Trudna miłość. Mama i jaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla

Ashera, Ainsley & River

Moich ideałów radości

Do dziecka, które mieszka w każdym z nas:

jesteś kochane

Tytuł oryginału

Loving Broken. Mom & Me

Copyright © 2020 Regina Brett

All rights reserved

Redakcja tekstu oryginalnego

Maria Brzozowska

Przekład

Olga Siara

Redakcja przekładu

Maria Brzozowska, Dominika Rychel

Korekta

Justyna Charęza, Małgorzata Kłosowicz

Projekt okładki, skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Zdjęcie Reginy Brett użyte na okładce

Katie Malone (Little Boo Photography)

littleboophotography.com

Zdjęcia w kolorowej wklejce pochodzą z archiwum autorki

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-66575-58-5

Podziękowania za możliwość przedruku tekstów:

Przedruk felietonów, które pierwotnie ukazały się w dzienniku „Plain Dealer”, za zgodą Plain Dealer Publishing Co. „Plain Dealer” jest posiadaczem praw autorskich do felietonów Reginy Brett

z lat 2000–2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przedruk felietonów, które pierwotnie ukazały się w dzienniku „Beacon Journal”, za zgodą Beacon Journal Publishing Co. Inc. „Beacon Journal” jest posiadaczem praw autorskich do felietonów

Reginy Brett z lat 1994–2000. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dane niektórych osób opisanych w książce zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z IV wydania Biblii Tysiąclecia.


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Część I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie zabiłam mojej matki, ale pomogłam jej umrzeć.

To chyba najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek dałam jej – i sobie samej.

*

Ten dom był nawiedzony.

Ten dom był święty.

Ten dom był domem duchów i domem Boga.

A teraz był na sprzedaż.

Wkrótce nowy właściciel miał odziedziczyć zjawy i anioły mieszkające w naszym dawnym domu na Sycamore Street 420 w Ravennie, niewielkiej robotniczej miejscowości zaledwie godzinę od Cleveland, we wspaniałym stanie Ohio, który w swoim sloganie turystycznym ogłaszał się „bijącym sercem Ameryki”. Gdy dorastałam, Ravenna szczyciła się populacją sięgającą dziesięciu tysięcy mieszkańców – a przynajmniej taka liczba widniała na billboardzie na skraju miasta, niedaleko fabryki pudełek, która wiele lat później została zamknięta, podobnie jak wszystkie pozostałe zakłady przemysłowe w mieście.

Kiedyś Ravenna mianowała się Balonową Stolicą Świata. W Halloween pracownicy wytwórni wyrobów gumowych oprócz słodyczy rozdawali pęki balonów. Potem wytwórnie splajtowały, padając kolejno jak kostki domina. Dziś całe miasto wygląda tak, jakby potrzebowało wiosennego odświeżenia.

Tydzień przed licytacją naszego domu rodzinnego przyjechałam, żeby pożegnać się z nim w samotności. Chciałam podziękować i wybaczyć miejscu, któremu zawdzięczam to, kim jestem.

Moi rodzice wychowali jedenaścioro dzieci w tym małym białym budynku przy torach kolejowych. Miał dla nas magiczną moc – działał jak wehikuł czasu. Przekraczało się jego próg, mając lat czterdzieści, a wychodziło, czując się jak dziesięciolatek. Jedna z moich sióstr mimo doktoratu zamieniała się w domu w niezdarną nastolatkę. Inna, pielęgniarka z oddziału intensywnej terapii, która świetnie radziła sobie ze stresującą pracą, podczas wizyt na Sycamore Street załamywała się psychicznie. Moi trzej bracia z dyplomami MBA czuli się tam onieśmieleni i głupi. Wszyscy byliśmy zranionymi dziećmi, które nigdy do końca nie wydobrzały.

Podobnie jak nasi rodzice.

Mojemu tacie grunt usunął się spod nóg, już gdy był nastolatkiem. Michael Francis Brett, jego ojciec, uciekł do Ameryki przed głodem, który zdziesiątkował irlandzkie hrabstwo Clare. Mój dziadek w wieku siedemnastu lat był już sierotą, gdy razem z wujem wsiadał na statek do Stanów Zjednoczonych. Na miejscu zakochał się w Irlandce. Mary Josephine Ansbro jako dziewiętnastolatka przybyła do Ameryki z trawionego biedą hrabstwa Mayo. Michael i Mary spotkali się w Ohio i tam wzięli ślub. Kupili nawet niewielką farmę, na której czuli się niemal jak w Irlandii. Niestety, nadzieję na amerykański sen odebrał im Wielki Kryzys. Stracili wszystko, co mieli – łącznie z farmą, na której wychowywali dziesięcioro dzieci, położoną we wsi Shalersville, której nie zaznaczono nawet na mapie. Szeryf zlicytował ich dom, stodoły i cały sprzęt. Większość zwierząt padła wcześniej z głodu. Licytator zadecydował, że pieniądze ze sprzedaży zbioru kukurydzy powinny trafić do syna, który ją zasiał – czyli do mojego taty, Thomasa Aloysiusa Bretta.

