Lot 202Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Olgi i Marysi,

które przez lata dopominały się o tę książkę

Ceń słowa. Każde może być twoim ostatnim.

– Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane

Rozdział I

4:55 nad ranem. Opole, ul. Hubala

Wszyscy umierają dwukrotnie. Raz, kiedy odchodzą z tego świata, i drugi, kiedy zostają zapomniani. Człowiekowi, który zginął dziś w bloku przy ulicy Hubala w Opolu, ta druga śmierć z pewnością nie groziła.

Agnieszka Oliwa niebawem miała się o tym przekonać. Nie zdążyła nawet wypić kawy, choć właściwie nie potrzebowała jej, by się rozbudzić. Informacja z centrali była krótka – z czymś takim jeszcze się nie spotkali.

Prowadził ją smród śmierci. Szła za nim jak po sznurku, myśląc o tym, jak parszywą robotę sobie wybrała. Normą było, że musiała wyrwać się z łóżka na długo przed tym, jak zadzwonił budzik. Normą niestety było też to, że zazwyczaj musiała kierować się tam, gdzie śmierdziało najgorzej.

Podkomisarz Agnieszka Oliwa minęła dwoje otwartych drzwi na klatce schodowej, czując, że zbliża się do celu.

– Proszę zostać w mieszkaniu – powiedziała, patrząc na zaspane, acz zaciekawione twarze ludzi wychylających się za próg.

Szła dalej, do lokalu numer czterdzieści jeden w wysokim, dwunastopiętrowym bloku. Zazwyczaj w takich miejscach woniało zsypem, co przywodziło na myśl czasy raczkowania III RP, dziś jednak czuć było tylko fetor rozkładu. Nie musiała pytać kogokolwiek o kierunek. Gdy minęła zakręt, w korytarzu zobaczyła tłum funkcjonariuszy.

Skinęła do kilku głową, po czym weszła do mieszkania. Nie pofatygowała się, by zasłonić usta i nos – dawno uzmysłowiła sobie, że to odruch tyle bezwarunkowy, ile bezsensowny.

A mimo to ręka drgnęła. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że w środku unosił się zapach krwi, kału i uryny. Robactwo zdążyło już pewnie zalęgnąć się w ciele denata, przyspieszając proces rozkładu.

– Co mamy? – zapytała, siląc się na nonszalancki ton.

Nie wyszło to najlepiej, ale wszyscy wokół byli tak skonsternowani, że uszło to ich uwagi. Agnieszka wbiła wzrok w makabryczny widok, jaki rozpościerał się przed jej oczyma. Informacja z centrali nie była przesadzona. Trup wisiał pod sufitem, ale z pewnością nie był to obraz, którego się spodziewała.

Technik stojący przy zwłokach odwrócił się i podniósł spojrzenie. Wydął usta, wypuszczając powietrze, a potem zlustrował pomieszczenie, jak gdyby dopiero teraz zaczynał analizować sytuację.

– Samobójstwo.

– To? – zapytała Agnieszka. – To wygląda ci na samobójstwo?

– Wiem, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie jakiejś chorej egzekucji, ale nic z tych rzeczy. Gość zadał sobie trud, to trzeba mu oddać… tyle że nie sposób dopatrzeć się działania osoby trzeciej.

Gdyby nie jego rzeczowy ton, powiedziałaby, że zwyczajnie drze sobie z niej łacha.

– Jesteś pewien? – zapytała, podchodząc do sinego wisielca.

– Mhm – mruknął kryminalistyk. – Może ktoś pomógł mu na pewnym etapie, zanim odebrał sobie życie, nie wiem. Ale na moje oko to dość pewny kandydat na samobójcę.

Podkomisarz skinęła głową, zbliżając się jeszcze o pół kroku. Dalej podejść nie mogła, bo wdepnęłaby we wnętrzności nieszczęśnika. Jego brzuch był rozcięty poziomo na wysokości pępka, a trzewia wypłynęły z wiszącego ciała i rozbryznęły się na podłodze.

– Zajęcia z anatomii miałem dość dawno… – odezwał się technik. – Ale powiedziałbym, że to jelito grube – dodał, wskazując na pofałdowany, pokryty śliską błoną śluzową przewód, który zwisał z ciała.

Agnieszka podniosła wzrok znad bebechów na podłodze.

– Okrężnica – burknęła. – Mniejsza z anatomią. Jak to zrobił?

