EkspozycjaTekst

Z serii: Komisarz Forst #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Wiktor zbudził się jeszcze zanim zapiał pierwszy kur. Usiadł w kuchni, włączył przedpotopowy odbiornik, a potem ustawił RMF FM. Dzisiaj nie był w nastroju do słuchania „ojca dyktatora”.

Na antenie niepodzielnie panowały gadające głowy. Wszyscy analizowali zachowanie jakiegoś polityka, który powiedział coś o gejach. Forst nie potrafił nawet stwierdzić, czy była to pochwała, czy przygana. Kilku facetów wchodziło sobie w słowo i się przekrzykiwało.

Zmienił stację i trafił na podsumowanie wczorajszych wydarzeń. Spiker mówił chwilę o tym, że organy ścigania nie podają żadnych informacji ze względu na dobro toczącego się śledztwa, po czym nagle urwał.

Forst spojrzał na nadajnik. Ledwo słyszalna melodia w tle świadczyła o tym, że audycja nadal trwa. Komisarz ściągnął brwi.

Radiowiec po chwili znów się odezwał.

– Proszę państwa, docierają do nas pierwsze sygnały świadczące o tym, że wczorajsze zdarzenie na Giewoncie może nie być odosobnionym przypadkiem – powiedział rozentuzjazmowanym głosem.

Forst sięgnął po big redy, ale uzmysłowił sobie, że paczka jest pusta. Przez moment zastanawiał się nad tym, czy ktoś trafił na ślad białoruski. Był to marny trop, ale media mogły go podchwycić. W końcu miały do dyspozycji tyle samo materiału dowodowego, co oni.

– Według danych PAP, które opierają się na informacjach ze źródeł w policji, dziś w nocy miało miejsce kolejne zabójstwo – dodał spiker.

Wiktor poprawił się na krześle.

– Przypomnijmy, że ofiarę tamtego przestępstwa zidentyfikowano jako wykładowcę Uniwersytetu Rzeszowskiego. Według informacji, do których udało nam się dotrzeć, funkcjonariusz prowadzący śledztwo zniknął. Komenda Główna nie podaje więcej szczegółów.

Forsta mało interesowało to, co o nim mówią. Wstał z krzesła, czekając na szczegóły dotyczące następnej zbrodni.

Kolejne morderstwo?

Czy to w ogóle możliwe? Nieraz w Polsce grasowali seryjni mordercy, jak Bogdan Arnold, który w latach sześćdziesiątych zabijał prostytutki. Swoje ofiary gwałcił, torturował, a następnie ćwiartował. Próbował pozbyć się pociętych zwłok, spuszczając je w kanalizacji, gotując, paląc w piecu, czy w końcu rozpuszczając w wannie. Jego uczynki wyszły na jaw dopiero wtedy, gdy sąsiedzi zainteresowali się rojem much obsiadających jego okna. Podczas procesu wyraził żal, że nie zdążył zabić byłej żony.

Zwyrodnialec został skazany na karę śmierci, co stanowiło jedyny plus peerelowskiego systemu karnego. Oprócz Arnolda byli inni – po wojnie w Polsce grasowało przeszło trzydziestu seryjnych morderców.

Być może ta lista właśnie wzbogaciła się o jedną osobę.

– Co się dzieje? – zapytała zaspana Szrebska, wchodząc do kuchni. Oparła się o futrynę i spojrzała spod wpół przymkniętych powiek na Wiktora. Ten uniósł rękę i podgłośnił radio. Spiker właśnie informował, że według źródeł PAP w ustach zmarłej również znaleziono monetę.

Olga i Forst spojrzeli na siebie i przez moment trwali w bezruchu. W końcu Szrebska podeszła do stołu i zajęła miejsce obok niego. Oboje słuchali z uwagą.

Wiadomości nie było wiele i podawano same ogólniki – zamordowana dziewczyna była piętnastolatką, a moneta miała być podobna do tej, którą reporterka NSI wcześniej zamieściła na portalach społecznościowych.

Gdy radiowiec skończył przekazywać okruchy informacji, w kuchni zaległa cisza. Wiktor i Szrebska nadal spoglądali po sobie, starając się zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.