Otrzymane sześćset dolarów tata przeznaczył na przedpłatę na dom na Sycamore Street 420 w Ravennie. Tylko na tyle stać było wówczas rodzinę Brettów – i to nigdy się nie zmieniło. Od 1935 roku pod tym adresem mieszkali tylko Brettowie.

W tamtych czasach była to rudera, w której zalęgły się skunksy, szopy i gryzonie. Tata i jeden z jego braci wypędzili z domu szkodniki i wykopali piwnicę, szufla po szufli. Podzielili jedno pomieszczenie na piętrze na trzy małe sypialnie, urządzili łazienkę i dobudowali kuchnię. Ich młodsze rodzeństwo wychowało się już pod numerem 420.

Wspominałam tę historię, stojąc na schodach naszego domu kilka dni przed licytacją. Żegnałam się z miejscem, które uratowało rodzinę mojego taty, stworzyło naszą rodzinę i prawie nas wszystkich zniszczyło.

Ten dom wiedział o wszystkim, co się w nim działo. Mogłabym przysiąc, że słyszę bicie jego serca, wolne i miarowe. Stuk, stuk. Stuk, stuk. Stuk, stuk. To w nim szlochaliśmy po laniach i opłakiwaliśmy miłosne zawody. To w nim tkwiliśmy, gdy rodzice dali nam szlaban na wyjścia, i w nim rozwijaliśmy skrzydła. Tu zorganizowaliśmy kolację przedślubną jednego z moich braci i tu z siostrami szyłyśmy sukienki na wesele mojej siostry. To był pierwszy dom mojej córki i ostatni dom mojego ojca. To tu wydała ostatnie tchnienie moja słowacka babcia i tu zamieszkał mój pochodzący z Irlandii dziadek, gdy udar przykuł go do łóżka i na zawsze pozbawił uroczego akcentu z ojczyzny. Tata nosił dziadka z pokoju do pokoju, dopóki mógł, a gdy stało się to zbyt trudne, umieścił go w domu opieki społecznej. Tam dziadek zmarł, a tata nigdy sobie tego nie wybaczył.

Dom uświadamia ci, kim byłeś dawniej, a to może przywołać falę niewygodnych wspomnień. Nasz stanowił bazę wypadową i odskocznię do nowego życia. Trafiłam pod ten adres jako dziecko zaraz po przyjściu na świat, a opuściłam go dopiero dwadzieścia dwa lata później z roczną córeczką.

Oczyma duszy widziałam nasz dom w jego pierwotnym kształcie. Mikroskopijna kuchnia. Piętro, na którym były tylko trzy maleńkie sypialnie, dopóki tata nie dobudował dwóch kolejnych. Ganek, który tata zburzył, żeby powiększyć salon. Wielki napis na warsztacie „Zakład blacharski Bretta” z czasów, gdy pod dom podjeżdżały ogromne ciężarówki z długimi arkuszami blachy, zamieniane przez tatę w kanały grzewcze i wentylacyjne.

Wszędzie dostrzegałam naszą przeszłość – niewidzialne ślady stóp i odciski dłoni różnych Brettów pokrywały każdy skrawek podłogi i ścian po świętowanych w domu urodzinach, pierwszych komuniach, Świętach Dziękczynienia, wigiliach i uroczystościach ukończenia studiów. Nasz basen, nasze lodowisko, telefon na biurku taty – kiedyś stanowiły pępowinę, której nie można przeciąć.

Ale w końcu ją przecięliśmy. Każde z naszej jedenastki.

My nie wyprowadziliśmy się z tego domu. My z niego uciekliśmy.

W odróżnieniu od mamy.

*

Kiedy rodzeństwo Thomasa Aloysiusa Bretta wyprowadziło się i zaczęło samodzielne życie, mama i tata pobrali się i zamieszkali w domu pod numerem 420. Tata obiecał, że zostaną tam tylko do czasu, aż będzie ich stać na coś lepszego.

Zostali tam na zawsze.

A mama nigdy mu nie wybaczyła.

Wybaczanie nie leżało w jej naturze.

