Mów własnym głosemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lekcja 6

Gdy walczysz o siebie, to mowa jest złotem

Zanim zachorowałam na raka, nie miałam żadnych problemów ze zdrowiem.

Byłam jedną z tych nudnych osób, które w ankietach lekarskich odpowiadają za każdym razem: „Nie”. Nie miałam cukrzycy, wysokiego ciśnienia, migreny, depresji, chorób serca ani nowotworu. Nuuuda.

Po mammografii słyszałam zawsze, że moje piersi są w normie. To był termin medyczny, ale dla mnie brzmiał jak obelga. Tylko w normie? Ja uważałam, że są absolutnie wyjątkowe.

W 1998 roku odkryłam w jednej z nich guzek, a mój świat wywrócił się do góry nogami. Do tego momentu byłam nagradzaną felietonistką. Matką. Żoną. Początkującą pisarką. Wykładowcą na Uniwersytecie w Akron. I nagle zostałam zdegradowana do jednej jedynej roli – pacjentki.

Czułam się w niej zupełnie bezbronna. Moja tożsamość zniknęła. Byłam tylko „rakiem piersi z szóstki”. Miałam wrażenie, że moje istnienie sprowadza się do tej diagnozy.

Chciałabym, żeby cały personel medyczny przez chwilę doświadczył tego na własnej skórze. Pacjenci czują się na oddziale bezradni. Moim zdaniem to przez szpitalne koszule. Już łatwiej byłoby się zasłonić ręcznikiem papierowym na ramiączkach. Niewiele lepsze są kapcie z gumowaną podeszwą. Wcale nie mają zapewnić nam komfortu, tylko ustrzec nas przed poślizgnięciem się – a szpital przed ewentualnym pozwem.

Zdumiewa mnie, kiedy lekarze nie słuchają pacjentów. Wiele lat po tym, jak przeszłam podwójną mastektomię, lekarka nie chciała zbadać mi klatki piersiowej pod kątem guzków, chociaż ją o to prosiłam. Stwierdziła, że tego nie potrzebuję, chociaż mam mutację genu BRCA1, a tkanka piersi pozostaje w organizmie mimo operacji. Znam swoje ciało lepiej niż ona. Żyję w nim dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Dlatego zmieniłam lekarza.

Moja córka, która również jest nosicielką mutacji genetycznej zwiększającej ryzyko wystąpienia raka piersi, przeszła badania pod tym kątem przed trzydziestką. Zawsze, kiedy zgłaszała się na mammografię, obsługa medyczna dziwiła się: „To jakiś błąd. Jesteś za młoda”. A przecież dwudziestosześcioletnie kobiety też mogą zachorować na nowotwór piersi.

Kiedy występujemy w roli pacjenta, trudno jest nam ująć się za sobą – ale od tego zależy nasze życie. Ja musiałam przypomnieć lekarzowi, żeby prześwietlił mi klatkę piersiową i sprawdził, czy nie mam przerzutów. I upomnieć technika elektroradiologii, żeby naświetlił mnie również pod pachą, bo w jednym węźle chłonnym wykryto komórki nowotworowe.

Za to mój chirurg sprawiał, że czułam się widziana i słyszana – ale do czasu.

Podczas pierwszej wizyty poświęcił mi dwie godziny. Odpowiedział na wszystkie moje pytania, pozwolił mi robić notatki, a nawet zadzwonił do gabinetu onkologa, żeby umówić mnie na wizytę.

Po operacji wycięcia guza wpadłam w panikę, bo drętwiało mi ramię. Bałam się obrzęku limfatycznego, więc zadzwoniłam do mojego chirurga. Pewnie brzmiałam jak hipochondryczka, ale byłam po prostu przerażoną pacjentką z rakiem piersi, która dopiero odnajdywała się w nowej sytuacji.

Kiedy opisałam mu swoje obawy, nie zadał mi żadnych pytań medycznych, tylko stwierdził: „To zupełnie normalne. Jest pani typową pacjentką. Proszę się odprężyć. Cierpliwości”.