– Dość wymyślnie, ale w gruncie rzeczy też tradycyjnie – odparł kryminalistyk i lekko się uśmiechnął. Podkomisarz trwała z kamiennym wyrazem twarzy, więc szybko wrócił do służbowego tonu. – Stanął na krześle, umocował pętlę na szyi, a pod policzki włożył żyletki przyczepione do linek, które widzi pani na suficie. Potem skoczył ze stołka, jednocześnie przeciągając sobie ostrzem po brzuchu. I mamy to, co mamy.

Agnieszka spojrzała na twarz oszpeconą makabrycznym uśmiechem. Dwa ostrza rozharatały policzki i obnażyły tylne uzębienie. Wyglądało to tak, jakby nieszczęśnik nie wisiał na pętli zaciśniętej na szyi, ale na dwóch napiętych linkach zwieńczonych żyletkami. Pojedyncze krople krwi skapywały jeszcze z brody, a na nagim ciele widniały zaschnięte, czerwone ślady, ciągnące się w dół.

– Nie dowierza pani, że sam to zrobił? – zapytał kryminalistyk.

Oliwa nie odpowiedziała, przykucając przy wnętrznościach leżących na podłodze. Zignorowała te, które nadal pokrywały zwiotczałego penisa i włosy łonowe.

– Z tych fusów nic pani nie wywróży.

– Ze śladów opadowych też nie – odparła. – A mimo to ślęczałeś nad jego pociemniałymi girami, kiedy weszłam. – Podniosła wzrok. – I nie, nie dowierzam. Nie trzeba geniusza, by zobaczyć, że ten facet sam się nie zabił.

– Czasem samobójstwo jest tylko samobójstwem, droga pani komisarz. Jakkolwiek makabrycznie by wyglądało.

Popatrzyła na niego spode łba i wyciągnęła paczkę mentolowych marlboro. Czekała, aż któryś z techników zaoponuje, ale tylko machnęli ręką, oznajmiając, że ściągnięto ich tu w środku nocy i zebrali już ślady osmologiczne.

– Gdyby ktoś chciał cokolwiek upozorować, po prostu powiesiłby tego faceta – dodał kryminalistyk. – Nie rozcinałby mu przy tym gęby i bandziocha.

Agnieszka wypuściła dym w kierunku ciała, a potem rzuciła paczkę technikowi. Ten wziął papierosa dla siebie i oddał ją podkomisarz.

– Brak śladów włamania? – zapytała.

– Brak. Nie zauważyłem też niczego, co świadczyłoby, że umarlak miał w ostatnim czasie jakiegokolwiek gościa.

– I nie ma żadnych śladów walki? – zapytała.

– Żadnych. Wszystko wskazuje na to, że stanął na krześle, a potem zrobił jeden mały krok dla ludzkości, ale wielki dla siebie.

– Czym rozciął brzuch?

– Pierdoloną kataną – odparł kryminalistyk, tym razem nie mogąc już opanować uśmiechu. Wskazał na szablę, która leżała kawałek dalej. – Nie znam się na takich ostrzach, ale ten japoński wynalazek to chyba jedna z najostrzejszych broni. Widać zresztą po efekcie.

Podkomisarz podniosła się i podeszła do zakrwawionego, zakrzywionego miecza samurajskiego. Spoglądała nań przez chwilę, podczas gdy technik mamrotał coś pod nosem, rozwijając temat szabli. Agnieszka szybko wypaliła papierosa, wyrzuciła niedopałek przez okno i rozejrzała się po pomieszczeniu. Z pewnością gdzieś tutaj znajdował się list pożegnalny, bo nikt nie zadawałby sobie tyle trudu bez powiedzenia choć kilku słów na dobranoc – na szukanie go jednak przyjdzie jeszcze pora, stwierdziła. Teraz musiała sprawdzić coś znacznie ważniejszego.

– Pani komisarz?

Nie odpowiadając, przeszła dalej. Mieszkanie nie było duże, raptem dwupokojowe. Drugie pomieszczenie najpewniej służyło jako gabinet połączony z sypialnią – na niewielkim biurku tkwiły laptop, myszka, trochę papierów, tuż za nim zaś znajdowało się łóżko. Agnieszka spojrzała na blat i dostrzegła coś, czego się nie spodziewała.

Uśmiechnęła się lekko. Pięknie.

Wróciwszy do salonu, znacząco odchrząknęła.

– Znalazła pani sprawcę? – zapytał półgębkiem mężczyzna.

– Jeszcze nie. Ale ustaliłam, że pański samobójca najwyraźniej nie lubił korzystać z touchpada. Używał myszki.

– Fascynujące.

– Nie, fascynujące jest to, że znajduje się ona po lewej stronie laptopa.

– Słucham?