Rodzice tak często ją okłamywali, że trudno jej było zaufać komukolwiek, nawet nam. Trudno jej było zaufać życiu. Każdy miałby z tym problem, gdyby jego dzieciństwo składało się z przemilczanych prawd i powtarzanych bez końca kłamstw. Rodzice powiedzieli mamie, że urodziła się w Akron w stanie Ohio. Kiedy jednak chciała wyrobić sobie prawo jazdy, nie mogła znaleźć swojego aktu urodzenia. Okazało się, że taki dokument nie istnieje. W oficjalnym rejestrze nie było informacji o narodzinach Mary Jane Kerecman. W końcu jej rodzice przyznali, że tak naprawdę przyszła na świat w Czechosłowacji. W tamtych czasach nielegalni imigranci musieli co roku zgłaszać się do odpowiedniego urzędu. Mama bała się, że zostanie deportowana. Mój tata zwrócił się o pomoc do prokuratora generalnego. Ostatecznie mama otrzymała obywatelstwo Stanów Zjednoczonych w 1961 roku, kiedy miałam pięć lat.

 

W dzieciństwie wiele przeszła. Powiedziała mi, że poślubiła mojego tatę, bo miał prawdziwą rodzinę. W jej domu wiele wydarzeń spowijała mgła tajemnicy. Dziadek prawdopodobnie był przemytnikiem alkoholu, dlatego często się przeprowadzali, żeby mylić tropy. Ostatnią część dzieciństwa spędziła na skrawku ziemi nazwanym Drakesburg w stanie Ohio, który nie zasługiwał na miano miasta, miasteczka ani nawet mieściny. Były tam tylko pola kukurydzy, lucerny i soi, rozdzielone kilkoma niszczejącymi stodołami i wąskim odcinkiem drogi prowadzącej do jedynego baru i niewielkiej szkoły.

Gdy dorastała, świat był ogarnięty wojną i nikt nie wiedział, kto wyjdzie z niej zwycięsko. Czy wygrają Japończycy? Czy Hitler zdobędzie pełnię władzy? W chwili wybuchu wojny mama miała dziewięć lat; gdy ogłoszono pokój, kończyła piętnaście. Jej siostra Annie wcześnie wyprowadziła się z domu rodzinnego, a trzej bracia wyruszyli z farmy na pustkowiu na ratunek światu. Chuck przez trzy lata był przetrzymywany w obozie jenieckim w Niemczech. Mike trafił do jednego z pierwszych batalionów elitarnej formacji Army Rangers, przeżył Rajd na Dieppe, ale w Afryce zachorował na malarię, która niemal go zabiła. O istnieniu trzeciego brata, Johna, tak naprawdę dowiedzieliśmy się dopiero w dniu jego śmierci. Mama nigdy o nim nie wspominała, bo jako jedyny wyrwał się z ich rodzinnego piekła. Wyniósł się z domu już jako nastolatek, żeby ojciec nie zdążył zniszczyć mu życia.

Kiedy jej trzej bracia poszli na wojnę, a siostra wyjechała, mama musiała pracować na dwudziestu pięciu hektarach ziemi i pomagać przy krowach i kurach. Dziadkowie posługiwali się łamaną angielszczyzną oraz mieszaniną słowackiego i węgierskiego z domieszką polskich i rosyjskich słówek. Gdy odwiedzaliśmy ich w dzieciństwie, przez większość czasu nie rozumieliśmy, co mówią – w potoku dźwięków rozróżnialiśmy tylko okrzyk „ojojoj!”, który brzmiał dla nas jak przekleństwo. Nie umieli czytać ani pisać po angielsku, więc to mama musiała przeglądać pocztę. Trudno sobie wyobrazić, co czuła dziewczynka czytająca rodzicom telegram z Departamentu Obrony z wiadomością, że jej nastoletni brat jest jeńcem wojennym.

Przez cały okres wojny mama nie miała skąd czerpać miłości. Któregoś dnia jej tata zobaczył, jak płacze. Zamiast pocieszyć córkę, warknął tylko: „Skoro jesteś taka nieszczęśliwa, idź się powieś w stodole”. Nazwał ją dziwką, gdy miała pięć, siedem albo dziewięć lat. Gdy o tym opowiadała, jej wiek się zmieniał, ale treść zdania pozostawała taka sama. Może po prostu słyszała te słowa wiele razy i każda wersja była prawdziwa.

Moja mama wychowywała się bez dziadków. Z tego, co wiemy, wszyscy zostali w Europie. W Ameryce nie miała ciotek ani dalszych krewnych, które mogłyby kochać ją jak matka. Jej rodzice albo ją dręczyli, albo w najlepszym razie – ignorowali.

