HalnyTekst

Z serii: Komisarz Forst #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszczyna się głuchy, odległy poszum w lasach

– wicher uderza straszliwą łapą w leśnokamienny świat,

falami rzuca się raz po raz,

halny rozpętał się nad Tatrami.

[…]

Lęk nie ma tutaj wstępu, chociaż śmierć czai się

przy każdym kamieniu.

Jesteśmy gotowi na każdą wersję przeznaczenia.

Jalu Kurek, Świnia Skała

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Szlak pieszy niebieski, 1200 m n.p.m.

Dominika Wadryś-Hansen nie odrywała wzroku od ciała. Mimo szalejącego wiatru kobieta leżąca na schodach przed wejściem do kaplicy na Wiktorówkach pozostawała w absolutnym bezruchu. Jej ciało ułożono w pozycji krzyża, a ręce i nogi przebito długimi gwoździami, przytwierdzając je do stopni.

Jedynym, co się poruszało, były wnętrzności wyrywane przez podmuchy halnego z otwartych trzewi. Krew rozlewała się na przestrzeni kilkunastu metrów, przywodząc na myśl makabryczne pociągnięcia pędzla szalonego malarza, a głośny wiatr sprawiał, że wrażenie upiorności się pogłębiało.

Dominika z niepokojem zerknęła na trzeszczące drzewa, które mimo masywnych pni kołysały się jak chorągiewki. Drewniane Sanktuarium Maryjne również wyglądało, jakby zaraz miało ustąpić przed potęgą żywiołu.

Mimo to grupa techników pracowała w pocie czoła, ignorując zbliżający się kataklizm. Próbowali zebrać jak najwięcej próbek, ale dla wszystkich było jasne, że za moment będą musieli szukać schronienia.

– Nie powinno nas tu być – rozległ się głos zza pleców Wadryś-Hansen.

Prokuratorka obróciła się zaniepokojona, ale kiedy dostrzegła, kto do niej dołączył, odetchnęła. Uśmiechnęła się blado i pozwoliła, by Edmund Osica objął ją niemal po ojcowsku.

– Ani nas, ani nikogo innego, panie emerytowany nadinspektorze – odparła.

Osica stanął obok niej i ściągnął poły kurtki z kożuchem.

– Czynny inspektorze – poprawił ją.

– Wrócił pan na służbę?

– Wrócił – potwierdził Edmund. – I pozwolił się zdegradować o jeden stopień, żeby jakiś bejdok w ministerstwie miał satysfakcję.

Dominikę jakiś czas temu doszły słuchy, że Osica miał pokierować nowym wydziałem, ale nie spodziewała się, że tak ochoczo wróci do tego, co przyniosło mu więcej szkody niż pożytku.

Właściwie nie powinna mu się dziwić. Sama była przekonana, że nigdy nie zjawi się z powrotem w Zakopanem. A już szczególnie nie w takich okolicznościach.

– Podejdziemy? – spytał Edmund.

– Za chwilę.

Inspektor niepewnie podniósł głowę i powiódł wzrokiem po górujących nad nimi gęstych koronach drzew.

– Tutaj zaraz rąbnie na nas jakaś gałąź – zauważył pod nosem, a potem zmrużył oczy. – Zresztą niewiele widać.

– Widać to, co najważniejsze.

– Czyli?

– To, co dostrzegał zabójca, kiedy wybrał to miejsce – odparła z przekonaniem Dominika. – Wątpię, żeby zrobił to na chybił trafił. Musi mieć jakieś znaczenie.

W końcu ruszyła powoli w kierunku schodów, a Osica poszedł za nią, powłócząc nogami.

– Ma takie znaczenie, że ktoś chciał dokonać wyjątkowo sakramenckiego obrazoburstwa i aktu herezji – burknął.

Wadryś-Hansen przesunęła wzrokiem po inskrypcji widniejącej nad wejściem na teren sanktuarium. „Królowo Tatr, módl się za nami”.

– Niewykluczone – odparła.

W przypadku Bestii z Giewontu krzyż był po prostu krzyżem. Tym razem jednak chodziło o miejsce kultu maryjnego – w dodatku jedno z najważniejszych nie tylko w Tatrach, ale i na całym Podhalu.

Dominika zachwiała się lekko, kiedy od strony szczytów nadszedł mocny podmuch. Osica machinalnie chciał ją podeprzeć, ale zbyła jego zabiegi zdawkowym uśmiechem. Oboje zatrzymali się przed ciałem i spojrzeli z góry na wywleczone wnętrzności.

– Na litość boską… – jęknął Edmund. – To wygląda, jakby biedaczkę rozszarpało jakieś zwierzę.