– Piętnastoletnia dziewczyna…

– Wiem – uciął Forst. – Nie ma nic wspólnego z Chalimoniukiem.

– Co?

– Brak klucza.

– Co ty pieprzysz?

Wiktor uzmysłowił sobie, że Szrebska nie to miała na myśli.

– Chodziło mi o to, że to jeszcze dziecko – dodała cicho, z rezygnacją.

Forst mruknął coś pod nosem.

– I jakiego klucza? – zapytała Olga.

– Przypuśćmy, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą…

– Nie musimy niczego przypuszczać. Łącznie z ofiarą na Białorusi to już trzy sprawy. Seryjne morderstwa.

Wiktor skinął głową. Jeśli był to ten sam człowiek, to rzeczywiście się kwalifikował. Komisarz nadal jednak był zadania, że na Giewoncie w grę wchodziła kilkuosobowa grupa, która zmusiła Chalimoniuka do wdrapania się na szczyt.

– Ofiary nie mają żadnej wspólnej cechy – odezwała się Szrebska. – O to ci chodzi? Nastolatek na Białorusi porąbany siekierą, na Giewoncie powieszony nauczyciel akademicki, a teraz ta dziewczyna.

– Każdy seryjny morderca dobiera ofiary wedle jakiegoś klucza. Zawód, wiek, kolor włosów, albo…

– Tak, tak, Forst. Oglądałam CSI, Castle’a i Criminal Minds, nie musisz ględzić.

Wiktor rozejrzał się po pokoju. Gdyby był w swoim gabinecie, otworzyłby teraz szafkę, wyjął z niej plik żółtych kartek samoprzylepnych i zaczął wypisywać wszystko, co do tej pory udało się ustalić. W ten sposób pracował od lat – i dotychczas udawało mu się połączyć pozornie niepowiązane ze sobą fakty. Był skuteczny. Gdyby było inaczej, dawno wywalono by go na zbity pysk.

– Forst?

– Zastanawiam się.

– Rozglądasz się, jakby gdzieś tutaj miała tkwić odpowiedź.

Trzy ofiary. Chłopak, starzec i nastolatka.

Siekiera, powieszenie i…

– Nie wiemy, jak zginęła ta dziewczyna – zauważył.

– I przypuszczam, że nieprędko się dowiemy – odparła pod nosem. – Zobaczysz jak to jest po drugiej stronie, gdzie większości rzeczy trzeba się domyślać.

Wiktor podniósł się z krzesła, a potem podszedł do kurtki wiszącej w sieni. Wyjął z niej komórkę, dostrzegając przerażenie na twarzy dziennikarki.

– Co robisz? – zapytała.

– Muszę zadzwonić.

– Zwariowałeś? Zaraz namierzą twój sygnał.

– Niezupełnie – odparł, wracając do kuchni. Gospodyni jeszcze nie wstała i miał nadzieję, że tego dnia pośpi dłużej. – Wiesz, jak namierza się telefony?

– Choćby przez GPS.

– Też – przyznał. – Ale tradycyjna metoda to triangulacja sygnału ze stacji bazowych. Żeby mój telefon został zlokalizowany, musi znajdować się w zasięgu trzech stacji. Tutaj, na zupełnym zadupiu, będziemy mieć wielkie szczęście, jeśli w ogóle będzie sygnał.

– Jesteś tego pewien?

– Tak. Sam namierzałem komórki – odparł z uśmiechem, włączając urządzenie. – Nawet z zasięgiem trzech stacji trudno jest ustalić dokładną lokalizację. W takim miejscu margines błędu wyniósłby do pół kilometra.

– To niedużo.

– Gdyby były trzy stacje. A jest zapewne nie więcej niż jedna.

– To jednak pewne ryzyko.

– Ale nieduże – odparł Wiktor, gdy telefon się uruchomił. – Rozpiętość krycia przez stację bazową wynosi sto dwadzieścia stopni. Nawet jeśli są dwie, będą mieć spory kawałek okolicy do przeszukania.

Olga nerwowo przygryzła dolną wargę.