Jedynym źródłem miłości w życiu mamy był jej najlepszy przyjaciel – owczarek collie, który wabił się Frankie.

*

Nikogo na świecie mama nie kochała tak mocno jak Frankiego.

Jego serce stało się jej domem.

Opowiadała o Frankiem do końca życia. Rzadko wspominała dorastanie na farmie; te historie nie nadawały się dla dzieci. Wychowała się w trudnych warunkach, ale Frankie wniósł w jej życie miłość. Na starość uciekł – i chociaż wszędzie go szukała, nigdy nie trafiła na żaden jego ślad.

Frankie był jedynym pocieszycielem mamy. Tylko on ją rozumiał. Dawał jej coś, czego nie dostawała od nikogo innego: czułość, ukojenie. Rodzice rzadko okazywali córce troskę. W tym domu dotyk zawsze wiązał się z przemocą. Nie wiem, co przeżyła w dzieciństwie, ale kiedy byliśmy mali, dziadek rzucił lampą w żonę i zepchnął ją ze schodów. Widzieliśmy babcię z ręką na temblaku, bo miała zwichnięty bark. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co spotkało mamę w domu rodzinnym. Raz zapytaliśmy ją, czy miała kiedyś jakieś złamanie. Odparła, że tak, ale nie chciała nam o tym opowiedzieć i już nigdy więcej nie podjęła tego tematu.

Szkoda, że Frankie nie mógł ustrzec jej przed tym wszystkim, ale przynajmniej podtrzymywał ją na duchu. Frankie zajmował najwięcej miejsca w sercu mamy. Często mi opowiadała, że kiedy była smutna, wsuwał jej nos pod pachę i mocno się w nią wtulał. Zawsze, gdy o nim mówiła, zamieniała się w kogoś, kogo umiałabym pokochać, i kogoś, kto być może umiałby pokochać mnie. Jej twarz łagodniała, a głos stawał się melodyjny. Mama uśmiechała się wtedy tak, jakby była zakochana. Jej orzechowe oczy skrzyły się radością. Tylko Frankie tak na nią działał.

Pewnego dnia wróciła do domu z repliką Frankiego naturalnej wielkości, znalezioną w sklepie w centrum miasta. Ceramiczny pies wyglądał jak prawdziwy: miał czterdzieści pięć centymetrów wysokości, szpiczasty beżowy pyszczek i falistą brązowo-białą sierść. Siedział wyprężony, jakby czekał na kość, zabawkę albo pieszczotę. Przez kilkadziesiąt lat figurka stała w naszym salonie, przypominając mamie najlepszego czworonożnego przyjaciela, jakiego można sobie wymarzyć. Kiedyś kupiłam mu niebieską psią miskę i postawiłam ją przed nim. Sprawiał tak realistyczne wrażenie, że goście pochylali się, żeby go pogłaskać.

Kiedy próbuję pokochać moją mamę, wyobrażam sobie małą dziewczynkę, która wtula twarz w sierść na karku swojego psa, bo musi się komuś wyżalić albo wypłakać.

Może Frankie pomoże mi znaleźć w sobie miłość do tej dziewczynki, którą była i pozostała moja mama.

*

Dziwnie jest uświadomić sobie, że już nigdy nie wrócisz do miejsca, w którym spędziłeś każdy dzień dzieciństwa.

Chodząc po raz ostatni po domu na Sycamore Street 420, rozłożyłam szeroko ramiona, a potem otworzyłam serce na oścież, żeby wypuścić całą uwięzioną tam energię. Żegnałam się z domem pokój po pokoju, rana po ranie. Czułam się tak, jakbym odzyskiwała rozproszone fragmenty mojej duszy. Dziękowałam każdemu pomieszczeniu za radość, jaką mnie obdarowało, i wybaczałam mu smutek, jaki mi przyniosło. Wybaczyłam nawet ohydnej zamykanej od zewnątrz piwnicy z niskimi korytarzami, pająkami na ścianach i stosami martwych much na podłodze. Podziękowałam pralni, gdzie nieraz przytulałam policzek do czystych, ciepłych ręczników wyciągniętych z suszarki, bo potrzebowałam bliskości.

Ostatni raz otworzyłam szafę w przedpokoju, w której tak często się chowałam. Wypełniały ją płaszcze, które były już za ciasne na mamę. Pomarańcz, zieleń i biel na fladze, którą co roku wywieszaliśmy w Dzień Świętego Patryka, zdążyły całkiem wypłowieć na słońcu. Drążek zardzewiał od deszczu. Salon wyglądał zupełnie bezosobowo. Nigdzie nie stały buty ani nie leżały zabawki, o które można byłoby się potknąć. Zniknęły nawet wizerunki Jezusa. W domu nie było już krucyfiksu ani Praskiego Dzieciątka. Na ścianach nie wisiał ani jeden krzyż.