– Nie tylko rozszarpało, ale też zaczęło ucztę – zauważył technik kucający przy zwłokach. – I zaprosiło na nią kumpli.

Znów dmuchnęło. Z rozciętego brzucha nieszczęśniczki wyrwała się część treści żołądka, sprawiając, że wszyscy zebrani obrócili się, jakby stali obok kałuży, w którą właśnie wjechał rozpędzony samochód.

Wnętrzności trafiły tylko na ubranego w biały kombinezon technika. Zaklął pod nosem, a potem na powrót zabrał się do analizowania ran na ciele ofiary.

– Co mamy? – spytała Wadryś-Hansen.

– To, co pani widzi.

– Czyli?

– Sadystyczny dowód na to, że ludzkość jest popierdolona – odparł pod nosem kryminalistyk. – W dodatku na siostrze zakonnej.

– Co takiego? – wypaliła Dominika. – To zakonnica?

Mężczyzna skinął głową z ewidentną pogardą wobec czynu i osoby sprawcy, a potem wskazał na rozpłataną klatkę piersiową.

– Widać właściwie tylko tyle, że rany kłute były zadawane prosto w serce. Prawdopodobnie przez nie nastąpił zgon, a potem sprawca zaczął…

Zabrakło mu słów, a Dominika bynajmniej się nie dziwiła.

– Zaczął rozcinać ciało i wywlekać organy – dokończył technik, po czym wskazał w lewo. – Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, krwawe ślady i porozrzucane wnętrzności prowadziły w kierunku lasu. Wyglądało to, jakby sprawca specjalnie znaczył swoją drogę.

Wadryś-Hansen popatrzyła w stronę tabliczki informującej, że niewielkimi drewnianymi schodami można dostać się do WC.

– Sprawdziliście to?

– Tak. Ślady urywały się przy latrynie, potem zabójca musiał wejść w las. Jeśli zostawił jakieś ślady, to halny dawno się z nimi uporał.

Prokuratorka przypuszczała, że morderca wybrał akurat ten dzień nieprzypadkowo. Wiatr osiągający w porywach ponad dwieście kilometrów na godzinę sprawi, że oględziny miejsca zdarzenia właściwie staną się bezsensowne.

Dominika obróciła się do Osicy.

– Da się wcześniej przewidzieć, kiedy wystąpi halny?

– Jak zapyta pani cepra, to powie, że nie. Zawsze go zaskoczy w górach, a potem…

– Dlatego pytam pana.

Edmund mruknął coś niezrozumiałego i skinął głową.

– Ze dwa dni wcześniej wiadomo – odparł. – Sprawca mógł spokojnie się przygotować.

Wadryś-Hansen skrzyżowała ręce i potarła ramiona. Czuła przenikający ziąb, mimo że po latach doświadczeń w górach tym razem była całkiem nieźle przygotowana – miała bieliznę termoaktywną zapewniającą odprowadzanie wilgoci, na niej warstwę termoizolacyjną, dzięki której nie traciła ciepła, a na to wszystko jeszcze kurtkę chroniącą przed wiatrem.

Mimo to odnosiła wrażenie, jakby ktoś wrzucił ją do lodowatej wody.

– Wszystko w porządku? – odezwał się Osica.

– Tak – odparła czym prędzej Dominika i schowała ręce do kieszeni. – Po prostu byłam przekonana, że takie rzeczy mamy już dawno za sobą.

Oboje spojrzeli na rozbebeszone ciało przed kaplicą.

– Kiedy Forst dopadł Gjorda… – podjęła. – Sądziłam, że to koniec.

– Koniec całego sukinsyństwa na świecie? – spytał z powątpiewaniem Edmund. – To chyba niewykonalne.

– Chyba rzeczywiście nie.

– Jedno zło rodzi drugie. A społeczeństwo, które raz go zazna, nigdy się z niego nie wyleczy.

Wadryś-Hansen popatrzyła na inspektora bez przekonania. Wzruszył ramionami, jakby była to najstarsza i najbardziej oczywista mądrość ludowa.

– Mówię tylko, że to, co się tu stało, to logiczna konsekwencja – dodał. – Wynika z tego, co zrobił Gjord Hansen.

Oczywiście miał rację, a Dominika była tego świadoma, od kiedy tylko otrzymała informację o tym, co odnaleziono przed wejściem do kaplicy. Morderca chciał w mniejszym lub większym stopniu powtórzyć makabryczne grzechy Bestii z Giewontu, wzbudzić taki sam, a może nawet większy szok i wywołać głęboki strach w każdym, kto usłyszy o zabójstwie na Wiktorówkach.