Odłożyłam słuchawkę i wybuchnęłam płaczem. Później postanowiłam przemówić sobie do rozsądku: „Miał po prostu dużo pracy. Musisz być cierpliwa. Z czasem wrócisz do formy. Odpoczywaj”.

A potem znów się rozpłakałam. Chciałam chociaż przez chwilę poczuć się sobą. Do rozpoczęcia chemioterapii zostały mi tylko trzy tygodnie. Marzyłam, żeby wydobrzeć, zanim zrobi się jeszcze gorzej.

Zalała mnie fala strachu, wstydu i poczucia winy – uczuć, które dobrze znałam z dzieciństwa. Kolejny raz nie zdołałam stanąć w swojej obronie. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, a rano czułam się jak ta smutna, przestraszona dziewczynka, którą byłam przed laty. Znów ktoś miał nade mną władzę. Musiałam ująć się za sobą – jako dziecko nie potrafiłam tego zrobić, ale teraz, jako pacjentka, miałam taki obowiązek.

Wiedziałam, że moja walka z rakiem potrwa dłużej, jeśli nie zacznę upominać się o to, co mi się należy od lekarzy, pielęgniarek i techników, którzy będą mieć kontrolę nad moim ciałem. Nie chciałam zdawać się na ich autorytet – sama musiałam stać się dla siebie autorytetem, być asertywna, uparta, a w razie potrzeby wredna.

Zamiast zachowywać się jak bierna ofiara choroby nowotworowej, postanowiłam przejąć inicjatywę i przekazać odpowiedzialność za mój proces powrotu do zdrowia dorosłej Reginie. Musiałam podjąć decyzję, czy chcę pozostać pod opieką tego chirurga. Od niego zależało moje życie i moja przyszłość. Powinien traktować je równie poważnie jak ja.

Szpital nie jest fabryką z taśmociągiem identycznych pacjentów. Każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Dlatego napisałam do mojego chirurga list – na wypadek, gdyby głos uwiązł mi w gardle ze strachu.

Zaczęłam od tego, jakie wrażenie zrobiła na mnie jego empatia i wiedza na pierwszych wizytach – i jak mi się podobało, kiedy powiedział, że relacja z pacjentem jest dla niego bardzo ważna zarówno przed operacją, jak i po niej.

Później wyjaśniłam powód mojego telefonu. Spuchła mi ręka i nie wiedziałam, czy to normalne. Potrzebowałam, żeby wysłuchał moich obaw bez żadnych ocen. „Proszę nie nazywać mnie »typową pacjentką«. Być może leczył już pan tysiąc kobiet na raka piersi, więc mój stan wydaje się panu »typowy«, ale dla mnie taki nie jest – podkreśliłam. – Jeszcze nigdy przez to nie przechodziłam. To moje ciało i moje życie. Potrzebuję od pana empatii i współczucia, a nie tylko umiejętności chirurgicznych”.

A co, jeśli odmówi mi dalszego leczenia? Przecież może skreślić mnie z listy pacjentów. No cóż, wtedy będę miała dowód, że to niewłaściwy lekarz – lepiej przekonać się o tym jak najszybciej.

Następnego dnia wmaszerowałam do jego gabinetu, dzierżąc w dłoni swój list. „Nie jesteś ofiarą. Jesteś wojowniczką” – powiedziałam sobie w duchu. Moja wewnętrzna wojowniczka postanowiła wręczyć mu kopertę, zanim rozbiorę się do badania. Kiedy wszedł do gabinetu, wyciągnęłam do niego rękę z listem. Doszłam do wniosku, że na podstawie jego reakcji zdecyduję, czy nadal chcę się u niego leczyć.

Przeczytał go od razu, a później skinął głową i podziękował mi. Przeprosił za to, że zbagatelizował moje obawy, i zapewnił, że już nigdy nie chce zachować się tak wobec żadnego pacjenta. Powiedział, że w czasie naszej rozmowy zignorował podszept intuicji. „Prawie oddzwoniłem – przyznał. – Zorientowałem się, że jest pani zdenerwowana. Byłem zajęty, ale powinienem był poświęcić czas na to, żeby pani wysłuchać”.

