EkspozycjaTekst

Z serii: Komisarz Forst #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zapłaciłam, bo ostatnio nawinęło mi się zestawienie zarobków oficerów policji.

– Mhm.

– Wynikało z niego, że taki jak ty wykręca, bagatela, trzy tysiące netto.

– Z małym okładem – odparł Forst.

Wystarczało mu to na życie, nigdzie nie jeździł, nie brał kredytów, nie miał na utrzymaniu dzieci. Najwięcej wydawał właściwie na hurtowe zakupy gum na Allegro. Biorąc jednak pod uwagę stres i godziny pracy, było to jak policzek. Plus był taki, że po niecałych trzydziestu latach pracy będzie mógł dać sobie spokój i korzystać z emerytury w wysokości siedemdziesięciu pięciu procent ostatniej pensji.

Nie był to najszlachetniejszy cel w życiu, ale wystarczał, by popychać je do przodu. Niech inni zapisują się złotymi zgłoskami w historii.

Forst wyszedł za Olgą na ulicę i wyciągnął big redy. Zaproponował listek towarzyszce, ale ta pokręciła głową. Ruszyli w kierunku astry i Wiktor nie mógł nie zauważyć, że dziennikarka sprawia wrażenie, jakby się jej spieszyło.

– Niech zgadnę – bąknął. – Podjęłaś już decyzję.

– Może.

– Obwód kaliningradzki?

Szrebska zagwizdała cicho.

– Proszę, proszę. Nie wiedziałam, że stróże prawa są tak domyślni. Aż trudno uwierzyć, że krąży tyle stereotypów na wasz temat.

10

Osica stał przed komendantem wojewódzkim i czuł się jak cholerny młokos, który dał plamę na pierwszym patrolu. Przyjął postawę zasadniczą, wbijając wzrok przed siebie. Czekał, aż dowódca się odezwie, ale ten najwyraźniej nie miał zamiaru ułatwiać mu sprawy.

– Panie komendancie, rzecz w tym, że ten człowiek…

Nadinspektor uniósł dłoń, więc Edmund urwał. Czekał pokornie na słowa reprymendy, ale te wciąż nie nadchodziły. Spróbował więc jeszcze raz.

– Zdążyłem jedynie…

Dłoń znów się uniosła. Osica przestąpił z nogi na nogę, stwierdzając w duchu, że cofnął się o dobre kilkadziesiąt lat. Ostatnim razem tak zdenerwowany był jeszcze za kadencji Gierka.

– Szczerze powiedziawszy, Edmund, nie wiem, jak twoje tłumaczenia mogłyby cokolwiek zmienić.

Osica skinął głową.

– Funkcjonariusz, za którego ponosisz pełną odpowiedzialność, urządził sobie samowolkę – powiedział komendant, wstając zza biurka. Oparł się o blat i spojrzał na swoją ofiarę spode łba. – W mediach panuje zupełna hucpa. Wszyscy mają pożywkę. Nie dość, że zdjęcia wypłynęły, to jeszcze z prędkością światła rozchodzi się wieść o dziennikarce i policjancie, którzy…

– Jestem tego świadom, panie komendancie.

Dowódca się wyprostował.

– Nie przerywajcie mi, podinspektorze.

– Tak jest.

Komendant odchrząknął, a potem usiadł z powrotem na krześle.

– Wcześniej to była sprawa wewnętrzna, Edmund.

– Tak jest.

– Teraz cechuje się wszystkim, tylko nie wewnętrznością. Rozumiesz?

– Rozumiem.

– Chyba jednak nie, więc pozwól, że rozwinę. Wcześniej chodziło o to, by ten facet nie namieszał w sprawie, która przyciągnie uwagę każdego obywatela tego zawszonego kraju. Teraz chodzi o to, by nie wykoleił nie tylko śledztwa, ale i całej policji. Wyobrażasz sobie, co będzie, jak do czegoś dotrą?

– Będziemy…

– Nastąpi PR-owa tragedia, z której się nie wygrzebiemy. Głowy polecą. Moja i twoja także.

Osica potaknął i przełknął ślinę.

– Jeśli niczego nie znajdą, katastrofa będzie niewiele mniejsza – dodał dowódca. – I jak chcesz zaradzić tej sytuacji?

– Odnajdując Forsta.

– Brawo, Edmund. Zgadza się, odnajdując pierdolonego Forsta. Jestem pełen podziwu. I jak to osiągniesz?

