Mów własnym głosem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lekcja 3

Twój głos jest twoją supermocą – korzystaj z niej

Milczałam jak grób.

Przez wiele lat.

Nie powiedziałam nikomu. Ani rodzicom. Ani żadnej z pięciu sióstr. Żadnemu z licznych przyjaciół. Nikomu.

Przytłaczał mnie wstyd. Miałam mętlik w głowie. I bardzo bałam się, co wszyscy o mnie pomyślą.

Nie wiedziałam, że mogę mówić o gwałcie, którego ofiarą padłam jako siedemnastolatka. Próbowałam „przejść nad nim do porządku dziennego” i zachowywać się tak, jakby nigdy do niego nie doszło. Usiłowałam nawet „stworzyć związek” z futbolistą amerykańskim, który mnie zgwałcił, i udawać, że wszystko jest okej.

Wolność odzyskałam dopiero niemal dziesięć lat później na rekolekcjach dla kobiet. Siedziałyśmy w kręgu i opowiadałyśmy o sobie, gdy jedna z uczestniczek zwierzyła się, że została zgwałcona.

Przysięgam, że serce zamarło mi w piersi tak raptownie, jakby zaciągnęło hamulec ręczny. Poczułam w gardle ogromną gulę, przez którą z trudem nabrałam powietrza do płuc. Czyli mogłyśmy o tym mówić?

Ta kobieta mnie wyzwoliła. Nigdy dotąd nie zetknęłam się z inną ofiarą gwałtu. Oczywiście tak mi się tylko wydawało. Spotkałam wcześniej kobiety, które przeżyły to samo co ja, ale nie miałam o tym pojęcia, bo żadna z nich nie poruszyła tego tematu.

Następnego dnia po zwierzeniach w kręgu umówiłam się w cztery oczy z księdzem i obnażyłam przed nim duszę. Zwierzyłam się ze swojego sekretu i upokorzenia komuś, kto musiał zachować je w tajemnicy. Opowiedziałam mu nawet o koszykarzu, który zgwałcił mnie, gdy miałam dwadzieścia jeden lat.

Wyjechałam z tych rekolekcji z poczuciem wolności.

Wiele lat później koleżanka z redakcji napisała esej o tym, jak została zgwałcona na randce. Tekst ukazał się w naszej gazecie pod jej nazwiskiem. Byłam pod wrażeniem jej odwagi.

Przeczytałam w nim o czymś, co spotkało także mnie. Mężczyzna, z którym się umówiła, zmusił ją do seksu.

Wow. Czyli wolno nam mówić o tym publicznie?

Tak! Możemy dzielić się swoją prawdą bez ograniczeń, bo gwałty się nie skończą, dopóki będziemy o nich milczeć.

Nie wiem, czy moi dwaj gwałciciele skrzywdzili też inne kobiety. Podejrzewam, że tak. I podejrzewam, że wcale nie uważają tego za gwałt. Skąd takie przekonanie? Kilka lat temu ten futbolista zaprosił mnie do znajomych na Facebooku. Z kolei koszykarz przysłał mi do pracy list, w którym opisał, jakim jest wspaniałym człowiekiem, i tłumaczył, dlaczego powinien znaleźć się w galerii sław naszego liceum. Był wściekły, że ja tam trafiłam, a on nie. W końcu zasługiwał na to jako sportowiec.

Naprawdę tak napisał. Wyrzuciłam jego list do śmieci i umyłam ręce. Dwa razy.

Niektórzy uważają, że o gwałcie można mówić tylko wtedy, gdy sprawcą jest nieznajomy z bronią. Ale gwałt to gwałt. Nie chodzi w nim o seks, tylko o władzę. A każdy gwałciciel ma broń. Jest nią jego ciało.

Możemy zrobić więcej, niż tylko słuchać kobiet, które dzielą się swoimi historiami. Możemy im uwierzyć. A kiedy zgłaszają gwałt, możemy odrobinę ułatwić im ten proces.

