Mów własnym głosemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Odnajdź swój głos

Lekcja 9

Kiedy nikt inny cię nie rozumie, sięgnij po pamiętnik

Najsłynniejszy pamiętnik w historii napisała dziewczynka przekonana, że nikt nigdy go nie przeczyta: „[…] wydaje mi się, że później ani ja sama, ani nikt inny nie będzie zainteresowany wynurzeniami jakiejś trzynastoletniej uczennicy. Ale cóż, właściwie nie o to chodzi, mam ochotę pisać, a jeszcze bardziej gruntownie i do woli wygadać się na temat wielu spraw”*.

Dziennik Anne Frank sprzedał się w ponad trzydziestu milionach egzemplarzy.

Myślałam o jego mocy, czytając dyskusję o pamiętnikach na stronie internetowej „New York Timesa”. Pisarze próbowali odpowiedzieć na pytania: „Czy ludzie powinni rejestrować swoje życie?”, „Czy w świecie blogów, tweetów i postów tradycyjne papierowe pamiętniki mają jeszcze rację bytu?”, „Czy podzielą los notesów na adresy?”.

Dawniej pamiętnik był świetnym prezentem gwiazdkowym. Ja najbardziej lubiłam te zamykane na kluczyk. Wow! Można było przelewać myśli na papier, mając pewność, że nie pozna ich wścibskie rodzeństwo – dopóki się nie okazało, że do otworzenia kłódki wystarczy zwykły spinacz.

Niektórzy lamentują, że najpierw pamiętniki przegrały z blogami, teraz blogi przegrywają z Facebookiem, a na koniec Facebook przegra z Twitterem. Czy naprawdę każde uczucie z odmętów naszych serc da się zamknąć w dwustu osiemdziesięciu znakach?

Nie sądzę.

W internecie piszesz dla odbiorców, których nie widzisz. Pamiętnik ma tylko jednego czytelnika: ciebie. No dobrze, dwóch, jeśli liczyć Boga. Prowadząc dziennik, nie chcesz zdobywać znajomych ani subskrybentów. Chcesz zachować prywatność. Dlatego tworzysz sekretny szyfr, zamiast używać prawdziwych imion swoich bliskich.

Dla mnie pamiętnik stał się najlepszym sposobem na ukojenie obolałego serca. W dzieciństwie czułam się bardzo zagubiona i samotna, chociaż wychowywałam się w rodzinie z jedenaściorgiem dzieci. Kiedy zaczęłam prowadzić dziennik, miałam jakieś dwanaście lat. Opisywałam w nim chłopców, w których byłam zakochana, powierzałam mu wszystkie tajemnice i zmartwienia. Są takie dni, gdy twoich problemów nie rozumie nikt oprócz pamiętnika. Jest idealnym towarzyszem na dobre i na złe.

Zawsze noszę notes w torebce. Pomaga mi on uchwycić najpiękniejsze chwile dnia i zabrać je ze sobą do domu.

Jestem wielką zwolenniczką codziennego pisania w pamiętniku. To świetny sposób na uwolnienie się od natarczywych myśli, obaw i wątpliwości, które tylko zaśmiecają nam umysł. Kiedy przelejesz je do dziennika, w twojej głowie i w twoim sercu zwolni się przestrzeń na pozytywne emocje.

Warto też co kilka tygodni przekartkować pamiętnik i przeczytać dotychczasowe notatki. Nie po to, żeby je poprawiać albo redagować, lecz żeby poszukać w swoim zachowaniu schematów, wskazujących istotne tendencje. Jeśli przez trzy tygodnie narzekasz w dzienniku na pracę, to chyba pora zmienić albo ją, albo swoje nastawienie.

Pamiętnik może stać się kompasem, który poprowadzi cię przez życie.

Ja nie pokazuję mojego dziennika nikomu. Nawet mężowi. To uświęcona przestrzeń, przeznaczona tylko dla mnie. Ma pozostać prywatna. Kiedyś używałam specjalnego kodu na wypadek, gdyby ktoś przeczytał go bez pytania. Teraz doszłam do wniosku, że nie odpowiadam za zranione uczucia tego, kto się na to odważy.

