Przepaść

Tekst
Z serii: Komisarz Forst #7
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Igi i Borysa,

gaście obecne pożary,

a potem zajmujcie się tymi, które dopiero wybuchną.

(Jakby co, wujek Wam pomoże).

Kto w górach cierpiał i był szczęśliwy,

ten z nimi się nie rozłączy.

Jalu Kurek

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Starorobociański Wierch, 2176 m n.p.m.

Wiktor Forst nie odrywał wzroku od rozpościerającej się przed nim panoramy Tatr. Przy tak dobrej pogodzie jak dziś ze szczytu w kierunku wschodnim dało się bez trudu dostrzec Orlą Perć i Krywań, a w oddali także Rysy, Gerlach i Lodowy Szczyt.

Komisarz nie potrafił przestać myśleć o tym, że mógł to być ostatni widok, jaki Hanna Broniewska w życiu podziwiała.

Nie, najprawdopodobniej nie dotarła tak wysoko. Z informacji zebranych przez funkcjonariuszy wynikało, że był to jej pierwszy raz w górach. Nie miała żelaznej kondycji, raczej nie porwałaby się na dwutysięczniki.

Tyle że mogli zaciągnąć ją tutaj mężczyźni, z którymi ostatni raz ją widziano. Według relacji świadków byli wysportowani, mieli porządny ubiór górski i widać było po nich, że są obeznani w terenie. A Starorobociański Wierch był przecież stosunkowo łatwym do zdobycia szczytem, nie wymagał żadnych umiejętności wspinaczkowych.

Hanna mogła stać dokładnie tutaj, gdzie teraz Forst. Ale równie dobrze mogła trafić w jakiekolwiek inne miejsce w rozległej przestrzeni czterystu kilometrów kwadratowych, na których rozciągały się Tatry Zachodnie.

Kraków liczył sobie może niewiele ponad trzysta, Wrocław i Łódź z pewnością poniżej. Wiktorowi wydawało się niemożliwe, by nawet przy tak dużej liczbie zaangażowanych osób znaleźć tutaj kogokolwiek.

Nagle urwał rozważania, kiedy zza jego pleców dobiegł znajomy głos. Obrócił się i zobaczył Osicę, który pokonywał ostatnie podejście przed wierzchołkiem, odganiając ręką młodego funkcjonariusza próbującego mu pomóc.

Wypatrzył Forsta, skrzywił się, a potem podszedł do niego i na moment oparł ręce na kolanach, zginając się wpół.

Wiktor posłał mu krótkie spojrzenie, a potem bez słowa wyciągnął paczkę czerwonych westów i zapalił.

– Nie przywitasz się, do cholery? – wysapał Edmund.

Komisarz powoli wypuścił dym.

– Dzień dobry, panie inspektorze – odparł. – Co pan tu robi?

Osica kaszlnął, po czym wyprostował się i uniósł wzrok ku niebiosom, jakby spodziewał się, że zaraz wezwą go do siebie.

– A gdzie mam być? – odburknął.

– Przy pańskim przebiegu to już właściwie w trumnie.

– By cię fras, Forst…

– Po prostu się martwię.

Edmund otaksował go powątpiewająco.

– Ostatnim, czego się po tobie spodziewam, jest martwienie się o mnie.

– Nie o pana. O siebie.

– Co?

– Jak pan tu padnie, będę musiał robić sztuczne oddychanie. A tego w najgorszych koszmarach nie chciałbym doświadczać.

Nadinspektor odchylił się, wreszcie łapiąc trochę więcej powietrza. Zaraz potem zerknął znacząco na paczkę papierosów, Wiktor jednak szybko schował ją do kieszeni koszuli w kratę.

– Należy mi się coś od życia, pierunie…

– Od życia może tak. Ale ode mnie pan tego nie dostanie.

Osica machnął ręką, a potem wziął się pod boki i rozejrzał. Jak na zawołanie z oddali rozległo się głośne szczekanie, a zaraz potem zza stoku wyłonił się mały kundel, pędzący ku dwóm mężczyznom na złamanie karku.

Edmund wzdrygnął się, kiedy pies zaczął go obskakiwać.

– Musisz wszędzie targać ze sobą to zwierzę? – bąknął.

