Echo z otchłaniTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Echo z otchłani
Echo z otchłani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80 55,04
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Remigiusz Mróz, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020


Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak, Anna Królak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: Sergey Nivens / Shutterstock

Fotografia autora: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki


Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.


eISBN: 978-83-66517-65-3


CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Tym razem dedykację zamieściłem na samym końcu.

A więc tutaj życzę tylko dobrej lektury.



ROZDZIAŁ 1

1

Håkon Lindberg wprowadził odpowiedni kod do konsoli sterowania diapauzą, po czym cofnął się o krok. Kapsuła kriogeniczna rozświetliła się zimnym blaskiem, a postać leżąca w środku poruszyła się niespokojnie.

Skandynaw nie wiedział, czy nie popełnia właśnie największego błędu w życiu. Teraz jednak było już za późno, by mógł rozważyć wszystkie implikacje swoich działań.

Przesłona komory odsunęła się ze świstem, a chwilę później Dija Udin złapał za jej brzegi. Ręce mu się zatrzęsły, ale zdołał się podciągnąć. Zamrugał kilkakrotnie, wodząc mętnym wzrokiem wokół.

– To ty, sukinsynu? – zapytał, mrużąc oczy.

– Wstawaj.

– A sądzisz, że co właśnie próbuję zrobić? – odparł Alhassan i stęknął, gramoląc się na zewnątrz. – Gdzie ja jestem?

– W pomieszczeniu kriogenicznym.

– Miałem na myśli szerszą perspektywę.

– Na finiszu swojej drogi życiowej – odparł Lindberg.

Dija Udin odkaszlnął i splunął na podłogę.

– Musiałem długo spać, skoro zdążyłeś wyrobić sobie namiastkę poczucia humoru – odparł, rozglądając się wokół. – Dotarliśmy na Ziemię?

– Tak.

– I? Jest tu kto?

Alhassan zrobił krok ku niemu, a Håkon natychmiast dobył berettę z kabury. Nie wycelował broni w dawnego przyjaciela, ale trzymał ją w gotowości. Dija Udin spojrzał z powątpiewaniem na rękę opuszczoną wzdłuż tułowia, a potem na konchę przytroczoną do pasa.

– Uważaj z tym – powiedział.

– Masz na myśli gnata czy la’derach?

– Maskę. Gnatem nie potrafisz się posługiwać, co nieraz udowodniłeś na Accipiterze.

– Wtedy strzelałem do widm, teraz będę celować do wroga. Większa motywacja.

Dija Udin przewrócił oczami.

– Widzę, że prawda o mnie złamała ci serce.

– Goń się, Alhassan.

– Ty też – odburknął nawigator, po czym zawiesił wzrok na jednym z pulpitów i ściągnął brwi. Zbliżył się do niego, aktywował wyświetlacz, a potem obrócił się do Lindberga. – Co to ma być?

– Ziemia.

– Nie wygląda.

Håkon wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru rozprawiać o tym, co mogło się tutaj zdarzyć. Przez setki lat, które minęły od rozpoczęcia misji Ara Maxima, możliwości były nieskończone.

– Widywałem gówienka, które wyglądały lepiej – ciągnął Dija Udin. – Przecież tu nic nie ma. Przeżył ktoś?

Lindberg nie odpowiedział. Nadal nie był do końca pewien, co powinien zrobić.

– Jesteśmy na orbicie geosynchronicznej?

Gdy Alhassan po raz kolejny nie doczekał się odpowiedzi, obejrzał się przez ramię.

– Rozważasz ubicie mnie?

– Poniekąd.

Dija Udin odwrócił się i rozłożył szeroko ręce.

– Strzelaj.

– Gdybym miał to zrobić, w ogóle nie wyszedłbyś z kriokomory.

– Więc o co chodzi?

– Musimy stąd znikać.

– Że co?