Moja przyjaciółka Diane Suchetka, która pracuje w szpitalu MetroHealth w Cleveland, zgłosiła mi, że placówka potrzebuje ubrań dla ofiar gwałtów. Razem z moją przyjaciółką Sheryl zorganizowała brunch połączony ze zbiórką nowej odzieży na ten cel.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale osoby, które zgłoszą się po napaści seksualnej na ostry dyżur, nie mogą wrócić do domu w tym, w czym przyszły. Nie odzyskują swoich ubrań, bo stanowią one materiał dowodowy i trafiają do laboratorium kryminalistycznego, gdzie pocięte na kawałeczki idą do analizy. Zdarza się, że ofiary przychodzą do szpitala w ulubionej koszuli, sukience czy dżinsach. Czasem są to ich jedyne dżinsy.

Diane poznała mnie z Liz Booth, ówczesną koordynatorką pielęgniarek sądowych w MetroHealth. Liz pracowała kiedyś na pogotowiu, a później odpowiadała za skład i szkolenie zespołu do spraw pacjentów po napaści seksualnej i ściśle współpracowała z prokuraturą i policją. Wiele ofiar nie ma do kogo zadzwonić po pomoc – a niektóre nie są gotowe powiedzieć bliskim o tym, czego doświadczyły. Nie mogą poprosić, żeby ktoś po nie przyjechał albo przywiózł im czyste ubranie, bo nie chcą, żeby ktokolwiek dowiedział się, że zostały zgwałcone.

Szpitale zwykle proponują im kitle lekarskie i bieliznę jednorazową albo ktoś z personelu poświęca przerwę na lunch, żeby pobiec do najbliższego sklepu. Niestety czasem nie ma innego wyjścia, niż odesłać pacjenta do domu w szpitalnym ubraniu.

„Przyjemnie jest dać im coś nowego – przyznała Liz. – Ofiary gwałtu czują się zbrukane, jakby nie mogły zmyć z siebie tego, co je spotkało”.

Tak czujesz się po gwałcie. Zbrukany.

Wyjść z ostrego dyżuru w nowym ubraniu to zupełnie co innego, niż opuścić go w używanych ciuchach, jednorazowej bieliźnie i szpitalnych skarpetkach.

Dlatego napisałam felieton, w którym zachęcałam czytelników, żeby pomogli ofiarom gwałtów zacząć życie od nowa. Wspólnie stworzyliśmy Szafę Troski i wypełniliśmy ją skarpetkami, majtkami, stanikami, bluzkami z długim rękawem, swetrami, bluzami i spodniami. Ofiarami gwałtu najczęściej padają kobiety. Zwykle mają od trzynastu do osiemdziesięciu lat.

Ludzie przynosili nowe skarpetki, bieliznę i dresy dla kobiet w każdym rozmiarze. Najlepsze są ubrania w ciemnych kolorach, bo ofiary najczęściej muszą zostawić w szpitalu biustonosz i nie chcą wkładać nic prześwitującego.

Mężczyźni też czasem padają ofiarą gwałcicieli. Dla nich zbieraliśmy skarpetki, bokserki, T-shirty i spodnie dresowe.

Pomoc lekarska dla ofiar gwałtu powinna być szybka, profesjonalna i pełna współczucia. W szpitalu MetroHealth po badaniu pacjenci mogą wziąć prysznic i zjeść posiłek; otrzymują również bon na taksówkę. A dzięki moim czytelnikom wychodzą w nowych, czystych ubraniach.

– Wybuchają płaczem – powiedziała mi Liz. – Nie mogą uwierzyć, że dostają nową odzież. Ofiary gwałtu zgłaszają się do nas w najtrudniejszej chwili swojego życia, a wychodzą z podniesionym czołem, gotowe zmierzyć się ze światem.

Byłoby wspaniale, gdyby każda osoba po napaści seksualnej po wyjściu ze szpitala miała szansę zacząć od nowa, w nowym ubraniu zamiast w szpitalnym fartuchu i jednorazowych majtkach i skarpetkach. Powinniśmy dążyć do tego, żeby Szafa Troski stanęła w każdej placówce, do której zgłaszają się ludzie po takim traumatycznym przeżyciu.

Jeśli nie ma tam miejsca na ubrania, darczyńcy mogą ufundować kupony do sklepów odzieżowych.