– Lubi łazić po górach. Ostatnio wdrapał się ze mną na Rysy.

– To niech se łazi po nich, nie po mnie.

Forst klepnął kilka razy w udo, wciąż wodząc wzrokiem po odległych graniach.

– Aleks – rzucił.

Pies nagle zamarł, podniósł łeb, a potem posłusznie stanął przy Wiktorze. Osica głęboko odetchnął.

– Co wiadomo? – odezwał się.

Komisarz przykucnął i lekko poklepał psa po boku.

– Że im lepiej poznaje się ludzi, tym bardziej woli się towarzystwo zwierząt.

– Mam na myśli tę dziewczynę, Forst, a nie twoje pieprzone mądrości życiowe.

Wiktor obrócił głowę w stronę nadinspektora.

– Hanna Broniewska – odezwał się. – Lat dwadzieścia trzy, mieszkanka Warszawy. Przyjechała w Tatry po raz pierwszy, była sama. Zatrzymała się w pensjonacie Willa Kończysta, jednej z największych ruder w Kościelisku. Gospodarz kasuje dwie dychy za noc, więc przypuszczamy, że dziewczyna nie jest zbyt zamożna.

– Motyw rabunkowy więc odpada.

Forst oparł ręce na udach i przez moment trwał w milczeniu. Niechętnie przyjmował, że dziewczyna padła ofiarą przestępstwa – co automatycznie założył Osica. Ostatecznie jednak była to najbardziej prawdopodobna wersja.

Czterech mężczyzn, jedna młoda kobieta. Nie miałaby żadnych szans.

– Wyszła z pensjonatu wczoraj rano – podjął Wiktor. – Weszła na teren TPN-u Doliną Chochołowską, widziano ją przy bacówce na Siwej Polanie, gdzie kupowała oscypki. Była wtedy sama.

Forst sięgnął do kieszeni i wyjął komórkę, na której wyświetlił zdjęcie Hanny. Od samego rana pojawiało się we wszystkich mediach.

– Matko Boska… – rzucił Edmund. – Jaka świarna dziewczyna.

Miał rację, Broniewska była wyjątkowo atrakcyjną blondynką o delikatnej, niewinnej, jakby kruchej urodzie. Wiktor bez trudu mógł sobie wyobrazić, dlaczego ludzie na szlaku potrafili ją sobie przypomnieć.

– Potem widziana była w schronisku na Polanie Chochołowskiej – ciągnął. – To tam miała spotkać czterech mężczyzn.

– I?

– Według jednego z turystów grupa poszła czerwonym szlakiem na Trzydniowiański Wierch.

Edmund rozejrzał się i rozłożył ręce.

– To co my tu robimy, do licha jasnego? Przecież mogli zrobić pętlę i zejść z powrotem do doliny.

– Tyle że nikt ich nie widział przy Małym i Wielkim Kopieńcu – odparł Forst. – Ani z powrotem na szlaku papieskim.

– To nie znaczy, że poszli dalej. Ani że dotarli tutaj.

Osica miał stuprocentową rację – nic nie wskazywało na to, by grupa postanowiła kontynuować wspinaczkę aż na Starorobociański Wierch. Turyści, którzy minęli schodzącą Hannę, mogli po prostu jej nie zapamiętać. Albo jeszcze się nie zgłosić.

Jeśli doszło do zbrodni, a tak musiał przyjąć Wiktor, to mężczyźni bez wątpienia udali się w mniej uczęszczane rejony. Z tego miejsca mieli mnóstwo możliwości, szczególnie jeśli zdecydowaliby się przejść na Słowację.

– HZS też jej szuka? – odezwał się nadinspektor.

Forst pokiwał głową, jednocześnie głaszcząc Aleksa za uchem.

– Słowacka policja też – odparł. – Na razie żadnych śladów.

– Coś wiadomo o tych facetach, z którymi szła?

– Nic.

Edmund kucnął obok, wydając z siebie jęk, jakby kolana miały odmówić mu posłuszeństwa.

– A coś więcej o niej? – podsunął. – Może nie była takim niewiniątkiem, na jakie wygląda? Albo planowała to zniknięcie?

– Nic na to nie wskazuje.

– Rozmawiałeś ze znajomymi, z rodzicami?