Osica przez moment milczał. Wiedział, jak odnaleźć niepokornego komisarza, ale niespieszno mu było do dzielenia się tą wiedzą z przełożonym. Mimo że czuł wobec Forsta antypatię, niechętnie pogrążał jego karierę.

– No? Mów, Edmund. Masz jakąś koncepcję?

– Być może.

– A ja być może noszę w dupie noże – odparł nadinspektor. – Nie interesuje mnie takie pieprzenie. Możesz go znaleźć, czy nie?

Osica niepewnie skinął głową.

– Więc słucham.

Podinspektor uznał, że nie ma innego wyjścia. Nie pójdzie na dno razem z tym statkiem. Wiktor sam sobie na to zasłużył.

Wyłuszczył dowódcy swój plan, a ten zaaprobował go z entuzjazmem. Komendant szybko wydał właściwym ludziom rozkazy i odnalezienie Forsta było już tylko kwestią czasu.

11

Szrebska skupiała całą uwagę na drodze przed sobą, podczas gdy Wiktor raz po raz zerkał w tylne lusterko. Przed Kielcami dostrzegł zbliżający się radiowóz, którego prędkość kazała mu sądzić, że zaraz rozlegnie się wycie syren.

– Mamy ogon – powiedział.

Spojrzał na prędkościomierz. Szrebska jechała sto na godzinę, a znajdowali się na krajówce, gdzie dopuszczalna prędkość to dziewięćdziesiątka. Mimo to po chwili funkcjonariusze włączyli koguta.

– Ja pierniczę – skwitowała Olga. – Co robimy?

– To alfa 159 – zauważył Wiktor.

– I co w związku z tym? Znasz jakieś słabe strony tego…

– Nie – uciął. – To bydlę ma pod maską dwieście koni mechanicznych i może pochwalić się momentem obrotowym trzystu dwudziestu niutonometrów.

– Aha.

Syrena nadal wyła w najlepsze. Trwał pokaz niebiesko-czerwonych stroboskopów.

– Innymi słowy, ledwo dodasz gazu w tym swoim gruchocie, a alfa będzie już dawno przed tobą.

– Nie obrażaj astruni.

Forst zbył milczeniem to pieszczotliwe określenie. Tapicerka w samochodzie nie była myta od dobrego roku, na lusterku dyndał wunderbaum, który dawno przestał pachnieć, a w schowku walały się wszelkiej maści płyty, od klasycznego rocka po najnowsze dubstepowe hity.

– Służy mi wiernie od dziesięciu lat.

– Może posłuży ci jeszcze trochę, o ile się zatrzymasz.

Olga zwolniła, ale komisarz wskazał jej zjazd, który zaczynał się kilkaset metrów dalej.

– Włącz awaryjki, żeby wiedzieli, że nie uciekniesz im tym demonem szos, i zjedź na ten parking – polecił.

– Może lepiej na poboczu?

– Nie, znajdźmy sobie ustronne miejsce. Alfa pojedzie za nami wszędzie.

Po chwili zjechali na niemal pusty parking. Po drugiej stronie stała dziewczyna w kusej spódniczce, ale gdy tylko zauważyła policyjne auto, odwróciła się i ruszyła poboczem. Kawałek dalej była zaparkowana ciężarówka z zaciągniętą firanką.

– Co teraz? – zapytała Olga.

– Władują nas do radiowozu i zawiozą na najbliższy komisariat – odparł Forst, nerwowo przeżuwając gumę. – A astrunię odholują.

– Może poczekamy, aż wyjdą, a potem ruszymy z piskiem opon?

– Ile masz koni pod maską?

– Nie wiem.

Wiktor pokiwał głową.

Szrebska zatrzymała samochód na miejscu dla TIR-ów. Tuż za nimi stanęła policyjna alfa i natychmiast wyskoczyło z niej dwóch funkcjonariuszy. Trzymając ręce na odpiętych kaburach z pistoletami, ruszyli w kierunku opla.

– Co nam grozi? – odezwała się Szrebska.

– Tobie tylko mało przyjemne przesłuchanie. Jeśli o mnie chodzi, trudno powiedzieć.

– Mam to nagrywać? – zapytała, sięgając po komórkę.

– Nie. Połóż ręce na kierownicy.