Håkon nabrał głęboko tchu, powtarzając sobie, że podjął decyzję. Być może uczynił to już dawno, gdy tylko wpadł na pomysł, jak Alhassan mógłby odkupić swoje winy.

– Kiedy spałeś, Jaccard zorganizował ci sąd polowy – odezwał się Skandynaw, chowając broń. – Channary Sang była oskarżycielem, ja cię broniłem.

– To niezbyt sprawiedliwe.

Lindberg skinął na niego i ruszył do drzwi.

– Zaocznie zapadł wyrok śmierci – dodał.

– Oczywiście. Przecież bronił mnie adwokat imbecyl.

Skandynaw nawet na niego nie spojrzał.

– Miałeś nigdy nie wybudzić się z kriosnu – rzucił.

– Nie najgorsza śmierć, zważywszy na to, jak wkurzoną grupę ludzi stanowicie.

– Emocje nie były najważniejsze przy podejmowaniu decyzji – odparł Håkon, wychylając się za próg. Po chwili dał znak towarzyszowi, że na zewnątrz jest czysto. – Twoja śmierć miała mieć charakter prewencyjny.

– Cudnie.

– Jaccard obawiał się, że ściągniesz tutaj swoich.

– Całkiem słusznie, nie sądzisz?

– Nie – odparł Lindberg. – Nie wezwiesz nikogo, bo nie będziesz miał sposobności.

– Oberżniesz mi dłonie, to wybiorę numer kinolem. Nie łudź się, że będzie inaczej.

Håkon wiedział, że rozmówca przesadza tylko nieznacznie. Gdyby pojawiła się możliwość, Dija Udin ochoczo by z niej skorzystał, a za sto czy dwieście lat na orbicie okołoziemskiej pojawiłaby się cała armada okrętów – o ile w tej linii czasu przetrwały proelium. Skandynaw nie miał jednak zamiaru dopuścić Alhassana do systemów komunikacyjnych. Jeszcze nie teraz.

– Dokąd idziemy?

– Do wahadłowca.

– Świetnie. Wybierz jakiś ładny, bo będzie to twój grób.

Lindberg zignorował zaczepkę, zatrzymując się przed zakrętem. Wyjrzał zza rogu i stwierdziwszy, że korytarz jest pusty, poszedł dalej.

– Myślisz, że pajacuję?

– Ty zawsze pajacujesz, Dija Udin.

– Może, ale tym razem jestem szczerszy niż katolik na spowiedzi – odparł poważnym tonem. – Zarżnę cię jak knura przy pierwszej okazji. Ciebie i całą twoją rasę.

Håkon zatrzymał się i obrócił do niego.

– Pomagam ci zbiec. Mógłbyś to docenić i przestać pieprzyć.

– Wszystko, co mówię, to święta prawda.

– Nikogo dotychczas nie zabiłeś i nie…

– Posłałem dowódcę Accipitera do wieczności. Konał długo, dostarczając mi wielu miłych chwil. A dodatkowo przyłożyłem rękę do zagłady gatunku ludzkiego. Potrzebujesz czegoś jeszcze, by…

– Zamkniesz się? – uciął Lindberg, po czym ruszył we wcześniejszym kierunku.

Oczywiście Dija Udin mówił prawdę – być może nawet w kwestii tego, że dybie na jego życie. Pominął jednak to, że to Prastarzy zaimplementowali mu do głowy odpowiedni program, właściwie pozbawiając go wolnej woli.

– Zdurniałeś kompletnie – zauważył Alhassan, gdy dotarli pod właz hangaru. Astrochemik wprowadził odpowiedni kod, przejście się otworzyło, a oni ruszyli ku najbliższemu promowi. Żadna z tych jednostek nie była wyposażona w ansibl, więc Håkon nie musiał obawiać się, że kompan przekuje swoje słowa w czyny.

Zajęli miejsca w kokpicie, po czym Lindberg wyświetlił przed sobą interfejs zdalnej kontroli środowiska w hangarze.

