Szepty spoza nicości

Tekst
Z serii: Seweryn Zaorski #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sporo pan wie, jak na kogoś, kto…

– Trzeba znać wroga.

Kaja upomniała się w duchu, by traktować słowa tego człowieka z odpowiednim dystansem. Może i mówił jak rzeczowy nauczyciel, ale w istocie mógł przedstawiać wersję Drzewa Życia skrzywioną przez swoje poglądy.

– Nazwy, które wam podałem, ktoś starał się wypalić po hebrajsku na ciele tego biednego chłopaka. Nie poszło mu najlepiej, ale tak czy inaczej jasno widać, że to zabójstwo ma związek z kabałą.

Burza słyszała o niej dość często, jak chyba każdy – szczególnie kiedy niektóre znane osoby i celebrytki zaczęły nosić na przegubie czerwony sznurek. Z jakiegoś powodu stanowił kabalistyczną deklarację, ale Kaja nigdy nie zainteresowała się tematem na tyle, by ustalić, w czym rzecz.

Pech najwyraźniej dostrzegł ich niepewność.

– To mistyczna szkoła Żydów – oznajmił. – Ale wam wciąż niewiele to mówi, prawda?

– Prawda – przyznała Burza.

– W gruncie rzeczy chodzi im o to, że tylko dzięki tajemnej wiedzy można poznać znaczenie starych ksiąg, a ona sama miała spłynąć na dawnych proroków w postaci objawień. W dodatku wierzą, że świat powstał przez sefiry oddzielające się od…

– Każdy ma jakieś wierzenia – uciął Seweryn. – Ale co to wszystko oznacza?

– Jak to co? Że jakiś Żyd zamordował tego chłopaka. Z pewnością zauważył tatuaż, zwołał swoich kolegów i go zabili. I wypalili mu na ciele to, co dla nich najważniejsze.

Dopiero po chwili Ciechosław zorientował się, że Kaja ani Zaorski nie byli gotowi przyjąć jego wersji.

– Nie rozumiecie? – spytał, wyświetlając kolejne zdjęcia. – Przecież macie wszystko jak na dłoni. I nie chodzi tylko o te wypalone symbole.

– A o co? – zapytała Burza.

– O wszystko inne. To klasyczny żydowski mord rytualny.

Wypluwał z siebie słowa z pogardą, nienawiścią i wyraźną złością, przez co trudno było Kai poważnie traktować to, co mówił. Mimo to miała zamiar wysłuchać go do końca.

– Pierwsze pisemne wzmianki o nim w Polsce pochodzą z trzynastego wieku, jest mnóstwo udokumentowanych przypadków. Kraków, rok tysiąc czterysta siódmy, Rawa Mazowiecka, tysiąc pięćset czterdziesty siódmy, Świniary parę dekad później, Sandomierz pod koniec siedemnastego wieku… można by wymieniać bez końca. Wszystko zapisane, bo oczywiście tych Żydów osądzono i stracono w procesach – kontynuował Pech. – To coś, z czym nasz naród musi zmagać się od pokoleń, i najwyraźniej współcześni kabaliści z jakiegoś powodu postanowili odegrać dawne rytuały.

Kaja ani Seweryn się nie odezwali.

– O pogromie kieleckim z tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku chyba słyszeliście?

– Tak – odparła Burza. – Ale nie bardzo wiem, co…

– To się zaczęło właśnie od tego, że Żydzi porwali ośmioletniego polskiego chłopaka, by dokonać na nim mordu rytualnego.

Rzekomo porwali, dodała w duchu Kaja. W rzeczywistości chłopiec po prostu pojechał do innej wioski bez wiedzy rodziców. Rzeź, którą urządzono wtedy mieszkającym w Kielcach Żydom, stanowiła jeden z najczarniejszych aktów antysemityzmu w historii Polski. Prawie czterdzieści ofiar. Mordowali nie tylko cywile, ale też wojskowi i milicjanci.

Burza wzdrygnęła się i odsunęła od siebie te myśli.

– Na tych waszych zdjęciach widać, że ten człowiek był bity i torturowany – kontynuował Pech. – Od tego zaczyna się żydowski mord rytualny. Widać też na czole ślady po czymś. Wiecie po czym?

– Zakładaliśmy, że to drut kolczasty.

– Nie. Korona cierniowa – syknął Ciechosław. – W trakcie rytuału odgrywa się pasję Chrystusa, najczęściej po prostu przybijając ofiarę do krzyża. Zazwyczaj też przebija się serce włócznią lub czymś innym. Były takie rany?

Seweryn skinął głową.

– Pewnie też go obrzezano, a całą krew odsączono, prawda?

Zaorski znów potwierdził.