– Gdyby cię zamknęli, pamiętaj, że znam świetną prawniczkę z kancelarii Żelazny & McVay. Da ci zniżkę.

Forst wskazał wzrokiem kierownicę, ale Olga skrzyżowała ręce na piersiach.

Funkcjonariusze podeszli z obu stron, gotowi w każdej chwili dobyć broni. Ustawili się w taki sposób, że zdeterminowany kryminalista mógłby ich odepchnąć, otwierając z impetem drzwi.

Wiktor złapał za klamkę, a potem wyrzucił gumę na zewnątrz i wyszedł z auta.

– Ręce na dach! – rozkazał funkcjonariusz.

– Spokojnie, sierżancie – odparł Wiktor, patrząc na oznaczenia na mundurze. – Jestem uzbrojony tylko w big redy.

– Ręce na dach!

Gdy Forst nie wykonał polecenia, funkcjonariusz natychmiast do niego doskoczył, złapał go za fraki i obrócił. Nieporadnie nacisnął na szyjny odcinek kręgosłupa, licząc na to, że Wiktor się pochyli. W tej ekwilibrystyce były co najmniej dwa momenty, gdy Forst miał sposobność, by odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Posłusznie położył jednak dłonie na dachu astry, a potem spojrzał na Olgę.

Wysiadła z samochodu i spiorunowała policjanta wzrokiem. Nie sprawiała wrażenia chętnej do współpracy. Typowa dziennikarska postawa, skwitował w duchu.

Przypuszczał, że sytuacja szybko przerodzi się w katastrofę. Ocenił swoje szanse – w tej chwili groziła mu odsiadka, ale może sprawny prawnik rzeczywiście potrafiłby wyciągnąć go z tego gnoju. Wystarczyło tylko współpracować.

– Słuchaj… – zaczął niepewnie.

– Ryj, kurwa! – wydarł się funkcjonariusz.

Standard. Ćwiczyli takie okrzyki długimi godzinami na szkoleniach. Jakkolwiek szlachetnie by do tego zawodu nie podchodzić, duża część nauki sprowadzała się do robienia odpowiedniego wrażenia. Mając regularnie do czynienia z kryminalistami, należało operować językiem, który rozumieli. Tubalny, dosadny ton był katowany do upadłego.

Forst się rozejrzał. Na parkingu nie było nikogo, oprócz tirowca, który właśnie odsłaniał firankę w kabinie, zainteresowany krzykami. Szrebska nadal stała przed policjantem, nie mając zamiaru odwracać się do niego tyłem.

Znajdujący się za Wiktorem funkcjonariusz zaczął go przeszukiwać.

Forst wiedział, że jeśli ma coś zrobić, to właśnie teraz. Za chwilę skują go i wsadzą do radiowozu.

– Stój spokojnie! – ryknął sierżant.

Komisarz zaczerpnął tchu i podjął decyzję. Nawet jeśli była to jedna z najważniejszych spraw w historii polskiego wymiaru ścigania, nie była warta tego, by iść za nią siedzieć.

– Pochyl się, kurwa! – krzyknął funkcjonariusz, a potem przywalił Wiktorowi w plecy.

Forst zacisnął usta i zrobił, co mu kazano.

– Nogi szerzej!

Policjant kopnął go w kostkę i przycisnął mocniej do karoserii. Wiktor wykonał polecenie, nie protestując. Nie ulegało wątpliwości, że ma do czynienia z żółtodziobami – jeden przesadzał z siłą fizyczną, drugi nie potrafił okiełznać Szrebskiej.

 

– Przyzwyczajaj się do tego, Forst – odezwał się przez zęby funkcjonariusz. – W więziennej celi będziesz tak się ustawiał co dnia.

Jeśli dotychczas wątpił, że ktoś z góry się na niego uwziął, teraz nie miał wątpliwości. To nie było normalne zatrzymanie, tym dwóm polecono, by się nie certolili.

Wiktor obejrzał się przez ramię na młodzika.

– Ryj na samochód! – wydarł się policjant.

– Nie wiem, kto wam…

Forst urwał, gdy funkcjonariusz uderzył go w żebra. Ból szybko zaczął rozchodzić się po klatce piersiowej – równie szybko, jak świadomość tego, że całe zajście nie skończy się tak, jak przypuszczał komisarz.

– Nie jęcz – odezwał się napastnik. – Zanim dojedziemy do aresztu śledczego, oberwiesz jeszcze niejednokrotnie. A tę dziennikarską dziwkę przejadę na wylot.