– Wie pani, co nam pozostaje do sprawdzenia – odezwał się Osica.

– Wiem.

Oboje zbliżyli się do kobiety i przykucnęli przy niej. Miała nieco ponad trzydzieści lat, a jej martwa, pobladła twarz odznaczała się delikatnymi i łagodnymi rysami. Z jakiegoś powodu sprawiały, że cała ta scena robiła jeszcze bardziej nieludzkie wrażenie.

Dominika założyła lateksowe rękawiczki, a potem ostrożnie odciągnęła żuchwę ofiary. Osica skierował do gardła snop światła z latarki i oboje starali się wypatrzeć jakikolwiek refleks. Na próżno.

Może przesadzili. Może niepotrzebnie zakładali najgorsze.

Owszem, zabójstwo było okrutne, ale to nie znaczyło, że sprawca zamierza rzucać rękawicę Gjordowi, pobić go w okrucieństwie czy skopiować jego modus operandi. Morderca mógł zwyczajnie realizować własne, niezwiązane z Eliaszem chore żądze.

– I nic? – spytał Osica.

Dominika wsunęła palce głębiej w gardło denatki.

– Nic.

– Dzięki Bogu.

Wiatr świszczał między drzewami, budząc u Wadryś-Hansen skojarzenia z gwiżdżącymi demonami lub górskimi bóstwami, które tylko czekają, by z pomocą halnego pokazać śmiertelnikom kruchość ich istnienia.

– Ostatnie, czego nam trzeba, to naśladowca albo kontynuator myśli Hansena – dodał Edmund. – A tak przynajmniej…

– Proszę poczekać.

– Na co? – rzucił z niepokojem Osica.

 

Prokuratorka w końcu coś poczuła. Twarde, niewielkie ciało obce. Zbyt duże na kawałek zęba, ale chyba też zbyt małe jak na monetę.

Zanim zdążyła wyciągnąć przedmiot, zadęło tak mocno, że niemal straciła równowagę, a głośny trzask więźby w konstrukcji sanktuarium sprawił, że Wadryś-Hansen machinalnie osłoniła głowę. Drzewami otaczającymi niewielką polanę szarpało już tak mocno, że dłuższe pozostawanie bez schronienia było właściwie proszeniem się o tragedię.

– Starczy tego dobrego – powiedział Edmund. – Czas zabierać to ciało do środka.

– Moment…

Dominika na powrót sięgnęła do upiornie rozwartych ust i starała się znaleźć niewielki przedmiot w krtani. Nagle po polanie znów przetoczył się silny podmuch, jakby natura się buntowała, nie chcąc pozwolić, by Wadryś-Hansen bezcześciła zwłoki.

– Pani prokurator – odezwał się technik. – Inspektor ma rację, pora na nas.

Porywy halnego zwalały się na nich jak fale, przywodząc na myśl raczej sztorm na otwartym morzu niż wiatr w górach. Dominika wciąż nie potrafiła odnaleźć przedmiotu. Wsunęła rękę głębiej, starając się nie myśleć o tym, jak rozpycha przełyk.

– Albo się schowamy, albo zaraz będzie tu znacznie więcej zwłok – dodał kryminalistyk.

Jakby na potwierdzenie jego słów tuż przed wejściem na polanę rozległ się głośny trzask. Jedno z drzew nie wytrzymało starcia z halnym i gigantyczna gałąź runęła prosto na szlak. Zanim Wadryś-Hansen na dobre to odnotowała, rozległ się kolejny, tym razem jeszcze głośniejszy łoskot. Jeden z pni pękł z hukiem, a drzewo zwaliło się prosto na tabliczkę z apelem do Matki Boskiej.

W okamgnieniu rozpętało się piekło. Wiatr wiał tak głośno, że nie sposób było usłyszeć osoby stojącej obok, a tumany wnoszonego kurzu i piachu utrudniały zobaczenie czegokolwiek.

Osica złapał Dominikę pod rękę.

– Idziemy! – polecił, starając się przekrzyczeć szalejący wiatr.

Wadryś-Hansen w końcu poczuła to, czego szukała. Potrzebowała jeszcze tylko chwili.

– Pani prokurator!

Zignorowała go, chwytając mocno za skraj przedmiotu. Czuła, że zablokował się gdzieś w przełyku, więc szarpnęła z całej siły. Wyrywając dłoń z ust nieboszczki, poczuła, że wybiła jeden z przednich zębów. Miała jednak to, czego szukała.

– Już! – ryknął Osica, osłaniając oczy ramieniem. – Zabierać ciało!