Dom wyglądał tak niewinnie. Sprawiał dość przygnębiające wrażenie. Aluminiowy siding, który dawniej lśnił bielą, teraz nawet w pełnym słońcu wydawał się matowy, mimo że jeden z moich braci poświęcił kilka tygodni na odmalowanie paneli. Betonowe stopnie zaczynały się kruszyć. W wyżłobionych na żwirowym podjeździe koleinach stały błotniste kałuże. Przed domem rozciągał się kiedyś idealny trawnik ogrodzony białym płotem; teraz rosła tam niewielka kępka trawy przetykanej chwastami i gąszczem kwiatów, ze wszystkich sił usiłujących się rozwinąć.

Tata nigdy by nie przypuszczał, że nadejdzie taki dzień, kiedy pod numerem 420 nie będzie mieszkał żaden Brett. Chciał, żebyśmy wszyscy dorośli i zestarzeli się na Sycamore Street. Dla niego była to ziemia święta.

W soboty pielgrzymowaliśmy do oddalonego o dwie przecznice kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia, żeby wyznać swoje grzechy. Po drugiej stronie ulicy stała szkoła imienia Niepokalanego Poczęcia, w której każdego ranka odmawialiśmy modlitwę i składaliśmy przysięgę na wierność fladze Stanów Zjednoczonych. W Halloween szliśmy przecznicę dalej na wschód, do klasztoru sióstr dominikanek, które nas uczyły i dręczyły na lekcjach, ale na hasło „cukierek albo psikus” co roku rozdawały największe batoniki. Graliśmy w baseball na ulicy, przepuszczając samochody z fabryki mebli Darwal, kiedy pracownicy kończyli zmianę. Szukaliśmy łożysk kulkowych przed przedsiębiorstwem Rotek, które miało siedzibę pięć domów od nas. Budowaliśmy prowizoryczne pojazdy i testowaliśmy je na najbliższym pagórku. Machaliśmy do pociągu przejeżdżającego za naszym domem, a maszynista rzucał nam garście landrynek.

Na półkach w salonie, które kiedyś uginały się pod ciężarem albumów fotograficznych i encyklopedii, teraz stało już tylko kilka kaset wideo, których nikt nie chciał. Wciąż dźwięczą mi w uszach napomnienia taty: „Dziesięć kroków od telewizora, bo oślepniesz!”. I nadal pamiętam, jak moje rodzeństwo kaleczyło Bacha na pianinie, przebiegając palcami po klawiszach w Menuecie G-dur. Oczyma duszy widzę blask maleńkich gwiazdek wokół poobtłukiwanych pasterzy w naszej szopce. Słyszę, jak rodzeństwo walczy o najlepsze miejsce na kanapie, kiedy oglądaliśmy The Brady Bunch i The Three Stooges.

Wyszłam z domu i pożegnałam się z Sycamore Street i wspomnieniami o naszych najmilszych sąsiadach. Pomyślałam o Charlotte, która plotkowała z mamą przez płot, gdy obie wieszały na sznurkach uprane prześcieradła. O pani Cipriano, która wręczała nam srebrne jednodolarówki z okazji pierwszej komunii świętej i nigdy nie oddawała piłek, które wylądowały w jej ogródku. O Paulu Policano, który nauczył nas, jak podać piłkę do futbolu amerykańskiego, żeby doszło do przyłożenia, i jak zaliczyć wszystkie bazy, grając w uliczny baseball. O pani Searl, której syn był bardzo tajemniczą postacią. Rzadko go widywaliśmy. Odkąd wrócił z wojny, snuł się jak cień – może dlatego dorośli mówili, że jest cieniem samego siebie. Raz uratował mojego brata przed laniem, bo znalazł w trawie jego okulary.

Poszłam na placyk za garażem, gdzie kiedyś sadziliśmy pomidory. Zimą tata robił tam dla nas lodowisko. Teraz ten skrawek ziemi wydał mi się za mały na ogródek, a co dopiero na jazdę na łyżwach, ale kiedyś w moich oczach był ogromny. Stare ogrodzenie przetrwało do dziś; pamiętam, jak wsuwałam drobne stopy w oczka siatki z zardzewiałego metalu, żeby przejść na drugą stronę. Zniknęły za to tory kolejowe, na których usiadłam kiedyś w ramach nieudolnej próby samobójczej. Kloszardzi, przed którymi ostrzegali nas rodzice, też już się wynieśli – o ile kiedykolwiek tu byli.