Komisarz znów spróbował się odwrócić, tym razem bardziej zdecydowanie.

– Głowa w dół, kurwa!

Forst nie zdążył jej pochylić. Funkcjonariusz rąbnął go w potylicę, aż zaszumiało mu w uszach.

Wiktor nie planował się bronić, zadziałał instynkt samozachowawczy, wzmocniony latami ćwiczeń. Z impetem odrzucił głowę w tył, trafiając policjanta prosto w twarz. Młody zawył cicho i zatoczył się o krok.

Zanim drugi z policjantów się zorientował, Forst dopadł już do zdezorientowanego młokosa i wyrwał mu pistolet z otwartej kabury. Nie zastanawiał się ani przez moment. Wszystko działo się automatycznie.

Dopiero po upływie kilku sekund komisarz zdał sobie sprawę z tego, co zrobił.

Teraz nie było już odwrotu.

– Szrebska! Odsuń się! – krzyknął.

Dziennikarka natychmiast wykonała polecenie, a drugi z policjantów trwał w bezruchu, nie rozumiejąc, co się stało. Forst odszedł kilka kroków od tego, któremu teraz z nosa ciekła strużka krwi, cały czas mierząc do niego z broni. Obaj sprawiali wrażenie, jakby narobili w spodnie.

– Drgnij tylko, a strzelę – powiedział Wiktor. – W tej chwili wszystko mi jedno. I tak poślą mnie do Wronek.

Funkcjonariusz przełknął ślinę.

– Nie strzelisz – powiedział słabo.

Miał stuprocentową rację. Czym innym było przywalić policjantowi w nos, czym innym pociągnąć za spust. Nie miał zamiaru ryzykować, że któregoś z nich zrani czy, nie daj Boże, zabije.

Olga odsunęła się na bok, piorunując Wiktora wzrokiem. Spodziewał się zobaczyć w jej oczach ulgę, ale jej nie dostrzegł.

– Zwariowałeś? – zapytała, oddychając ciężko.

Komisarz poprawił chwyt broni.

– Przed chwilą sama byłaś gotowa rzucić mu się do gardła.

– Ale nie mierzyć do niego z pistoletu!

– Zobacz lepiej, co z naszym towarzyszem.

– Nie, Forst, tym razem przeszarżowałeś – odparła. – Nie mam zamiaru ci pomagać.

– Słuchaj…

– Odłóż tę broń, do cholery!

Spojrzał na nią z niedowierzaniem i dopiero po chwili zrozumiał, że to przedstawienie stanowi jej ubezpieczenie. Do tej pory nie zrobiła niczego, co naraziłoby ją na odpowiedzialność karną. I najrozsądniej było działać tak, by nie wyprowadzać stróżów prawa z błędu.

– Wsiadaj do samochodu – polecił Wiktor. – No, ruchy, ruchy!

Dziennikarka nie ruszyła się o krok, a on przeniósł wzrok na policjanta stojącego po drugiej stronie samochodu.

– A ty powoli wyciągnij broń i rzuć ją na ziemię.

Kątem oka cały czas kontrolował, co robi drugi z młokosów. Starał się na dłużej nie odrywać wzroku od tego, który wciąż był uzbrojony. Gdyby młodemu zebrało się nagle na bohaterstwo, nie byłoby mowy o żadnym więzieniu.

Ktokolwiek wysłał tych ludzi, musiał wiedzieć, że sprawy potoczą się w taki sposób. Naraz Forst uświadomił sobie, że młodzi nie mieli go aresztować, a jedynie sprowokować. Komuś zależało na tym, by przekroczył granicę, zza której nie będzie już powrotu.

– Rzuć broń, człowieku – bardziej poprosił, niż rozkazał Wiktor. – Naprawdę nie chcę strzelać.

Na czole funkcjonariusza pojawiły się pierwsze krople potu. Wyciągnął powoli glocka, a następnie odrzucił go na bok. Drugi stał z uniesionymi rękoma oraz z zakrwawionym nosem, i patrzył niepewnie na Forsta.

Komisarz przypuszczał, że niczego się od tych ludzi nie dowie. Szkoda było czasu na przesłuchiwanie ich, a poza tym kierowca zaparkowanego nieopodal TIR-a zapewne puścił już w obieg informacje przez CB-radio. Zaraz zjadą się tu wszystkie służby mundurowe z okolicy.