– To wszystko dowody na żydowski kabalistyczny mord rytualny.

– I na co jeszcze? – rzuciła Kaja, tracąc cierpliwość. – Na to, że z krwi ofiary robiono macę? Czy że wykorzystywano ją do leczenia ran po obrzezaniu? A może doda pan coś o tym, że Żydzi posilili się organami wewnętrznymi, żeby mieć siłę do realizowania swojego wszechświatowego spisku?

Pech mruknął z dezaprobatą.

– Mówię tylko, co widzę – odparł. – Tu wszystko wskazuje na ten rodzaj mordu.

– Opowiada pan kompletne bzdury.

– To jak pani…

– Chodźmy stąd, Seweryn – ucięła, zabierając komórkę. – A pan niech nie dzieli się z nikim informacjami związanymi ze śledztwem. W przeciwnym wypadku zostanie pan pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Nie musiała pytać Zaorskiego, czy jest gotowy wyjść – jego wyraz twarzy dobitnie świadczył o tym, że też ma dosyć. Z ulgą opuścili budynek, na odchodnym słysząc nieprzychylne pomrukiwania Ciechosława.

Wsiedli do hondy w milczeniu, a Seweryn szybko włączył muzykę, jakby dzięki niej mogli wymazać z pamięci wszystko, co usłyszeli. Kaja potrzebowała chwili spokoju, by zebrać myśli.

– Co sądzisz? – zapytała w końcu.

– Że na to, co mówi ten człowiek, jest paragraf.

Doceniła tę uwagę bladym uśmiechem i znów na chwilę zamilkli.

– Jak do tego doszło? – spytała cicho Burza. – Przecież to nie ma sensu. Sieradzki przyjechał tutaj, żeby mnie odnaleźć, a skończył jako ofiara upozorowanego mordu rytualnego.

– O ile był upozorowany.

Burza potrząsnęła głową i popatrzyła na Seweryna z niedowierzaniem.

– Nie sądzisz chyba, że w tych bredniach Pecha jest choć cień prawdy?

– Nie – przyznał. – Ale nie możemy wykluczyć, że to rzeczywiście zabójstwo na tle religijnym czy okultystycznym. Może jakiemuś psycholowi za mocno weszła kabała albo pomyślał, że przy okazji wrobi w zabójstwo społeczność żydowską.

– Antysemita raczej nie zabijałby neonazisty.

– Racja – przyznał Zaorski. – Tak czy inaczej, musimy sprawdzić rytualne ubojnie w okolicy.

– Hm?

– Mogą mieć sprzęt, którym zabójca byłby w stanie dokonać tak czystych cięć, jak w przypadku Sieradzkiego.

Kaja nieco się ożywiła. Przy odrobinie szczęścia rzeczywiście mogło okazać się, że znaleźli konkretny trop. Na tym etapie nie było już wyjścia, musiała powiadomić przełożonego i zaangażować innych funkcjonariuszy.

– Trzeba działać szybko – odezwał się Seweryn. – Bo cokolwiek miało tu miejsce, w mediach będzie wyglądało jednoznacznie. I sprawi, że neonaziści z całego kraju zlecą się do Żeromic jak ćmy do światła. W dodatku któryś z nich może okazać się kumplem Sieradzkiego.

Burza wyraźnie się wzdrygnęła, a Zaorski wyglądał, jakby natychmiast pożałował tej uwagi. Przesunął rękę w stronę jej dłoni, ale nagle zamarł, wbijając wzrok w lusterko.

Kaja odniosła wrażenie, że temperatura spadła o kilka stopni.

– Co jest? – zapytała.

– Ciemnozielona honda civic – odparł Zaorski, a potem oboje obejrzeli się przez ramię. – Widziałem ją wcześniej na rynku. Zapamiętałem, bo…

– To był twój pierwszy wóz, tak, wiem.

Żadne z nich nie musiało obwieszczać tego, co wydawało się oczywiste. Najwyraźniej byli przez kogoś śledzeni.

9

Funkcjonariusze z komisariatu dość szybko uwinęli się ze sprawdzeniem rzeźni rytualnych w okolicy. Jedna znajdowała w nieodległym Komarowie już w 1930 roku, choć obecnie nie funkcjonowała. Wciąż działała za to ubojnia leżąca nieco na południe od Żeromic, w której przygotowywano koszerne mięso.

Kaja i Zaorski ani przez chwilę nie wątpili, że odnaleźli właściwe miejsce.

Pobrano ślady krwi z narzędzi rzeźniczych, a potem przesłano do porównania z tą, która należała do ofiary. Zbieżność potwierdzono bez trudu.

