzucił Seweryn. – Zatrzymał się tutaj?

Lekkie skinienie głowy.

– Dlaczego pan o tym nie wspomniał?

– Nie chciałem kłopotów… Wiem, jak to wszystko wygląda.

Zaorski stanął obok Burzy i oboje spojrzeli na nauczyciela tak, by nie miał wątpliwości, że nie odpuszczą, dopóki nie poznają prawdy.

– Znaliśmy się ze spotkań – powiedział Ciechosław.

– Jakich spotkań?

– Ludzi myślących podobnie – odparł niechętnie nauczyciel.

– Gdzie się odbywają?

– W miejscach, gdzie nie ma niebezpieczeństwa, że policja nam przeszkodzi. Zazwyczaj gdzieś na wschodzie… w okolicach Białegostoku, czasem trochę bliżej nas. Od kiedy nagrał nas ten reporter TVN24, zachowujemy większą ostrożność, całe środowisko też stało się bardziej… solidarne. Kiedy zjawił się u mnie Darek i poprosił o nocleg, nie mogłem odmówić. Rozumiecie? – spytał Pech i chrapliwie nabrał tchu. – Ja nie miałem z tym nic wspólnego. On po prostu tu przyjechał i potrzebował kwatery.

– Kiedy się zjawił? – zapytała Burza.

– Tydzień temu.

– W jakim celu?

Ciechosław otarł pot z karku, a potem starał się osuszyć rękę o i tak wilgotny bezrękawnik.

– Mówił, że ma się spotkać w okolicy z jakimiś znajomymi.

– Jakimi?

– Nie pytałem.

– I tak po prostu pozwolił mu pan tu zostać?

Pech nieznacznie wzruszył ramionami.

– Nie miałem powodu, żeby tego nie robić. To porządny młody człowiek.

Kaja bacznie mu się przypatrywała, ale nic nie wskazywało na to, by Sieradzki choć o niej wspomniał. Przepytywali go jeszcze przez chwilę, licząc na to, że dobra passa będzie trwać i wyciągną z niego kolejne informacje. Szybko stało się jednak jasne, że Ciechosław powiedział im wszystko, co wiedział.

Ostatni raz widział go trzy dni temu, kiedy jedli razem kolację. Potem Sieradzki oznajmił mu, że musi wyjechać, ale niebawem wróci. Nigdy się nie zjawił.

– Zostawił tylko ten plecak – dodał Pech, wskazując kostkę leżącą pod pryczą.

Burza zaklęła w duchu. Był to potencjalnie przydatny materiał dowodowy, o którego istnieniu nie mogła nikomu powiedzieć. Właściwie nie powinna nawet go ruszać.

Nie mając jednak wyjścia, usiadła na pryczy i otworzyła plecak.

Dwie koszulki, para jeansów, trochę bielizny, ładowarka do telefonu i książka owinięta w jednorazową torebkę ze spożywczaka. Burza odpakowała ją i zobaczyła coś, czego się nie spodziewała.

Nie była to zwyczajna książka, tylko stary wolumen przywodzący na myśl egzemplarz muzealny. Okładka była twarda, ale popękana, nie było na niej tytułu ani autora. Kiedy Kaja ją otworzyła, zorientowała się, że to właściwie nie książka, ale odręcznie spisany pamiętnik.

– Co to jest? – spytała.

Pech podszedł do niej i podrapał się po czole.

– Nie wiem, widzę to po raz pierwszy. Może jakiś dziennik z czasów wojny? – podsunął. – Proszę mi pokazać.

Podała mu stare zapiski, a on ujął przedmiot delikatnie, z namaszczeniem, jakby obchodził się z cennym znaleziskiem. Przez chwilę przesuwał wzrokiem po odręcznie napisanej karcie tytułowej.

– Tagebuch aus den Gräben – odczytał tytuł.

– Czyli?

– Pamiętnik z okopów. Niżej jest informacja, że był pisany w lipcu czterdziestego czwartego roku w Himmlerstadt.

Seweryn i Kaja wymienili się niepewnymi spojrzeniami.