Ważne, żeby w szpitalach pracowały zespoły do spraw pomocy ofiarom napaści seksualnych z personelem przygotowanym do profesjonalnego prowadzenia badań, zbierania dowodów i przechowywania ich w taki sposób, by mogły zostać wykorzystane w sądzie. Jennifer Beigie, koordynatorka takiego zespołu w szpitalu MetroHealth, powiedziała, że jego członkowie przechodzą również szkolenie, jak rozmawiać z pacjentami w kryzysie i pomóc im w opracowaniu planu bezpieczeństwa przed opuszczeniem placówki.

„Nasz cel to zapewnić ofiarom gwałtu możliwie największy komfort po tak traumatycznym doświadczeniu” – wyjaśniła Jennifer.

Dlatego personel przynosi im nowe ubrania do wyboru. Podejmowanie samodzielnej decyzji nawet w tak prostej sprawie pomaga przywrócić pacjentom poczucie sprawczości.

Czytelnicy szybko zapełnili Szafę Troski w MetroHealth i innych pobliskich szpitalach. Jedna z miejscowych sędziów zaprosiła do zbiórki ubrań kolegów po fachu. Sędzia K.J. Montgomery z Sądu Miejskiego w Shaker Heights powiedziała mi: „Zwykle widzimy napastników i pierwsze, najbardziej bezpośrednie skutki ich czynów. To tylko smutne początki. Ofiary zawsze ogarnia rozpacz i poczucie bezradności. Dzięki tej akcji mamy nowy, konstruktywny sposób udzielania pomocy osobom dotkniętym tą potworną traumą”.

Nawet chorzy na raka i inni czytelnicy, którzy nie mogli iść na zakupy, włączyli się w zbiórkę, przysyłając pocztą bony podarunkowe i czeki. Pewna mieszkanka Massachusetts, która dowiedziała się o akcji z Facebooka, przysłała pieniądze. Pisały do mnie ofiary gwałtów z innych stanów, żeby przekazać, że wpłaciły datki na nasz cel. Zbiórki organizowały też żeńskie stowarzyszenia studenckie z lokalnych uczelni. Pewna dziewięciolatka zebrała 538 par skarpetek, żeby potrzebujący szybciej stanęli na nogi.

Liz odebrała mnóstwo e-maili i telefonów ze słowami wsparcia, a jej inicjatywę Szafy Troski promowały również stacje telewizyjne i radiowe. Była zaskoczona taką reakcją społeczną, ponieważ temat gwałtu u wielu osób budzi ogromny dyskomfort. Najbardziej poruszyły ją wiadomości od ofiar i ich rodzin oraz od mężczyzn, którzy zaangażowali się w akcję, bo nie mogli się pogodzić z tym, że przedstawiciele ich płci dopuszczają się takich czynów.

„Mam nadzieję, że teraz ofiarom łatwiej będzie się zwrócić o pomoc” – podsumowała Liz.

A ja podpisuję się pod jej słowami.

Lekcja 4

Zgody trzeba udzielić – inaczej jej nie ma

Powiedział mi, że nie chce żadnych zobowiązań. Nie interesowało go małżeństwo, wspólne mieszkanie ani miłość.

Interesował go za to seks, rzecz jasna.

Zapytałam, czy to nie jest pewna forma zobowiązania, chociażby do monogamii.

Wyjaśnił mi, że dotyczy to wyłącznie kobiet. Zaręczał, że mężczyźni potrafią uprawiać seks, który nic dla nich nie znaczy, a kobiety zawsze chcą czegoś więcej. Przyznał jednak, że seks zmienia związek, dlatego obiecał, że uszanuje wytyczoną przeze mnie granicę. Ale czyny przeczyły jego słowom.

Za każdym razem, kiedy zostawaliśmy sami, próbował ją przekroczyć.

Wyznaczyłam ją ponownie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do tego, na co jestem gotowa, a na co nie. Wszystko było jasne. Nie wysyłałam sprzecznych komunikatów. Zgodził się na moje warunki, ale gdy usiedliśmy na kanapie, a on zanurzył mi dłonie we włosach i przywarł wargami do mojej szyi, pomylił moje westchnienia ze zgodą na seks.

 

Wzdychałam, bo podobało mi się to, co robił, ale on zdążył już dojść do wniosku, że granica została przesunięta. Tylko że ja jej nie przesunęłam. Nie powiedziałam mu: „Tak”. Więc zaprotestowałam. Słowami i czynami.

Był sfrustrowany. I ja też.