Seweryn czekał na Burzę w Gałęźniku, gdzie miała mu zrelacjonować wszystko, co stało się potem. Od komisariatu trzymał się z daleka, wychodząc z założenia, że im mniej żeromicka policja wie o jego udziale, tym lepiej.

Kaja miała też sprawdzić numery rejestracyjne pojazdu, które zapisali zaraz po tym, jak ciemnozielony civic powoli przejechał obok domu Ciechosława Pecha. Nie widzieli dokładnie ludzi siedzących w aucie, ale byli pewni, że to kobieta i mężczyzna.

Burza zjawiła się kilkanaście minut po umówionej porze, dzierżąc w ręku butelkę.

– W ramach rekompensaty za spóźnienie – oznajmiła.

Seweryn wziął od niej jamesona z czarną etykietą. Irlandzka whisky starzona w podwójnie wypalanych beczkach. Trudno będzie sobie odmówić, szczególnie że dziś po raz drugi Lidka została z Ozzym i Dominikiem.

– Spóźniaj się częściej.

Usiadła obok niego, a on wyciągnął korek z butelki.

– Co ustaliłaś?

– Że twoja córka ma żołądek bez dna. A przynajmniej tak donosi Michał.

– Fakt. Wyżre ci całe zapasy, zostawi tylko zieleninę. I nie wiem, po kim to ma.

Podał Kai butelkę, a ta pociągnęła niewielki łyk. Nawet się nie skrzywiła.

– A w sprawie tego civica, który za nami jeździ? – spytał Seweryn, częstując się.

– Musi mieć lewe blachy, bo nie ma ich w bazie. Chyba że źle zapamiętaliśmy.

– Oboje?

Przyznała mu rację, lekko kiwając głową. Myśl, że śledzi ich ktoś, kto musi jeździć na sfałszowanych tablicach, była dla Zaorskiego bardziej niepokojąca od świadomości, że mąż Burzy opiekuje się jego córką. Ten drugi fakt tworzył sytuację cokolwiek niewygodną i potencjalnie problematyczną. Ten pierwszy potwierdzał, że w Żeromicach działo się znacznie więcej, niż Seweryn początkowo zakładał.

– Jeśli zjawią się jeszcze raz, zatrzymamy ich – powiedziała Kaja.

– Świetny pomysł. Zapytamy, dlaczego za nami jeżdżą i czy nie mogliby przestać, bo jako hipotetyczna para kochanków liczymy na odrobinę prywatności.

 

Burza prychnęła i zabrała butelkę zdecydowanym ruchem, jakby chciała oznajmić, że jemu już wystarczy.

– Może to tylko przypadek – odparła.

– Gdyby pojawiali się tylko w centrum, byłbym gotów w to uwierzyć. Ale przy chacie Pecha?

– Mogli po prostu wyjeżdżać z miasta.

– No, niby mogli.

– Ale? – rzuciła Kaja, oddając mu whisky.

– Ale jechali zbyt wolno, poniżej dopuszczalnej prędkości. A raczej nie ma tam widoków do podziwiania.

– Jest za to nierówna droga.

– Którą mogliby się przejmować, gdyby mieli porsche. Ale nie starą hondę.

Burza niezbyt chętnie przyjmowała to do wiadomości, ale Zaorski nie miał złudzeń: niebawem ciemnozielony civic znów się pojawi, tym samym potwierdzając jego przypuszczenia.

Może powinni wczoraj za nim pojechać? Choćby po to, żeby przekonać się, czy ta dwójka zwróci na nich uwagę?

– Tylko tego nam brakuje… – odezwała się cicho Kaja.

– Hm?

– Śledzących nas ludzi.

Seweryn upił łyk, a potem zaczął obracać butelkę w dłoni, przyglądając się etykiecie. Kim byli? Czego chcieli? Logika podpowiadała, że mogli mieć jakiś związek z tym, co się wydarzyło. Znajomi Sieradzkiego? Rodzina? Jeśli tak, to dlaczego tylko im się przyglądali, zamiast działać?

Zaorski uznał, że whisky bynajmniej nie pomaga w odnajdowaniu odpowiedzi. Zakorkował butelkę i odstawił ją na ziemię.

– Może powinieneś wracać do Krakowa – odezwała się Burza. – Wciągam cię w coś, co właściwie cię nie dotyczy.

– Jak to nie? Podrzucono mi łeb do piwnicy.

– Ale mogło chodzić o mnie, nie o ciebie.

– W jakim sensie?

– Może ktoś wybrał to miejsce i ciebie tylko dlatego, że utrzymujesz ze mną relacje.

– Nikt raczej o nich nie wie – zauważył pod nosem Seweryn. – Czasem wydaje mi się, że my sami też nie.