– Ofiara była leworęczna – odparła Agnieszka, podchodząc do zwisających z sufitu zwłok, po czym obróciła się do nich plecami. Uniosła lewą rękę i przeciągnęła nią wzdłuż brzucha, jakby wykonywała cesarskie cięcie. – Gdyby ten facet sam rozciął sobie trzewia, katana leżałaby po lewej stronie. Leży jednak po prawej.

Kryminalistyk wykonał ruch, jakby podrzynał sobie gardło. Spojrzał na zakrwawione ostrze, bledniejąc na twarzy.

– O kurwa… – skwitował.

– Żeby rozpłatać sobie bebech, trzeba mieć dużo determinacji, ale też sporo precyzji. Denat nie zrobiłby tego prawą ręką, więc wypada przyjąć, że ktoś mu pomógł.

– Najwyraźniej… – wydukał technik. – Ściągnęliśmy już odciski z rękojeści, zaraz poślę z nimi kogoś na komendę.

Podkomisarz wątpiła, by cokolwiek na tej podstawie ustalili. Czuła, że przed nią długa droga i ktokolwiek zaaranżował to przedstawienie, zadbał o to, by błądziła we mgle.

5:15. Opole, ul. Hubala

Zastępca naczelnika wydziału kryminalnego pojawił się na miejscu chwilę po tym, jak odebrał telefon od swojej podkomendnej. Przedstawiła mu ogólny zarys sytuacji, ale i bez tego wiedziałby, że sprawa jest nietuzinkowa. Dla normalnego samobójstwa nikt nie ściągałby go na miejsce zdarzenia o tak nieludzkiej porze.

Cały budynek został zamknięty, a wokół niego utworzono szczelny kordon. Mieszkańcy z pewnością będą później zgłaszać pretensje o „opieszałość policji” i lamentować, że spóźnili się do pracy, ale podinspektora specjalnie to nie interesowało. Wiedział, że niebawem na śledztwie skupią się wszystkie media, więc wolał grać dokładnie tak, jak mu kazały przepisy. Jako stosunkowo młody policjant z niewielkim stażem pracy mógł okazać się idealnym kozłem ofiarnym, gdyby cokolwiek poszło nie tak.

 

Marek Litman pewnym krokiem wszedł do mieszkania, po czym zatrzymał się jak rażony piorunem. Potrzebował chwili, by ogarnąć umysłem sytuację. Owszem, widywał tak dantejskie sceny, ale tylko na materiałach szkoleniowych. Albo w horrorach na Netfliksie.

– Co to jest, do kurwy nędzy? – wydusił.

– Jak mówiłam przez telefon, panie inspektorze, moim zdaniem…

– Mówiłaś, że mamy samobójstwo lub morderstwo, wyjątkowo brutalne – uciął. – Ale to… to, do cholery, wygląda, jakby żywcem rozpruł tego człowieka sam Hannibal Lecter.

– Raczej Jigsaw – burknął kryminalistyk.

– Co? – zapytał podinspektor, a następnie potrząsnął głową. – Ustaliliście wstępnie czas zgonu?

– Na tym etapie to byłaby czysta zgadywanka – zastrzegła Agnieszka, ale widząc wzrok przełożonego, szybko uniosła otwarte dłonie. Spojrzała na technika, ten zaś przez moment się zastanawiał.

– Plamy opadowe wskazują, że minęło od dwóch do czterech godzin – odezwał się. – Pojawiły się też pierwsze insekty, więc i to zdawałoby się potwierdzać ten szacunek… ale nie jestem entomologiem. Więcej dowiemy się, jak go ściągniemy. Jeśli plamy pośmiertne zostaną, to będzie trzeba przyjąć, że jest martwy od co najmniej dziesięciu godzin.

Litman chętnie ściągnąłby sprawiającego upiorne wrażenie biedaka, ale nie miał pojęcia, czy tym samym nie zatarliby jakichś śladów. Znał procedury, przynajmniej na papierze, w tej sytuacji jednak czuł się zupełnie zagubiony. Przestąpił z nogi na nogę, tocząc wzrokiem po pokoju.

– Śmierdzi fajkami – odezwał się niepewnie. – Ktoś tu niedawno palił, więc najwyraźniej…

Urwał, gdyż podkomisarz wyciągnęła z kieszeni paczkę mentoli i obróciła ją w ręce.

– Lepsze to niż wcześniejszy odór – powiedziała.

– Świetnie. Ingerowałaś jeszcze w jakiś sposób w miejsce zdarzenia?

– Poszperałam trochę, bo technicy już wszystko zebrali. Powiedzieli, że możemy szaleć do woli.

– Zaszalał raczej ten, kto powiesił tego człowieka pod sufitem – zauważył Litman.