Stanęłam na podwórku w miejscu naszego dawnego basenu, w którym próbowaliśmy robić wiry i w którym nasz pies wydał ostatnie tchnienie.

Wróciłam ostatni raz na górę i pożegnałam się ze swoją sypialnią, w której śniłam swoje najpiękniejsze sny i przeżywałam najgorsze koszmary na jawie. To w tym pokoju modliliśmy się do Boga, który nas przerażał, i dostawaliśmy od taty lanie pasem za śmianie się zbyt głośno. To w tym pokoju czytaliśmy książki o nastoletniej detektyw Nancy Drew, bawiliśmy się w berka i udawaliśmy, że śpimy, gdy na korytarzu rozlegały się kroki taty. W sypialni od dawna nie było łóżka, metalowej szafy ani moich rzeczy z dzieciństwa. Nawet duchy już się rozpierzchły. Podpisałam się w ukrytym zakątku na pamiątkę czasu, który tam spędziłam.

Ostatni raz przekręciłam klucz w zamku i spojrzałam na czarne cyfry na aluminiowym sidingu: 420. Były wykonane ze zwykłego plastiku, ale i tak ściągnęłam je ze ściany i zabrałam ze sobą.

Żegnaj, domu rodzinny. Żegnaj, dawne schronienie. Tak długo byłeś moim miejscem na ziemi.

Kochałam ten budynek i równocześnie go nienawidziłam. Mieścił w sobie tyle życia, miłości i śmiechu, a zarazem smutku, żalu i wstydu.

Za kilka dni dom, warsztat i wszystko, co się w nich znajduje, miały zostać wylicytowane. Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci – sprzedane! Na tę myśl mała dziewczynka, którą byłam i po części wciąż jestem, poczuła się bezdomna.

Ale przecież czuła się tak od zawsze.

*

Twoim pierwszym domem jest matka.

Jeśli masz szczęście, pozostanie twoim domem na zawsze. Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy doświadczyli miłości macierzyńskiej i cieszą się obecnością mamy w swoim życiu lub tęsknią za nią, bo już odeszła.

Inni, tacy jak ja, błąkają się w stanie zawieszenia, bez własnego kraju, bez domu. Dziwna to żałoba, gdy ma się matkę, a jednak się jej nie ma; gdy twoja matka żyje, ale jesteś dla niej nikim. Dziecko osierocone przez matkę, która wciąż żyje – tak się czułam. Wciąż się tak czuję. I już zawsze będę się tak czuła.

 

A może nie zawsze.

Może uda mi się napisać tę historię na nowo. Nadać jej inne zakończenie. Stworzyć dla siebie nową mamę poprzez sposób, w jaki opowiadam o naszej relacji i wspominam jej obecność w swoim życiu. Albo nauczyć się matkować samej sobie i stać się dla siebie mamą, o jakiej zawsze marzyłam.

Pewnego dnia wiele lat temu modliłam się o inspirację. Zastanawiałam się, o czym powinnam napisać moją następną książkę. Prosiłam Boga o jakiś znak. I dostałam go trzy tysiące metrów nad ziemią – wyjrzałam przez okno samolotu i zobaczyłam, że chmury nad skrzydłem ułożyły się w biały, puchaty napis „mama” na tle olśniewającego błękitu nieba. Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Czy naprawdę muszę napisać właśnie o niej?

Jest moją lekcją do odrobienia i moją nauczycielką. Jest dla mnie wszystkim. Moim najczulszym punktem. Pułapką, w którą zawsze wpadam. Haczykiem, na który zawsze się łapię. Cierpieniem, które tkwi głęboko we mnie. Chociaż miałam matkę, czułam się przez nią osierocona. To moja najboleśniejsza rana, największa bariera w moim sercu. Muszę ją zaleczyć, muszę ją przekroczyć.

Jak? Dzięki pisaniu.

Wyrzucając z siebie te słowa i nazywając tę najgłębszą z krzywd: „Skoro nie kocha cię własna matka, to jak może pokochać cię ktoś inny?”.