– Tak się wtedy nazywał Zamość. Autor musiał spisywać wszystko w pośpiechu, bo Niemcy opuścili miasto pod koniec lipca. Wcześniej wysadzili kluczowe instalacje i zabezpieczyli najcenniejsze przedmioty.

– Czyli zabijali i rabowali.

Ciechosław skrzywił się tylko i nie odpowiedział.

– Jest jakaś informacja o tym, kto to napisał? – odezwał się Zaorski.

– Obersturmführer Bernhard Klaas. To stopień oficerski w SS, odpowiadający mniej więcej porucznikowi. – Pech przewrócił stronę. – Pisze, że nie wie, czy przeżyje, ale ma nadzieję, że te zapiski dotrą do jego rodziny. Matki i ojca, bo jego brat, Alex, nie żyje. Zginął w marcu tysiąc dziewięćset czterdziestego w okolicach miejscowości St. Georgen an der Gusen.

Nauczyciel wciąż drapał się po głowie, jakby to mu coś mówiło.

– O co chodzi? – spytała Kaja.

– O nic. Nazwa wydała mi się znajoma. Miejscowość zapewne znajdowała się w okolicy obozu koncentracyjnego Mauthausen – odparł Ciechosław i machnął ręką. – Dalej esesman pisze o tym, że…

Burza i Zaorski czekali, aż skończy, ale Pechowi najwyraźniej odjęło mowę. Przez moment szybko czytał kolejne wersy, potem przewrócił stronę. Wyglądał jak małe dziecko, które właśnie zorientowało się, że pod choinką czekał na niego wymarzony prezent.

– Niewiarygodne… – rzucił Ciechosław i w końcu podniósł wzrok. – To jest…

Znów nie potrafił wydusić więcej.

– Co takiego? – ponagliła go Kaja.

– Bernhard Klaas pisze tutaj o „Götterdämmerung” i… to pierwsza pisemna wzmianka na ten temat, o jakiej wiem. Dotychczas tylko przypuszczaliśmy, że ta akcja faktycznie mogła mieć miejsce, ale nigdy nie było żadnego fizycznego dowodu, żadnego potwierdzenia, żadnego…

– O czym pan mówi? – ucięła Burza.

– „Götterdämmerung”. Zmierzch bogów – powiedział z przejęciem. – Nazwa pochodzi od ostatniej części dramatu muzycznego Wagnera, w którym Walhalla zostaje zniszczona. Musieli wybrać akurat ją, bo przemawiał do nich apokaliptyczny wydźwięk Ragnaroku w kontekście tego, co działo się na froncie, i…

– Jacy oni?

Ciechosław potrząsnął głową i chyba dopiero teraz uświadomił sobie, że nie wyjaśnił, o co chodzi.

– To tajna akcja kilku esesmanów blisko związanych z Himmlerem, o której w naszych kręgach mówiło się od pewnego czasu. Większość zakładała, że „Götterdämmerung” to mit…

– I na czym ta akcja miała polegać? – zapytał Seweryn.

– Na ukryciu trzech ton złota.

– Słucham?

– Sztabki miały zostać zrabowane z całej ściany wschodniej i ukryte gdzieś w okolicy. – Pech wstrzymał oddech. – Zdajecie sobie sprawę, o jakich wartościach tutaj mówimy? Nie, widzę przecież, że nie. Jedna tona jest warta… czy ja wiem, na pewno ponad sto pięćdziesiąt milionów. Pomnóżcie to razy trzy z okładem i wyjdzie wam prawie pół miliarda złotych.

Milczeli, podczas gdy Pech ostrożnie przewracał kolejne strony. Stawał się coraz bardziej nieobecny i tak pochłonięty, że zdawał się zapomnieć o obecności dwójki gości.

– Niesamowite… – rzucił nieobecnym głosem. – Ten człowiek naprawdę to ukrył. I zostawił serię wskazówek dla swojej rodziny, by mogli odnaleźć miejsce…

Nauczyciel powoli podniósł głowę.