Forst wycelował w Szrebską.

– Do wozu – powiedział.

Olga spojrzała z przerażeniem prosto w lufę pistoletu i Wiktor musiał przyznać, że całkiem nieźle odgrywała swoją rolę. Z punktu widzenia policjantów będzie czysta jak łza. On zaś właściwie mógł już pożegnać się z życiem, jakie znał. Jeśli nie miał zamiaru spędzić jego reszty za kratkami, musiał uciekać z kraju.

– Wsiadaj do samochodu – powtórzył.

Szrebska skinęła głową i powoli podeszła do drzwi samochodu. Zajęła miejsce za kierownicą, a potem ścisnęła ją tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Forst spojrzał na funkcjonariuszy i przemknęło mu przez myśl, że może nie będą aż tak nieprzydatni, jak początkowo sądził. W końcu jakoś trafili na ich trop.

– Kto was poinformował, gdzie jesteśmy? – zapytał.

Ten zakrwawiony spojrzał z nadzieją w kierunku ciężarówki. Forst wiedział, że każda sekunda może być teraz na wagę złota, ale jeśli mógł się czegoś dowiedzieć, nie chciał z tego rezygnować.

– Mów!

– Ja… ja dostałem informację z centrali… że-żeby zatrzymać tę astrę…

Wiktor ścisnął mocniej glocka.

– Przysięgam! – zarzekał się policjant.

– Żadnej nieformalnej rozmowy, żadnego SMS-a?

Nerwowo pokręcił głową. Wiktor przeniósł wzrok na drugiego, ale ten sprawiał wrażenie, jakby był jeszcze bardziej przerażony.

– Jaką konkretnie informację dostaliście z centrali?

– Tylko tyle, że… że ktoś widział samochód z poszukiwanym.

Forst przyglądał się przez chwilę funkcjonariuszom i w końcu uznał, że gdyby cokolwiek wiedzieli, wyśpiewaliby to nawet bez pytania. Zaklął w duchu, żałując straconego czasu.

Teraz pozostawało tylko unieruchomić alfę i jak najprędzej się stąd oddalić. Przestrzelenie opon nie wchodziło w grę – takie bzdury działały tylko na filmach. Guma była gruba i potrafiła odbić nawet pocisk. By ją przebić, trzeba było trafić pod dobrym kątem lub w odpowiednie miejsce, gdzie bieżnik był najcieńszy. Albo mieć coś ostrego.

Zresztą był znacznie prostszy sposób. Forst podszedł do radiowozu i sięgnął po kluczyki. Wyjął je ze stacyjki, a potem wsiadł do czerwonego opla. Przez okno nadal celował do funkcjonariuszy.

– Ruszaj – powiedział. – Byle szybko.

– Dokąd?

– Nie wiem – odparł, pocierając nerwowo czoło.

12

Przez kilka godzin kluczyli po drogach wojewódzkich, starając się poruszać na tyle chaotycznie, na ile było to możliwe. W Zaklikowie zjechali z drogi 855 na 857 i skierowali się na wschód. Niedługo potem przekroczyli granicę województwa i znaleźli się w Lubelskiem.

– Jak nas znaleźli? – zapytała w końcu Szrebska.

Minęli tabliczkę „teren zabudowany” bez nazwy wsi. Opel astra był jedynym samochodem na zniszczonej dwupasmówce.

– Widzę kilka możliwości – odparł Wiktor.

– Więc olśnij mnie.

– Pierwsza: przez NSI. Może nosisz coś, dzięki czemu można ustalić twoją lokalizację. Druga: przez Facebooka. Dodawałaś posty ze smartfona, więc widać, gdzie się znajdowałaś. Nie trzeba wiele, by wywnioskować, jaki mamy kierunek jazdy.

Szrebska uniosła brwi. Rzeczywiście, w całym tym szaleństwie nie pomyślała o rzeczy najprostszej. Byle informatyk policyjny mógł namierzyć ich bez najmniejszego problemu.

– Kiepska sprawa – powiedziała.

– Problemy pierwszego świata. Nie było Facebooka, nie było takich wtop.

– Mhm.

– A teraz wypadałoby, żebyś postanowiła, co chcesz dalej zrobić.

– Nie jestem jeszcze gotowa na taką decyzję.

– Przecież ci się nie oświadczam. Odpowiedź nie należy do najtrudniejszych.