Burza westchnęła cicho, a potem powoli i ostrożnie oparła się o jego ramię. Pragnęła bliskości, on także. Zdawało się to nie tyle zwykłą potrzebą, ile jakimś niemożliwym do opanowania przymusem. Od kiedy tylko Zaorski zobaczył Kaję, czuł coraz silniejsze przyciąganie i z każdą chwilą trudniej było mu się opierać.

Milczeli, wbijając wzrok przed siebie ze świadomością, że jeśli tylko na siebie spojrzą, narażą się na problemy.

– Nie wyjadę stąd, dopóki nie dowiem się, o co chodzi i czy jesteś bezpieczna – odezwał się Seweryn.

– Wiem.

– Poza tym sprzedaż domu chyba nie do końca mi wyszła.

Burza wyprostowała się, odsunęła trochę i zerknęła na Zaorskiego.

– Co to znaczy? – spytała.

– Że nabywcy zrezygnowali. Zobaczyli taśmy policyjne, usłyszeli o znalezisku w piwnicy, a ja chyba dałem im subtelnie do zrozumienia, że nie darzę ich wielkim szacunkiem.

Kaja pokręciła głową z lekkim uśmiechem, a potem znów oparła się o ramię Seweryna. Na moment zamknął oczy i ni stąd, ni zowąd odniósł wrażenie, jakby go tutaj nie było. Jakby przestał istnieć. Było to osobliwe, szczęśliwe uczucie.

– Michał jutro kończy urlop – odezwała się Burza.

Wzmianka o Ozzym podziałała na Zaorskiego jak kubeł zimnej wody.

– Moja ciotka będzie się zajmowała Dominikiem i pomyślałam, że Lidka mogłaby z nimi zostać.

– Jasne, jeśli to nie problem.

– Żaden – odparła cicho Kaja. – Później ci ją przedstawię, ale to naprawdę porządna i odpowiedzialna…

– Wystarczy mi, że to twoja ciotka. I że zostawiasz z nią Dominika.

Słusznie robili, rozmawiając o jej rodzinie. To powinno skutecznie zawrócić ich myśli z kierunku, który nie mógł prowadzić do niczego dobrego. W tym względzie jeszcze lepiej sprawdzi się temat w tej chwili najistotniejszy, uznał Seweryn.

– Nie powiedziałaś mi, co z tą ubojnią – zauważył.

Sądził, że Burza znów się otrząśnie i odsunie, zamiast tego jednak osunęła się lekko i położyła głowę na jego barku.

– Bo w sumie nie ma o czym mówić – odparła. – Próbki krwi są zgodne, a oprócz tego nie znaleźliśmy tam niczego pomocnego. Właściciel kilka dni temu zastał wybite okno, ale przypuszczał, że to sprawka jakichś dzieciaków, bo nic nie zginęło. Wstawił nowe i zapomniał o sprawie. Nie ma żadnego monitoringu, w okolicy brakuje też kamer. Przepytujemy sąsiadów, ale nie mamy nic pomocnego. Jeden z nich słyszał parę nocy temu dźwięk rozbijanego szkła, tyle.

Zaorski miał ochotę sięgnąć po butelkę, ale obawiał się, że jeśli zmieni pozycję, Burza znów się odsunie.

– Co z właścicielem i pracownikami? – spytał.

– Przesłuchaliśmy, wszyscy mają alibi.

– I nikt nic nie widział? Przecież to ciało trzeba było tam przywieźć, przenieść do rzeźni, potem spakować…

– Niewiele się tam dzieje, Seweryn. W okolicy stoi parę chałup, nocą nie ma nawet oświetlenia.

– Czyli nie wiemy nic.

Burza przez chwilę milczała, poprawiając nieco głowę na ramieniu Zaorskiego.

– Policja nic nie wie – zauważyła. – My właściwie jesteśmy w trochę lepszej sytuacji. Mamy imię i nazwisko.

– Które niewiele nam dają.

– Albo z których na razie nie zrobiliśmy użytku.

Kaja powoli się wyprostowała, a potem zsunęła się z pniaka. Stanęła przed Sewerynem i popatrzyła mu prosto w oczy.

– Sieradzki musiał przyjechać tutaj dużo wcześniej – powiedziała. – Jeśli na mnie polował, z pewnością przyglądał się, analizował i poznawał mój rozkład dnia.

– Niewykluczone.

– Więc musiał gdzieś się zatrzymać, a hoteli i gospodarstw agroturystycznych w Żeromicach i pobliskich miejscowościach nie jest tak dużo.

Zaorski położył ręce na pniu i się przeciągnął.

– Nie możemy tak po prostu zacząć ich sprawdzać – odparł. – Prędzej czy później do komisariatu dotrze informacja, że szukasz jakiegoś Dariusza Sieradzkiego.