– Rozumiecie, co to znaczy? – powiedział rozentuzjazmowany. – Tego złota nigdy nie odnaleziono. Nigdy. Szukaliśmy go od jakiegoś czasu, ale nie było nawet jednej poszlaki, która naprowadziłaby nas na cel. A tutaj…

Postukał palcem w pamiętnik Bernharda Klaasa i zaśmiał się.

– Tutaj wszystko jest, tylko zakodowane – dokończył. – Sieradzki musiał rozszyfrować te wskazówki i ruszyć ich tropem.

Seweryn podszedł do niego i spojrzał na oprawiony dziennik, który nauczyciel wertował z pasją.

– I być może dlatego zginął – skwitował Zaorski.

11

Opuszczenie domu Pecha nie było tak łatwym zadaniem, jak Seweryn się spodziewał. Nauczyciel protestował, groził, a w końcu po prostu zastąpił im drogę, kiedy zabrali pamiętnik Klaasa i ruszyli w kierunku ulicy.

Udało im się uporać z nauczycielem tylko dlatego, że dali mu kolejne ultimatum. Burza dość sugestywnie wyjaśniła, że trop związany ze złotem nie sprowadza się już do mniej lub bardziej urojonego poszukiwania skarbów, ale do konkretnego dowodu w toczącym się śledztwie.

 

Wydawało się oczywiste, że Sieradzki zginął przez to, czego szukał – i przekonanie do tego Pecha nie wymagało wiele roboty. Kiedy zrozumiał, że wszystko musi trafić na oficjalny, urzędowy tor, w końcu pogodził się z tym, że nic nie wskóra.

Kaja ani Seweryn nie mieli jednak najmniejszego zamiaru informować kogokolwiek o odkryciu. W przyszłości – być może. Musieli jednak mieć pewność, że to w żaden sposób nie odbije się negatywnie na Burzy.

Usiedli w kuchni Zaorskiego i w końcu odetchnęli, patrząc na leżący na środku stołu dziennik Klaasa. Kaja upiła łyk kawy, ale nawet to nie sprawiło, że się rozchmurzyła.

– Nie wiem, czy dobrze robimy – odezwała się.

– To jedyny trop.

– Nie mam na myśli tego, czy nim iść – odparła. – Tylko to, czy robić to bez Pecha. Kto jak kto, ale on orientuje się w temacie.

– Zagadek i szyfrów? My radzimy sobie z nimi wcale nie gorzej.

Kaja uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.

– To wszystko jest po niemiecku, a z tego, co pamiętam, twoja znajomość tego języka jest równie wielka jak moja.

– Więc znajdziemy kogoś, kto szprecha. Albo będziemy tłumaczyć z pomocą wujka Google’a.

Zaorski nie miał zamiaru pozwolić sobie na choćby cień wątpliwości. Angażowanie Ciechosława było z pewnością złym, a potencjalnie tragicznym pomysłem. Jeśli choćby zwęszy, że z jakiegoś powodu ukrywają tożsamość Dariusza Sieradzkiego przed innymi, to on stanie się tym, który będzie mógł formułować ultimatum.

– Nie możemy ryzykować – dodał Seweryn. – Poradzimy sobie sami, jak zawsze.

Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie mogli zwrócić się do nikogo o pomoc, ale wcale jej nie potrzebowali. Ze wszelkimi innymi przeciwnościami losu uporali się we dwójkę. Teraz nie będzie inaczej.

Zaorski podniósł się, obszedł stół i otworzył laptopa stojącego obok Burzy. Potem rozłożył dziennik Klaasa i przesunął wzrokiem po tekście.

– Nie wiemy nawet, gdzie szukać wskazówek co do miejsca ukrycia złota – zauważyła Kaja.

– Wiemy.

– To nagle czytasz po niemiecku?

Nachylał się tak blisko niej, że czuł nie tylko perfumy, ale też zapach jej szamponu. Pozwolił sobie na ukradkowe spojrzenie z bliska na jej profil, a potem wrócił do pamiętnika i wskazał passus, który odróżniał się od reszty.