Jednak jeśli chcesz, możesz wpisać na pierwszej stronie ostrzeżenie: „UWAGA. Czytasz na własne ryzyko. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci, żyjących lub nieżyjących, jest czysto przypadkowe”. Albo wybierz mój dawny sposób: zmieniaj imiona i posługuj się szyfrem.

Prowadzę dziennik od dzieciństwa, dlatego tak ważne są daty. Po latach będziesz chciał wiedzieć, kiedy opisałeś jakieś cudowne doświadczenie. Ja zdążyłam zgromadzić ich całe mnóstwo. Mam kilkadziesiąt stron fantastycznych wspomnień.

Każdego ranka poświęcam chwilę na to, żeby zanotować, co mi się śniło. Na szafce nocnej mam specjalny dziennik na sny. Szukam w nich wzorów i symboli na wypadek, gdyby podświadomość próbowała mi coś przekazać.

W innym notesie spisuję krótkie modlitwy za tych na świecie, którzy potrzebują ich najbardziej. Czasami po prostu trzymam nad nim dłoń i modlę się za wszystkich, którzy są w nim wymienieni.

Później przechodzę do pisania z duszy. Najpierw przez pół godziny medytuję w milczeniu. Po prostu siedzę w wygodnym fotelu z obiema stopami opartymi o ziemię i kieruję uwagę do wewnątrz.

Słucham bicia swojego serca. Słucham szeptu swojej duszy. Nasłuchuję głosu Boga, sprawdzając, czy chce mi udzielić jakiejś wskazówki na nadchodzący dzień. I wreszcie otwieram dziennik i zaczynam pisać. To moja kolej na zabranie głosu, więc opowiadam Bogu o wszystkim, co kryje się w moim sercu i umyśle. Zwykle Mu dziękuję, ale czasem mam mętlik w głowie i błagam, żeby pomógł mi się w nim rozeznać.

Otwieram serce i znów nasłuchuję w ciszy. Czekam na odpowiedź Boga, a potem zapisuję to, co według mnie chce mi przekazać. Najczęściej słyszę zapewnienia: „Nie martw się, Regino, ja tu rządzę. Mam wszystko pod kontrolą”. Zawsze są to czułe, życzliwe słowa. Ten cichy, spokojny, kochający, łagodny głos prowadzi mnie przez cały dzień.

Z kolei każdego wieczora uzupełniam swój dziennik obfitości. On też leży przy moim łóżku. Przed zaśnięciem przypominam sobie miniony dzień, szukając wszelkich przejawów dobroci, jakich doświadczyłam od innych ludzi. Zapisuję je wszystkie. Później zastanawiam się, w jaki sposób ja obdarzyłam dobrocią bliźnich. Dzięki temu zasypiam w poczuciu wdzięczności i szczęścia. Mam też ochotę okazywać życzliwość innym.

Odkąd zaczęłam pisać, za co jestem wdzięczna, w moim życiu pojawiło się więcej radości. Wdzięczni ludzie rzadziej narzekają. Z czasem coraz łatwiej i częściej zauważa się kolejne powody do wdzięczności.

Pisanie każdego dnia choćby kilku zdań porządkuje myśli. Wycisza umysł. Uspokaja serce. Pomaga podejmować lepsze decyzje. I podnosi jakość snu. Nie zabierasz do łóżka żadnych męczących myśli – pozbywasz się ich, zanim przyłożysz głowę do poduszki.

Według mnie lepiej jest pisać ręcznie niż na komputerze. Trzymanie długopisu w dłoni i przesuwanie nim po kartce wydaje mi się ważne, bo pobudza zmysł dotyku. Poza tym przy komputerze będziesz wprowadzać więcej zmian i tekst stanie się zbyt wygładzony i idealny. Albo zamiast pisać, zaczniesz surfować po internecie i przeglądać Facebooka i Twittera.

Lubię kreślić słowa, robić rysunki, gryzmolić serduszka albo gwiazdki i pisać kolorowymi flamastrami. Najważniejsze, żeby niczego nie poprawiać. Po prostu pisz. Daj się ponieść fali słów.

Kiedy piszesz, używaj pióra lub długopisu – nigdy ołówka. Pisanie ołówkiem jest jak prowadzenie samochodu z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Poruszasz się naprzód, ale daleko nie zajedziesz. A przy tym ołówek zapewnia wyjście awaryjne – gumkę do ścierania. Nie używaj jej. Zetrzesz to, co najlepsze.