Agnieszka skinęła głową i odsunęła sobie krzesło przy stole. Wskazała to, które stało naprzeciwko.

– Klapnie pan? – spytała, sama zajmując miejsce.

Spoglądając na zgiętą kartkę A4, którą policjantka położyła na blacie, Marek zasiadł po drugiej stronie. Ani chybi Oliwa znalazła list pożegnalny. Patrząc jednak na to, co stało się z tym człowiekiem, trudno było przypuszczać, by denat napisał go z własnej woli. Bardziej prawdopodobne, że ktoś go do tego zmusił, zanim doszło do tragedii.

– Znalazłam pod laptopem – powiedziała Oliwa, podsuwając kartkę. – Ale wątpię, by ten list zawierał to, czego się pan spodziewa.

– Taka jesteś przenikliwa?

– Proszę rzucić okiem – odparła Agnieszka, wzruszając ramionami.

Litman ściągnął gruby płaszcz, po czym odwiązał szalik i upchnął go do rękawa. Mróz trzymał tej zimy wyjątkowo mocno, a o piątej rano sprawiał, że odechciewało się żyć. W mieszkaniu również nie było najcieplej, ale podinspektora skutecznie rozgrzewały emocje.

Rozłożył kartkę i zamarł. Rzeczywiście, nie tego się spodziewał. Na papierze wydrukowane były czarno-białe zdjęcia wszystkich oficerów wydziału kryminalnego opolskiej policji. Małym fontem przy każdym z nich sporządzono krótki opis, niemający jednak nic wspólnego z tym, co można by znaleźć w archiwach czy na stronach internetowych.

– Agnieszka Oliwa, lat trzydzieści sześć, podkomisarz – odczytał Marek. – Zbyt często pije gin z tonikiem. Niezamężna, świeżo po trzyletnim związku. Dewiantka kryminalna. Czytuje Yrsę Sigur… Sigurdar… Sigurdardóttir, ulubiony serial: Alienista. Ma DVD z wszystkimi sezonami Przyjaciół i… kurwa mać, co to ma być? Plotek czy Pudelek?

– Niech pan czyta dalej.

Zastępca naczelnika przez moment się wahał.

– Jeździ czarną skodą octavią, gaźnik do wymiany. W fitness klubie przy Oleskiej spędza średnio dwie godziny tygodniowo. Rozmiar stanika: 80D.

Litman urwał, unosząc brwi i mimowolnie spoglądając ponad stołem, by mniej więcej zweryfikować ten ostatni fakt.

– Wszystko się zgadza – odparła Agnieszka. – Ale co do ostatniej kwestii musi mi pan uwierzyć na słowo.

Zupełnie skołowany, Marek opuścił wzrok na kartkę. Zaczął czytać to, co drobnym maczkiem było tam napisane na jego temat.

– Według autora sporo jeździ pan rowerem po Bolko i zazwyczaj zatrzymuje się pan na ciastko i kawę w Labie – odezwała się podkomisarz. – Przypuszczam, że to prawda, podobnie jak… pozostałe rzeczy?

– Dobrze przypuszczasz – odparł Litman, doczytując do końca. Złożył kartkę na pół, a następnie spojrzał na technika, który właśnie ściągał odciski z krzesła. – Ktoś to widział, oprócz ciebie?

– Nie.

– Dobrze. Niech tak zostanie, przynajmniej na razie. Ostatnie, czego mi trzeba, to przeciek do mediów, że ktoś inwigilował naszych ludzi.

Podinspektor skrzyżował dłonie na stole, patrząc najpierw na swoją podkomendną, a potem na wiszące obok zwłoki. Nigdy nie spodziewał się, że w swojej karierze wdepnie w taki gnój. Ani że w Opolu dojdzie do kolejnej makabrycznej zbrodni, której rozwiązanie tym razem przypadnie właśnie jemu. Zło zdawało się przyciągać zło, choć wszyscy liczyli na to, że po sprawie Iluzjonisty miasto przynajmniej przez jakiś czas będzie cieszyło się spokojem.

Bardziej od trupa martwiły go jednak informacje w liście. I fakt, że Oliwa zdążyła się z nimi zapoznać.

Marek odchrząknął, patrząc na paczkę mentoli, która pojawiła się na stole. Policjantka podsunęła mu ją, ale Litman pokręcił głową.

– Jesteś pewna, że to nie samobójstwo? – zapytał.

– Płacą mi za to, żebym nie była – odparła Agnieszka.

– I opierasz się na tym, że katana leży po prawej, a nie po lewej stronie?

– Tak jest – powiedziała kobieta, poprawiając niesforny kosmyk włosów. Również skrzyżowała ręce na stole i zmrużyła oczy. – Oprócz tego ten list zdaje się świadczyć, że ktoś rzuca nam wyzwanie.