– Niech będzie – zawyrokowała. – O ile powiesz mi, do kogo chcesz dzwonić.

– Mam jeszcze kilku kolegów w jednostce, wbrew temu, co mogłabyś sądzić.

Uśmiechnął się, a potem wybrał numer Stefana Dębskiego. Jeśli mógł zwrócić się do kogoś o pomoc, to wyłącznie do niego. Poczciwina nie pełnił żadnej istotnej funkcji, ale cieszył się zaufaniem w całym wydziale. Chadzał w rzadko pranych koszulach, cerę miał pryszczatą, ale pomagał chętniej niż ktokolwiek inny. Ostatnimi czasy przesiadywał głównie w archiwum, starając się wprowadzić do komputera tony akt z ostatnich lat.

– Halo? – rozległ się niepewny głos w słuchawce.

Wiktor milczał, dając rozmówcy chwilę, by ogarnął sytuację.

– Forst? To ty?

– A kto inny miałby dzwonić z mojego numeru?

– Szukają cię.

– Zdążyłem się zorientować.

Stefan milczał.

– Po co do mnie dzwonisz? – zapytał po chwili. – Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

– I nie będziesz miał – odparł Wiktor. – Potrzebuję tylko, żebyś mi powiedział o kilku rzeczach.

– Nic nie wiem.

– Nie chrzań, wszystko wiesz. Wszystkie bzdurne raporty wylądowały na twoim biurku, żebyś je przepisał.

– Może.

Na pewno, skwitował w duchu Forst. Komisarz był jednym z nielicznych funkcjonariuszy, którzy nie wysługiwali się tym chłopakiem. Reszta waliła do niego drzwiami i oknami, znosząc mu swoje bazgroły. Nie było to do końca legalne, ale mało kogo to interesowało. Ważne, że w systemie znalazły się odpowiednie wpisy, a kilku oficerów miało z głowy większą część papierkowej roboty. Stefan doszedł do takiej wprawy, że potrafił nawet sam dość wiarygodnie wypełniać luki w meldunkach.

– Po pierwsze, interesują mnie szczegóły na temat Giewontu.

– Jeszcze nie ma nawet piątej rano…

– Nie obchodzi mnie to.

– Ale mnie tak. Położyłem się o trzeciej.

– Rżnąłeś w nowe Diablo?

– Nie – odparł Dębski. – Wykręcałem pierwsze levele na Log Horizon. Człowieku, zupełny total. Jeśli ciąłeś kiedykolwiek w Sword Art Online, powinieneś to zobaczyć.

– Ostatnia gra, w którą grałem wymagała parzystej liczby chłopaków i boiska z bramkami.

Stefan przez chwilę milczał. Potem odchrząknął i zapytał:

– To co chcesz wiedzieć?

– Wszystko. Odciski palców, ślady, cokolwiek.

– Nic nie znaleziono – zapewnił Dębski. – Całe truchło było czyste. Nienaturalnie czyste. Facet sprawia wrażenie, jakby za życia nikt go nawet nie dotknął.

– Obrażenia?

– Tylko te, które widziałeś. Oprócz tego, nikt się nad nim nie znęcał.

Trudno było spodziewać się innych ustaleń. Ktokolwiek załatwił wykładowcę, zostawił jedynie numizmat.

– Zidentyfikowaliście monetę? – zapytał Forst.

– Tak. Tetradrachma, najpewniej z Bliskiego Wschodu. Czekamy jeszcze na analizę jakiegoś specjalisty z Berlina.

– Daj mi znać, jak coś będzie wiadomo.

– Pewnie, Forst.

Ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że Wiktor nie powinien na to liczyć.

– A to dzisiejsze morderstwo? Wiesz coś o nim?

– Nie, dopiero się obudziłem.

 

– Zadzwoń, jak będziesz coś wiedział.

– Nie ma mowy.

– Stefan… załatwiłem ci wejściówkę VIP na Pyrkon.

– Nie będę do ciebie dzwonić – zaoponował Dębski. – Namierzą cię, a mnie przy okazji też.

– Jestem w zasięgu jednej stacji bazowej.

Forstowi odpowiedziało milczenie.

– Stefan.