– Dlaczego to robisz, sukinsynu?

– Bo uważam, że coś więcej jest na rzeczy. I ty pomożesz mi w ustaleniu, czy tak jest naprawdę.

– Coś więcej?

– Pamiętasz, co się stało, gdy Kennedy po raz pierwszy otrzymał sygnał z Accipitera?

– Nie.

– To była krótka wiadomość o treści Rah’ma’dul.

– Może i tak. Trochę czasu minęło.

– Za to powinieneś doskonale pamiętać, co stało się potem.

Alhassan skrzywił się, drapiąc się po głowie.

– Kennedy natychmiast został wysłany nam na spotkanie – ciągnął dalej Lindberg. – Ellyse mówiła, że wszystko załatwiono w okamgnieniu. Zebrano piętnaścioro ochotników, dano im deklaracje do podpisu, a następnie wyprawiono w drogę. Dlaczego?

– Bo chcieli nas ratować.

– Byliśmy pogrążeni w kriostazie przez następne pół wieku, Dija Udin. Nie robiło nam różnicy, czy Ziemia dołoży do tego miesiąc, rok, czy nawet dziesięć lat. Tymczasem oni spieszyli się, jakby się paliło. I wszystko dlatego, że dostali tę wiadomość.

– Skąd te bzdury płyną? Złapałeś salmonellę mózgowia?

Skandynaw obrócił się do niego z kamiennym wyrazem twarzy.

– Koncha powoli odkrywa przede mną prawdę – powiedział.

Alhassan skwitował jego słowa, gwiżdżąc pod nosem.

– Teraz już wiem, dlaczego mi pomagasz – dodał. – Sfiksowałeś do reszty. Nadajesz się do eutanazji, naukowcu, bo czas na leczenie już dawno minął. Teraz można jedynie ulżyć tobie i osobom w twoim otoczeniu.

Håkon milczał, włączając procedurę dekompresji. Gdy zewnętrzna gródź się otworzyła, pomieszczenie wypełniło się alarmującym czerwonym światłem. Skandynaw wiedział, że nie ma wiele czasu, nim pozostali zorientują się, co robi.

Czym prędzej wyprowadził wahadłowiec w otwartą przestrzeń, a potem obrał kurs na Ziemię.

2

Ellyse otworzyła oczy i przeciągnęła się ospale. Machinalnie przesunęła rękę na drugą stronę łóżka, a gdy nie odnalazła Lindberga, spojrzała ku łazience.

– Håkon?

Podniosła się powoli, zastanawiając, dokąd mógł pójść. Sprawdziła godzinę – piąta dwadzieścia cztery czasu pokładowego. Od tygodnia mało sypiał, ale zazwyczaj zastawała go rankiem na łóżku, pochylonego nad datapadem. I nie dziwiła się, że cierpi na bezsenność – ten tydzień był zmorą, mimo że trafili w końcu do domu.

Nie udało im się nawiązać kontaktu radiowego z żadnym skupiskiem ocalałych na powierzchni, a Loïc Jaccard postanowił, że nie wylądują, dopóki nie będzie miał pewności, że są bezpieczni. Przez kilkaset lat wiele mogło się zmienić, argumentował. I Nozomi musiała przyznać mu rację.

Wisieli więc na orbicie geostacjonarnej, tak blisko domu, a jednocześnie tak daleko. Wszystkim trudno było oswoić się z tą myślą, ale Håkon z jakiejś przyczyny znosił to najgorzej. Ellyse przypuszczała, że mogło to mieć coś wspólnego z konchą. Zakładał ją coraz częściej, a gdy tego nie robił, sprawiał wrażenie narkomana na głodzie.

 

Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała z nim o tym porozmawiać. Weszła pod prysznic, starając się ułożyć w głowie hipotetyczną konwersację. Krople zimnej wody spływały po jej ciele, a Ellyse trwała w zamyśleniu.