Kaja odwróciła się i zaczęła chodzić wzdłuż powalonego drzewa.

– Za duże ryzyko – dodał Zaorski.

– W takim razie musimy je zminimalizować.

– Jak?

– Ty będziesz szukał Sieradzkiego.

– I hotelarze tak po prostu postanowią mi pomóc – odparł Seweryn pod nosem.

Przez noc obracał w głowie wszystko to, co teraz mówiła mu Burza. Próbował znaleźć złoty środek, ale nie był w stanie – każda próba odnalezienia tropu po Sieradzkim naraziłaby Kaję na bezpośrednie niebezpieczeństwo.

– Mimo wszystko powinniśmy spróbować – odezwała się Burza, wciąż chodząc w tę i we w tę. – Powiesz po prostu, że jesteś umówiony z Dariuszem Sieradzkim, a jeśli okaże się, że nikogo takiego nie ma w danym miejscu, będziesz grał głupa.

– W tym akurat jestem mistrzem.

Kaja zgodziła się delikatnym skinieniem głowy.

– Ale wystarczy, że odwiedzę kilka takich miejsc, a wieść się rozejdzie. W końcu może trafić do kogoś z policji. Kogoś, kto wpisze imię i nazwisko w wyszukiwarkę i odkryje, że to ofiara z lasu.

Przy odrobinie nieszczęścia ustali także, że ta do niedawna znajdowała się w facebookowych znajomych Kai. A od tego do tragedii już tylko krok.

Burza w końcu zatrzymała się i potarła nerwowo kark.

– W porządku – powiedziała. – Ale to nie znaczy, że nie możemy sprawdzić dwóch, trzech miejsc.

Właściwie miała rację.

– I jak chcesz je wybrać?

– Na podstawie rachunku prawdopodobieństwa – odparła spokojnie. – Hotele odrzućmy, bo mogłyby być dla Sieradzkiego za drogie. Z gospodarstw agroturystycznych wybierzemy takie, które znajdują się na uboczu.

– Większość jest na uboczu.

Kaja lekko go szturchnęła, a potem wskazała wzrokiem komórkę wyraźnie widoczną w kieszeni jeansów.

– Do roboty – rzuciła.

Seweryn odpalił Mapy Google, Burza zrobiła to samo. Właściwie nie spodziewał się, że miejsc na potencjalny nocleg w okolicach Żeromic jest tak dużo. Hotel był tylko jeden, trzygwiazdkowy. Oprócz niego całkiem nieźle wyglądały apartamenty gościnne nieopodal rynku, ale w pozostałych miejscach Seweryn raczej nie chciałby się zatrzymywać.

– Zobacz ten – powiedział, pokazując jej komórkę.

Sprawdziła, pokiwała głową, a potem wróciła do swojej mapy. Podsuwali sobie jeszcze kilka propozycji, zanim w końcu zgodzili się w kwestii pierwszego, najbardziej prawdopodobnego typu.

Gospodarstwo znajdowało się wśród rozległych pól na zachód od miasta. Cena za noc z pewnością nie była wysoka, szczególnie w sezonie, bo wówczas okoliczne pola dość ochoczo nawożono, czym się tylko dało.

Kaja i Seweryn opuścili Gałęźnik, a potem wyszli z lasu w okolicach domu, który oboje dobrze znali. Zaorski powiódł wzrokiem po dwóch samochodach stojących na podjeździe.

– Czym jedziemy? – spytał.

– Twoim kaszlakiem.

Zerknął na Burzę spod oka, ale bez słowa ruszył do auta.

– Który to w ogóle rocznik? – spytała Kaja, wsiadając od strony pasażera.

– Nie pamiętam.

– Ale przegląd jakiś w tej dekadzie robiłeś?

– Trudno powiedzieć.

Odpalił silnik, a Burza wyciągnęła telefon i włączyła nawigację.

– Wiesz, że to dla mnie tylko mobilne urządzenie do odtwarzania muzyki – rzucił.

– I właśnie dlatego mógłbyś zainwestować w coś, co ma prawdziwe głośniki i potrafi połączyć się ze Spotify na…

Urwała niespodziewanie, jakby coś się stało. Seweryn natychmiast się spiął, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby wywołać taką reakcję. Kaja siedziała w bezruchu, patrząc na wyświetlacz telefonu. Na jej czole powoli pojawiła się długa zmarszczka.

– Co jest? – spytał niepewnie Zaorski.

Kaja nie odpowiadała.

– Burza?

– Chciałam wprowadzić adres do nawigacji…

Powiedziała to, jakby właśnie popełniła jakąś zbrodnię. Seweryn odpiął pas i nachylił się do niej.

– I? – spytał.

– Sam zobacz.