Pociągnął Dominikę w kierunku drewnianej kaplicy, która bynajmniej nie jawiła się jako bezpieczne schronienie. Upewniwszy się, że prokuratorce nic nie grozi, natychmiast wrócił na zewnątrz, by pomóc pozostałym.

Wadryś-Hansen spojrzała na to, co wydobyła z gardła ofiary.

Zrobiło jej się słabo. Miała to, czego szukała. Jednoznaczne potwierdzenie.

Przesunęła palcem po awersie, oczyszczając go ze śliny i krwi. Właściwie nawet nie musiała tego robić, by zrozumieć, co trzyma w dłoni. Nie był to niespotykany, wybity na daną okazję numizmat – wprost przeciwnie. Monetą, którą zabójca umieścił w krtani ofiary, była zwyczajna złotówka.

Opadła bezsilnie na jedną z ławek przed ołtarzem, pochyliła się i zwiesiła głowę. Nie słyszała wściekle wiejącego halnego. Nie docierały do niej wykrzykiwane polecenia i ponaglenia.

Wbiła wzrok w drewnianą podłogę kaplicy i trwała w bezruchu.

Ktoś postanowił na nowo realizować wynaturzoną misję Gjorda. A może nawet więcej, przebić to, czego dopuścił się Eliasz. Dominika wzdrygnęła się na samą myśl.

Ocknęła się na dobre dopiero, kiedy Osica do niej dołączył. Inspektor wsparł się na kolanach i dyszał ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton.

Ktoś zamknął drzwi do sanktuarium, ale dźwięk szalejących podmuchów zmalał tylko nieznacznie. Więźba nadal trzeszczała, jakby miała się poddać, a przeraźliwy świst zdawał się wydobywać spomiędzy wszystkich desek w ścianach.

– Horror – rzucił cicho Edmund.

Wadryś-Hansen podniosła na niego wzrok.

– Horror dopiero się zacznie, panie inspektorze.

– Matko Boska, niech pani nie mówi, że… – odburknął i zrobił krótką pauzę. – Znalazła pani monetę?

Dominika powoli skinęła głową. Wszystko zacznie się na nowo.

Przypuszczała, że Osica będzie od razu chciał zobaczyć numizmat, ten jednak milczał, patrząc na nią z niepewnością. Coś było nie w porządku, inspektor od razu powinien zainteresować się tematem.

– Proszę mi powiedzieć… – zaczął ostrożnie. – To zwykła polska moneta? Złotówka?

Wadryś-Hansen zmarszczyła czoło. Wciąż trzymała ją w dłoni, nie było najmniejszych szans, by Edmund cokolwiek zobaczył.

– To bilon o wartości jednego złotego? – powtórzył. – Najzwyczajniejszy na świecie?

Wstała powoli, przypatrując się Osicy.

– Skąd pan wie?

Zamiast odpowiedzieć, inspektor przesunął dłonią po przerzedzonych włosach.

– Jezus Maria… – jęknął. – Nie wierzę.

– W co? – odparła machinalnie prokuratorka. – I skąd pan wiedział? – powtórzyła stanowczo.

Osica potrząsnął głową. Drewniana konstrukcja sanktuarium znów wydawała dźwięk, jakby mogła odczuwać ból.

– Od Forsta – rzucił inspektor.

– Co takiego?

– Dwa dni temu powiedział mi, że Bestia wróci. I że wyceni życie ofiary na jeden złoty.

2

Sanktuarium Maryjne, Wiktorówki

Przy każdym kolejnym podmuchu i trzasku kaplicy Osica powtarzał sobie, że nie ma się czym przejmować, bo Matka Boska Jaworzyńska czuwa nad tym miejscem. Przetrwało tyle halnych od lat trzydziestych poprzedniego wieku, że na pewno przetrwa i ten.

Chyba że opieka Bożej opatrzności skończy się właśnie teraz. W końcu na schodach tej świątyni bestialsko zamordowano zakonnicę, a potem okaleczono jej ciało. Zupełnie jakby ktoś nie tyle rzucał patronce tego miejsca wyzwanie, ile próbował splunąć jej w twarz.

Edmund poczuł nieprzyjemny chłód i czym prędzej się przeżegnał.

– O czym pan mówi? – odezwała się Dominika. – Jak to: Wiktor panu powiedział?

Osica wzruszył ramionami.

– Przewidział to?

– Mówię tylko, co od niego usłyszałem.

– Ale… gdzie? Kiedy? W jakich okolicznościach?

– W takich jak zwykle.

Prokuratorka świdrowała go spojrzeniem, a on zdał sobie sprawę, że Dominika nie ma pojęcia, co w ostatnim czasie działo się z Forstem. Nie rozmawiał z nim na jej temat, ale bynajmniej nie musiał, by wiedzieć, że nie mają ze sobą kontaktu.