– Telefonicznie ze znajomymi – odparł ciężko komisarz. – Z rozmów jasno wynika, że nigdy nie ładowała się w żadne problemy. Studentka farmacji, same dobre oceny, ludzie na roku nie mają jej nic do zarzucenia. Może oprócz tego, że mało imprezuje.

– Ech…

– Rozmawiałem też z jakimś chłopakiem, który od pół roku starał się wyciągnąć ją na randkę. Poszła z nim na obiad, ale to właściwie tyle. Znajomym mówiła, że romanse jej teraz nie w głowie i że na wszystko przyjdzie czas. Koleżanki twierdziły, że czekała na tego jedynego.

Osica przez moment milczał.

– Niech to szlag… – mruknął w końcu. – Szkoda dziewczyny.

Aleks cicho zaskomlał, jakby zorientował się, że atmosfera stała się dojmująca. Forst dopiero teraz uświadomił sobie, że przestał głaskać psa. Poklepał go pod brzuchem i się podniósł.

– Poczekajmy jeszcze z ogłaszaniem żałoby – odezwał się.

Edmund podniósł na niego wzrok.

– Ty i optymizm, Forst?

– Po prostu nie lubię zakładać, że gdzieś się pali, jeśli nie widzę dymu.

Nadinspektor nie wydawał się o tym przekonany, Wiktor nie miał jednak zamiaru ciągnąć tematu. Dopóki nie zobaczy ciała, nie uzna, że ta dziewczyna nie żyje. Mogło wydarzyć się wiele rzeczy – nawet w wersji z atakiem w wykonaniu czterech mężczyzn niewykluczone przecież było, że udało jej się uciec. Istniał cień szansy, że zbiegła gdzieś ze szlaku i wciąż nie potrafi odnaleźć drogi powrotnej.

Tyle że nawet jeżeli tak to wyglądało, to wczoraj wieczorem w Tatrach wiał huraganowy wiatr i padał rzęsisty deszcz. Do tej pory Hanna byłaby tak wychłodzona, że trzeba by transportować ją śmigłem do najbliższego szpitala. O ile w ogóle udałoby jej się przeżyć noc.

Forst mruknął cicho. Może rzeczywiście pozwolił sobie na zbyt duży optymizm, a Edmund z pewnością dobudował do tego już własną teorię.

– Jest coś, o czym nie wiem? – odezwał się Osica.

Wiktor posłał mu krótkie spojrzenie.

– Znalazłoby się trochę takich rzeczy – odparł.

 

– Bez złośliwości, Forst. Wiesz, o co pytam.

– Nie mam pojęcia, panie inspektorze.

Edmund podniósł się, stękając głośno, a potem poczekał, aż dawny podwładny utkwi w nim wzrok.

– Widujesz się z nią, co? – rzucił.

– Z kim?

– Nie rób ze mnie idioty, do cholery.

– Nigdy nie musiałem.

Osica już otwierał usta, wyraźnie podenerwowany, ale rozmowę przerwał dzwoniący telefon komisarza. Wiktor niespiesznie odebrał, rzucając jeszcze przeciągłe, ostrzegawcze spojrzenie Edmundowi.

– Dzień dobry, panie komisarzu – odezwał się technik z komendy powiatowej. – Mam dla pana…

– Co? – przerwał mu Forst.

– Triangulację.

Tego się nie spodziewał. Wcześniej przy podobnych sytuacjach mieli szczęście, jeśli komórka poszukiwanej w górach osoby znalazła się w zasięgu jednej stacji bazowej. Pokrywały one obszar kilkunastu kilometrów, miały krycie na jakieś sto dwadzieścia stopni – w rezultacie obsługiwały połowę Tatr, więc zazwyczaj dało się stwierdzić jedynie, czy turysta zaginął w Wysokich, czy Zachodnich. Komórki działały tutaj głównie dzięki repeaterom, które przekazywały sygnał do stacji, a na tej podstawie nie sposób było ustalić lokalizacji.

– Jakim cudem?

– Odezwaliśmy się do Słowaków – wyjaśnił rozmówca. – Komórka łączyła się z dwoma BTS-ami po ich stronie.

Głos technika powinien być przepełniony entuzjazmem, tak jednak nie brzmiał.