Jak wielu mężczyzn, z którymi spotykałam się, zanim poznałam mojego przyszłego męża, nie rozumiał, że kobieta może nie zgodzić się na współżycie, chociaż godzi się na namiętny dotyk i pieszczoty, które mieszczą się w tym szerokim spektrum między pocałunkiem a seksem.

Kiedy para zaczyna się całować, kto decyduje o tym, gdzie przebiega granica? I w którym momencie należy ją uwzględnić, uszanować albo zmienić?

Mężczyzna, o którym piszę, nie chciał też stosować antykoncepcji, przebadać się na obecność wirusa HIV ani porozmawiać o tym, co zrobimy, jeśli zajdę w ciążę.

Niektórzy mężczyźni zasłaniają się wymówką, że przy atrakcyjnej kobiecie nie potrafią się opanować z podniecenia. Mówią to tak, jakby partnerce powinno to pochlebiać, chociaż ona z pewnością wolałaby, żeby potrafili się kontrolować.

W dobie znajomości na jedną noc ruch #MeToo rozpoczął dyskusję o tym, czym jest zgoda na seks – jak rozumieliśmy to pojęcie do tej pory i jak powinniśmy je rozumieć.

Zdaniem ekspertów zgoda powinna zostać aktywnie wyrażona przez obie strony – nie można traktować jako wiążącej zgody udzielonej pod presją albo ze strachu ani zakładać, że partner udzielił jej milcząco.

Musi również zrobić to świadomie. Osoba nieprzytomna albo odurzona alkoholem lub narkotykami nie jest w stanie zgodzić się na seks.

Zgody może udzielić tylko człowiek dorosły, więc lepiej sprawdź, ile lat ma dziewczyna, która wygląda na dwudziestolatkę.

Poza tym zgoda powinna zostać jasno zakomunikowana – nie można o niej wnioskować z koloru szminki, głębokości dekoltu czy typu bielizny, którą włożyła – lub której nie włożyła – kobieta.

I jeszcze jedno, panowie: łzy partnerki to dla was znak STOP. Przestańcie skupiać się na jej ciele i sprawdźcie, co dzieje się w jej sercu.

Seks powinien być dobrowolny. Nie ma w nim miejsca na przemoc, groźby i zdania w rodzaju: „Kupiłem ci kolację, więc jesteś mi coś winna”. Seks nie jest walutą, którą płacimy za stek i wyjście do kina.

Zgoda to proces, który zachodzi nieustannie. Kiedy kobieta zmienia zdanie, zgoda znika.

Według mnie zgoda powinna bardziej przypominać entuzjastyczne: „Wow!” niż zrezygnowane: „No dobrze, może być”.

Nie wolno już milcząco przyjmować, że druga osoba wyraża zgodę, bo następnym razem możecie spotkać się w sądzie. Nie wolno zakładać, że skoro zgodziła się w zeszłą sobotę, to dziś wieczorem będzie tak samo. Zgody udziela się za każdym razem od nowa.

Jeśli nadal nie do końca rozumiecie, na czym polega zgoda na seks, obejrzyjcie w internecie filmik Tea Video stworzony przez Emmeline May i wytwórnię Blue Seat Studios. Porównuje seks do picia herbaty – i ma już ponad 4 miliony widzów.

„Seks jest jak herbata”, wyjaśnia. Jeśli ktoś mówi, że ma ochotę na herbatę, to świetnie. Jeśli nie jest tego pewny, „nie zmuszaj go, żeby ją wypił”. A jeśli odmawia, w ogóle nie parz dla niego herbaty.

Najcelniejszy tekst: „Jeśli ktoś jest nieprzytomny, nie wmuszaj w niego herbaty. Nieprzytomni ludzie nie chcą herbaty”.

Nikt nie ma prawa do ciebie ani do twojego ciała, bez względu na to, jak często uprawialiście seks, jak długo się spotykacie i ile lat jesteście małżeństwem.

Niektóre pary robią listę aktów seksualnych, których mogłyby spróbować, z okienkami „tak”, „nie”, „być może” obok każdego punktu. Rynek zalały aplikacje, w których partnerzy wpisują, na co się zgadzają, i potwierdzają to.