W końcu urwała rozważania i wyszła z kabiny. Narzuciwszy na siebie biały mundur z czerwonymi patkami, udała się do mesy. O tej porze powinna być jeszcze pusta, ale przy stoliku pod iluminatorem siedział Jaccard.

Obejrzał się i posłał jej cierpki uśmiech.

– Dzień dobry, panie majorze – powiedziała.

– Już dzień?

Skinęła głową, podchodząc do szafki z mieszankami witaminowymi. Wyciągnęła jedną, po czym nałożyła sobie trochę galaretowatej papki. Zanim dotarli na orbitę, byli przekonani, że wreszcie z nią skończą. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że na Ziemi nie ma już ani flory, ani fauny. Wyjałowione pustkowia nie mogły skrywać żadnego pożywienia – i patrząc na nie, trudno było się spodziewać, że ktokolwiek przeżył.

A mimo to z powierzchni docierały do nich sygnały.

Najpierw był SOS z wyspy Tristan da Cunha, jednego z najbardziej odludnych miejsc na kuli ziemskiej. Potem zgłoszono się z Falklandów, Wysp Kokosowych, Kiribati i Pitcairn. Początkowo załoganci sądzili, że tylko niewielkie, odosobnione skupiska przetrwały pożogę, która strawiła całą planetę. Potem odebrali jednak wołanie o pomoc z wybrzeża Morza Czarnego.

Jak się okazało, wszystkie sygnały były tylko zautomatyzowanymi SOS. Nikt nie odpowiadał na wezwania Kennedy’ego.

– Jak Håkon? – odezwał się nagle Loïc, wpatrując się w planetę widoczną przez iluminator.

– W porządku. Dlaczego pan pyta?

– Nie rób ze mnie durnia – odbąknął Jaccard. – Widzę przecież, że od kilku dni wygląda, jakby miał umierać.

– Jest zmęczony.

Major oderwał wzrok od Ziemi i przeniósł go na Ellyse.

– Nie wydaje mi się – powiedział. – A jako dowódca muszę trzymać rękę na pulsie. Zamierzam podłączyć go do sprzętu w ambulatorium.

– Myślę, że nie będzie z tym żadnego…

Nozomi nagle urwała, gdyż rozległ się dźwięk alarmowy z komputera pokładowego. Najbliższy pulpit w ścianie natychmiast rozbłysnął, wyczuwając obecność oficera dowodzącego. Loïc aktywował wyświetlacz i zdębiał.

– Co on wyprawia? – rzucił.

Ellyse zerwała się na równe nogi, poniewczasie orientując się, że nie ma co pędzić na mostek. Został doszczętnie zniszczony w wymianie ognia z Diamentowymi, zresztą wciąż zalegały na nim ich ciała.

Loïc wbił wzrok w jej oczy.

– Co on robi, do cholery? – powtórzył. – Zatrzymaj go!

Nozomi patrzyła na oddalający się prom, obawiając się najgorszego. Jeszcze zanim pogrążyli się w diapauzie, Håkon wspomniał o możliwości zrehabilitowania Dija Udina. Być może właśnie wcielał plan w życie.

Klnąc pod nosem, Jaccard uruchomił procedurę budzenia załogi, a potem popędził do maszynowni. Ellyse ruszyła w ślad za nim, ledwo dotrzymując mu kroku. Zatrzymali się dopiero w windzie.

– Mów, póki jeszcze możesz – syknął dowódca, nawet na nią nie patrząc.

– Nie mam pojęcia, co się dzieje, panie majorze.

– Wiedziałaś, że coś z nim nie w porządku!

– Tak, ale…

– Mów wszystko, co wiesz.

– Zaczął częściej nosić konchę i, owszem, wyglądał na bardziej zmęczonego, ale…

– Zabrał go – wszedł jej w słowo Loïc. – Zabrał tego zdrajcę.