– To wygląda jak coś ważnego, jest wydzielone z tekstu.

– Może…

– Wpiszmy to do translatora.

Kaja skinęła głową, a grzywka opadła jej na oczy. Poprawiła ją szybko i wcisnęła enter, by znikł ekran logowania. W przeglądarce pojawiła się ostatnio otwierana przez Seweryna strona – portal informacyjny NSI.

Witryna się odświeżyła, a na samej górze pojawił się nagłówek, który sprawił, że oboje zamarli.

„Zwłoki neonazisty odnalezione w niewielkiej miejscowości na Zamojszczyźnie.

Śledczy mówią o kabalistycznych symbolach na ciele”.

– O kurwa… – jęknął Zaorski.

Kaja szybko wyświetliła pełną treść artykułu. Dalej była mowa o tym, że miejscowość Żeromice znajduje się w powiecie hrubieszowskim, niedaleko Zamościa. Autor artykułu uznał najwyraźniej, że tyle informacji wystarczy, i szybko przeszedł do konkretów. Doniósł, że sposób odebrania życia ofierze łudząco przypomina „żydowski mord rytualny”.

Burza zamknęła stronę i wyświetliła TVN24. Tam podawano jedynie fakty, nie wdając się w spekulacje, które przystawały raczej dochodzeniowcom niż dziennikarzom. Było ich całkiem sporo, przygotowano nawet grafikę przedstawiającą kabalistyczne Drzewo Życia. Próżno było szukać czegokolwiek, co wskazywałoby na żydowskie podłoże morderstwa, za to reporter NSI zdawał się już wydać wyrok.

– Jezu… – odezwała się Kaja. – To będzie katastrofa…

– Kiedy to dodali?

Przesunęła na górę i sprawdziła porę opublikowania artykułu.

– Godzinę temu.

– Czyli neonaziole już w drodze.

– Z całą pewnością.

– Ekipy telewizyjne też – dodał ciężko Seweryn i odsunąwszy sobie krzesło, usiadł obok Kai. – Będziemy tu mieli prawdziwy cyrk.

– Oby tylko cyrk, a nie krwawe igrzyska.

Zaorski zwiesił głowę. Burza miała stuprocentową rację – już po przeczytaniu powściągliwego artykułu na TVN24 każdy antysemita w Polsce natychmiast poczuje się do wymierzenia kary, nie będzie musiał nawet wchodzić na stronę NSI czy bardziej skrajne portale.

Właściwie problemy mogły zacząć się nawet bez przyjazdu gości z całego kraju. Kiedyś okoliczne miasta były zasiedlone głównie przez Żydów. W Hrubieszowie stanowili prawie siedemdziesiąt procent mieszkańców, w Biłgoraju sześćdziesiąt, w Zamościu prawie pięćdziesiąt, a w Tomaszowie czterdzieści z hakiem. Teraz sytuacja była inna, stali się mniejszością. Mniejszością, która będzie narażona na odwet nie tylko ze strony zjeżdżających tu neonazistów, ale także zwykłych mieszkańców.

Z nawałnicy czarnych myśli wyrwał Seweryna dzwonek telefonu. Kaja zerknęła na swoją komórkę, ale się zawahała.

– Ozzy?

Skinęła głową, a Zaorski natychmiast się odsunął.

– Odbierz, może to coś ważnego.

Odeszła na chwilę z telefonem, mówiła cicho, jakby obawiała się, że Seweryn będzie starał się przysłuchiwać rozmowie. Wciąż tkwił w kompletnym klinczu ze sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony zmagał się z przemożnymi wyrzutami sumienia wobec wieloletniego przyjaciela, z drugiej z potrzebą bliskości względem Burzy. To drugie wiązało się też z niemoralnym i absurdalnym przekonaniem, że nic, co związane z tym uczuciem, nie może być złe.

Zaorski zdążył zrobić jeszcze jedną kawę, nim Kaja skończyła.

– Chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku – odezwała się, siadając przy stole. – W urzędzie jest już prawdziwa panika, spodziewają się najgorszego. W komisariacie podobno też, bo ludzie dzwonią albo wściekli, albo przerażeni.

Seweryn podsunął jej kubek i sam upił łyk.

– Michał wysłał patrol do synagogi, ale jak przyjdzie co do czego, kilku funkcjonariuszy niewiele zdziała. Chce też poprosić KGP o przysłanie posiłków.

– Dobry ruch. I dobrze, że tak szybko zaczyna działać.

Oboje na moment zamilkli. Telefon od męża sprawił, że atmosfera stała się ciężka, a cisza krępująca.

– Może nie będzie tak źle – odezwała się w końcu Burza.

– Może.

– Opanujemy to, zanim wymknie się spod kontroli.

Seweryn ani przez moment w to nie wierzył, ale nie miał zamiaru się odzywać.

– Wszyscy od razu zrozumieją, że to nie żaden kabalistyczny mord, tylko upozorowane na taką modłę zabójstwo.

– Nie brakuje ci wiary w ludzi.

– Bo ilu jest takich jak Pech? Z pewnością niewielu.

– Z pewnością.

Nagle zgromiła go wzrokiem, jakby to on był źródłem wszystkich problemów.

– Przestaniesz? – rzuciła.

– Przecież tylko…

– Nie masz najmniejszej nadziei na to, że uda się to zdusić w zarodku – ucięła Burza. – I jesteś przekonany, że dojdzie do rozrób, zamieszek, ogólnej agresji.

– Tego nie powiedziałem.

– Nie musiałeś – odparła z wyrzutem.

Patrzyła w jego oczy tak głęboko, że nie mógł dłużej tego znieść. Podniósł się i podszedł do okna w kuchni. Wyjrzał na ogród, który przez ostatni rok wzbogacił się o całą tonę chwastów i co najmniej dwa tuziny krecich kopców.

– Jest tylko jeden sposób, żeby to powstrzymać – odezwał się Zaorski. – I sprowadza się do znalezienia prawdziwego sprawcy.

– W takim razie trochę pechowo, że nie możemy przekazać organom ścigania jedynego konkretnego tropu, który mamy.

Seweryn obrócił się i przysiadł na parapecie.

– Poradzimy sobie sami – powtórzył.

– Ale jak?

Podszedł do stołu, otworzył dziennik Klaasa, a potem oparł się o blat. Wisiał nad tekstem, jakby mógł przeniknąć czas i przestrzeń i sięgnąć bezpośrednio do człowieka, który go napisał.

Wyodrębniony z tekstu fragment był krótki, miał tylko jedną linijkę.

„Im Pfälzdorf, H.R. Otto Mörschel, Vizefeldwebel. Finde ihn”.

– Dwa ostatnie słowa oznaczają „znajdź go”, tyle jest oczywiste.

– Tak, Otto Mörschel to imię i nazwisko, dwie wcześniejsze litery to być może jego dodatkowe inicjały – odparła Burza. – Tylko co z resztą?

– Czas googlać.

Pfälzdorf musiało być miejscem, o ile „im” znaczyło po prostu „w”, a nie miało żadnego ukrytego sensu. Seweryn uznał, że najlepiej zacząć od tego.

Po wpisaniu nazwy do wyszukiwarki od razu wyskoczyła miejscowość w Nadrenii Północnej-Westfalii, choć pozbawiona umlautu. Polskich wyników nie było, a Pfalzdorf okazał się na tyle nieistotny, że nie zasłużył nawet na anglojęzyczną stronę w Wikipedii. Dorobił się jej jednak po niemiecku.

– Liczba mieszkańców to jakieś sześć tysięcy i wygląda na to, że to jakaś dziura na północ od miasta Goch, niedaleko granicy z Holandią – powiedział Zaorski. – Google Street View brak, bo Niemcy mają bzika na punkcie zgód na utrwalenie wizerunku.

Seweryn wrzucił stronę do translatora i przebiegł wzrokiem po tekście.

– Jest coś, co nas interesuje? – spytała Burza.