– Nie postawiłeś żadnego pytania.

– To stawiam: zamierzasz być wyjętą spod prawa kryminalistką? Jeśli nie, wysadź mnie gdzieś w tej wiosce i zawracaj. Powiesz policji, że zostawiłaś mnie w innym miejscu i będziemy kwita.

Olga milczała.

– Nie podoba ci się taki plan?

– Bynajmniej.

– Zaskakujesz mnie swoim przywiązaniem do mojej skromnej osoby.

– Gówno mnie interesujesz, Forst. Chcę odkryć, dlaczego ta sprawa robi się coraz bardziej skomplikowana.

Przez ostatnie godziny kluczenia po wsiach i miasteczkach Szrebska na dobre uświadomiła sobie, że to wszystko ma drugie – jeśli nie trzecie – dno. Sprawa antycznej monety i białoruskiego zabójcy to jedno, ale dlaczego polska policja działała przeciwko nim? Wcześniej mogłaby sądzić, że chodzi o niechęć do Forsta, a może jakąś osobistą wendetę – Bóg jeden wiedział, ilu wrogów narobił sobie ten facet – teraz jednak miała pewność, że nie to było istotą całego zamieszania.

– Muszę się napić – odezwał się.

– Wiedziałam, że ten moment nadejdzie.

– Co?

– Wywiad środowiskowy twierdzi, że jesteś pijusem.

– Bzdura. O whisky myślę tylko w kontekście emerytury.

– W porządku, nie tłumacz się.

– Jeśli jestem od czegoś uzależniony, to tylko od big redów, seksu i porannego biegania.

– Okej, okej. Niezbyt mnie to interesuje.

– A szkoda, bo powinnaś wiedzieć, że za uzależnieniem idzie także perfekcja. Przynajmniej w dwóch ostatnich kwestiach.

– Taki jesteś mocny w gębie, co?

– Nie tylko.

– Cóż, nigdy się nie przekonamy, czy tkwi w tym ziarno prawdy. Chyba że kiedyś z tobą pobiegam. Na nic więcej nie licz.

– Masz męża?

– Nie.

– Chłopaka?

– Nie.

– Dziewczynę?

– Tak.

– Żartujesz sobie ze mnie?

– Nie.

– Potrafisz odpowiadać inaczej niż półsłówkami?

– Tak, ale postanowiłam tego nie robić.

– Jesteś lesbijką?

– Pierwszy raz spotykasz kogoś takiego, Forst?

Pokręcił głową, wyciągając ostatni listek gumy.

– Nie, ale liczyłem na to, że się zaprzyjaźnimy w stopniu bardzo zażyłym.

– To się przeliczyłeś.

Wjechali do większej miejscowości o nazwie Modliborzyce. Olga zauważyła kilka zaciekawionych spojrzeń, które padły na astrę. Wątpiła, by w mediach pojawiły się już wzmianki na temat pojazdu, jakim podróżują. Zainteresowanie wynikało zapewne z rejestracji pochodzącej z innego województwa. Mimo to zdawała sobie sprawę, że muszą pozbyć się charakterystycznego opla.

Szrebska uśmiechnęła się na myśl o tym, że zaczyna rozumować jak zbieg. Pomijając wszystko inne, była to przygoda jej życia. W najgorszym wypadku mogła wprawdzie zakończyć się w sądzie, za to w najlepszym – na gali Grand Press. Tak czy inaczej, będzie o niej głośno i znajdzie się na pierwszych stronach gazet. I będzie miała materiał, który zapisze się w historii polskiego dziennikarstwa.

– Wysadź mnie gdzieś – bąknął Forst. – Jeśli nie ma szans, żebyśmy weszli w kopulację, nie mam zamiaru dalej tego ciągnąć.

Spojrzała na niego i pokręciła głową.

Przejechali kilka kilometrów i zatrzymali się na gruntowej dróżce odchodzącej od drogi gminnej. Bak świecił pustkami, ale i bez tego dalsza podróż tym samochodem nie miała sensu. Wysiedli z astry, a potem ruszyli powoli na wschód.

– Ile jest stąd do granicy? – zapytała Olga.

– Do białoruskiej niewiele ponad sto kilometrów – odparł Forst.

– Tyle że nas interesuje Rosja.