– Ale? – zapytał Forst.

– Teren i tak jest dość rozległy.

Wiktor westchnął. Przez moment uwierzył w to, że uda się choćby zawęzić obszar poszukiwań.

– Miała włączoną komórkę w okolicy Jarząbczych Szałasisk – dodał rozmówca.

– Gdzie to jest?

– Tam, gdzie kończy się żółty szlak.

Papieski. A zatem wciąż nie było wiadomo, czy poszła dalej czerwonym na Trzydniowiański Wierch.

– Potem albo komórka jej się rozładowała, albo dziewczyna ją wyłączyła.

Albo ktoś zrobił to za nią, dodał w duchu komisarz.

– Nie wyciągniesz nic więcej z danych? Może jakieś inne telefony, które od schroniska logowały się w tej samej okolicy w tym samym czasie?

– Niewykonalne. Normalnie sygnał daje pojęcie o obszarze, ale nie o konkretnym miejscu. I tak mieliśmy sporo szczęścia.

Wiktor wyrzucił papierosa i go zadeptał. Powinien chować pety do jakiegoś worka i znieść ze sobą do najbliższego kosza, ale dziś właściwie przejmował się tylko jednym: odnalezieniem Hanny Broniewskiej.

– Dobra, dzięki – rzucił, a potem się rozłączył.

Ledwo to zrobił, znów rozległ się dzwonek. Najwyraźniej technik nie był jedyną osobą, która próbowała skontaktować się z nim w tym konkretnym momencie.

Nie rozpoznał numeru, mimo to szybko odebrał.

– Tak? – spytał.

– Chyba coś mamy, panie komisarzu.

Rozpoznał głos ratowniczki TOPR-u, której nazwiska nie pamiętał. Bez trudu jednak przywołał fakt, że ma na imię Luiza.

– Co konkretnie? – zapytał.

– Jestem na Siwym Zworniku i znalazłam tutaj gościa, który twierdzi, że widział wczoraj tę turystkę.

Forst zmarszczył czoło. Rzadko się zdarzało, żeby ludzie dwa dni z rzędu wybierali te same szlaki, wszak w Tatrach było ich tyle, że jednego życia nie starczyło, by je wszystkie schodzić.

– Facet był tu wczoraj i wrócił dzisiaj? – rzucił Wiktor.

– Wczoraj szedł na Jarząbczy Wierch z Chochołowskiej, dzisiaj wypuścił się z Kościeliskiej na Siwy Zwornik.

Oczywiście. Szczytów, na których byli teraz Forst i Luiza, nie dzieliło znowu tak dużo, ale dojść na nie można było z dwóch zupełnie różnych miejsc, idąc nieprzecinającymi się szlakami.

– Jest pewien, że to ją widział?

– Mówi, że tak.

Wiktor zerknął na zegarek.

– Dobra – rzucił. – Jestem na Starorobociańskim, mogę być u ciebie za piętnaście minut.

– Da pan radę?

– A jak myślisz? – odparł i się rozłączył.

Nie był zaznajomiony z Tatrami Zachodnimi tak jak z Wysokimi, ale o ile pamiętał, między tymi dwoma szczytami nie było żadnych utrudnień. Turystycznym tempem pokonałby tę odległość w niecałe pół godziny. Swoim powinien zdążyć szybciej.

– Aleks – rzucił do psa, który automatycznie podniósł łeb. – Popilnuj pana inspektora, zaraz wracam.

Zwierzę zaszczekało i zamerdało ogonem, a stojący obok Osica bezradnie rozłożył ręce.

Forstowi nie udało się pokonać trasy w założonym czasie, bo mimo że teren nieustannie opadał, ścieżka była stroma i co rusz podcinana skalnymi uskokami. Na Siwym Zworniku zjawił się po dwudziestu minutach.

Już z oddali wypatrzył kobietę w charakterystycznym czerwonym polarze. Nie był to częsty widok, mimo że w TOPR-ze pojawiało się coraz więcej ratowniczek. Szybko uścisnął jej rękę, a potem skupił uwagę na stojącym obok mężczyźnie.