– Czyli? – zapytała Wadryś-Hansen. – Jakie to są okoliczności? Widywał się pan z nim?

Edmund nabrał głęboko tchu. Ta kobieta z pewnością zasługiwała na jak najdokładniejsze wyjaśnienia. Nie miał wątpliwości, że wciąż czuje coś do Forsta i sam ten fakt wystarczał, by Osica głęboko jej współczuł.

Obejrzał się przez ramię na techników, którzy zabezpieczali ciało zakonnicy. Krew rozlała się między ławkami, sprawiając, że Osica miał ochotę zmówić kilka zdrowasiek.

– Panie inspektorze…

– Tak, tak, przepraszam – rzucił szybko. – Kiedy ostatnim razem go pani widziała?

– A jakie to ma znaczenie? – ofuknęła go. – Niech pan mówi, skąd on wiedział, co się stanie.

– Ale…

– Żadnych ale. Mamy martwą kobietę i monetę w gardle.

– Wiem – bąknął Edmund. – Chodzi mi tylko o to, że potrzebny jest kontekst.

– Jaki znowu kontekst?

– Musi pani wiedzieć, co się działo, żeby zrozumieć.

Wadryś-Hansen pokręciła głową, ale zrobiła to zupełnie bez przekonania.

– Więc? – spytał Osica. – Kiedy ostatnio się z nim pani widziała?

Dominika przez moment wyglądała, jakby się zastanawiała, ale inspektor nie miał złudzeń, że naprawdę musi to robić. W istocie doskonale pamiętała zarówno datę ostatniego spotkania, jak i okoliczności.

– To było jakieś dwa lata temu – powiedziała.

– Wtedy ja z kolei nie wiedziałem, co się z tym huncwotem dzieje.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odparła, a on mógłby przysiąc, że zobaczył w jej oczach rozrzewnienie. – Jakiś czas po tym, jak spotkaliście się ostatni raz na Giewoncie, Wiktor wyjechał do Krakowa.

Osica doskonale o tym wiedział. Skinął jednak głową z zaciekawieniem, by Dominika nie przestała mówić.

– Wynajął kawalerkę niedaleko mnie.

– Więc spotykaliście się – odparł. – Byliście razem.

– Chyba najlepiej powiedzieć, że próbowaliśmy i…

Zawiesiła głos, a Edmund przypuszczał, że za moment usłyszy to, co niemal siłą musiał wyciągnąć z Forsta jakiś czas temu.

– Początkowo wszystko się układało – dodała po chwili Wadryś-Hansen. – Przedstawiłam nawet Wiktora dzieciom. Od razu złapali dobry kontakt i przez tych kilka miesięcy był dla nich jak… świetny kumpel.

Osica znów pokiwał głową. Forst miał wprawdzie beznadziejne podejście do większości ludzi, ale z jakiegoś powodu dzieci go lubiły – choć sam upierał się, że sobie z nimi nie radzi.

– Potem wszystko się posypało – dorzuciła Dominika głosem na tyle stanowczym, by rozmówca zrozumiał, że nie ma zamiaru rozwijać.

Szkoda. Osicy udało się wyciągnąć z Forsta właściwie też tylko tyle. Nigdy nie powiedział, co się wydarzyło – co było tak istotne, że pewnego dnia przekreślił całą swoją przyszłość, spakował się i po prostu wrócił do Zakopanego.

– I to było dwa lata temu? – odezwał się Edmund.

– Tak. Od tamtej pory nie wrócił już do Krakowa.

– I nie kontaktował się w żaden sposób?

– Nie – odparła ciężko Dominika. – Ostatnio, kiedy byłam w Warszawie, myślałam, że się odezwał, ale się pomyliłam. Napisałam mu później wiadomość, ale…

– Nie doczekała się pani odpowiedzi – uciął szybko inspektor. – Bo Forst od jakiegoś czasu nie ma komórki.

Dopiero teraz opadł ciężko na ławkę obok prokuratorki. Oboje zawiesili wzrok na niewielkim drewnianym ołtarzu ozdobionym góralskim wzornictwem. Przez moment trwali w bezruchu, starając się usłyszeć własne myśli, a nie potworne wycie wiatru i niesione nim kawałki gałęzi, które uderzały o dwuspadowy dach.

– Wie pan, co się z nim działo?

– Wiem – odparł ciężko Osica. – Odezwał się do mnie, kiedy wrócił z Krakowa.

Dominika rzuciła mu pytające spojrzenie, a on zobaczył w nim nadzieję na uzyskanie odpowiedzi.