Kiedy umawiałam się na randki, niektórzy mężczyźni usiłowali mnie przekonać, że mają po prostu inną konstrukcję niż kobiety i muszą uprawiać seks. Ich zdaniem żaden samiec nie jest w stanie się opanować po rozpoczęciu gry wstępnej. Jeśli to prawda, to mężczyźni powinni zatrzymywać się, zanim dotrą do punktu, z którego nie ma już dla nich odwrotu.

Dlaczego to musi być wszystko albo nic?

Skoro kobieta potrafi zadecydować, jak daleko chce się posunąć z mężczyzną, i umie trzymać się swoich postanowień, to dlaczego on nie może tego zaakceptować albo zorientować się, gdzie przebiega jego granica, i nauczyć się mówić sobie „stop!”, zanim ją przekroczy?

Mężczyźni powinni odpowiadać za to, czy potrafią się kontrolować w seksie – tak jak wszyscy odpowiadamy za to, czy potrafimy się kontrolować w barze. Najpierw trzeba poznać reakcje swojego organizmu. Jak działają na mnie dwa piwa? A trzy kieliszki wina? Ile alkoholu to dla mnie za dużo? Gdzie leży ta granica?

Czemu więc nie zbadać reakcji własnego organizmu na namiętność? Jeśli jest taki moment, kiedy tracisz kontrolę nad swoim ciałem, to kiedy on następuje? Nie przekraczaj tego punktu, kiedy jesteś z kimś, kto nie chce tracić kontroli nad sobą. Jeśli nie umiesz się powstrzymać po tym, jak dotkniesz partnerkę poniżej pasa, to nie rób tego albo upewnij się, czy ona chce tego samego co ty.

Otwarta komunikacja i znajomość własnych ograniczeń mogą oszczędzić ci mnóstwa frustracji, a także problemów z prawem i pozwów sądowych.

Przez wiele lat to kobiety ustanawiały granice w seksie, ponieważ to one ponoszą jego konsekwencje. To one leżą na stołach aborcyjnych albo na salach porodowych. To ich reputacja cierpi, jeśli uprawiają seks ze zbyt wieloma partnerami, chociaż mężczyźni zbierają gratulacje za liczne podboje.

Dlaczego tylko kobieta ma odpowiadać za wytyczenie tych granic? Bo zostałyśmy nauczone, że mężczyźni tego nie potrafią. Wszystko zaczyna się w okresie dojrzewania, kiedy chłopcy odkrywają siłę swojego popędu seksualnego, a dziewczynki uczą się ich hamować, żeby ustrzec się przed nieplanowaną ciążą i chorobami przenoszonymi drogą płciową.

Przyszedł czas, żebyśmy obarczyli mężczyzn taką samą odpowiedzialnością jak kobiety – powinni rozumieć i jasno komunikować swoje pragnienia w sferze seksu. Zdecyduj, czego chcesz, zanim twoje ciało dokona tego wyboru za ciebie. Skonsultuj to ze swoją głową i swoim sercem.

Jeśli na pewnym poziomie podniecenia nie potrafisz już uszanować „nie” kobiety, to zatrzymaj się wcześniej. Bo jej „nie” znaczy „nie”.

Lekcja 5

„Nie” znaczy „nie”. I kropka

Anne Lamott została jedną z moich ulubionych pisarek, kiedy przeczytałam, że kieruje się w życiu następującą prawdą emocjonalną: „»Nie« to odpowiedź pełnym zdaniem”.

Dlaczego tak trudno nam wymówić to króciutkie, trzyliterowe słowo?

Bo „nie” pociąga za sobą poważne konsekwencje.

Nie chcemy nikogo rozczarować, nawet tych, których się boimy. Wolimy spełniać oczekiwania otoczenia, bo to karmi nasze ego. Wstyd podpowiada nam, że musimy powiedzieć „tak” i wspierać innych na ich warunkach, bo inaczej okażemy się złymi ludźmi. A czasem to smutne doświadczenia z dzieciństwa podpowiadają nam, że ten, komu odmówimy, poczuje się tak samo odrzucony jak my przed laty.

Ale to nieprawda. Ta osoba po prostu zwróci się ze swoją prośbą do kogoś innego.

Przez całe życie uczę się, że mówiąc komuś innemu „nie”, w rzeczywistości mówię „tak” samej sobie. Nadal jednak wzdrygam się, słysząc pytania: „Zrobisz coś dla mnie?”, „Jesteś wolna w przyszłym tygodniu?” albo „Czy mogę liczyć na twoje wsparcie?”.