Rzucił okiem na ekran i zobaczył ostatnio wpisywane adresy. Jednym z nich była Krasnobrodzka 25. Adres Ciechosława Pecha.

– Byłaś u niego?

– Nie – odparła natychmiast Kaja, potrząsając głową. – To znaczy… nie pamiętam, żebym kiedykolwiek… Przecież nie wiedziałam nawet, że on tam mieszka, kiedy dojeżdżaliśmy…

Seweryn przypomniał sobie jej zaskoczenie wywołane tym, że on znał drogę. Prawda była taka, że każdy wagarowicz bez trudu mógł zlokalizować dom – ale Burza do nich z pewnością nie należała.

– Boże… – jęknęła. – Miałam ofiarę w znajomych, pojechałam do faceta od symboli… Seweryn, co tu się dzieje?

Nie miał dla niej odpowiedzi. Ale przypuszczał, że Pech mógł im jej udzielić.

10

Kiedy znów zajechali pod dom na obrzeżach Żeromic, Burza wciąż nie potrafiła pozbierać myśli i zacząć logicznej analizy. Seweryn wysiadł z auta, a ona sięgnęła do torebki po opakowanie tabletek.

– Co to? – zapytał Zaorski.

– Nie to, co myślisz.

Seweryn otworzył jej drzwi i oparł się o nie.

– Sama mówiłaś, że brałaś za dużo leków, Burza.

Kaja nabrała głęboko tchu i podała mu pudełko. Zerknął na rysunek głowy, na którym na czerwono zaznaczono czoło i zatoki.

– Sudafed?

– Nic groźnego, biorę to na niedrożność nosa. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to trudności z oddychaniem.

Nie mając wyjścia, łyknęła tabletkę bez popicia i miała wrażenie, jakby tym samym podrażniła sobie gardło. Schowała pudełko do torebki i razem z Zaorskim ruszyli w kierunku wejścia.

– Nie wzięliśmy pod uwagę jednego – zauważył.

– Czego?

– Że Sieradzki wcale nie musiał zatrzymywać się w jakimś hotelu lub pensjonacie.

– A gdzie?

Seweryn wymownie spojrzał na dom Ciechosława.

– Może właśnie dlatego tutaj przyjechałaś – podsunął. – Wpadłaś na trop Sieradzkiego, który w jakiś sposób doprowadził cię tutaj.

Burza zatrzymała się i zmrużyła oczy.

– Ale dlaczego Pech miałby go przenocować? – spytała.

– Cóż… blisko mu ideologicznie do Sieradzkiego. Może w środowisku nazioli jest jakaś niepisana zasada, że trzeba przyjąć białego brata, kiedy tuła się po kraju.

– Ale pokazaliśmy mu przecież zdjęcie. Poznałby go.

– Może poznał – odparł Zaorski i obrócił się do Kai. – Pamiętasz, jak zareagował na pierwsze zdjęcia, które mu pokazaliśmy? Na sam tors?

Burza pokręciła głową. Nie odnotowała żadnej konkretnej reakcji Pecha.

– Był zaciekawiony, ale bynajmniej nie zszokowany czy zdegustowany. Pytał, czy to jakaś inscenizacja. Prawie go to nie obeszło.

 

– Może masz rację.

– Ale potem, kiedy pokazaliśmy mu głowę, zupełnie się zmienił. Ruszał się nerwowo, cały się spocił, był wyraźnie zdruzgotany.

Cholera, rzeczywiście tak było. Burza pamiętała teraz nawet nieprzyjemny, kwaśny zapach, który uderzył w jej nozdrza. Wtedy nie przypisała tej reakcji wielkiej wagi. Założyła, że Ciechosława zaszokował widok obciętej głowy. Ale rzeczywiście, chwilę wcześniej tors nie zrobił na nim żadnego wrażenia.

– Co myślisz? – spytał Zaorski.

– Że możesz mieć rację. Ale w takim razie dlaczego Pech to zataił?

– Może nie chce być kojarzony z neonazistami. Miał już przecież dosyć problemów przez jakąś buntowniczą, cudownie śliczną siksę w liceum.

Kaja lekko go szturchnęła i poprawiła włosy, które tradycyjnie wpadły jej do oka. Seweryn uśmiechnął się nieznacznie, ale zaraz potem na powrót spoważniał.

– Jest też inna możliwość – powiedział.

– Że pomagał Sieradzkiemu. A to oznaczałoby, że wie, co zrobiłam pod Delawą.

Oboje zerknęli na wejście, ale wciąż nie ruszyli w jego kierunku.

– To właściwie miałoby pewien sens – ocenił Zaorski.

– Podwójna zemsta?

Seweryn mruknął potwierdzająco.