Znajdź długopis, którym łatwo się pisze, bo tusz sączy się z niego jak krew z żyły. Tym właśnie jest pisanie – wydobywaniem na zewnątrz esencji samego siebie.

Dla takiej beksy jak ja najlepsze są długopisy wodoodporne. Kolorowe pisaki przydadzą się artystycznej duszy, która lubi wyrażać emocje za pomocą pełnej gamy barw.

Nie kupuj eleganckiego dziennika z magnetycznym zapięciem albo skórzanym rzemykiem i reprodukcją dzieła Vincenta van Gogha albo Leonarda da Vinci na okładce. Będziesz się wstydzić w nim pisać. Im tańszy notes, tym większe prawdopodobieństwo, że go zapełnisz. Ja wybieram zeszyty z gładkimi kartkami/z kartkami bez linijek czy kratek, żeby móc zaszaleć.

Zatrzymaj swoje pamiętniki na zawsze. Jeśli musisz, schowaj je głęboko, ale nie pal ich – nie warto puszczać wspomnień z dymem.

O czym masz pisać? O zwykłych i niezwykłych chwilach. O cudownych i podłych ludziach. Życie postawi na twojej drodze jednych i drugich. Zapisuj pytania, myśli, wiersze, sny, wróżby z chińskich ciasteczek, urywki rozmów, zmartwienia, wyznania miłości, pogodę, listy przeczytanych książek, charakter znajomych, sceny z życia, problemy i rozwiązania.

Natknęłam się kiedyś na taki cytat: „Każdy nosi w sobie dobrą wiadomość. Dobra wiadomość jest taka, że nawet nie wiesz, jaki możesz być wspaniały! Jak mocno potrafisz kochać! Co potrafisz osiągnąć! I jaki kryjesz w sobie potencjał!”.

Dzięki pamiętnikowi zgromadzisz dość dowodów, żeby się o tym przekonać.

* Anne Frank, Dziennik. 12 czerwca 1942–1 sierpnia 1944, przeł. Alicja Dehue-Oczko, Kraków 2003.

Lekcja 10

Znajdź muzykę swojego życia

Mój pierwszy wnuk Asher nadał mi nowe imię.

Długo je wybierał.

Potrafił już powiedzieć „tata”, „mama”, „dziadzia”, a nawet „awokado”. Wołał po imieniu kelnerów i sprzedawców, których spotykał – a mnie nie. Zawsze patrzył mi w oczy i parskał śmiechem. Starałam się nie brać tego do siebie.

Próbowałam go nauczyć, żeby mówił do mnie „baba” albo „babcia”. Nie dało rady. Ćwiczyłam z nim słówka „mimi” i „nana”. Bez skutku. Nie mógł się zdecydować, czy jestem Reginą czy babcią. Aż w końcu pewnego dnia nazwał mnie po swojemu.

Gita.

Zaczął na mnie mówić Gita.

W sanskrycie „gita” znaczy „piosenka”.

To piękne imię.

Chociaż czasem trudno sprostać oczekiwaniom, jakie się z nim wiążą. Siostra Ashera, River, utarła mi kiedyś nosa. Śpiewałam właśnie piosenkę Remember me z filmu Coco, zawodząc głośno i teatralnie niczym śpiewaczka operowa. Wydzierałam się na całe gardło, lekko fałszując – no dobrze, bardzo – a moja czteroletnia wówczas wnuczka stwierdziła: „Jak na kogoś, kto nazywa się Gita, to śpiewasz beznadziejnie”.

 

W rzeczywistości nie jestem aż taka kiepska – ale nawet gdybym była, i tak nie powstrzymałoby mnie to przed śpiewaniem. Robię to wszędzie: pod prysznicem, w samochodzie, a nawet w sklepach i restauracjach, czym ściągam na siebie zaskoczone spojrzenia.

Muzyka ma wielką moc: potrafi zmienić nasz nastrój lub nastawienie, a nawet wyrwać nas z rozpaczy. Mówi się, że kto śpiewa, modli się dwa razy – a przecież przy modlitwie nie da się fałszować, prawda?