Zamiast zawołać: „Jasne!”, dziś potrafię już dać sobie chwilę na zastanowienie, zanim odpowiem. To jeden z powodów, dla których nie prowadzę kalendarza w telefonie. Trzymam kalendarz w domu, więc mogę powiedzieć: „Muszę to sprawdzić. Dam ci znać”.

Dając sobie czas, wiele zyskujesz. W ten sposób tworzy się bufor między bodźcem a reakcją, więc przestajesz działać automatycznie i zgadzać się na każdą prośbę. Nie może być tak, że zadowoleni są wszyscy poza tobą – bo to ty jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu.

Ja w takich sytuacjach staram się wysłuchać prośby do końca i sprawdzić reakcję swojego serca. Czy podskakuje z radości, czy kurczy się z głośnym: „Nieee!”? Jeśli nie jestem pewna, co czuję, odmawiam. Nie daję sobie więcej czasu, tylko mówię: „Nie”. W końcu życie postawi mnie w wielu innych sytuacjach, które przyniosą mi radość.

Jeśli jakaś propozycja jej nie budzi, to znaczy, że jest nie dla mnie. Ja nie czerpię z niej radości, ale może ucieszyć kogoś innego. A nawet jeśli nie uszczęśliwi nikogo, to ja mimo wszystko jestem na „nie”.

Ważne, żeby dowiedzieć się, czego dokładnie dotyczy prośba. Ile faktycznie zajęłoby jej spełnienie? Jeśli ktoś twierdzi, że to tylko kilka minut, pamiętaj, żeby uwzględnić czas na przygotowania, dojazd, możliwy ciąg dalszy i tak dalej.

Przekonałam się, że jeśli na usta nie ciśnie mi się: „Nie ma sprawy!”, to prawdopodobnie moja odpowiedź brzmi: „Nie ma mowy!”.

Jaką cenę zapłacisz za swoje „tak”? ZAWSZE są jakieś koszty. Z czego zrezygnujesz, żeby się zgodzić? Czego odmówisz sobie samemu? Sprawdź, ile będzie cię kosztować słowo „tak”, zanim je wypowiesz.

Odpowiedź: „Może” to nie to samo co odmowa. W ten sposób tylko odraczasz decyzję i sprawiasz wrażenie, że wystarczy cię przycisnąć, żebyś się zgodził. Zadaj sobie w duchu pytanie: „Czy chciałbym to zrobić, gdybym musiał się tym zająć jutro?”.

Nie odpowiadaj wymijająco. Kiedy mówisz: „Nie dziś”, otwierasz innym drogę do zawłaszczenia reszty twojego kalendarza – i twojego życia.

Jeśli ktoś przekonuje: „Tylko ty jeden możesz mi pomóc”, to wcale nie potrzebuje ciebie. Potrzebuje rozszerzyć swój system wsparcia o rodzinę, przyjaciół, członków parafii.

Jedna z moich przyjaciółek zamiast odmówić, kłamie, że jest chora. Martwiłam się stanem jej zdrowia, dopóki się nie zorientowałam, że w ten sposób odrzuca niechciane zaproszenia. Ja nie zamierzam oszukiwać, że cierpię na migrenę, bo nie chcę jej na siebie ściągnąć w rzeczywistości.

Poza tym kiedy raz miniesz się z prawdą, musisz to ciągnąć, żeby pierwsze kłamstwo się nie wydało.

Zachwyciła mnie odpowiedź pisarki Nory Ephron na prośbę, żeby przeczytała list od burmistrza na gali teatralnej: „Nie wypada mi odmówić – stwierdziła – a jednak odmawiam”.

Podoba mi się też, jak aktorka Frances McDormand wyznacza granice fanom, którzy natarczywie proszą o zdjęcia i autografy. Jak powiedziała dziennikarzowi „New York Timesa”: „Ja decyduję o tym, jak żyję, więc teraz, gdy ktoś pyta: »Czy mogę prosić o autograf?«, odpowiadam: »Nie. Zakończyłam już ten etap kariery. Teraz jedynie gram«".