– Naoglądałaś się za dużo Detektywa i Alienisty, Oliwka.

Puściła to określenie mimo uszu, podobnie jak płonne próby zakłamania rzeczywistości. Wszystko mieli podane na talerzu, nie było nawet specjalnie się nad czym zastanawiać.

– Chcę wiedzieć dwie rzeczy – odezwał się Marek. – Po pierwsze, czy ten gość dałby radę się zabić w ten sposób. I po drugie, kim jest. Im szybciej mi dostarczysz…

– Dałby radę – wtrącił technik, odrywając się od ściągania odcisków. – Wszystko załatwiła fizyka… przynajmniej jeśli nie liczyć rozciętych bebechów. Pętla zacisnęła się na szyi, linki się napięły i finito. Nie można wykluczyć, że facet był po prostu zdeterminowany albo już kiedyś próbował samobójstwa i tym razem chciał mieć pewność. Takich niedoszłych wbrew pozorom jest dużo. Przy próbach przez zatrucie umiera tylko około dwóch procent. Z tych, którzy tną nadgarstki, ginie tylko jeden na dziesięć, a…

– Okej – uciął Litman. – Niepotrzebny mi wykład.

Spojrzał na siedzącą naprzeciw kobietę, licząc na to, że nie będzie musiał poruszać spraw oczywistych. Jej wyraz twarzy szybko pogrążył jego nadzieję.

– Dopóki nie znajdziesz czegoś jednoznacznie wskazującego na morderstwo, uznaję, że mamy do czynienia z samobójstwem – odezwał się. – Jasne?

– Oczywiście.

– Oliwka…

Nie znosiła tego zdrobnienia, ale za każdym razem, gdy używał go przełożony, przyjmowała je z godnością.

– Tak, panie inspektorze?

– Słyszę przecież, że masz to w dupie.

Policjantka lekko się uśmiechnęła.

– Rozumiem, że wszystko ma się odbywać zgodnie ze sztuką, panie inspektorze – zapewniła. – I nie zamierzam robić niczego, co mogłoby sprowadzić na pana lub komendę wojewódzką wizerunkowe kłopoty.

Zastępca naczelnika wbił wzrok w oczy Agnieszki, po czym skinął głową. Zabrał kartkę z informacjami na temat oficerów i wstał ze swojego miejsca.

– Przesłucham sąsiadów – powiedział. – Jak wrócę, chcę mieć coś na temat tego faceta. Więcej, niż sam zdołam się dowiedzieć, jasne?

– Tak jest – potwierdziła Oliwa, nieco skonsternowana tym, że podinspektor sam będzie parał się domokrąstwem. Nie miała jednak zamiaru protestować. W mieszkaniu było jeszcze sporo do zrobienia, a od sąsiadów z pewnością nie mogłaby dowiedzieć się niczego poza zupełnymi pierdołami. Miała też zamiar dobrać się do laptopa, a stojący nad nią zastępca naczelnika raczej by to uniemożliwił.

Była przekonana, że w mieszkaniu nie znajdą żadnych śladów mogących świadczyć, że miało tu miejsce zabójstwo. Oprócz katany po złej stronie – choć najpewniej znajdzie się ktoś, kto wykaże, że to niczego nie dowodzi.

Oliwkę bardziej jednak martwiło to, że szpiegowanie oficerów stanowiło wyzwanie, bezczelne i odważne, rzucone opolskiej policji prosto w twarz. Ktokolwiek z nimi igrał, wiedział, co robi.

5:20. Warszawa, ul. Parkowa

Utykający mężczyzna stanął przed willą przy Parkowej, trzymając oburącz łopatę do śniegu. Na moment przestał go odgarniać sprzed podjazdu i podniósł wzrok na budynek. Kojarzył mu się z hacjendami, które pamiętał ze starych westernów. No, może gdyby odjąć tu i ówdzie funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa, którzy kręcili się po obejściu. Jeden z nich już zdążył się nim zainteresować.

Zamiatacz skinął do niego głową, po czym na powrót zajął się odgarnianiem białego puchu.

Wprawdzie nie miał prawa tego wiedzieć, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że premier za moment opuści swoje włości i pojedzie na Okęcie. Zwykłym, komercyjnym lotem uda się na spotkanie z kanadyjskimi władzami w Toronto.

Tanie państwo. Ludziom podobało się, że sternik polityki wewnętrznej i zewnętrznej jest jak przeciętny człowiek – zamiast latać w przestronnych wnętrzach embraerów czy innych VIP-owskich maszyn, zasiada w rzędach niebieskich siedzeń i ogląda po raz setny stewardesę informującą o tym, jak powinno się zachować w razie niebezpieczeństwa.