Kiedyś należałam do parafii ze świetnym kierownikiem muzycznym. Larry Davis z Newman Center zachęcał wszystkich do śpiewania. Przed mszą przechadzał się nawą, brzdąkając na gitarze, i przekonywał wiernych, żeby nie bali się fałszować. „Jeśli fałszujecie, śpiewajcie jeszcze głośniej” – namawiał. Zawsze parskaliśmy śmiechem, ale w głębi duszy czuliśmy ulgę, że nie musimy się przejmować, jak wypadniemy.

Dziecięcy śpiew chórem – to zawsze pięknie brzmi. Pojedynczo dzieci najczęściej nie trafiają w nuty. Za to razem? Uzyskują idealną harmonię.

W dzieciństwie często sama kołysałam się śpiewem do snu. Mama rzadko zaglądała do mojej sypialni na piętrze, ale raz przyszła poprosić, żebym przestała wyć, bo nikt nie może zasnąć.

Wychowywałam się wśród muzyki. Śpiewałam kołysanki rodzeństwu. Nuciłam pod nosem. W szkole średniej zapisałam się do chóru tylko po to, żeby móc zaczynać dzień piosenką. Akt śpiewania, używania i słyszenia własnego głosu dodawał mi sił.

Podobno ludzie czytają po to, żeby wiedzieć, że nie są sami. Myślę, że tak samo działa na nas muzyka. A przynajmniej tak działa na mnie – zwłaszcza piosenki country. Kiedy ich słuchasz, wiesz, że ktoś kiedyś już cierpiał z miłości tak samo jak ty, tyle że w kowbojkach i kapeluszu do kompletu.

Dawniej nie znosiłam muzyki country. Kiedy byłam mała, piosenkarki tego gatunku nosiły fryzury à la Marge Simpson i długie dziewczęce sukienki do ziemi, w których wyglądały zdecydowanie za delikatnie dla facetów w rodzaju Johnny’ego Casha. Nic dziwnego, że śpiewały piosenki takie jak Stand by Your Man (Trwaj przy swoim mężczyźnie) – były zbyt przerażone, żeby odejść od partnera. Wszystkie brzmiały dla mnie tak samo – wydawały mi się żałosne i marudne. A mężczyźni wcale nie byli lepsi – nie potrafili utrzymać związku ani pracy i ciągle pakowali się w kłopoty przez alkohol.

Przez wiele lat ściszałam radio na piosenkach country, aż przyszedł moment, kiedy przemówiły do mojego serca. Był sobotni wieczór. Idealny moment na randkę. A ja nie miałam z kim się umówić. Niedawno zakończyłam kolejny kiepski związek. Nie mogłam wysiedzieć w domu, więc postanowiłam pójść do kina. Sama – pierwszy raz w życiu. Uważałam, że do kina chodzi się we dwoje, a nie w pojedynkę.

Wybrałam film Słodkie marzenia. Nie pamiętam, w którym kinie go zobaczyłam, ale nigdy nie zapomnę, że bileterka zapytała: „Tylko jedno miejsce?”. Zabolało.

Byłam przekonana, że wszyscy wokół zastanawiają się: „Kim jest ta desperatka, która przyszła sama?”. I nagle zauważyłam kawalera numer 41 – mężczyznę, którego poznałam na aukcji dobroczynnej, gdzie można było wylicytować randkę. Umówiliśmy się raz. Przyjechał po mnie wypasionym sportowym samochodem, był przystojny i odnosił sukcesy zawodowe. Wow. Czułam, że to dla mnie trochę za wysokie progi, ale byłam pełna nadziei… Pod koniec wieczoru zaczęliśmy planować następne spotkanie, a ja wspomniałam, że samotnie wychowuję córkę. Drugiej randki nie było.

A teraz siedział przede mną z piękną kobietą, która zapewne nie miała dziecka. Gdy światła zgasły, poczułam się jeszcze bardziej samotna, bo pary przysunęły się do siebie i splotły dłonie.

Film się zaczął, a z głośników popłynęła muzyka. Słodkie marzenia to nie tylko historia Patsy Cline. To historia każdej kobiety. Słowa Patsy wyrażają uniwersalne cierpienie: „Szaleję. Szaleję z samotności. Szaleńczo płaczę, szaleńczo próbuję cię odzyskać, szaleję z miłości do ciebie”. Chyba każdy kiedyś tak się czuł.