Koło trzydziestki, szczupły, standardowa kurtka North Face, za to buty z najwyższej półki, wysokogórskie zamberlany. Facet albo miał za dużo pieniędzy, albo większość czasu spędzał na znacznie bardziej eksponowanym terenie.

Wiktor zadał mu kilka standardowych pytań, by wstępnie oszacować wiarygodność ewentualnego świadka, a potem przeszedł do rzeczy.

– Gdzie ją pan widział? – rzucił.

– Właściwie to ich. Była w towarzystwie czterech mężczyzn, Słowaków.

– Jest pan pewien?

Rozmówca skinął głową, jakby nie miał najmniejszych wątpliwości. To komplikowało sprawę. I stwarzało ryzyko, że ta nie trafi pod polską jurysdykcję.

– Wszyscy mówili po słowacku – podkreślił świadek.

Znów brak jakiegokolwiek wahania w głosie. Forst przyjrzał się mężczyźnie.

– A potrafiłby pan odróżnić, gdyby używali czeskiego?

– Zaskoczę pana, ale tak.

– Skąd ta wiedza?

– Z praktyki. Trochę chodzę po górach, jeżdżę też po Czechach i wyłapuje się od czasu do czasu różnice. Ci mężczyźni używali w stosunku do mnie słowa chudý.

– I co w związku z tym?

– W słowackim to słowo ma takie samo znaczenie jak w polskim. W czeskim oznacza: „biedny”.

Forst rzucił okiem na zegarek na ręce turysty. Nie kojarzył konkretnego modelu, ale z pewnością był to jeden z hi-endowych garminów. Najwyraźniej czterech mężczyzn rzeczywiście pochodziło ze Słowacji.

– Gdzie ich pan spotkał?

– Na Jarząbczej Przełęczy.

– I dokąd szli?

– W kierunku Wołowca.

– Ale nie podali celu podróży?

Bezradnie rozłożył ręce, a na jego twarzy pojawiła się realna niemoc. Wiktor przyglądał mu się, dochodząc do wniosku, że ma do czynienia z jedną z tych osób, które w mieście przeszłyby obojętnie obok potrzebującego człowieka, ale w górach zniosłyby go na własnych barkach do najbliższego schroniska.

Przemiana, jaka tu zachodziła w ludziach, była dość powszechna i oczywista – praktycznie każdy był gotów pomagać i z obojętnego na los drugiego człowieka stawał się za niego odpowiedzialny. Góry zdawały się działać jednocząco na tych, którzy próbowali je zdobyć.

– Rozmawialiśmy chwilę, byłem przekonany, że to paczka starych znajomych – dodał turysta.

– Kobieta zachowywała się normalnie?

– Tak, śmiała się, cały czas była wesoła. Może trochę zmęczona, ale z pewnością zadowolona.

– W takiej pogodzie? – odparł podejrzliwie Forst. – O tamtej porze była podobno całkowita dupówa.

– Nie, nie. Chwilę wcześniej się przejaśniło, był wtedy moment oddechu. Wyglądało na to, że front pójdzie bokiem, ale sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Wie pan, jak to jest.

– Wiem. Dużo czasu pan z nimi spędził?

– Niezbyt – odparł mężczyzna i podrapał się po karku. – Oni rozsiedli się na przełęczy, chyba mieli zamiar tam coś zjeść. Mieli sporo batoników, tych białkowych słowackich… yyym…

– Maxsport?

– Tak, tych! – zaskoczył szybko turysta. – Wszyscy się do nich zabrali, a ja poszedłem na szczyt. Wracałem do Chochołowskiej przez Łopatę i Wołowiec, ale powiem panu, że to była droga przez mękę. Znowu przyszło załamanie pogody.

Niewiele informacji, ale lepsze takie niż żadne, uznał w duchu Forst. Przynajmniej znał kierunek, w którym poszła Hanna.

– Jeszcze coś – dodał świadek. – Dwóch z tych mężczyzn wyglądało na naprawdę zmordowanych. Trzeci też był dość styrany, czwartemu niestety się nie przyjrzałem.

– A kobieta nie?

– Aż tak z pewnością nie.

Wiktor dopiero teraz uspokoił oddech po szybkim przebyciu odcinka ze Starorobociańskiego Wierchu. Wyciągnął paczkę westów i zapalił jednego, a potem wypytał mężczyznę o jakiekolwiek inne szczegóły, które zapamiętał. Każdy mógł okazać się na wagę złota.