Pomachał kartką w powietrzu i stwierdził: „Potrzebowałem tego. Potrzebowałem przeczytać taki list. Zachowam go”.

Po tej sytuacji zaufałam mu jeszcze bardziej. I dobrze się stało, bo kilka lat później musiałam mieć usunięte obie piersi. Ten sam chirurg poświęcił czas, żeby się dowiedzieć, na czym mi zależy, jeśli chodzi o blizny, i dzięki niemu są piękne i gładkie, a ja mogę nosić sukienki z dużym dekoltem.

Za każdym razem, kiedy przeglądam się w lustrze albo przesuwam dłońmi po klatce piersiowej, czuję wdzięczność za jego czułą opiekę i profesjonalizm. To jemu zawdzięczam, że żyję ponad dwadzieścia lat od diagnozy.

I to z jego powodu lubię przemawiać przed środowiskiem medycznym. Staram się ujmować za wszystkimi pacjentami i przekonuję lekarzy, żeby byli cierpliwi. Tłumaczę im: „Wy robicie to codziennie. Dla nas to pierwszy raz”.

Skupcie się na nas. Poświęćcie nam więcej uwagi. I uważajcie na słowa, których używacie, bo zostaną z nami na zawsze. Jesteście dla nas tak ważni, że wsłuchujemy się w każde wasze zdanie. Do końca życia będziemy cytować, co powiedzieliście o naszych szansach na powrót do zdrowia.

To dzięki wam możemy wydobrzeć. To wasza zasługa, że zobaczę, jak moja córka odbiera dyplom ukończenia studiów, że poprawię jej welon w dniu ślubu i będę przy niej w chwili, gdy na świat przyjdzie mój wnuk.

Chociaż nie zawsze potraficie nas wyleczyć, możecie nam pomóc pokonać strach i rozpacz. Kiedy mówicie do nas po imieniu, zapominamy, że jesteśmy „rakiem piersi z szóstki”. Kiedy zwyczajnie przepraszacie za długi czas oczekiwania na wizytę, dajecie nam poczucie, że nasz czas jest równie cenny jak wasz.

Uzdrawiacie mnie, kiedy patrzycie mi w oczy na tyle długo, żeby zauważyć ich kolor. I kiedy zwracacie się do mnie po imieniu. Uwielbiam je słyszeć. Przedstawcie mi się, głośno i wyraźnie, jakby nasza znajomość znaczyła też coś dla was. Nawet jeśli zapomnę, jak się nazywał mój lekarz, będę pamiętać, jak się przy nim poczułam.

Pytajcie pacjentów, czy potrzebują czegoś jeszcze. Nawet jeśli nie będziecie w stanie im tego zapewnić, pokażecie, że was to interesuje. A nieuleczalnie choremu pacjentowi możecie pomóc z biegunką, bólem głowy czy ciągnącymi szwami.

Nie oczekujemy, że będziecie bogami. To wasze człowieczeństwo nas uzdrawia – jest najwspanialszym darem, jaki możecie zaoferować pacjentom.

Lekcja 7

Odwagę trzeba ćwiczyć

Na sześćdziesiąte urodziny dostałam od bliskich niespodziankę: tort złożony ze słów.

Moja córka poprosiła wszystkich, żeby mnie opisali, a później cukiernik ozdobił ich wypowiedziami brzegi wysokiego ciasta. Cudownie się czułam, czytając, jakie określenia podali członkowie mojej rodziny: „odważna”, „wojowniczka”, „pełna pasji”, „kochająca”, „uduchowiona”, „pomocna”, „energiczna”, „pisarka”, „inspirująca”, „szczodra”, „fajna”.

Nie wyobrażam sobie lepszego tortu dla pisarza. Każda osoba przy stole wybrała jedno słowo i wyjaśniła, dlaczego się jej taka wydaję. To było prawdziwe święto miłości.