– Nigdy nie zdradził, dlaczego wyjechał – dodał szybko Edmund. – W tym względzie wiem mniej niż pani.

– A w innych?

Były komendant zakopiańskiej policji głęboko nabrał tchu.

– Nie wiem, czy pani wiedziała, ale krótko po wyjeździe sprzedał mieszkanie przy Piaseckiego.

– Nie wiedziałam.

Osica zdawał sobie sprawę, że to dość bolesny cios dla prokuratorki. Musiała natychmiast zrozumieć, że Wiktor w istocie planował przenosiny do stolicy Małopolski, a skoro tak, to także wspólne życie.

Coś się jednak zmieniło.

– Jak wrócił, kupił walącą się chałupę przy Mraźnicy – dodał Edmund.

– Mraźnica? To jakaś polana?

– Może być i polana, i dzielnica, ale mnie się rozchodzi o ulicę. Chałupa stoi tuż pod reglami, z dala od innych zabudowań. Nie prowadzi do niej nawet utwardzona droga dojazdowa.

– Brzmi jak miejsce w sam raz dla Wiktora.

Inspektor pokiwał głową, bo rzeczywiście tak było. Forst miał tam całkowity spokój, przynajmniej jeśli chodziło o bodźce ze świata zewnętrznego. W każdym innym aspekcie musiał jednak zmagać się z demonami, które nie dawały mu spokoju.

– Mieszka tam od dwóch lat – ciągnął Osica. – W kompletnej zgodzie z naturą. Nie ma w tej chałupie prądu, wody ani ogrzewania. Codziennie rano albo biega pod reglami, albo łazi w góry przez Suchy Żleb, omijając szlaki turystyczne.

Wadryś-Hansen milczała.

– Przygarnął jakiegoś znajdę, zwykłego kundla. I to właściwie jedyne towarzystwo, jakie tam ma. Raz na tydzień czy dwa przyjeżdżam, żeby sprawdzić, czy ten cymboł jeszcze dycha, ale nie zawsze mnie wpuszcza. Czasem udaje, że go nie ma. A czasem w ogóle go nie zastaję, bo jest w górach.

Osica wciąż nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Oderwał wzrok od figurki Matki Boskiej na ołtarzu i popatrzył na Dominikę.

– Zmierza pan do czegoś? – spytała.

– Do tego, że to niekoniecznie Forst, którego pani znała.

– I?

– I dlatego kiedy dwa dni temu powiedział mi o tym, że Bestia wróci i wyceni życie ofiary na jeden złoty, cóż…

– Uznał pan, że zwariował? – rzuciła prokuratorka. – Zamiast zawiadomić mnie i obecnego komendanta?

Osica kaszlnął chrapliwie i odwrócił wzrok.

 

– To niezupełnie tak.

– Więc jak?

– Oczywista, że od razu zainteresowałem się sprawą – zadeklarował inspektor. – Ale to, co usłyszałem… nie przekonało mnie, że cokolwiek jest na rzeczy.

Wadryś-Hansen przełożyła rękę nad oparciem ławki i wbiła wzrok w Edmunda.

– To znaczy? – rzuciła. – Co pan od niego usłyszał?

– Że spotkał w górach Jaśka Kiklę z Bukowiny.

Dominika ściągnęła brwi, jakby starała się stwierdzić, czy imię i nazwisko powinno jej cokolwiek powiedzieć.

– Przepraszam, ale…

– To mag – wpadł jej w słowo Osica. – Czarownik.

– Słucham?

– Legenda mówi, że jako dziecko został porwany przez czarodziejów ze Spisza i wywieziony z Polski. Zanim skończył szkolenie, odnalazła go matka i zabrała z powrotem do Zakopanego. Mieszkał tutaj, targany na przemian złymi i dobrymi mocami, bo…

– O czym pan mówi?

– O tym, że Forst twierdził, iż gdzieś w Dolinie za Bramką spotkał maga, rozumie pani?

Dominika się nie odezwała.

– I że ten mag przepowiedział mu, co się wydarzy.

– Żartuje pan sobie?

– Nie – odparł Osica i westchnął. – Dlatego musiałem zarysować, co działo się z Forstem w ostatnim czasie. Zmienił się, odciął się od realnego świata i bliżej mu teraz do… do jakiejś dziwnej duchowości, bliskości z naturą. Do kurwy nędzy, niewiele brakuje, żeby zaczął mówić o duchach mieszkających w skałach, rozumie pani?

– Chyba nie.

– Kiedy przedstawiał mi to spotkanie z Kiklą, mówił, jakby święcie wierzył, że dojdzie do kolejnego zabójstwa. Wycenionego na złotówkę.