Zaraz potem zdecydował o przesunięciu grup poszukiwawczych w kierunku zachodnim, ze szczególnym uwzględnieniem terenu wokół Jarząbczego Wierchu i znajdujących się obok niego przełęczy.

Polecił świadkowi zgłosić się w komendzie, by mogli tam sporządzić portrety pamięciowe czterech mężczyzn, po czym ruszył w drogę powrotną.

Zastanawiał się, czy zmęczenie Słowaków nie powinno dać mu do myślenia. Może rzeczywiście nieco na wyrost było założenie, że doszło do przestępczego działania? Może należało wziąć pod uwagę wypadek?

Trzech wycieńczonych facetów, jedna niedoświadczona dziewczyna. Łatwo było sobie wyobrazić, że gdzieś na grani doszło do tragedii.

Świadek twierdził, że kiedy spotkał grupę na przełęczy, ruch wokół był minimalny. Nic dziwnego. Większość niedzielnych turystów zajdzie z Chochołowa do schroniska, najwyżej do szlaku papieskiego. A ci, którzy lubują się w szczytach wysokogórskich, ciągnęli raczej ku Tatrom Wysokim.

Tu nie było wielu ludzi. Wypadek całej grupy z pewnością mógłby pozostać niezauważony.

Forst zatrzymał się w połowie drogi na Starorobociański Wierch i wyciągnął telefon. Wybrał numer TOPR-owskiej dyżurki, z której ratownik koordynował całą akcję poszukiwawczą. Miał dostęp nie tylko do radiotelefonów swoich kolegów, ale także do aplikacji, dzięki której mógł na bieżąco informować wszystkich zaangażowanych o postępach i zmianach planów.

– Masz kogoś w okolicach Doliny Jarząbczej? – spytał komisarz.

– Czekaj, sprawdzę.

Nie nastręczało to najmniejszych problemów, by umożliwić sprawny przebieg akcji ratunkowych, każdy radiotelefon TOPR-owców był bowiem wyposażony w GPS.

– Mogę tam rzucić dwie osoby z Niskiej Przełęczy – odparł ratownik. – A co, masz coś?

– Możliwe.

– Znaczy?

– Trzeba sprawdzić, czy ta grupa nie spadła gdzieś w okolicy.

Rozmówca przez moment się zastanawiał.

– Jeśli tak, to potencjalny teren będzie duży – odparł w końcu. – Z Niskiej Przełęczy stoki są raczej łagodne, ale wokół są urwiska. Stoczysz stamtąd kamień, to może zatrzymać się z półtora kilometra dalej.

Wiktor zaklął pod nosem. Przestrzeń niepokryta żadnymi szlakami musiała być tam dość rozległa.

Podziękował, a potem się rozłączył i przyspieszył kroku.

Chwilę po tym, jak z powrotem dołączył do Osicy, znów dał o sobie znać jego telefon. Odebrał niemal natychmiast, ignorując Edmunda, który domagał się najnowszych wieści.

– Tak? – rzucił do słuchawki.

Przedstawił mu się jeden z ratowników, których zadysponowano do sprawdzenia doliny. Ton jego głosu od razu zdradził, że coś jest na rzeczy.

– Panie komisarzu, jestem jakieś pięćset metrów od szlaku.

– I? – spytał Forst. – Co masz?

– Coś, czego chyba nikt z nas się nie spodziewał…

– Czyli?

– Na początku wypatrzyłem tu parę opakowań po jakichś batonach. To miejsce poza jakimkolwiek szlakiem, więc…

– Słowackich batonach?

– Moment.

Forst usłyszał wiatr, który uderzył w mikrofon telefonu, a potem charakterystyczny dźwięk rozprostowywania papierka.

– Tak, maxsport waniliowe – odparł ratownik. – Ale panie komisarzu…

– No?

– Poszedłem kawałek dalej i nie uwierzy pan, na co trafiłem.

Z pewnością nie na ciała czterech mężczyzn i kobiety, ton głosu miałby teraz zupełnie inny.

– Tu są kości – dodał TOPR-owiec. – Ludzkie kości.