– Z pewnością szybko znaleźliby wspólny język – skwitował.

Był tylko jeden sposób, by przekonać się, na ile ich hipotezy były trafne. Kaja delikatnie przegładziła mundur, jakby to mogło dodać jej nieco pewności siebie, a potem podjęła decyzję. Nie miała zamiaru dłużej zwlekać.

Zapukali do drzwi Pecha i tym razem musieli czekać dużo dłużej, zanim nauczyciel otworzył. Miał na sobie poplamioną koszulkę bez rękawów, a Kaja natychmiast dostrzegła niewielki, stary tatuaż na lewym barku. Krzyż celtycki.

– Znów wy? – rzucił Ciechosław.

– Nam również miło pana widzieć – odparł Seweryn. – Możemy wejść?

Zamiast w niego Pech wbijał wzrok w Burzę. Marszczył czoło i oddychał głośno, jakby jej obecność sprawiała mu fizyczny dyskomfort. Poklepał się po barku i uniósł brwi.

– Podoba ci się mój tatuaż? – rzucił.

– Po prostu gdzieś już widziałam taki symbol.

– Całkiem możliwe. To tak zwany kołomir.

– Raczej krzyż celtycki. Symbol często umieszczany na flagach, którymi skinheadzi wymachują podczas meczów.

– Ma dużo znaczeń – odparł Pech i niedbałym ruchem ręki zaprosił Kaję i Zaorskiego do środka. – W większości niezwiązanych z nazizmem, podobnie jak swastyka.

– To bardzo ciekawe, ale…

– Pokutuje przekonanie, że wywodzi się ona z Indii; w buddyzmie i hinduizmie miała być symbolem pomyślności, a na Zachód dotrzeć dopiero na początku dwudziestego wieku i szybko się przyjąć. To ostatnie to akurat prawda, swastyka widniała na produktach spożywczych, używały jej nawet Coca-Cola i Carlsberg. Pojawiała się w licznych herbach i flagach, logotypach, symbolach formacji wojskowych… także polskich. Bardzo cenił ją Karłowicz, taternik. Tam, gdzie zginął, postawiono głaz i wyryto w nim ten symbol. Można oglądać go do dziś.

Ciechosław wszedł do jednego z pokoi, chyba nie orientując się, że idąca za nim dwójka wyraźnie nie jest zainteresowana tym, co miał do powiedzenia.

– Ten rodowód indyjski jest bardzo wątpliwy – dodał. – Najnowsze odkrycia archeologiczne dowodzą, że swastyka pojawiała się już u starożytnych Greków, Anglosasów czy Celtów.

Poklepał miejsce, w którym widniał tatuaż, a potem posłał Burzy długie spojrzenie.

– Jak widzisz, każdy symbol ma przynajmniej milion znaczeń.

– Nie przyszliśmy, żeby o nich dyskutować – odparła Kaja.

Razem z Sewerynem stali w progu pokoju, nie mając zamiaru wchodzić. Pech usiadł na fotelu i niemal się w nim zapadł. Charknął i położył ręce na podłokietnikach, czekając, aż goście zaoferują mu wyjaśnienie.

Przez moment trwała pełna napięcia cisza. W końcu przerwał ją Seweryn.

– Wiemy, że znał pan ofiarę – rzucił.

Zrobił to z takim przekonaniem, że Ciechosław nerwowo się poruszył. W głosie Zaorskiego nie było żadnego wahania, nawet najmniejszej niepewności.

– I mamy na to dowody – dodał.

Pech chrząknął i złapał za podłokietniki fotela. Wyraźnie nie wiedział, jak zareagować. Powinien udawać oburzonego oskarżeniem, że coś przed nimi zataił, zamiast tego jednak trwał w stuporze.

– O czym ty mówisz? – spytał w końcu.

– O Dariuszu Sieradzkim.

– O kim?

Seweryn i Burza weszli do pokoju. Milczeli, zakładając, że cisza wywrze na tym człowieku znacznie większą presję niż słowa. Nie pomylili się.

– Nigdy nie słyszałem o tym człowieku – odezwał się po chwili nerwowo nauczyciel. – Nie znam go, nie wiem, kim jest.

Zbliżywszy się do Ciechosława, stanęli nad nim i dostrzegli, że pierwsze krople potu pojawiły się na jego czole.

– Skąd myśl, że go znam? Widziałem ofiarę tylko na… tylko na tych zdjęciach, które mi pokazaliście.

– Bzdura – rzuciła Kaja. – Od razu go pan rozpoznał.

– Jak miałbym to zrobić, skoro nigdy w życiu go nie widziałem?

Przysiedli na stole przed Pechem i oboje wbili wzrok w jego oczy.