– Nic. W czasach drugiej wojny światowej niedaleko wzniesiono most, dzięki któremu alianci przerzucili sporo wojsk i zajęli Zagłębie Ruhry.

– Nie ma wzmianki o żadnym Mörschelu?

– Nein.

– W takim razie googlajmy dalej.

Już po kilkunastu minutach bezowocnych poszukiwań mieli serdecznie dość. W Pfalzdorfie grała amatorska drużyna piłkarska VfB Alemannia, pogoda na najbliższe dni była całkiem niezła, a zdjęcia na Instagramie przedstawiały przede wszystkim rustykalne okolice i aktywność sportową mieszkańców.

– To bez sensu – odezwała się Kaja. – Sprawdźmy pozostałe elementy.

Seweryn wpisał „Vizefeldwebel”. W tym wypadku pojawiło się parę wyników w językach, których nie trzeba byłoby się uczyć latami, by zrozumieć treść strony. Nie było tego jednak wiele.

– Stopień wojskowy w Prusach i Cesarstwie – powiedział Zaorski. – Pierwszy w korpusie podoficerskim.

– No dobrze, więc mamy miejsce i jakiegoś żołnierza. Nie będzie łatwo go znaleźć, bo zapewne już się odmeldował.

– Spróbuję samo imię i nazwisko.

Wydawało się, że to drugie jest dość popularne, bo od razu pojawili się piłkarze, politycy i uczniowie. Nie było jednak bezpośredniego dopasowania z imieniem. Seweryn umieścił zapytanie w cudzysłowie, by Google szukał jedynie wyników w połączeniu z nazwiskiem.

Pojawiło się kilka trafień, w większości z amerykańskich portali zbierających dane genealogiczne. Zaorski szybko je przejrzał, ale nie trafił na nic konkretnego. Dodał inicjały „H.R.”, a potem zaczął sprawdzać je same.

– Human resources, hrabia, twardość materiału według skali Rockwella… Nic tu nie ma, Burza.

Kaja głęboko westchnęła.

– Tą drogą do niczego nie dojdziemy – powiedziała.

– Może to kwestia wytrwałości. Gość, który wynalazł gumkę, też musiał trzeć czym popadnie o kartkę papieru, zanim w końcu mu się udało.

– Nie. To nie ma sensu.

– To co proponujesz?

Wskazała wzrokiem kubek z kawą, a Seweryn spojrzał w swój.

– Jakoś nie widzę tam odpowiedzi – odparł. – Poza tym zazwyczaj bardziej pobudza mnie upuszczenie kubka z kawą niż wypicie go.

– Widocznie twój organizm się przyzwyczaił. Za dużo pijesz.

– Ja?

Zaorski zaczął chodzić po kuchni, jakby to mogło pomóc. Może nie powinni tak szybko odsuwać Pecha? Z pewnością miał większe szanse na znalezienie odpowiedzi niż oni – niewykluczone zresztą, że już do jakichś dotarł.

Nie, Seweryn przesadzał. Kiedy Ciechosław czytał ten fragment, był tak samo skonsternowany jak oni teraz. Nic mu to nie mówiło.

– Zastanówmy się – rzuciła Kaja.

– Tak dla odmiany?

Posłała mu pytające spojrzenie.

– Zazwyczaj tego nie robimy, kiedy jesteśmy sami.

– Seweryn…

– Dobra, dobra – uciął i przysiadł na stole obok krzesła Burzy. – Zastanawiajmy się więc.

W domu zaległa cisza, dzięki której zdawało się, że cały świat na zewnątrz się obudził. Dochodziły ich odgłosy ptaków, szumiących drzew i szczekającego gdzieś w oddali psa.

– Tylko nad czym? – podjął Zaorski.

Kaja obróciła się do niego.

– Klaas polecił znaleźć Otto Mörschela – powiedziała. – Ale już kiedy to pisał, facet mógł nie żyć. Jeśli służył w armii cesarskiej, minęło sporo czasu, poza tym…

 

– Śmiertelność takich podoficerów była dość wysoka.