 

Później mój zięć James zaproponował, żebym wybrała jedną z tych cech i opisała, jak się we mnie przejawia. Zdecydowałam się na słowo „odważna” – głównie dlatego, że przez całe życie się bałam.

Kiedyś myślałam, że skoro czuję strach, to nie mogę być odważna. Zmieniłam zdanie, kiedy natknęłam się na ten cytat: „Odwagą wykazujesz się wtedy, gdy tylko ty wiesz, że się boisz”. Odważni ludzie nie muszą być nieustraszeni. Oni po prostu nie pozwalają, żeby lęk przeszkodził im wieść radosne, spełnione życie – a moje właśnie tak wygląda. I nie trzeba być odważnym przez cały czas – wystarczy w chwilach, kiedy jest to najbardziej potrzebne.

Przede wszystkim przestań się skupiać na zagrożeniach i na swoim strachu. Skoncentruj się jedynie na tym, czym możesz i musisz się zająć – a potem zrób następny właściwy krok. Na pewno zdołasz wykrzesać z siebie odwagę na jeden krok. A po nim postaw kolejny. I jeszcze jeden.

Życie nieustannie stwarza nam okazje do wykazania się odwagą. Rak zmusił mnie do zmierzenia się z własnym strachem. To był najbardziej przerażający rok mojego życia. Gdy jedno zagrożenie mijało, w jego miejsce pojawiały się trzy następne. Strach towarzyszył mi bez przerwy przed operacją i w trakcie chemio- i radioterapii.

W końcu postanowiłam stawić im czoła. Pewnego dnia wypisałam na kartce wszystkie swoje obawy, żeby przestały chodzić mi po głowie. Po kilku minutach miałam w dzienniku długą listę.

Bałam się, że choruję na raka.

Bałam się, że stracę pierś.

Bałam się, że operacja mnie oszpeci.

Bałam się znieczulenia.

Bałam się, że nie obudzę się po operacji.

Bałam się, że stracę obie piersi i już nigdy nie poczuję się kobieco.

Bałam się, że będę brzydko wyglądać z bliznami.

Bałam się, że już nigdy nie poczuję się seksowna.

Bałam się, że mój mąż przestanie się mną interesować.

Bałam się, że z powodu chemioterapii stracę włosy.

Bałam się, że będę za słaba, żeby ćwiczyć i jeść.

Bałam się, że będę blada i rachityczna, a ludzie zaczną się mnie bać.

Bałam się, że opuszczę zbyt wiele dni w pracy, szef mnie wyrzuci i stracę dom.

Bałam się, że chemioterapia nie zadziała.

Bałam się, że mój rak szybko się rozwija.

Bałam się, że będę miała przerzuty.

Bałam się, że usłyszę, że zostało mi tylko kilka miesięcy życia.

Bałam się, że umrę, zanim moja córka wyjdzie za mąż.

Bałam się, że umrę, zanim będę miała wnuki, które będę mogła rozpieszczać.

Bałam się, że wszystkim będzie mnie żal.

Bałam się, że nikomu nie będzie mnie żal.

Bałam się, że czeka mnie długa, potworna, bolesna, męcząca śmierć.

Bałam się, że moje powolne umieranie będzie ciężarem dla bliskich.

Zapisałam te obawy, a potem pożegnałam się z nimi. Złożyłam je na kolanach Bogu, który mnie kocha. Poprosiłam, żeby uwolnił moje serce od strachu, który przeszkadza mi być pomocną dla innych, i błagałam, żeby wypełnił wolne miejsce po nim potężną miłością.

Mój przyjaciel Brian radzi: „Zamiast opowiadać Bogu, jak wielkie są twoje problemy, opowiedz swoim problemom, jak wielki jest twój Bóg”. Ta zasada sprawdza się również w wypadku strachu.

Mówię swoim lękom, jakim twardzielem jest mój Bóg. Zaczynam im też wyjaśniać, jaką twardzielką jestem ja sama. Rak dodał mi odwagi. Chociaż wiele obaw z mojej listy się sprawdziło, świat wcale się nie skończył.