– To jest dobry moment, żeby przestał pan mijać się z prawdą – odezwała się Burza. – Zanim będzie za późno.

– To miała być groźba?

– Uprzejme ostrzeżenie.

– Posłuchaj no…

– Nie – ucięła Kaja. – To pan będzie słuchał. Wiemy, że znał pan Sieradzkiego, i tylko od pana zależy, co z tą wiedzą zrobimy. Albo zaraz wyjdziemy stąd i skierujemy się prosto do komisariatu, by powiadomić o tym mojego przełożonego, albo zostaniemy tu chwilę dłużej, słuchając, co ma pan na ten temat do powiedzenia.

Pech zacisnął dłoń w pięść, a Seweryn natychmiast posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.

– To jak będzie? – rzuciła Burza.

– Możesz mówić Konarzewskiemu, co ci się podoba. Ja nie mam nic wspólnego z tym zamordowanym człowiekiem. Nie znam go, nigdy go nie widziałem i…

– W porządku.

Zanim nauczyciel zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, Kaja odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w kierunku korytarza. Zaorski zrobił to samo, z nie mniejszym zdecydowaniem. Przeszli przez przedpokój, otworzyli drzwi wyjściowe i dopiero wtedy usłyszeli Pecha.

– Poczekajcie! – krzyknął.

Zatrzymali się, ale nie zamknęli drzwi.

– Czy wyście oszaleli? – wysapał, idąc za nimi. – Chcecie mi narobić problemu bez żadnego powodu? Nie rozumiecie, że nawet takie bezpodstawne oskarżenia…

Musiał urwać, kiedy zabrakło mu tchu. Oparł się o ścianę i przez moment wbijał wzrok w sufit. Panicznie szukał wyjścia z sytuacji i wyraźnie nie wiedział, co zrobić. Kaja odetchnęła w duchu, bo to oznaczało, że Sieradzki nie wyjawił mu prawdy o zabójstwie pod Delawą. W przeciwnym wypadku Pech dawno użyłby tego przeciwko niej.

– Jestem niewinny – odezwał się w końcu Ciechosław. – Nic nie zrobiłem.

– Więc nie ma się pan czego bać.

– Nie rozumiecie… Nie trzeba wiele, by zniszczyć mi życie. Oni się na mnie uwzięli.

– Oni?

– Policja, prokuratura… Przez was nie odpuszczą, dobiorą się do mnie, nie dadzą mi spokoju i sprawią, że będę musiał…

Znów urwał, oddychając ciężko. Miał trochę racji – większość policjantów będzie na niego cięta, a kiedy sąsiedzi zobaczą radiowozy pod domem, z pewnością pomyślą swoje.

– Może pan tego wszystkiego uniknąć – powiedział Seweryn. – Wystarczy powiedzieć nam prawdę.

– Jeśli faktycznie nie miał pan nic wspólnego z zabójstwem, nikt nigdy nie dowie się, że w ogóle znał pan Sieradzkiego.

Pech spojrzał na nią z bólem w oczach.

– I ja mam ci uwierzyć? Po tym, co mi zrobiłaś?

– Tak – odparł za nią Zaorski. – Bo w tej chwili jest osobą, która decyduje o pańskim losie.

Kaja otworzyła szerzej drzwi, czekając na decyzję nauczyciela. Ten w końcu powoli zwiesił głowę, dając do zrozumienia, że przegrał tę walkę. Podszedł do Kai i Seweryna, a potem delikatnie zamknął drzwi wejściowe i przekręcił klucz.

– Chodźcie – powiedział, ruszając w głąb korytarza.

Poszli za nim na drugą stronę domu, wyszli na podwórko, a potem pozwolili poprowadzić się do wejścia do piwnicy na tyłach budynku. Po pokonaniu wąskich schodów trafili na kolejne drzwi zabezpieczone dwoma zamkami.

– Jeśli ktokolwiek zobaczy to miejsce, wyrzucą mnie z miasta – odezwał się Ciechosław. – Rozumiecie to?

Obrócił się i poczekał, aż oboje skiną głowami.

– Jeśli komukolwiek o tym powiecie, zniszczycie mnie do końca. Nie zostanie mi nic.

Otworzył jeden zamek, a potem drugi.

– Nie ma tu nic nielegalnego, ale gdyby przeszukano moją posesję, to by mnie przekreśliło… Musicie obiecać mi, że nigdy do tego nie dojdzie. Nigdy nie pojawi się tu nikt z nakazem.

– W porządku – odparła Burza.

Wyglądał, jakby potrzebował solidniejszego zapewnienia, ale Kaja nie miała zamiaru mu go dawać. Podjął decyzję już w korytarzu, rozumiejąc, że nie ma innego wyjścia.