– A pan?

– Co ja?

– Nie uwierzył pan?

Edmund parsknął z niezadowoleniem.

– A co, pani by mu uwierzyła? – spytał.

Prokuratorka przez moment milczała. Obejrzała się na techników, którzy umieścili ciało zakonnicy w czarnym worku i usiedli w tylnych ławach. Sprawiali wrażenie, jakby cudem wymknęli się śmierci. Może coś w tym było, bo gdyby zostali chwilę dłużej na otwartym terenie, halny nie okazałby łaski.

– I tak po prostu pozwolił panu to zbagatelizować? – odezwała się po chwili Wadryś-Hansen. – To do niego niepodobne.

– Mówię, że to niekoniecznie ten Forst, którego pani…

– Nie mógł zmienić się aż tak.

Osica wyciągnął chusteczkę wielorazowego użytku zza pazuchy i wydmuchawszy nos, schował ją z powrotem do kieszeni.

– Mógł – odparł cicho. – Nie próbował mnie przekonywać, bo w gruncie rzeczy na niczym mu już nie zależy. Zupełnie jakby nie obchodziły go sprawy doczesne. Mówię, łazi codziennie w góry, szukając kontaktu z naturą, Bogiem… cholera wie z czym lub z kim. To, co dzieje się na dole, przestało go interesować.

Gdzieś z oddali doszedł trzask łamanego drzewa. Był tak głośny, że nie ulegało wątpliwości, iż poddał się wyjątkowo solidny i stary pień. Halny tymczasem dopiero zaczynał destrukcyjne dzieło. Ledwo zapowiadał, na co go stać.

Zniszczenia w całym regionie będą potworne. Ucierpi wiele domów, sporo samochodów zostanie sprasowanych, a linii energetycznych zerwanych. Szlaki w Tatrach zostaną zaścielone powalonymi drzewami, bez strat w ludziach z pewnością się nie obejdzie.

Terror, który zasieje halny, nie będzie miał tylko wymiaru fizycznego. Zawsze, kiedy występował, zbierał żniwa w umysłach górali. To właśnie podczas halnego dochodziło do rekordowej liczby samobójstw.

Ludzie szaleli nie mniej niż zwierzęta, które pozamykane w stodołach i innych schronieniach odchodziły od zmysłów, przerażone dmącym wietrzyskiem i jego metafizycznym ładunkiem, którego żaden umysł nie potrafił objąć.

Tak silny, sprzeczny z racjonalnością wiatr zdawał się wywiewać duszę z ciała, a wraz z nią także rozum z głowy.

– Panie inspektorze? – odezwała się Dominika.

Osica się otrząsnął. Złowieszcza aura zaczynała dobierać się także do niego.

– Coś pani mówiła?

– Że to wszystko brzmi nie tak, jakby Wiktor oszalał, tylko jakby w końcu znalazł spokój.

Edmund popatrzył na nią, marszcząc czoło.

– Jeśli przez spokój rozumie pani zamknięcie wariata w kaftanie bezpieczeństwa, to tak – odparł pod nosem. – To mniej więcej taki rodzaj spokoju Forst rzeczywiście odnalazł.

Widział, że chciała zapytać o wiele więcej, ale się powstrzymała. Nie przyjechała tutaj, żeby odświeżyć wiadomości na temat Wiktora. Miała zbadać kolejne makabryczne morderstwo i ująć sprawcę, nim fala zbrodni znów zaleje Tatry.

A mimo to od Forsta nie ucieknie, bo ewidentnie był z tym wszystkim powiązany.

– Myśli pan, że faktycznie kogoś spotkał w górach? – odezwała się.

Osica ściągnął poły kurtki.

– Znaczy o co konkretnie pani pyta? – odbąknął. – O to, czy mu kompletnie odbiło? O to, czy objawił mu się mag z legend tatrzańskich? A może o to, czy to sam zabójca zapowiedział mu dokonanie zbrodni?

Dominika potarła ramiona.

– No, jest jeszcze jedna możliwość – dodał Edmund. – Że Forst wiedział, do czego dojdzie, bo sam to zaplanował. I to on zarżnął zakonnicę.

Inspektor zerknął niepewnie na figurkę Matki Boskiej i szybko się przeżegnał.

– Oboje wiemy, że to absurdalne – powiedziała Wadryś-Hansen.

– Jeśli chodzi o Forsta, którego pani zna? Całkowicie absurdalne – przyznał Osica. – Ale ten, który obecnie mieszka na odludziu, jest zdolny do wszystkiego.

– Przesadza pan.