Guru samorozwoju Louise Hay stwierdziła kiedyś: „Strach to brak zaufania do siebie samego”. Wow. Wstrząsnęły mną te słowa. Teraz zamiast powtarzać sobie „Będę dzielna”, mówię: „JESTEM dzielna”.

Kiedy ogarnia mnie strach, nazywam to ćwiczeniem odwagi. Trenuję bycie dzielną u dentysty. W windzie przyjmuję pozę Supermana. W łazience uderzam pięściami w klatkę piersiową jak gorylica. Poradzę sobie w każdej sytuacji.

Doszłam do wniosku, że strach jest nudny. Każe nam trzymać się tego, co znane, więc wpadamy coraz głębiej w utarte koleiny. Przyjaciel walczący z nowotworem zapytał mnie kiedyś: „Wiesz, jaka jest różnica między koleiną a grobem? W koleinie masz trochę większe pole manewru”.

Tylko trochę.

Kiedy staję w obliczu wyzwania, które budzi we mnie strach, patrzę na nie z innej perspektywy. Mówię sobie, że wybieram się do szkoły bohaterstwa albo na obóz dla wojowników. Bez względu na to, jak przeraża mnie życie, angażuję się na sto procent.

Ktoś podsunął mi, że oprócz wykazu lęków i obaw warto stworzyć inwentarz odwagi albo rejestr męstwa. Kiedy w swoim życiu byłeś naprawdę dzielny? Moja lista zaczyna się zdaniem: „Jestem taka odważna, że…”.

Mając dwadzieścia jeden lat, urodziłam dziecko bez znieczulenia, kontrolując ból techniką Lamaze’a.

Zerwałam zaręczyny z mężczyzną, który mnie zdradził, chociaż nie znalazłam nikogo nowego. Postanowiłam odnaleźć samą siebie.

Stawiłam czoła rakowi i przeszłam wycięcie guza, chemioterapię, radioterapię, podwójną mastektomię i usunięcie jajników.

Przyszłam na wszystkie sesje chemioterapii, chociaż wiedziałam, jak źle będę się po nich czuć.

Pokazałam się światu łysa.

Zdecydowałam się na badania genetyczne, żeby sprawdzić, czy mam mutację zwiększającą ryzyko raka piersi.

Usunęłam piersi i jajniki, żeby rak nie wrócił.

Postanowiłam nie robić rekonstrukcji piersi i żyć bez nich.

Poszłam na terapię, żeby poradzić sobie z maltretowaniem w dzieciństwie i gwałtami.

Przyznałam publicznie, że byłam maltretowana, i zaryzykowałam, że stracę wszystkich, którzy mnie kochają.

Pisałam felietony, które burzyły spokój prokuratorów, sędziów, komendantów policji i redaktorów – tych samych, którzy wypłacali mi pensję.

Przeszłam operację wymiany soczewek w obu oczach, żeby usunąć zaćmę, dzięki czemu dziś widzę niemal idealnie.

Zostałam ratowniczką medyczną i udzielałam pierwszej pomocy ofiarom wypadków, rannym i chorym.

Pojechałam na wezwanie w sprawie pożaru w gazowni, gdzie wokół mnie wybuchały zbiorniki z propanem.

Przewoziłam zwłoki do zakładu pogrzebowego, żeby zarobić na czynsz.

Wybrałam się na trzy spływy rwącą rzeką, chociaż za każdym razem wypadałam z pontonu do wody.

Wjechałam samochodem z ręczną skrzynią biegów na ogromne wzgórze, chociaż wrzuciłam zły bieg i auto prawie zsunęło się na sam dół.

Jechałam konno przez pustynię w Tucson – nocą, z dwoma nieznajomymi, którzy mieli przy sobie broń, żeby odstraszać kojoty.

Wybaczyłam tacie i mamie.

Przez tydzień chodziłam z plecakiem po górach w Dolly Sods w stanie Wirginia Zachodnia.

W Irlandii popłynęłam na wyspę Skellig Michael, chociaż morze było tak wzburzone, że trzy z pięciu łodzi zawróciły, a jedna z moich współpasażerek cały czas wymiotowała.