Uderzył pięścią w ścianę windy, a potem zacisnął usta, aż zbielały.

– Dorwę go, Ellyse. Ich obydwu.

Radiooperatorka nie odzywała się, czekając, aż winda dotrze na niższy pokład. Gdy tylko drzwi się rozsunęły, Jaccard wybiegł na korytarz i puścił się pędem do maszynowni. Nie było tu jeszcze zbudzonych: Gideona i Sang, ale komputery pracowały. Dowódca zatrzymał się przed jednym z nich, a potem aktywował system obronny okrętu.

– Panie majorze…

– Wydałem jasny rozkaz: nie ruszać się ze statku!

Ellyse nie sądziła, by posunął się do strącenia wahadłowca. Wprawdzie trudy sytuacji zbierały żniwo w każdym z nich, ale Loïc nie należał do ludzi, którzy działali pochopnie. Dał upust emocjom i zapewne na tym się skończy. Nozomi stanęła obok, przyglądając się ekranom.

– Co on robi? – zapytał Jaccard. – Co zamierza?

– Jest przekonany, że koncha może pomóc Alhassanowi.

Dowódca wyglądał, jakby miał zamiar ją także ukarać za samowolkę Skandynawa. Zamknął oczy, najwyraźniej wreszcie uświadamiając sobie, że nerwy działają na jego niekorzyść. Zrobił kilka głębokich wdechów i wydechów.

– Jak? – spytał. – Jak koncha miałaby mu pomóc?

– Kiedy ostatnim razem o tym wspominał, zamierzał ją przeprogramować.

– Tak, tyle pamiętam – powiedział Loïc, nadal wpatrując się w kontrolki systemu obronnego. – Przebąkiwał coś o odkupieniu win. Ale nic nie wspomniał o sposobie.

Gideon Hallford wpadł do maszynowni, po czym zdezorientowany rozejrzał się wokół i podbiegł do dwójki załogantów. Szybko przekonał się, w czym tkwi problem.

– Håkon? – zapytał, z trudem łapiąc oddech.

Nozomi skinęła głową, patrząc na jego poharatane oblicze. Efekty noszenia konchy przedstawiały się na nim znacznie gorzej niż na Lindbergu. Główny mechanik spodziewał się, że na Ziemi znajdą technologię, która pozwoli mu wrócić do normalnego wyglądu, ale teraz musiał pogodzić się z tym, że został oszpecony już na zawsze.

– Możesz go zatrzymać? – zapytał dowódca, gdy kocmołuch zasiadał przed głównym panelem kontrolnym.

– Nie. Jest już za daleko.

– Może zdalnie?

– Zablokował połączenie.

– Wywołaj go – burknął Loïc, po czym się wyprostował. Hallford natychmiast nawiązał kontakt z promem. – Lindberg, masz ostatnią szansę, by wrócić na pokład. Nie mam zamiaru do ciebie strzelać, bo kierując się na planetę, sam sprowadzasz na siebie śmierć. Prędzej czy później zmienisz zdanie, ale będzie po wszystkim. Za moment zamykam właz i nie otworzę go, choćby kończyło ci się powietrze w promie.

Jaccard spojrzał na mechanika.

– Brak odpowiedzi – oznajmił Hallford.

– To samobójstwo – dodał dowódca.

Nozomi z trudem przełknęła ślinę, obserwując oddalającą się jednostkę.

– Jest ze mną Ellyse, więc jeśli chcesz, możesz się z nią pożegnać.

Wciąż odpowiadała mu jedynie cisza. Jaccard pokręcił głową, a potem nachylił się nad wyświetlaczem Gideona. Tymczasem do maszynowni dotarła Channary Sang z berettą w gotowości.

– Co się dzieje? – zapytała.

Loïc zignorował ją i zwrócił się do głównego mechanika:

– Dokąd lecą? Masz trajektorię?