– Chciałbym – mruknął Edmund. – Prawda jest taka, że od dobrych kilkunastu miesięcy nawet nie da się z nim normalnie pogadać. Kiedy przyjeżdżam, napali w piecu i nastawi wodę na herbatę, a potem siedzimy przy stole i milczymy. Więcej mówi do tego swojego kundla niż do ludzi.

Dominika westchnęła i podniosła się. Zaczęła chodzić po sanktuarium, próbując pobudzić nieco krążenie.

– Po drugiej stronie budynku jest kuchnia – odezwał się inspektor. – Możemy się tam ogrzać.

– Nie trzeba.

– To czego pani trzeba?

Dominika stanęła tyłem do ołtarza, jakby go nie widziała, a potem zmusiła się do bladego uśmiechu. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości, a prokuratorka sięgnęła do torebki po komórkę.

Osica przypuszczał, że to spóźniony alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, ostrzegający przed porywistym wiatrem i zalecający zabezpieczenie domu oraz pozostanie w nim do momentu ustania halnego.

Wadryś-Hansen jednak stanowczo zbyt długo przyglądała się telefonowi, a kiedy podniosła wzrok, Edmund zobaczył w jej oczach coś, co sprawiło, że poczuł na plecach nieprzyjemne ciarki.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Gjord…

Osica wstał.

– Co z nim? – rzucił nerwowo. – Co zrobił?

Dominika uniosła lekko rękę, powstrzymując Edmunda przed zadaniem kolejnych pytań, a potem wybrała czyjś numer i przyłożyła komórkę do twarzy. Zasłoniła drugie ucho, by móc słyszeć rozmówcę, po czym odeszła w głąb nawy.

Osica nerwowo czekał, aż usłyszy jakieś szczegóły.

Co, do cholery, mógł zrobić pieprzony Eliasz? Znajdował się na oddziale dla więźniów niebezpiecznych, nie opuszczał celi, nie mógł nawet uchylić okna. O rozmowach z kimkolwiek nie było mowy i nawet kiedy chciał skorzystać z kibla, miał świadomość, że przez kamerę obserwuje go dyżurny.

Nie mógł nic. Absolutnie nic.

Pędził namiastkę egzystencji, całkowicie pustelniczą i pozbawioną wszelkich przyjemności oraz wygód – choć zdaniem Osicy nie zasługiwał nawet na to.

Może do tego samego wniosku doszedł któryś ze współwięźniów lub strażników? Może znaleźli jakiś sposób, by wymierzyć sprawiedliwość za te wszystkie ofiary?

Rozmowa Dominiki trwała kwadrans. Kiedy wreszcie skończyła, halny się wzmógł, a Edmund pożałował, że nie ma ze sobą żadnej gorzały.

– I? – rzucił, kiedy tylko Wadryś-Hansen wróciła przed ołtarz. – O co chodzi?

– Cztery godziny temu Gjord poprosił o rozmowę z dyrektorką zakładu karnego.

– Prosić to on sobie może.

– Twierdził, że ma informacje na temat zabójstwa, do którego właśnie doszło na Wiktorówkach.

– Że co, do cholery?

Dominika nabrała głęboko tchu, po czym spojrzała na technika, który kulił się w kurtce na jednej z dalszych ławek. Poczekała, aż ten złowi jej wzrok, a potem zapytała:

– Jaki jest szacowany czas zgonu?

– Za wcześnie, żeby…

– Orientacyjnie. Widział pan plamy opadowe, wie pan, jaka jest mniej więcej temperatura. Proszę dokonać szacunku.

Mężczyzna nie był przesadnie zadowolony, ale w końcu skinął głową.

– Powiedziałbym, że od czerech do sześciu godzin – oznajmił. – Ale więcej będę mógł stwierdzić w prosektorium.

Wadryś-Hansen przeniosła wzrok na Osicę.

– To niemożliwe – powiedział inspektor. – Ten skurwysyn nie miałby skąd się o tym dowiedzieć. Ani tym bardziej tego zaplanować. Jest kompletnie odizolowany, nie może nawet pierdnąć bez wiedzy strażników.

– Wiem, panie inspektorze.

Edmund nerwowo przesunął dłonią po karku. Nie było żadnego sposobu, by Gjord Hansen przyłożył do tego rękę. Żadnego. Żył pod lupą, całkowicie odcięty od świata i…

Nie, do jasnej anielki, nie. To nie mogło dziać się naprawdę.

– Twierdzi, że ma informacje o kolejnym zabójstwie – ciągnęła Dominika.

– Psiakrew…

– I przekaże je w porę, zanim pojawi się kolejna ofiara. Ma tylko jeden warunek.