Sama wspięłam się na 618 stopni prowadzących do klasztoru Skellig Michael.

Przeleciałam helikopterem bez drzwi nad czynnym wulkanem na Hawajach.

Nie rozkleiłam się, kiedy przypadkiem natknęłam się na futbolistę, który mnie zgwałcił, gdy miałam siedemnaście lat.

Poleciałam do Nowego Jorku, spotkałam się z mnóstwem wydawców i wróciłam z umową na książkę.

Stawiam życiu czoła z nadzieją każdego dnia, bez względu na to, czego się boję.

Tak, spisałam długą listę swoich osiągnięć, żeby nie zapomnieć, że jestem silniejsza i odważniejsza, niż często mi się wydaje. Sama wystawiłam sobie referencje, z których wynika, że umiem nie tylko wiele przetrwać, lecz także o siebie walczyć. Ty też to potrafisz.

Zrób spis wszystkich swoich obaw, a potem przejdź do rejestru odwagi. Uszereguj chronologicznie akty odwagi z dzieciństwa, ze szkoły podstawowej, z liceum i ze studiów. Przypomnij sobie, kiedy wykazałeś się bohaterstwem w pracy, w związku, w podróży, w kontaktach z lekarzami czy z własnymi dziećmi. Nie pomiń żadnej przygody ani problemu, który udało ci się rozwiązać.

Strach nie ma szans z osobą o tak wysokich kwalifikacjach.

Jeśli mi nie wierzysz, może przekonają cię te słowa: „Los szepcze: »Nie jesteś dość silny, żeby przetrwać burzę«. Wojownik odpowiada: »To ja jestem burzą«”.

Ja również nią jestem.

I ty też.

Lekcja 8

Kiedy odnajdziesz swój głos, poczujesz to

Rankiem w dniu zaprzysiężenia modliłam się za Donalda Trumpa.

Każdego ranka na koniec swojej rozmowy z Bogiem ofiarowuję modlitwę „za osobę, która potrzebuje jej najbardziej”. Nigdy nie wiem, kto to jest, ale tego dnia uznałam, że musi chodzić o nowego prezydenta. Poprosiłam, żeby jego serce otworzyło się szerzej i wypełniło głębszą miłością do świata.

Później sama otworzyłam serce, chociaż bardzo mnie kusiło, żeby je przed nim zamknąć. I złożyłam obietnicę, której mam nadzieję dotrzymać:

Nie zawładnie mną strach. Nie zawładnie mną pesymizm. Nie zawładnie mną nienawiść.

Nie będę krytykować Donalda Trumpa za fryzurę, opaleniznę, figurę czy strój. Nie będę lubić ani udostępniać postów, które wyśmiewają go za wygląd. Nie będę oceniać jego żony za to, jak się ubiera, ani lajkować w mediach społecznościowych postów, które potępiają jej wybory z przeszłości.

Zewsząd słychać wezwania do buntu. Wiele osób stawia opór nowej władzy, aktywnie się jej sprzeciwia, na znak protestu bierze udział w marszach, często i zdecydowanie opowiada się za równością i sprawiedliwością. To potężne powołanie.

Ale ja go nie czuję. Długo i uważnie wsłuchiwałam się w głos mojej duszy, a on doprowadził mnie do następującej decyzji:

Ja nie będę się buntować. Nie zamknę serca przed nikim.

Nie zamknę go przed moją rodziną, przyjaciółmi ani nieznajomymi, którzy głosowali inaczej niż ja.

Ani przed ludźmi zamieszczającymi nieprzyjemne komentarze na temat Baracka Obamy, którego prezydenturę podziwiałam przez osiem lat.

Ani przed Donaldem Trumpem, który głosami innych został wybrany na nowego prezydenta mojego kraju.

Co zrobię zamiast tego?

Moim powołaniem jest największy akt odwagi i miłości, na jaki potrafię się zdobyć:

Odnaleźć w sobie miłość i dobro – i szerzyć je wokół, żeby dotarły do każdego w moim otoczeniu: nawet do tych, których mam ochotę wyrzucić z grona znajomych, unikać albo lekceważyć.