Tyle że tym razem nikt ani nic nie przygotuje pasażerów na to, co ich czeka.

Utykający mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, formując białą fałdę obok przejścia, którym premier Hauer przejedzie na wózku w drodze do podstawionego samochodu. Wyciągnął z kieszeni komórkę i sprawdziwszy godzinę, stwierdził, że stanie się to za kilka minut.

Jego zadanie było proste – po tym, jak polityk znajdzie się w rządowym mercedesie citanie, który został przystosowany dla niepełnosprawnego Hauera, zamiatacz wykona krótki telefon. Nie wiedział wiele więcej, bo nie musiał. Nikt mu nie płacił za myślenie ani analizowanie konsekwencji. Miał przekazać informację, iż ładunek jest w drodze, a potem zwijać się czym prędzej z kraju.

Wiedział, że szykuje się coś dużego. Bomba w samolocie? Na pozór niemożliwe, ale przecież nie nierealne. A może zamach miał być bardziej bezpośredni? Niewiele trzeba, by na pokład przemycić coś, czym można by dźgnąć premiera w szyję. Wystarczy iść między rzędami, niby do kibla, i w odpowiednim miejscu zatoczyć się nagle w kierunku polityka. Jeden szybki cios i koniec.

Utykający mężczyzna uznał, że nie ma co gdybać. Za jakąś godzinę wszystkie media na świecie będą mówiły o tym, co dzieje się na pokładzie lotu PA202 z Warszawy do Toronto. Dowie się wówczas wszystkiego.

Uśmiechnięty, zepchnął ostatni kawałek śniegu i uznał, że czas na fajrant.

5:23. Opole, ul. Hubala

Agnieszka przełożyła myszkę na drugą stronę laptopa, po czym rozpoczęła poszukiwania czegokolwiek, co mogłoby okazać się przydatne. Dla techników informatycznych w wydziale ten sprzęt stanowiłby prawdziwą kopalnię wiedzy, ale ona miała ograniczony zasób narzędzi, bo jej wiedza komputerowa kończyła się na tym, jak nakręcić story na Instagram. Uznała, że zacznie od sprawdzenia historii w przeglądarce.

Szybko stało się jasne, że przed zapadnięciem w wieczny sen denat naoglądał się pornoli. Ostatnie wejście na stronę obfitującą w zalotnie uśmiechające się Azjatki miało miejsce około drugiej. Najpewniej zaraz potem stracił życie… a może nawet stało się to w trakcie oglądania całego panteonu orientalnych cycków. Pewnie nie najgorszy sposób dla faceta, by zejść z tego świata.

Oliwa westchnęła, odpalając papierosa wiszącego w kąciku ust.

– Nie podejrzewałem… – rozległ się głos zza jej pleców. – O szczęście niepojęte, mamy wspólne zainteresowania.

Agnieszka odwróciła się do kryminalistyka i spiorunowawszy go wzrokiem, zachęciła, by wszedł do gabinetu. Ten ochoczo skorzystał, wpatrując się w obraz na monitorze.

 

– Przeglądał to tuż przed śmiercią, ostatnie wejście jest o drugiej zero dwa.

– Odszedł od nas godnie – odparł technik, skłaniając się przed komputerem. – Znalazła pani coś jeszcze?

– Tak. I skończ z tą panią – mruknęła podkomisarz, przewijając historię. – Wcześniej przeglądał wiadomości na Wirtualnej Polsce, poczytał trochę plotek, obejrzał jakieś zdjęcia i sprawdzał połączenia PKP. Z Opola Głównego na Warszawę Centralną, na piątą dwadzieścia siedem.

Kryminalistyk spojrzał na zegarek.

– Chyba się spóźni – podsumował, czym nie wyzwolił żadnej reakcji u rozmówczyni. – Zamówił bilet?

– Wyglądam ci na kogoś, kto mógłby to stwierdzić?

– Zobacz, czy przeszedł stamtąd do płatności.

Uznała, że to nie najgłupszy pomysł, po czym odłożyła papierosa do popielniczki. Przewinęła historię z powrotem, stwierdzając, że nieszczęśnik wszedł na konto w mBanku, najpewniej właśnie po to, aby uregulować należność.

– I? – spytała Oliwka.

– Co?

– Czy ktoś, kto planuje samobójstwo, ogląda mangę dla dorosłych i bukuje sobie poranny pociąg?

– Nie – przyznał technik, przysiadając na skraju biurka. – Ale to nielogiczne.