Kupiłam jej płytę i wpadłam po uszy. Od tamtej pory radio w moim samochodzie ustawione jest na stację z muzyką country. Pokochałam ją po tym, jak kolejny mężczyzna złamał mi serce i wytarł w nie buty – bo właśnie o tym opowiadały te piosenki.

Muzyka country ma tak proste melodie i tak przewidywalne teksty, że można śpiewać nawet te utwory, które słyszy się pierwszy raz. Mówią o prawdziwym życiu – o ludziach wyrzuconych z pracy, okłamywanych, zdradzanych i poniżanych. Im bardziej przygnębiająca piosenka, tym lepiej się czuję, kiedy jej słucham. Czyjeś życie wygląda choć odrobinę gorzej niż moje.

A cierpienie opisywane w piosenkach jest uniwersalne i ponadczasowe. Muzycy znajdują tylko nowe sposoby, żeby je wyrazić, na przykład: „Czasem jesteś przednią szybą samochodu, a czasem rozgniecionym na niej owadem” albo „Jeśli najdą cię wspomnienia, a uczucia ożyją, daj mi znać, wyciągnij rękę, a uratujemy tę miłość”. Albo „Tylko nie myśl, że piję, żeby o tobie zapomnieć, skarbie – nie jesteś warta tej whisky”.

Potrafię się wczuć w ten ból, modlitwy, zawiedzione nadzieje i niespełnioną miłość. Muzyka country ma piosenkę na każdą okazję: na złamane serce – „Jeśli telefon milczy, wiedz, że to ja”; na noc w barze – „Im więcej piwa, tym jesteś ładniejsza”; na podejrzenia o zdradę: – „Dzwoniło twoje alibi”; na koniec związku: „Weź te drobne i zadzwoń do kogoś, kogo to obchodzi”.

Myślę, że każdemu przydałby się rzewny utwór na ścieżce dźwiękowej życia. Ale nie przesadzaj z piosenkami w stylu „Jak on mnie skrzywdził!”, bo nie przesłuchasz ich bez pudełka chusteczek. Stwórz taką listę, która raduje twoje serce.

Dawniej w chwilach smutku ciągle nuciłam w duchu temat przewodni z serialu M.A.S.H. – piosenkę Suicide is Painless (Samobójstwo nie boli). Niedobrze powtarzać sobie te słowa zbyt długo.

Teraz na mojej ścieżce dźwiękowej znaleźli się tacy wykonawcy jak Michael Jackson, Queen, Norah Jones, Michael Buble, Bruno Mars, Aretha, Adele i Bon Jovi. Podkręcam głośność przy piosenkach White Wedding Billy’ego Idola, I Got a Feeling Black Eyed Peas i Call Me Blondie, a świat od razu staje się piękniejszy.

Jak brzmi twoja piosenka? Pary wybierają swój ulubiony utwór, ale przecież każdy może mieć własny. A właściwie – jak brzmi ścieżka dźwiękowa twojego życia? Koniec z użalaniem się nad sobą – pora się sobą zachwycać!

Muzyka ma wielką moc. Kiedy walczyłam z rakiem, Louis Armstrong przekonywał mnie, że świat jest cudowny – i w tym momencie tak było. Daniel Eltona Johna przypomina mi moją pierwszą wyprawę na plażę. A kiedy słyszę Shut up and Dance with Me!, w myślach tańczę z siostrami, siostrzenicami i bratanicami na naszym zjeździe rodzinnym.

Dzięki takim serwisom jak Pandora i Spotify możesz z łatwością znaleźć ulubioną muzykę i stworzyć playlistę do pracy albo na trening, do czekania na samolot i do opłakiwania złamanego serca. Dobierzesz odpowiednie utwory na moment, gdy poznałeś wymarzonego partnera, i na rodzinny obiad, gdy masz ochotę wszystkich zamordować.

Jeśli nie lubisz muzyki, która dźwięczy ci w głowie, zmień stację w swojej duszy.

Tylko od ciebie zależy, co w niej gra.

Lekcja 11

Poszerz swoje słownictwo

Według instytutu Global Language Monitor w języku angielskim istnieje przynajmniej 1 041 000 słów, a co dziewięćdziesiąt osiem minut powstaje następne.

Dlaczego więc dziewięćdziesiąt procent wszystkich naszych wypowiedzi wykorzystuje tak ubogie słownictwo?