Hallford kiwnął głową, wyświetlając na głównym ekranie kurs wahadłowca. Cienka linia prowadziła z hangaru Kennedy’ego na półkulę południową, gdzieś pomiędzy Afrykę a Amerykę Południową.

– Tristan da Cunha – powiedział Gideon, robiąc zbliżenie. Ich oczom ukazała się niewielka wulkaniczna wyspa, niemal w całości górzysta. Jedynym płaskim terenem było północno-zachodnie wybrzeże. – Stamtąd przyszedł pierwszy SOS.

– Co wiemy o tym miejscu?

– Niewiele – odparł kocmołuch, kręcąc głową. – Gdy Kennedy opuszczał Ziemię, było tam kilkuset mieszkańców. Wszyscy cierpieli na szereg chorób wynikających z ograniczonej puli genetycznej. Zbyt dużo bliskiej krwi się mieszało, co nie jest niczym dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę, że było to jedno z najbardziej izolowanych, ale wciąż zamieszkanych miejsc na świecie.

– I zapewne dlatego przetrwało to, co się tu zdarzyło – skwitował Loïc. – Pytanie, co teraz tam jest.

Ellyse pomyślała, że Håkon niebawem się tego dowie, i uznała, że nie ma zamiaru pozostać bierna.

– Musimy za nimi ruszyć – odezwała się.

Channary Sang spiorunowała ją wzrokiem.

– Nimi? – zapytała. – Twój chłoptaś zabrał tego zawszonego kundla?

– Obawiam się, że tak.

Jaccard skinął na Gideona, a ten dla formalności upewnił się, czy ich przypuszczenia były trafne.

– Kriokomora pusta – powiedział. – I podpisuję się pod pomysłem Ellyse, panie majorze. Musimy…

– Jedyne, co musimy, to nie podejmować zbędnego ryzyka – uciął Loïc. – Nie wiemy, co tam się wydarzyło. Nie wiemy, co zastaniemy na powierzchni. Być może znajduje się tam to, co zniszczyło naszą planetę. I nie ma tam ani jednego człowieka.

– A może to tylko automatyczny sygnał SOS i nic ponadto – zauważyła Nozomi.

Przez moment milczeli.

– Trzeba powiadomić pozostałych – odezwała się w końcu Ellyse. – I jeśli nadal respektujemy hierarchię służbową, decyzja należeć będzie do pułkownik Romanienko z ISS Galileo.

– Oczywiście – odparł Jaccard.

3

Przy podejściu do wyspy Håkon bacznie obserwował wskazania sensorów i ostatecznie uznał, że tutejsze wiatry znacznie przerastają jego umiejętności pilotażu. Tristan da Cunha przez lata stanowiła miejsce niezdobyte dla środków powietrznego transportu – dostać można było się tu jedynie drogą morską.

– Przejmij stery – powiedział do Dija Udina.

– Dlaczego?

Lindberg spojrzał na niego spod byka.

– Bo jesteś nawigatorem. Lepiej sobie poradzisz.

– Nie, dziękuję.

– Co?

– Przyprowadziłeś nas tutaj, to teraz przyziem tego gruchota. Mnie tam na życiu nie zależy, Jaccard i tak mnie w końcu dorwie.

– Bierz ten wolant.

Alhassan mruknął coś pod nosem, ale przejął kontrolę nad promem. Håkon nie sądził, by czymkolwiek ryzykował, oddając mu sterowanie. Nie było żadnego sposobu, by Dija Udin zagroził załodze Kennedy’ego lub innych statków.

Boczny podmuch szarpnął wahadłowcem, a Alhassan puścił wiązankę przekleństw. Podziałała na astrochemika krzepiąco. Gdyby towarzysz zaczął się modlić, jak niegdyś przed Terminalem, poczułby się zaniepokojony.

– Posadzisz nas?

– Tylko jeśli wybierzesz inne miejsce. Ta wyspa to pieprzony wulkan.

– Nie, musimy wylądować tutaj.