– Nie chcę się w to pakować – upierał się chłopak.

– Nie masz wyjścia, bo proszę cię o przysługę.

Stefan zastanawiał się chwilę w milczeniu. Tym razem jednak Wiktor uznał ciszę za odpowiedź twierdzącą.

– Dzięki – odezwał się Forst.

– Niech cię cholera – odparł Dębski, ściszając głos. – Nie powinienem w ogóle z tobą rozmawiać. Słyszałem, że grzebią w twojej przeszłości. Komuś naprawdę zależy na tym, żebyś zniknął. Coś jest nie tak z tym morderstwem.

– Wszystko jest z nim nie tak.

– Mhm – mruknął Stefan. – Ale wiesz, co mam na myśli.

– Wiem.

Rozłączyli się, a niedługo potem w kuchni pojawiła się babinka. Rozpętała burzę, że nie obudzili jej, by przygotowała im śniadanie, a potem zaproponowała, by goście zostali u niej tak długo, jak chcą. Zagotowawszy mleko, zaczęła wietrzyć chałupę.

Minęły dwie godziny, nim Dębski się odezwał.

Nie miał dobrych wiadomości. Morderstwo popełniono niedaleko Wrocławia, więc zakopiańska policja nie miała wiele do gadania, nawet jeśli sprawy były powiązane. Stefanowi udało się jednak dowiedzieć kilku rzeczy. Forst wysłuchał go, po czym podziękował i wyłączył telefon.

– Zreferuj – powiedziała Szrebska, gdy komisarz odłożył komórkę na stół.

– Nastolatka nazywała się Anna Fidelska. Urodzona w Trzebnicy, tam też chodziła do gimnazjum. Zwłoki znaleziono na ławce w Parku Solidarności. Miała poderżnięte gardło i wsadzoną w nie monetę.

Szrebska przez moment patrzyła na niego z niedowierzaniem. Przypuszczał, że mimowolnie wizualizuje sobie ofiarę. Jego umysł lata temu nauczył się, by tego nie robić.

Wiktor odczekał chwilę, nim Olga się otrząsnęła.

– Nie to województwo, nie ta płeć, nie ten wiek – powiedział. – Na pierwszy rzut oka jedno nie ma żadnego związku z drugim.

– Może nie tylko na pierwszy rzut oka? Może zabójca tak działa?

– Nie.

– „Nie”? Tak po prostu?

– Nie ma seryjnego mordercy, który dobierałby ofiary przypadkowo. Każdy kieruje się jakimś kluczem. Mówiłaś, że oglądałaś CSI.

Szrebska zawiesiła wzrok gdzieś za oknem.

– Stefan twierdzi, że na razie sprawę prowadzi dolnośląska prokuratura, ale pewnie jeszcze dziś powołają jakiś międzywydziałowy zespół.

– Powinieneś być w jego składzie.

– Może i tak.

Olga objęła dłońmi kubek i napiła się herbaty, którą przygotowała im gospodyni.

– Wiadomo coś o monecie? – zapytała.

– Nic a nic. Stefan wyciągał wszystko od policjantów u nas w jednostce, a oni wyciągali wszystko od swoich odpowiedników we Wrocławiu.

– Musimy się dowiedzieć, co to za numizmat – odparła Olga w zamyśleniu.

Forst powiódł wzrokiem po kuchni. Czuł narastające zdenerwowanie, ale próżno było szukać tutaj papierosów czy gum. Zaczynał się też poranny ból głowy, który mógł okiełznać jedynie bieganiem lub saridonem.

– Musimy dać stąd dyla – powiedział Forst. – I dopiero potem kombinować.

– Jak?

– Nadal mamy kilkaset złotych.

– Cudów dzięki nim nie zdziałamy.

– Ale wystarczy nam na bilet kolejowy. Jeśli obstajemy przy Królewcu, to ze stacji Kaliningrad Passażyrskij możemy dostać się bezpośrednio do Moskwy lub Sankt Petersburga. Jeśli będziemy zmierzać dalej na wschód, to w Brześciu możemy wsiąść do składu, który dowiezie nas do stolicy Rosji.

– A paszporty?