Kiedyś pocieszała mnie pieśń niewolników murzyńskich Sometimes I feel like a motherless child – „Czasem czuję się jak dziecko bez matki”. Ktoś inny doznał tego samego bólu co ja i stworzył o nim piosenkę. Właśnie po to powstaje sztuka. Sean Thomas Dougherty napisał: „Po świecie chodzi ktoś z raną dokładnie w kształcie twoich słów”. Jeśli moje słowa pasują do czyichś ran, mogą przynieść mu ukojenie. Kiedy żaliłam się przyjaciółce, że nie uratowałam rodzeństwa przed naszym dzieciństwem, odpowiedziała: „Wystarczy, że uratowałaś siebie”. Czy to naprawdę wystarczy? Nadal chcę wierzyć, że umiem pomóc wszystkim.

Muszę opowiedzieć swoją prawdę, zerwać wreszcie tę zasłonę wstydu i strachu. Właśnie w ten sposób mogę wspierać siebie i innych – dzieląc się swoją prawdą. Stając w prawdzie swojej prawdy.

Chcę ukochać samą siebie jak matka. Czy to zraniłoby moją mamę? Czy stracę przez to rodzeństwo? W ten sposób ich wszystkich uwolnię – taką mam nadzieję.

I uwolnię również ciebie.

Ciebie, który czytasz te słowa.

Ty również odzyskasz wolność.

*

Jedno nigdy nie przestanie mnie zastanawiać – mama nie okazywała nam miłości, chociaż byłoby to takie proste. Po tym, jak tata bił i wyzywał mnie i moje rodzeństwo, mogła po prostu nas przytulać albo pocieszać, wlewać w nasze serca odrobinę otuchy, która nic by ją nie kosztowała – ale pozostawała niewzruszona. Nigdy tego nie zrozumiem.

Ale może któregoś dnia uda mi się jej to wybaczyć. Kto wie.

Dopiero niedawno zrozumiałam, że niezdolność mamy do miłości nie miała nic wspólnego ze mną. Ani z pozostałym dziesięciorgiem dzieci w naszym domu. Nie wynikała z tego, że ciągle byłam przygnębiona i domagałam się uwagi, ani z tego, że moczyłam łóżko i zalewałam się łzami, ani z tego, że marudziłam, bo czułam się niepotrzebna, odstręczająca i nieudana. Chociaż to wszystko prawda, wciąż nie można uznać tego za powód, żeby nie kochać własnego dziecka.

Nie byliśmy dla mamy ciężarem; pozostawaliśmy wspaniałymi dziećmi i zasługiwaliśmy na miłość i uznanie, nawet gdy dłubaliśmy w nosie, nie zdążaliśmy do toalety i rozlewaliśmy mleko. Niektórzy tłumaczą nieczułość mojej mamy tym, że przytłaczały ją obowiązki. Nic dziwnego. Przy jedenaściorgu dzieci każdego by przytłaczały. Opieka nad nami przypominała prowadzenie przedszkola w pojedynkę. Z taką gromadą dzieci wszystko jest skomplikowane. Śniadanie składało się ze zwykłego tostu albo miski płatków zbożowych, ale gdy przemnożyć to przez jedenaście, robi się z tego poważna operacja. Na lunch dostawaliśmy kromkę chleba z mortadelą i ketchupem, ale przy jedenastej kanapce mama czuła się pewnie jak przy taśmie produkcyjnej. Obiad był misją niemal niewykonalną, nawet gdy wszystko szło dobrze, nawet gdy pomagaliśmy nakryć do stołu, sprzątnąć z niego i pozmywać naczynia.

Gdy ludzie dowiadywali się, że mama urodziła jedenaścioro dzieci, byli pełni podziwu. Najchętniej przyznaliby jej tytuł Supermamy albo Matki Roku i mianowali ją Wielką Marszałkinią Parady z okazji Dnia Matki przez sam fakt, że wydała na świat takie stadko. A nie wiedzieli jeszcze, że urodziła się 15 sierpnia, w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli Matki Bożej.

W ich oczach fakt, że było nas jedenaścioro, usprawiedliwiał wszystko. Naszej mamy nigdy za nic nie obwiniano, nawet za to, że nas zaniedbywała. Ludzie przymykali oko, chociaż nie powstrzymywała taty przed wymierzaniem nam policzków ani razów pasem i nie przejmowała się naszymi łzami wylewanymi dzień po dniu.

„Jak ona sobie radzi?” – wzdychali z podziwem. A jak my sobie radziliśmy? To było ważniejsze pytanie. Jak, mając jedną jedenastą mamy, nie chcieć jej więcej dla siebie?

Dzieci w naszej rodzinie nie używały słowa „ja”. Razem z dziesięciorgiem rodzeństwa funkcjonowaliśmy jako „my”. My sprzątaliśmy dom. My zmienialiśmy pieluchy. My uspokajaliśmy płaczące dzieci. My.