– To będzie jakieś czterysta do obwodu kaliningradzkiego – stwierdził. – Ale obecnie powinien interesować nas każdy kraj, który nie ma wiele wspólnego z polską policją czy Interpolem.

– Interpolem? Myślisz, że to zajdzie tak daleko?

– Nie mam pojęcia.

Wyraz jego twarzy dobitnie świadczył o tym, że rzeczywiście tak jest. Wcześniej Wiktor sprawiał wrażenie faceta, który jest gotowy na wszystko, co przyniesie mu los. Teraz wyglądał, jakby stał pochylony nad przepaścią i patrzył w dół.

Szrebska nie mogła się mu dziwić. Uderzając wtedy policjanta i zabierając mu broń, zamknął sobie drogę odwrotu.

– Ile masz przy sobie? – zapytał Forst.

– Trzy stówy, nie więcej. A ty?

– Odpowiem, jeśli przysięgniesz, że naprawdę jesteś związana z inną kobietą.

Olga uśmiechnęła się promiennie, przekrzywiając głowę.

– Chcę wiedzieć, zanim znajdziemy miejsce na sen – dodał.

Dziennikarka spojrzała na las przed nimi. Tuż nad koronami drzew słońce rzeczywiście chyliło się ku horyzontowi. Niespecjalnie uśmiechał jej się nocleg w lesie, ale nie byłby to pierwszy raz, kiedy musiałaby radzić sobie w trudnych warunkach.

– Mam pięć dych – odezwał się po chwili Wiktor. – Proponuję wydać je na nocleg, póki jeszcze nasze twarze nie pojawiają się w wiadomościach. Później będzie problem.

 

– Myślisz, że jeszcze nas nie pokazują?

– Na pewno nie jako uciekinierów ściganych przez policję. Komenda Wojewódzka będzie starała się załatwić to po cichu. Dopiero gdy nas nie znajdą, sięgną po pomoc czwartej władzy. Zresztą wiesz, jak to działa.

– Wiem.

– Swoją drogą, wyłącz telefon. Jeszcze jeden tweet czy post na Facebooku, a będziemy mieć pozamiatane.

Weszli w las, mijając kilka zwalonych drzew. Jakiś czas temu ktoś musiał tu robić wycinkę, ale od tamtej pory wszystko pokryła warstwa ściółki i roślin. Zima w tym roku była tak łagodna, że nadal dało się dostrzec zieleń.

– Wiesz, dokąd idziesz?

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odparł Forst. – Ale przypuszczam, że ten bór nie ciągnie się w nieskończoność.

I nie ciągnął się. Kończył się za to kilkoma stawami, które rozlewały się od niewielkiej rzeczki. Nie mając wielkiego wyboru, skręcili w prawo, a potem dotarli do Wolicy-Kolonii. Stamtąd przeprawili się na drugą stronę rzeki.

– Hotelu to my tutaj nie znajdziemy – mruknęła Olga.

– Zdążyłem się zorientować.

– Może ktoś nas przenocuje? – I przy okazji zakabluje?

– Lepiej zaryzykować, niż spać w lesie. Już jest zimno.

– Gdybyś miała inne preferencje seksualne, zaproponowałbym sposób, który skutecznie…

Szrebska spiorunowała go spojrzeniem, więc komisarz czym prędzej urwał.

– Nie widzę innej możliwości, Forst – powiedziała. – Pójdziemy do pierwszej lepszej chałupy i powiemy, że zepsuł się nam samochód w Między… Modli…

– W Modliborzycach.

– Otóż to.

– I jak wytłumaczysz naszemu potencjalnemu gospodarzowi-dobroczyńcy, że zaszliśmy tak daleko?

– Szukaliśmy warsztatu.

– Aha.

– Nie przekonuje cię to?

– Niespecjalnie – odparł Forst, chowając ręce do kieszeni. Przez kilka chwil szli w milczeniu, mijając pojedyncze zabudowania. W domach świeciły się już światła, ludzie pewnie siadali do kolacji.

– Więc? – zapytała.

– Jeśli znajdziemy odpowiednią chałupę, w porządku.

Nie wiedziała, co miał na myśli – ale szybko się przekonała. Pierwsze miejsce odrzucił, bo przez okno dojrzeli zbyt wielu ludzi, których trzeba byłoby przekonać do ich wersji. W kilku następnych były włączone NSI lub TVN 24, a do tej pory wieść o zbiegach mogła już obiec wszystkie telewizje informacyjne. Wprawdzie najbardziej łakomym kąskiem było morderstwo na Giewoncie, ale stacje z pewnością chętnie urozmaiciłyby przekaz.