Właściwie dużą część zmiotła pierwsza wojna światowa, a Klaas pisał te słowa pod koniec drugiej. Było wysoce prawdopodobne, że człowiek, o którym wspominał, faktycznie nie żył.

– Okej – rzucił Zaorski. – Więc chciał, żebyśmy szukali trupa.

– Już ci się to podoba.

– Żebyś wiedziała – odparł i uniósł kącik ust. – Chodzi o grób? O cmentarz?

– To nie byłoby najgorsze miejsce do ukrycia złota.

– Może i nie.

– Sprawdźmy mogiły w Pfalzdorfie – podsunęła Burza. – Musi być jakaś internetowa wyszukiwarka, może trafimy na to nazwisko.

Zerknęła na Zaorskiego, spodziewając się, że szybko ją poprze, ten jednak milczał w zamyśleniu.

– Hm…

– Hm? – przedrzeźniła go.

– Jak daleko jest od nas do Pfalzdorfu?

Kaja wklepała obydwa miejsca w mapy Google i pozwoliła, by system wyznaczył trasę. Od razu pokazała się szersza perspektywa, obejmująca niemal całą Europę.

– Tysiąc czterysta kilometrów – powiedziała.

– W takim razie to bez sensu. Nasz Bernhard nie targałby tylu ton złota przez cały kontynent tylko po to, żeby ukryć je w jakimś grobie. Poza tym zapiski zostawił tutaj. I Pech twierdził, że operacja „Götterdämmerung” dotyczyła tutejszych ziem.

– No tak…

Zaorski wskazał palcem nazwę miasteczka na mapie.

– Cały czas wyskakuje nam Pfälzdorf bez umlautu – zauważył. – Może nie o tę miejscowość chodzi?

– Innej nie ma. Oprócz tego, że to też nazwa dzielnicy Aurich w Dolnej Saksonii, ale w takim razie Klaas wskazałby miasto.

– No właśnie…

– Co właśnie?

– Może ten umlaut ma większe znaczenie, niż sądziliśmy.

Seweryn pochylił się i wróciwszy na główną stronę wyszukiwarki, zamknął nazwę w cudzysłowach, by system wziął pod uwagę jedynie dosłowne hasło, a potem nacisnął enter. Oboje natychmiast zrozumieli, że właśnie trafili w sedno.

– Akcja: iluminacja – rzucił Zaorski, wskazując na tytuł strony: „Niemieckie nazwy polskich miejscowości”.

Większość wydawała się znajoma. Majdan Wielki, Szarowola, Horyszów, Skierbieszów.

– To nasza okolica.

– Aha – potwierdziła Burza. – I jest też Pfälzdorf. Zanim Niemcy zmienili mu nazwę, nazywał się Pańska Dolina.

– Wiesz, gdzie to jest?

– Nie. Pierwsze słyszę.

Od razu kliknęła na stronę w Wikipedii, ale informacji było niewiele.

– Osada leśna w Polsce, położona w województwie lubelskim, w powiecie zamojskim, w gminie Stary Zamość – odczytała.

– Przynajmniej wiemy, że dobrze trafiliśmy.

Sprawdzili lokalizację na mapie i przekonali się, że obecnie miejsce leży właściwie w środku dość rozległego lasu. Google nie było specjalnie pomocne w ustaleniu czegokolwiek więcej, Wikimapia oferowała jedynie skąpą informację, że to świetna okolica dla zbieraczy grzybów.

W północnej części lasu znajdował się jednak mały, opisany przez jakiegoś użytkownika kwadracik. Kiedy Kaja najechała na niego kursorem, pojawiło się:

„Cmentarz z I WŚ”.

Natychmiast oderwała wzrok od monitora i popatrzyła na Zaorskiego.

– Mamy to – powiedziała. – Tam musi być grób tego Mörschela.

– To na co jeszcze czekamy? – spytał Seweryn, podnosząc się.

Natychmiast ruszyli w kierunku wyjścia, przekonani, że dzięki temu tropowi znajdą wszystkie odpowiedzi, których szukali.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?