– Mnie się wydaje bardzo logiczne.

– Mam na myśli to, że nie trzeba było wiele, żeby obalić teorię o samobójstwie. Zupełnie jakby sprawca zostawił nam pod nosem ślady, zaczynając od katany. Po co w takim razie zadał sobie tyle trudu z wisielcem?

– Nie wiem.

– I o czym szeptaliście przy stole z Galantem?

Agnieszka mimowolnie się rozejrzała. Sądziła, że to określenie Litmana krąży jedynie po jej wydziale. Zastępca naczelnika dbał o swoją powierzchowność bardziej niż ktokolwiek inny na komendzie, stąd była to ksywka cokolwiek przystająca do rzeczywistości – i może właśnie przez to niedoceniana przez samego zainteresowanego. Raz czy dwa zrobił aferę z tego powodu, przez co „Galant” stał się jeszcze bardziej lotnym określeniem. Osobiście podkomisarz uważała, że pseudonim jest znacznie korzystniejszy niż pieszczotliwe „Oliwka”, które niefortunnie do niej przylgnęło.

– Analizowaliśmy sprawę – odparła.

– A wyglądał, jakby dostał nagłego skurczu jaj – ocenił kryminalistyk. – I co to była za kartka, którą schował do marynarki?

– Nie wiem.

– Sama mu ją dałaś – zaoponował technik. – Chyba nie materiał dowodowy, co?

Oliwka spojrzała na chłopaka z dezaprobatą, przeklinając w duchu całą sytuację.

Morderstwo niezbyt dobrze upozorowane jako samobójstwo to jedno, ale ta kartka to zupełnie co innego. Brudy, jakie się na niej znajdowały, nadawały całkiem nowy wydźwięk tej sprawie. I rzeczywiście, był to pieprzony materiał dowodowy, który Marek Litman bez wahania wyniósł z miejsca zdarzenia.

Przez myśl przeszło jej, że być może gdzieś na laptopie jest plik, który stanowił elektroniczną wersję wydruku. Odchyliła się na krześle, omiotła wzrokiem pomieszczenie, po czym z ulgą stwierdziła, że nie ma tu drukarki. Najpewniej kartkę przyniósł ze sobą morderca, a potem położył ją pod laptopem.

– No? – zapytał kryminalistyk. – Widziałem przecież, że to zwinął.

– Mało masz roboty? – odparła pod nosem Oliwa. – Pozbierałeś wszystkie odciski?

Technik uśmiechnął się, kiwając głową, następnie sięgnął po jej papierosa, który tlił się w popielniczce.

– Widzę, że to jakaś gruba sprawa.

– Dosyć – potwierdziła, patrząc na mentola. – Jest jeden trup, a zaraz będzie drugi, jak mi nie oddasz fajki.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo do mieszkania wszedł zastępca naczelnika. Słysząc kroki, Agnieszka i kryminalistyk natychmiast obrócili się w kierunku drzwi. Litman rozpiął marynarkę, zatrzymał się w progu gabinetu i karcąco spojrzał na swoją podwładną.

– Chyba sobie żartujesz – odezwał się, przenosząc wzrok na monitor.

– Musiałam sprawdzić, co to za facet – zaoponowała, unosząc ręce znad laptopa i pokazując, że ma rękawiczki. – Dowiedział się pan czegoś?

– Tego, że na dole są już ludzie z Opole24, „Wyborczej”, TVP, NSI i „Trybuny”. Wokół naszego kordonu robi się drugi pierścień. I przypuszczam, że… – Marek urwał, patrząc na technika. – A ty co tu robisz?

– Analizowałem materiał na komputerze, panie inspektorze.

– A coś ty za jeden?

– Cyryl Czantyr.

Zaległa niewygodna cisza.

– Co proszę? – spytał Marek.

– Tak się nazywam.

– Jak jakaś postać z kreskówki?

– Tak mi dali na imię rodzice, a nazwiska przecież ojciec nie wybierał.

Litman przez moment świdrował go wzrokiem, jakby spodziewał się, że rozmówca zaraz przyzna się do żartu.

– Świetnie – mruknął w końcu podinspektor. – Udało wam się coś znaleźć?

– Ustaliliśmy, że denat lubił Azjatki.

– Przypuszczam, że nie chodzi o mangę czy anime.

– Nie do końca. Oprócz tego kupił sobie bilet do Warszawy na pociąg, który odjeżdża… mniej więcej w tej chwili – odparła Agnieszka. – Ale dopiero zaczynam przekopywać się przez złogi jego życia. Za pańskim pozwoleniem będę brnąć dalej.

Jej wzrok nie pozostawiał wątpliwości, że prosi o nie wyłącznie dla porządku.