Kolejny dom odrzucili, bo na podwórku stał stary opel tigra ze zdecydowanie za dużym spoilerem, najpewniej należący do kogoś młodego. Istniało więc niebezpieczeństwo, że gospodarz śledzi wszystko, co dzieje się na Facebooku.

Dopiero piąte domostwo ocenili jako miejsce, gdzie warto było podjąć ryzyko. Zapadł już zmrok, co nie ułatwiało sprawy. Stanęli przy oknie od dużego pokoju i dostrzegli staruszkę, która zapewne niebawem miała układać się do snu.

Zapukali cicho i cierpliwie czekali. Kobieta otworzyła drzwi niepewnie, ale bez strachu. W tak małej wsi nie było powodu, by obawiać się gości nawet o tej porze. Zmrużyła oczy, jakby starała się ich rozpoznać.

– Nie wzięłam okularów – powitała ich.

Olga i Forst spojrzeli po sobie.

– Proszę pani – odezwała się ciepło Szrebska. – Chcieliśmy zapytać, czy byłaby możliwość…

– Pielgrzymujemy z Częstochowy – wtrącił Wiktor. – Szukamy noclegu.

Olga przypuszczała, że w marcu nie ma żadnych pieszych pielgrzymek. I nigdy nie słyszała o tym, by pątnicy pielgrzymowali „z” zamiast „do” Częstochowy. Gospodyni jednak nie sprawiała wrażenia, jakby ją to strapiło. Uśmiechnęła się i cofnęła o krok, robiąc im przejście.

– Zastanawialiśmy się, czy nie mogłaby nas pani skierować do kogoś, kto byłby gotów za niewielką opłatą nas przenocować? – zapytał Forst, całkiem przekonująco grając głupa. – Nie mamy wiele pieniędzy, ale…

– Wejdźcie, dzieci, wejdźcie – powiedziała staruszka i cofnęła się jeszcze kawałek. – Nie będziecie nic płacić. Co to za pielgrzymka w marcu? Dziwne rzeczy.

Dwójka gości weszła do sieni, Wiktor zamknął za sobą drzwi.

– Pielgrzymka brokerów – powiedział.

– O, naprawdę?

– Tak. Pielgrzymujemy z Kielc.

– Toż to kawał drogi. Na nogach?

– Niestety – odparł Forst, siadając na niewielkim chybotliwym krzesełku w przedpokoju. Postękał przy tym nieco, choć Szrebska miała wątpliwości, czy jest to konieczne. Babinka zapewne była głucha jak pień.

– Dziękujemy – powiedziała dziennikarka, ściągając buty.

Kobieta pokręciła głową.

– Podłoga zimna. Ciągnie od niej bez przerwy. Nie ściągajcie.

– Nie słyszała pani o pielgrzymce? – zagaił Wiktor. – W telewizorze na pewno mówili.

– Nic nie mówili, bo od kiedy zmienili te cyfry… to… te zmiany zrobili, to nie mam żadnego sygnału. Trzeba coś dokupować, a ja nie wiem co i z czym to wszystko… na co komu takie rzeczy?

– Takie czasy – odparł solidarnie Forst.

– Tak… takie czasy. Fiks.

– To w radiu powinni mówić.

– A powinni – potaknęła. – Dziw, że w Maryi nic nie podali.

Olga odetchnęła. W Radiu Maryja na pewno wspomnieli o zabójstwie z Giewontu, ale prawdopodobnie nie zająknęli się nawet na temat dwójki uciekinierów. Zresztą nawet gdyby tak było, nie podaliby przecież rysopisów.

– Ty, chłopcze, pójdziesz na górę – powiedziała, wskazując wzrokiem strych. – A ty, drogie dziecko, będziesz spała w dużym pokoju, obok mojej sypialni. Wstaję jak kur zapieje, to was pewno też pobudzi. Dam wam jeszcze ciepłego mleka na sen. Nikt nie powinien spać bez… a ja mam swojskie, nie te wasze miejskie homogenizowane. Od Aneczki.

– Ach tak… – odparł z uznaniem Forst.

Zaraz potem zasiedli przy stole. Cerata kleiła się do łokci, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Byli bezpieczni. Przynajmniej na kilka godzin.