Zwłaszcza do nich.

Zostanę nosicielką nadziei, miłości i radości i będę nimi zarażać przez bliski kontakt z ludźmi, nie zważając na ich płeć, rasę, religię, orientację seksualną, wiek czy poglądy.

Nie zważając na to, co robią i mówią inni, będę miłością, którą pragnę ujrzeć w świecie. Będę nadzieją, którą pragnę ujrzeć w świecie. Będę radością, którą pragnę ujrzeć w świecie.

Otworzę serce jeszcze szerzej – na miłość, nadzieję, radość, pokój, zgodę. I na nas. Na nas WSZYSTKICH.

Jesteśmy czymś więcej niż zbiorem pojedynczych osób. Nasza demokracja opiera się na słowie „my”. W Ameryce lubimy mówić o sobie: „My, naród”. To określenie obejmuje nas wszystkich.

W oknie domu mojej córki nadal wisi czerwono-biało-niebieski plakat z napisem: „Miłość zwycięża nienawiść”.

Zawsze ją zwyciężała. I zawsze ją zwycięży.

Szczególnie teraz.

Kiedy moi przyjaciele narzekają, że rząd robi dla kraju wiele złego, nie czyniąc przy tym nic dobrego, słucham ich, wysyłając w świat miłość.

Mnóstwo osób zostało powołanych do buntu. Uczestniczą w marszach protestacyjnych. Kandydują do władz. Podpisują petycje. Prowadzą kampanie społeczne. Wielu z nich robi to z wdziękiem. Inni dają w ten sposób wyraz pesymizmowi i goryczy.

Kiedy dzieje się coś złego – dochodzi do strzelaniny w szkole albo niesprawiedliwego ataku na imigrantów czy członków mniejszości etnicznych – widzę w tym wezwanie, żeby mierzyć wyżej.

„Kiedy oni obniżają loty, my mierzymy wyżej” – stwierdziła Michelle Obama. To świetny sposób na życie.

Inspiruje mnie również zdanie, które wypowiedział Martin Luther King: „Moralny rozwój wszechświata trwa długo, ale zmierza ku sprawiedliwości”.

Postanowiłam zachować nadzieję, a to oznacza, że nie skupiam się jedynie na tym, co mam tuż przed sobą. Naprawdę wierzę w potęgę modlitwy – myślę, że potrafi odmienić świat i nas wszystkich, bez wyjątku.

Niektórzy są powołani, żeby zmieniać świat poprzez działanie. Inni zmieniają go modlitwą. Jestem głęboko przekonana, że potrzebujemy i jednych, i drugich.

Ludzie zaczynają mieć dość formułki: „Łączymy się z wami w myślach i modlitwach”, wygłaszanej po każdej tragedii, której można było uniknąć, takiej jak strzelanina w szkole.

 

Część osób sięga po te słowa w chwilach bezradności, bo nie wie, jak inaczej zareagować. Ale jaki jest ich sens? Czy kryje się w nich jakiekolwiek znaczenie?

Niektórzy uważają je za pusty frazes. Są tak zmęczeni wszechobecną przemocą, że złoszczą ich wypowiedzi polityków na Twitterze, którzy przesyłają ofiarom i ratownikom swoje „myśli i modlitwy”. Któregoś dnia dziennik „New York Daily News” zamieścił takie tweety na pierwszej stronie i opatrzył je nagłówkiem: „Bóg tego nie załatwi”.

Jest takie powiedzenie: „Jak trwoga, to do Boga”. Nie ma nic złego w tym, że politycy modlą się za ofiary – ale zostali wybrani po to, żeby działać. Mogą zrobić coś więcej, niż prosić o pomoc Stwórcę. Wygrali kampanię wyborczą nie dzięki modlitwie, tylko dzięki obietnicom, że będą zmieniać świat na lepsze.