– Jakoś sobie poradzimy. Może celnicy przyjmują złotówki.

Spojrzała na niego z powątpiewaniem.

– Nie mamy też wiz – dodała.

– Więc wymienimy złotówki na euro przed granicą.

– Mówię poważnie, Forst.

– Ja też – zaoponował. – Myślisz, że każdy, kto jedzie na wschód, traci czas na zdobywanie wizy? Znają tam znacznie lepsze i szybsze metody.

Szrebska przygryzła wargę i wyjęła z kieszeni kartkę, na której zapisała adres mężczyzny podany przez znajomego. Jeśli oficer FSB był skłonny dzielić się swoją wiedzą za dolary lub euro, być może celnicy tym bardziej zechcą współpracować.

– Potrzebujemy dostać się do Woskriesienska – powiedziała, odczytując adres.

– Rzut kamieniem od Moskwy.

– Tak dobrze znasz się na geografii wschodniego sąsiada?

– Uważałem w liceum. Mój nauczyciel był wyjątkowym nazistą, ale tacy są najlepsi, przynajmniej z perspektywy czasu.

Olga uśmiechnęła się pod nosem.

– Naprawdę zamierzamy to zrobić? – zapytała.

Forst wzruszył ramionami.

– Czemu nie? – dodał. – W kraju jesteśmy ścigani. I jeśli chcemy dowiedzieć się, co łączy wszystkie te zabójstwa, wyjście jest tylko jedno.

– Tyle że Rosja jakoś niespecjalnie mnie kusi. FSB, Federalna Służba Ochrony, GRU, służby wojskowe…

– Nie zbliżymy się nawet do mundurowych.

Tego mógł być pewien, ale nie wiedział, czy służby nie zechcą zbliżyć się do nich. Prędzej czy później polskie organy ścigania zrozumieją, co się stało, a wtedy zwrócą się o pomoc do Rosjan. Ci chętnie wyciągną dłoń – nie z dobrej woli, raczej licząc na propagandowe zwycięstwo.

Tak czy inaczej, nie mieli innego wyjścia.

– Najpierw sprawdzimy tego nastolatka z Białorusi – powiedział Forst. – Potem zajmiemy się dziewczyną z Dolnego Śląska.

Olga skinęła głową i oboje dostrzegli, że gospodyni stanęła w progu. Uśmiechnęli się do niej, ale babinka była wyraźnie podenerwowana. Oparła się o futrynę, oddychając ciężko.

– Co się stało? – zapytała Szrebska, wstając z krzesła.

– Oszukaństwo się stało, ot co! – odpowiedziała. – Myślicie, że nie wiem, kto zacz? Ojciec Tadeusz mówił o was!

Obojgu krew z twarzy odpłynęła.

– Zadzwoniłam na milicję!

Forst obrócił głowę do okna, ale nikogo nie dostrzegł. Przynajmniej przez chwilę.

Zaraz potem zobaczył lufę wystającą zza drzewa.

Steyr SSG 69 P4. Policyjny karabin snajperski.

14

Edmund Osica stał w punkcie zbornym kilkaset metrów od chałupy. Jakiś czas temu udało im się namierzyć telefon Forsta, ale nie sposób było ustalić dokładnej lokalizacji. Szczęśliwie, jeszcze przed wschodem słońca posterunek Komendy Powiatowej w Janowie Lubelskim otrzymał telefon od zaniepokojonej obywatelki. Twierdziła, że w jej domu znajduje się dwójka ludzi, o których mówiono w Radiu Maryja.

Podinspektora wyciągnięto z łóżka. Szczerze powiedziawszy, miał takiego kaca, że nie powinien nawet znajdować się blisko samochodu. Mimo to wsiadł do służbowego forda mondeo i pognał na wschód.

Część trasy przebył autostradą, nie musiał nawet włączać koguta. Potem jednak zjechał na drogi wojewódzkie i ostatecznie na miejscu zjawił się dopiero trzy godziny po telefonie.

Teraz chata była okrążona. Media jeszcze nie zwęszyły sprawy, ale niechybnie tak się stanie. Trzeba było rozwiązać tę problematyczną kwestię, zanim renoma policji ucierpi jeszcze bardziej. I właśnie po to wezwano tutaj Edmunda.