Kiedyś zadałam czytelnikom moich felietonów następujące pytanie: „Które słowo lub wyrażenie jest waszym zdaniem najbardziej nadużywane?”. Do redakcji przyszły setki odpowiedzi. Najbardziej irytujące okazało się słówko „jakby”. To, jakby, najbardziej, jakby, wkurzający wyraz ze wszystkich. Ludzie nie przepadają też za określeniami: „fantastyczne” i „niesamowite”. Jeden z czytelników stwierdził: „To niemożliwe, żeby wszystko budziło tak wielki entuzjazm”.

Niektórzy nienawidzą zdania: „Jest, jak jest”.

Zarówno: „rozumiesz?”, jak i „rozumiem” zostały uznane za denerwujące, podobnie jak: „nieważne”, „serio?”, „stary” i „tak tylko mówię”.

Kolejny leksykalny zgrzyt to: „spoko”.

Często brakuje nam słów albo rzucamy je na wiatr. Ale może to słowom brakuje nas, bo bez przerwy używamy tych samych wyświechtanych frazesów. Nadużywane, tracą swój sens. „Ekstra”. „Świetnie”. „Cudownie”. „Idealnie”. Próbujemy odnaleźć ich moc, dorzucając jeden czy dwa wykrzykniki. Albo stawiając ich dwadzieścia. Używamy dużych liter: „MEGA!”, „EKSTRA!”, „SUPER!”, jakby to mogło nadać im większe znaczenie.

Tymi samymi słowami opisujemy talerz frytek, przyłożenie na miarę wygranego meczu i szybki numerek. Czy nie stać nas na większą kreatywność?

Uważam, że niektórych słów powinniśmy się pozbyć raz na zawsze. Tych, których wszyscy nie lubimy, takich jak moist, czyli „wilgotny”. Ludzie wzdrygają się na jego dźwięk. Nie mogę go używać przy mojej córce, bo dostaje gęsiej skórki. Tak wiele osób nie znosi tego słowa, że na Facebooku istnieje nawet strona: „I HATE the word »moist«”, czyli „NIENAWIDZĘ słowa »wilgotny«”.

Inne znienawidzone wyrazy w języku angielskim to ointment (maść), panties (majtki), laxative (środek przeczyszczający) i slacks (spodnie). Ja głosuję za wykreśleniem ze słownika słówka indeed (dokładnie).

Natomiast jeśli chcesz ocalić od zapomnienia słowa, które wyszły z użycia, możesz zajrzeć na stronę savethewords.org. Wybierasz dowolny wyraz z listy, na przykład succisive (zwięzły), crassulent (otyły), fumicate (odkazić) czy mingent (oddający mocz), i zaczynasz używać go w rozmowach albo nazywasz nim swoje zwierzę domowe.

Hmm. Spróbujmy:

„Rendling, do nogi!”

„Siad, Lubency, siad. Grzeczna sunia”.

Nie, lepiej oszczędzać te antyki na grę w Scrabble – dzięki nim poczujesz się fantastyczny, a przy okazji wkurzysz przyjaciół.

Inny tekst, który brzmi dla mnie jak zgrzyt paznokci na szkolnej tablicy, to: „Żaden problem”. Ludzie rzucają go, kiedy im dziękujesz, zamiast odpowiedzieć: „Nie ma za co”.

Słuchając wywiadów telewizyjnych, można wpaść w furię, bo co chwila pada w nich słowo „absolutnie”, a wszystko jest „niewiarygodne” i „niesamowite”.

Jedna osoba skarżyła się na powiedzonko „No cóż”, którym wiele osób zaczyna każde zdanie.

No cóż, coś w tym jest.

Wywiady ze sportowcami są pełne nadużywanych, pustych, wciąż powtarzanych słów, po które trenerzy i zawodnicy sięgają tak często, że nie niosą one już żadnej prawdziwej treści.

Emerytowana nauczycielka łaciny i francuskiego podzieliła się ze mną listą wyrażeń, które najbardziej ją drażnią. Było ich sporo. Nie lubi nadużywania „wie pan/pani” i „to znaczy”. Naliczyła ich niemal trzydzieści w jednym wywiadzie sportowym.