Mamy dość strzelanin w szkołach. Kiedy do nich dochodzi, część ludzi wykorzystuje swoją złość i oburzenie, by walczyć na rzecz trudniejszego dostępu do broni, żeby zapanować nad tym chaosem; inni kupują jeszcze więcej karabinów.

Wszyscy wiemy, że przemoc wymknęła się spod kontroli. Któregoś dnia włączyłam radio, żeby posłuchać kolęd, a z głośnika rozległ się głos spikera: „Strzelanina dnia wydarzyła się w San Bernardino…”.

Strzelanina dnia.

Doszło już do tego, że strzelanin można się spodziewać codziennie. Stały się elementem wiadomości jak prognoza pogody.

Nie znam rozwiązania problemu przemocy z użyciem broni, ale uważam, że powinno uwzględniać dwa elementy: broń i osobę, która ją obsługuje. Każda strategia musi dotyczyć zarówno dostępu do broni, jak i ludzi, którzy chcą zabijać bliźnich.

Mówi się, że skrzywdzeni krzywdzą innych. Osoba gotowa zamordować drugiego człowieka musi mieć poważne problemy ze sobą. Jak jej pomóc? Nie wiem, ale wierzę, że częścią rozwiązania jest modlitwa. Dzięki niej i ja mogę się przyczynić do poprawy sytuacji.

Często zapominamy o pewnym ważnym aspekcie modlitwy. Nie jest tylko okazją, żebyśmy powiedzieli Bogu, czego potrzebujemy. To również okazja, żeby usłyszeć, czego Bóg potrzebuje od nas. Modląc się, możemy stanąć przed Nim w pokorze i zapytać: „Co mam dla Ciebie zrobić? Kim mam się stać?”.

A potem słuchać w skupieniu.

Nie pozwól, żeby rozproszyła cię panująca wokół wrzawa ani własna złość czy rozpacz. Odnajdź w głębi duszy cichy, spokojny głos, który wyjaśni ci dokładnie, co będzie właściwe dla ciebie – i być może dla nikogo innego.

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi.

Niektórzy zostaną powołani do działania: składania petycji, organizowania wieców, startowania w wyborach, zmieniania prawa. Inni usłyszą wezwanie do pracy nad tym, by jeszcze mocniej kochać skrzywdzonych, którzy krzywdzą innych – i pomóc im wydobrzeć. A dla części z nas powołaniem jest modlitwa.

Dopóki nie zrozumiemy, na czym polega nasze zadanie, nie ma nic złego w powtarzaniu: „Łączymy się z wami w myślach i modlitwach”. Niektórzy zasłaniają się tymi słowami, próbując uchylić się od bohaterskiego czynu, do którego naprawdę zostali wezwani, chociaż mają władzę i dobrze wiedzą, jak wywołać realną zmianę.

A niektórzy z nas mówią to, bo wciąż wierzymy, że modlitwa może odmieniać ludzkie serca i naprawiać świat.

Niektórzy z nas zostali powołani, by dbać o to bezcenne, niezmienne miejsce u szczytu wahadła, dzięki któremu wszechświat pozostaje w równowadze.

Oczywiście rzeczywistość wciąż się zmienia, przechodząc ze skrajności w skrajność. Łatwo ufać życiu, gdy wahadło wychyla się w naszą stronę – kiedy wygrywa kandydat, którego popieramy; kiedy nasz projekt trafia do realizacji; gdy dostajemy to, czego chcemy, i wszystko układa się po naszej myśli.

Chodzi o to, żeby nie wpadać we wściekłość, kiedy kierunek się zmienia – nie popychać ani nie szarpać wahadła, nie próbować go przytrzymać ani przesunąć tam, gdzie nam odpowiada.

Najważniejsze to pamiętać, gdzie leży punkt równowagi tego wahadła. Nie znajdziesz go z prawej ani z lewej strony, tylko na górze, w miejscu, z którego zawsze się zwiesza.

Ten ośrodek stałości, ta oaza spokoju wyznacza moje powołanie. Zawsze pomaga mi ocenić, czy i jak powinnam działać.

Jesteśmy potrzebni światu na wiele różnych sposobów.

Poszukaj własnego.