– Skrawek ziemi jak każdy inny.

– Niezupełnie.

Sam nie wiedział, skąd płynie przekonanie, że właśnie tutaj powinni się znaleźć. Z pewnością koncha miała z tym coś wspólnego – tyle że jej nosiciel nie miał pojęcia co. Kolejne podmuchy sponiewierały statek, a załogantami rzuciło na boki. Szybko przekonali się, że to jedynie początek. Im bliżej górzystej wyspy się znajdowali, tym bardziej nimi targało.

By utrzymać prędkość i trajektorię podejścia, Alhassan zaczął szarpać się z wolantem. Håkon obserwował to z rosnącym niepokojem.

– To… jest… kurwa… daremne… – poinformował go Dija Udin, w przerwach zapierając się z całej siły.

– Uda się – odparł Skandynaw, łapiąc się bocznego panelu.

– Nie masz… pojęcia, o czym… mówisz.

– Widzę, że zbliżamy się do ziemi. Jest do…

Promem rzuciło na bok, a Alhassan nie zdążył w porę skontrować. Odchyliło ich od poziomu na tyle, że gdyby znajdowali się tuż nad powierzchnią, z pewnością by w nią zaryli.

– Widzisz? – zapytał nawigator. – Jeden taki podmuch i będzie po nas.

Dopiero teraz Håkon zreflektował się, że szalejące tu wiatry nie mogą mieć wiele wspólnego z wichrami wiejącymi niegdyś nad Tristan da Cunha. Klimat planety musiał się zmienić, a prądy powietrzne się nasiliły, sprawiając, że miejsce to stało się jeszcze bardziej niedostępne.

Lindberg przestał o tym myśleć, gdy rozległ się komunikat ostrzegawczy o zderzeniu z ziemią. Komputer pokładowy beznamiętnym głosem oznajmiał, że ta znajduje się tuż pod nimi.

– Podciągnij maszynę. W górę, w górę.

Poniewierany Håkon obrócił się do pilota.

– Słyszysz to?

– Podciągnij maszynę.

– Słyszę aż za dobrze.

– W górę, w górę.

– Nie rozbijesz nas?

– Trudno powiedzieć.

Wahadłowiec niemal otarł się o urwisko, a potem przechylił na bok. Lindberg widział już ziemię – odległość była zdecydowanie za mała.

– Wyrównaj, wyrównaj.

– Masz za duży odchył!

Dija Udin zaklął pod nosem, siłując się z wolantem. Skandynawowi przeszło przez myśl, że nie wygląda to najlepiej. Zaraz potem przestał snuć takie rozważania, bo gdy minęli zbocze góry, zerwała się jeszcze większa wichura.

– Fønvind

– Co?! – Alhassan starał się przekrzyczeć huk.

– Wiatr fenowy…

– Nie słyszę cię, sukinsynu! – ryknął Dija Udin, odpalając boczne silniki manewrowe, by prom poradził sobie z kolejnym podmuchem. Håkon nie wiedział nawet, czy odbili w dobrą stronę. Cały statek się trząsł, a on skupiał się jedynie na tym, by nie uderzyć głową w któryś z paneli. Zaparł się w fotelu i z trudem przepchnął ślinę przez wyschnięte gardło.

Sygnały alarmowe wyły w najlepsze, a beznamiętny głos nadal oznajmiał, że pilot powinien jak najprędzej podciągnąć maszynę. Lindberg pomyślał, że brzmi to jak odczytywanie epitafium.

 

Potem statkiem rzuciło mocno w górę. Skandynaw uderzył o sufit i poczuł wilgoć na czubku głowy. Jego zmysły ledwo zarejestrowały rozchodzący się stamtąd ból, a kolejne szarpnięcie wyrwało go z fotela. Przetoczył się po podłodze, która nagle stała się pochyła.

Ostatnim, co pamiętał, było uderzenie w podstawę siedziska.