Mama odpowiadała w domu za pranie, gotowanie i rozmnażanie się – dopóki trojgu z nas nie przytrafiły się nieplanowane ciąże. Większość mojego rodzeństwa przyznaje zgodnie, że mama radziła sobie najlepiej, jak umiała. Są dni, kiedy umiem się z tego śmiać: „Niestety, to jej »najlepiej« było fatalne”. To nieprawda. Fatalnie było, gdy sobie nie radziła.

Tak jak ja, kiedy sama zostałam matką.

*

Nie licząc mnie samej, osobą, którą najtrudniej było mi pokochać, jest moja mama.

Nie potrafiłam jej uszczęśliwić. Nikt tego nie umiał. Kiedyś tata dał jej w prezencie telewizor do kuchni, żeby mogła oglądać ulubione programy przy gotowaniu. „Za duży” – skwitowała z niezadowoleniem. Chciała urządzić patio, więc tata kupił zestaw mebli ogrodowych. „Jakie brzydkie drewno” – jęknęła mama na ich widok. Z czasem tata zaczął wręczać nam plik banknotów przed jej urodzinami albo rocznicą ślubu. „Kupcie coś dla mamy” – mamrotał i szybko odchodził, żebyśmy nie zdążyli się wykręcić.

Pamiętam, jak uprałam i poskładałam sterty naszych ubrań, żeby ją wyręczyć. Nie, nieprawda – żeby zasłużyć na jej czułość. Żeby mnie pokochała. Kiedy zobaczyła moje dzieło, pokręciła głową i zacisnęła zęby. Spiorunowała mnie wzrokiem. Chciałam zrobić jej niespodziankę, więc bardzo się spieszyłam, żeby nie przyłapała mnie przy pracy. Niestety w pośpiechu wyciągnęłam ubrania z suszarki, zanim całkiem wyschły. Wszystkie były jeszcze wilgotne. Mama wpadła we wściekłość. Kipiała ze złości.

Moja mama była okropna.

Nie da się tego inaczej ująć. Była po prostu okropna. Nie posuwała się do takiego okrucieństwa jak Joan Crawford, która biła swoją córkę drucianymi wieszakami na ubrania. Nasza mama rzadko podnosiła na nas rękę. Tym zajmował się tata. Co było najbardziej okropne z jej strony? Kiedy tata wysiadał z samochodu po całym dniu pracy, natychmiast donosiła mu o wszystkim, czym ją zdenerwowaliśmy pod jego nieobecność. Wiedziała, że tata dostanie szału i sięgnie po pas, że będzie krzyczał, przeklinał i obrzucał nas wyzwiskami, ale i tak się na nas skarżyła. Gdy tracił nad sobą panowanie, wychodziła z pokoju, a później twierdziła, że sami prosiliśmy się o lanie. Tylko my byliśmy winni, sobie nie miała nic do zarzucenia. I ani razu nie próbowała wstawić się za nami i powstrzymać taty, nawet kiedy bił mojego brata deską tak długo, aż się złamała; nawet kiedy jej najmłodsze dzieci błagały o litość. Nigdy choć słowem nie stanęła w naszej obronie.

Z dorosłymi też się nie patyczkowała: czepiała się ich bezlitośnie, wydawała ostre sądy i ferowała wyroki. Mama nie bała się robić sobie wrogów. Wydaje mi się, że wręcz to lubiła. Bez przerwy na wszystkich narzekała i miała coś złego do powiedzenia o każdym krewnym, który popełnił ten błąd, że urodził się człowiekiem.

Wiecznie robiła z siebie męczennicę. Jej westchnienia cięły jak nóż, a milczenie raniło tak głęboko, że nikt drugi raz nie poprosił, żeby wyprasowała mu bluzkę, sprawdziła pracę domową albo upiekła ciasteczka na szkolny kiermasz. W takich momentach cała sztywniała, zaciskała zęby z taką mocą, jakby chciała zetrzeć je na miał, i wysuwała żuchwę, przybierając bojową minę.

Mama rzadko dotykała swoje dzieci, nawet kiedy byliśmy niemowlętami. Układała stos pieluszek obok ślicznych twarzyczek pokrytych brzoskwiniowym meszkiem, opierała o wieżę z białej tetry butelkę z podgrzanym mlekiem i odchodziła. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek powiedziała do mnie „kocham cię”, poczytała mi książkę albo zagrała ze mną w planszówkę. Najczęściej traktowała nas obojętnie. Na wiele różnych sposobów okazywała nam, że nic dla niej nie znaczymy. Kładła się spać wcześniej niż my i bardzo rzadko otulała nas kołdrą przed snem, o ile w ogóle to robiła.