– Okej – odparł oficer. – Skoro już i tak złamałaś wszelkie standardy i postąpiłaś wbrew rozkazom, to proszę bardzo, kontynuuj, nadwątlaj moje zaufanie do ciebie jeszcze bardziej.

– Tak jest.

Stanął nad nią, więc kryminalistyk musiał trochę się odsunąć. Podinspektor zerknął na niego, ale nie pogonił go wzrokiem, toteż Cyryl uznał, że może zostać w gabinecie. W normalnej sytuacji najpewniej pakowałby już swoje rzeczy i wiózł próbki do laboratorium, ale sytuacja była cokolwiek niecodzienna. Dziś wszyscy byli dalecy od tego, jak powinni się zachować.

– Sprawdź, co oglądał, zanim zabrał się do biletów i Azjatek – polecił Marek.

Oliwa była już w trakcie szperania we wcześniejszej historii, ale nie znalazła niczego, co dowodziłoby, że denat miał z kimkolwiek na pieńku albo był z natury kimś, kto ściąga na siebie kłopoty. Na razie najlepszym kandydatem na mordercę wydawał się sprzedawca, któremu ofiara wystawiła negatywną ocenę na Allegro.

Jedyną przydatną informacją było to, że wisielec zamówił sobie bilet, by dzisiaj wyjechać z Opola. Może przed kimś uciekał, a może był to zbieg okoliczności – tak czy inaczej wymagało to dalszego sprawdzenia.

Agnieszka zminimalizowała przeglądarkę i zaczęła szperać po dysku. Przejrzała dokumenty – nic ciekawego. Kilka wzorów umów, stary program do PIT-ów, parę ebooków z Chomika. Nic, co mogłoby rzucić nieco światła na ofiarę.

Inną sprawę stanowiły zdjęcia.

– O, proszę – odezwał się Czantyr. – Chłopina potrafił się bawić.

– I to porządnie, jak na prawilnego chłopaka przystało – odparł Litman, opierając się o krzesło, na którym siedziała Oliwa. – Kibolska ustawka?

Agnieszka wpatrywała się w zdjęcie przedstawiające kilkunastu mężczyzn bez koszulek stojących nocą na jakiejś ulicy. Wszyscy prężyli mięśnie do obiektywu, niektórzy przyjęli postawy bojowe. Powiększyła fotografię, by po chwili ujrzeć rozpikselowane tatuaże, widoczne na torsach co poniektórych. Jeden przedstawiał cyfry „88/14”, inny orła ze swastyką w szponach. Pozostałe były utrzymane w podobnym stylu – przede wszystkim krzyże celtyckie, słoneczne i runy SS.

– Idealnie – bąknął Marek. – Nie dość, że wyjątkowo skurwysyńskie morderstwo, to jeszcze z neonazistowskim wydźwiękiem.

Bagno, w które wdepnęli, nagle stało się znacznie głębsze.

– Nie wygląda, by motywem był podtekst neonazistowski – zaoponowała Agnieszka. – Denata ktoś powiesił, rozbebeszył i poszerzył mu uśmiech w osobliwy sposób, ale nie ma nic, co wskazywałoby na manifest ideologiczny czy polityczny. Gdyby dobrali się do niego kumple, mielibyśmy swastykę wyrytą na brzuchu czy coś w tym stylu. Gdyby to jakaś lewicowa bojówka go tak załatwiła, z pewnością zostawiliby coś na kształt pacyfki.

– Z pewnością, Oliwka.

– Mówię tylko, że gdyby zrobił to dumny wyznawca jakiejkolwiek ideologii, to najpewniej pochwaliłby się tym, w imię czego…

– Wszystko to spekulacje – uciął Marek. – A ja potrzebuję konkretów.

– Sąsiedzi nie okazali się pomocni? – burknęła w odpowiedzi.

– Niezbyt. Sprawdziłem dwa najbliższe mieszkania i nic. Jacek Kiedrowski, bo tak się nazywa nieszczęśnik wiszący w pokoju, nie był typem rozmownego człowieka, za jakiego moglibyście go wziąć z powodu zdjęć – odparł Litman, patrząc na grupę mięśniaków. – Sąsiedzi nie widzieli, by ktokolwiek do niego zaglądał. Zakupy zawsze nosił w jednorazówkach, skromne i ewidentnie dla jednej osoby. Burkliwy, niezbyt przyjazny, wedle jednej staruszki nigdy nie powiedział „dzień dobry”, w porywach skinął głową. Z drugiej strony, nigdy nie robił problemów. Żadnych imprez, żadnego dudnienia, nic z tych rzeczy.