Denerwuje ją, kiedy ktoś mówi: „w obecnym momencie” zamiast „teraz”. Jej spis znienawidzonych słów kończyła wyliczanka „niesamowicie”, „totalnie”, „mój błąd”, „serio” i „stary”.

Wiele osób narzeka na wszechobecne przekleństwa. Mnie też czasem męczą. Któregoś wieczora na przełomie lata i jesieni wybrałam się na spacer o tej cudownej porze, kiedy zachodzące słońce rozświetla korony drzew, dzieci sąsiadów bawią się w przydomowych ogródkach, a rodzice siedzą na schodach na ganku, podziwiając widok. Moja dzielnica wyglądała jak wyjęta z ilustracji Normana Rockwella. Było jeszcze na tyle ciepło, żeby mieć otwarte okna. Przechodziłam właśnie obok domu, w którym rodzina siedziała przy kolacji, gdy nagle dobiegł mnie wrzask matki: „Kurka, coś ty zrobił z jego książką do matmy?”. Tylko że zamiast „kurka” użyła słowa, którego mamy nie powinny wymawiać w obecności dzieci.

Przyspieszyłam kroku. Przecznicę dalej jakiś kierowca zatrzymał się, żeby inny samochód zdołał przecisnąć się wzdłuż rzędu zaparkowanych aut. Mężczyzna, który stał za nim, wpadł w furię. „Kurczę! Kurczę! Kurczę!” – powtarzał.

Nie cytuję go dokładnie, ale łatwo się domyślić, co naprawdę wykrzyczał.

Nie jestem pruderyjna. Spodziewam się usłyszeć przekleństwa na trybunach sportowych, zwłaszcza na meczu drużyny Cleveland Browns. Spodziewam się ich w pracy, szczególnie w redakcji, kiedy wszyscy usiłują zdążyć z wydaniem na czas. Przyzwyczaiłam się, że słyszę je w samochodzie, kiedy ktoś zajeżdża drogę kierowcy.

Ale parsknęłam śmiechem, oglądając balonowe fiasko podczas Narodowej Konwencji Partii Demokratycznej. Coś nie zadziałało, a pracownik odpowiedzialny za wypuszczenie setek balonów z ogromnej siatki stracił nad sobą panowanie, nie zdając sobie sprawy, że ma włączony mikrofon, a jego wiązankę słyszy cały kraj.

 

Dziennik „New York Times” narzekał kiedyś, że „królowej przekleństw”, czyli słowa na „k”, używa się dziś w charakterze przecinka.

Ach, królowa przekleństw. Kiedy miałam dziesięć lat, wydawało mi się, że sama wymyśliłam to słowo. Naprawdę. Nie pamiętam, gdzie je usłyszałam, ale któregoś dnia miałam pecha i wyrwało mi się w obecności rodziców. Co było dalej? Mogłam wybrać, czy zjem sos tabasco czy mydło.

Może przeklinanie to prosty sposób na zdrowe rozładowywanie napięcia. Dawniej wulgaryzmy były stałym elementem w każdej redakcji, tak jak linijki typograficzne i maszyny do pisania. Teraz każdy się boi, że dostanie naganę od działu kadr za tworzenie wrogiego środowiska pracy.

Nie chcę zakazywać przekleństw, ale uważam, że nie zawsze jest na nie miejsce i pora. Tym miejscem nie są T-shirty ani naklejki na zderzaki, a rodzinny obiad z dziećmi to zdecydowanie zły moment.

Jedna z moich przyjaciółek używała królowej przekleństw na wszelkie możliwe sposoby, dopóki nie została matką. Inna ciągle klęła przy swoim czteroletnim synku, więc w końcu zwróciłam jej uwagę, że ze względu na niego powinna się powstrzymać. Na następnym spotkaniu miała do mnie pretensje, że zawstydziłam ją przy dziecku.

Odparowałam, że powinniśmy się wstydzić przeklinania przy dzieciach.

Nie mówię, że lepiej wybierać łagodniejsze: „kurka wodna”, „motyla noga” albo „a niech to dunder świśnie”, chociaż rozśmiesza mnie, kiedy postaci w filmach rysunkowych dla dzieci przeklinają po swojemu.

A jeśli chodzi o królową przekleństw, to nadużywanie osłabi jej moc.

W końcu królowa pojawia się publicznie tylko na specjalne okazje.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?