– Inspektor Osica? – zapytała blondynka stojąca obok niego.

– Tak.

– Nadkomisarz Kaśkiewicz z komendy wojewódzkiej – przedstawiła się, salutując. – Cel jest okrążony, pilnujemy wszystkich wyjść. W środku znajduje się kobieta, która poinformowała nas o dwójce zbiegów. Sądzi pan, że wzięli ją jako zakładniczkę?

– Za Szrebską nie mogę ręczyć – burknął Edmund. – Znam ją tylko z telewizji.

Kobieta uniosła brwi.

– Za Forsta tym bardziej nie, bo znam go osobiście. To psychopatyczny skurwiel.

– Panie inspektorze…

– Ale bądźmy poważni, nie ma mowy o braniu zakładnika – ciągnął dalej Osica. – Pozwólcie mi z nim pogadać, to załatwimy tę sprawę polubownie.

– Po to pan tutaj jest.

– Otóż to – potwierdził niechętnie Edmund, mając nadzieję, że przez trzy godziny zapach alkoholu nieco zelżał. Cmokał miętówkę za miętówką, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa to tylko pogarszało sprawę. Nadkomisarz jednak nie dawała po sobie niczego poznać.

– Dać panu megafon?

– Nie będziemy się bawić w takie bzdury – odparł Edmund. – Ci ludzie nie są kryminalistami.

– Komenda Główna twierdzi inaczej.

– Komenda Główna mieści się w Warszawie, a nie tutaj – odbąknął Osica. – Niech mi pani wierzy, z całego serca nienawidzę sukinsyna, który siedzi w tamtym budynku. Jeśli ja mówię, że nie jest niebezpieczny, to należy mi ufać.

– Jeśli pan pozwoli, zdam się jednak na fakty, nie opinie.

Edmund skinął głową. Normalnie doprowadziłby siksę do porządku, ale teraz, gdy alkoholowe wyziewy stanowiły duży odsetek składu atmosfery w okolicy, wolał ugryźć się w język.

– Co więc pan proponuje?

– Nic nie proponuję – odparł, ruszając w kierunku chałupy. – Po prostu tam wejdę i rozmówię się z tym kretynem.

– Mamy dwóch strzelców wyborowych na…

– Niech pani mówi normalnie, nie jesteśmy w wojsku. Snajperów.

– Jak zwał, tak zwał – odparła Kaśkiewicz. – Mają na celowniku okna w pokoju dziennym.

– Niech sobie robią co chcą, byleby żaden nie pociągnął za spust.

– To zależy od ludzi w środku.

Edmund zatrzymał się i odwrócił. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, że kobieta ciągnęła się za nim jak smród po gaciach. Zlustrował ją wzrokiem. Blondyna nie miała jeszcze czterdziestki. Nieco puszysta, ale ładna. Forst z pewnością by się za nią wziął.

Osica zaklął w duchu na tę myśl. Prawdziwym smrodem ciągnącym się po gaciach była świadomość tego, co Forst wyczyniał z jego córką. I tego, że biedaczka była tylko kroplą w morzu. Do dzisiaj się po nim nie otrząsnęła.

– Idę – powiedział. – Niech pani trzyma nerwy snajperów na wodzy.

– Panie inspektorze…

– Tak?

– Mam pozwolenie, żeby ich unieszkodliwić. Wedle dostępnych informacji są to niebezpieczni, uzbrojeni ludzie, którzy zaatakowali jednego funkcjonariusza, a do drugiego mierzyli z broni.

Edmund zagwizdał pod nosem.

– No, no – powiedział. – Ted Bundy, Charles Manson i Hannibal Lecter to przy nich owieczki.

– Mówię tylko, że nie zawaham się, gdy…

– Proszę pamiętać, że na tamtym parkingu mieli do czynienia z zupełnymi idiotami – odparł podinspektor. – Poza tym, z tego co pamiętam, to ten tępak im groził. Całej trójce, łącznie z dziennikarką. Jeśli macie kogoś zastrzelić, to zdecydowanie jego.

– Panie…

– Mam dosyć tego pieprzenia – odparł Osica. – Do zobaczenia.

Gdy zbliżał się do chałupy, przeszło mu przez myśl, by unieść ręce. Ostatecznie jednak stwierdził, że nie będzie odstawiał szopki. Przyspieszył kroku, a chwilę później stanął przed drzwiami wejściowymi. Zapukał i czekał.

Nic.

– Halo! – krzyknął. – Forst, to ja!

Nadal brak jakiegokolwiek odzewu. Edmund zaczął się niepokoić. Co, jeśli temu facetowi naprawdę odbiło tak, jak wszyscy twierdzili? Może rzeczywiście wziął dziennikarkę jako zakładniczkę, a teraz dołożył do tego jeszcze staruszkę? Nie, z pewnością tak nie było. Szrebska miałaby dziesiątki okazji żeby uciec, a skoro tego nie zrobiła, należało mniemać, że z nim współdziałała.

– To ja, Osica! – krzyknął podinspektor.

Cisza jak makiem zasiał.

Edmund obrócił się do niewielkiej grupy policjantów, którzy wyszli zza linii drzew. Przed nimi stała Kaśkiewicz, opierając dłonie na biodrach.

– Odezwij się, kretynie! – zaapelował podinspektor.

Naraz pomyślał, że Forsta nie ma w budynku. Tyle tylko, że nie miałby jak zbiec. Chata była pilnowana z każdej strony, a jego widziano w środku, gdy pierwsi funkcjonariusze zjawili się na miejscu.

Nie zastanawiając się dłużej, Osica pociągnął za klamkę. Drzwi ustąpiły ze skrzypieniem i policjant wszedł do środka. Unosił się tam zapach przypalonego mleka, w tle cicho buczało radio.

Edmund przeszedł do kuchni, gdzie zastał staruszkę siedzącą na krześle.

Nie była związana, nie miała zakneblowanych ust. Po prostu tkwiła przy stole, patrząc przed siebie.

– Gdzie ci ludzie? – zapytał, rozglądając się.

– Nie ma.

– Jak to nie ma?

– Znikli, panie. Nie ma.

– Co też pani opowiada?

– Niech pan lepiej wraca do siebie, radziecki zdrajco – burknęła pod nosem, opuszczając wzrok.

– Słucham?

– Oni wszystko mnie powiedzieli.

Osica spojrzał na puste opakowanie po gumach Big Red, leżące na parapecie.

– Co pani powiedzieli?

– Że polujecie na nich, tak jak wcześniej na Kuklińskiego.

– Co takiego?

– Słyszałeś, zdrajco narodu – odparła kobiecina, obracając się do niego. – Psie łańcuchowy na usługach bolszewików.

Edmund cofnął się, skonfundowany. Właściwie powinien się tego spodziewać. Jeśli Forst miał jakiś talent, który przyćmiewał wszystkie inne, to była nim właśnie zdolność mydlenia damskich oczu. Najwyraźniej nie miało znaczenia, czy chodzi o nastolatkę, kobietę w kwiecie wieku czy staruszkę.

 

– Co za brednie pani naopowiadał?

– Z bezpieką nie rozmawiam – bąknęła stara i skrzyżowała ręce na piersi.

– Niech pani mówi, gdzie oni są!

– Będziesz pan krzyczeć, to będziesz pan musiał wyjść. Nie będę tego znosić, mam już swoje lata. Czerwonoarmiści i hitlerowcy na mnie krzyczeli, nie będzie teraz milicjant jeszcze.

– Ale…

– Nic nie powiem – ucięła gospodyni, znów wbijając wzrok w ścianę przed sobą.

Osica stwierdził, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Forst i Szrebska musieli gdzieś tutaj być. Wyszedł z kuchni i przeszedł przez sień, rozglądając się na wszystkie strony. Stanąwszy w progu drzwi wejściowych, przywołał Kaśkiewicz ruchem ręki. Policjantka zbliżyła się, uważnie się rozglądając.

– Chowają się gdzieś w chałupie – oznajmił Edmund. – Weź kilku swoich i znajdźmy ich.