Postanowiłam ukraść jej pomysł. Następnym razem, kiedy mąż poprosi mnie o wyniesienie śmieci, oświadczę: „Zakończyłam już ten etap mojego życia”.

Gdy Frances spotyka fana na ulicy, woli przez chwilę nawiązać z nim prawdziwy kontakt. „Dotykam go. Patrzę na niego. Następuje między nami prawdziwa wymiana – wyjaśnia. – Nie jestem aktorką po to, żeby ludzie robili sobie ze mną zdjęcia. Jestem aktorką, bo chcę uczestniczyć w wymianie międzyludzkiej”.

Każdy z nas decyduje o tym, jak uczestniczy w tej wymianie. Nie trzeba poświęcać dla innych całego swojego czasu, energii czy poczucia komfortu.

Nie musimy być jak bohater z komiksu, który mówi przez telefon: „Nie, czwartek odpada. A co powiesz na nigdy? Możemy się umówić na nigdy?”.

Terapeutka nauczyła mnie ćwiczyć odmawianie w lustrze – i wrzeszczeć słowo „nie” w poduszkę. Kiedy się do niego przyzwyczaisz, łatwiej ci będzie go używać.

Chociaż minęło już dwadzieścia lat, odkąd zachorowałam na raka, nadal to wykorzystuję, mówiąc: „Dzięki rakowi wiem, że każda moja chwila jest na wagę złota, dlatego muszę odmówić”.

Jeśli odrzucasz niechcianą propozycję seksualną, wyrażaj się jasno i zdecydowanie. Nie owijaj niczego w bawełnę, nie graj na czas. Powiedz głośno: „Nie. Nie rób tego. Zgłoszę to na policję. PRZESTAŃ. Natychmiast zostaw mnie w spokoju. Nie chcę, żebyś mnie dotykał/całował/głaskał. Odsuń się, ale JUŻ”.

Im mniej użyjesz słów, tym lepiej. Tylko pamiętaj, żeby jednym z nich było NIE.

A oto 50 innych sposobów na odmawianie:

Dzięki, ale nie skorzystam.

Nie ma mowy.

Ha, ha, ha.

Wykluczone.

Chyba nie mówisz poważnie?

Za nic w świecie.

Obiecałam, że będę spędzać więcej czasu z rodziną, więc z przykrością muszę odmówić.

 

Nie pasuje mi to.

Pracuję na psychoterapii nad stawianiem granic, dlatego muszę odmówić.

Jeszcze czego.

Mój wróżbita/astrolog/coach poradził mi, że to zły moment na rozpoczynanie nowych przedsięwzięć.

Co za zaszczyt. Bardzo pochlebia mi ta propozycja, przez co jeszcze trudniej mi ją odrzucić. Ale jestem za nią ogromnie wdzięczna!

Oszalałeś?

Nie czuję się z tym komfortowo, więc odpowiedź brzmi: „Nie”.

Mam już pełny kalendarz. (Nawet jeśli jest pełny… pustych stron, to zostawiasz w nim miejsce dla siebie – możesz je zapisać, jak tylko chcesz).

Złożyłam samej sobie obietnicę, że będę szanować własną duszę, więc muszę odmówić.

Nie byłabym w stanie zaangażować się w stu procentach, a ten projekt na to zasługuje, dlatego muszę powiedzieć: „Nie”.

To chyba jakiś żart.

Za bardzo się szanuję, żeby się zgodzić.

Nie mam do tego przekonania.

Posłuż się językiem ciała: wyciągnij rękę, jakbyś chciał kogoś zatrzymać, i pokręć przecząco głową.

Odpuszczę to sobie.

Po prostu nie mogę.

Nie, znam swoje możliwości i wreszcie jestem gotowa wziąć je pod uwagę.

Zbyt mocno kocham samą siebie, żeby powiedzieć: „Tak”.

Ćwiczę zgadzanie się na to, co ma dla mnie największe znaczenie, dlatego w tej sytuacji muszę odmówić.

Nie, ale dziękuję za propozycję.

Mój czas jest tak cenny i ograniczony, że zawężam krąg osób, którym go poświęcam.

Jaki cudowny pomysł/plan. Żałuję, że do was nie dołączę.

Brzmi świetnie, ale to nie dla mnie.

Nie mogę. Robię sobie przerwę od… (uzupełnij odpowiednio do okoliczności).

Znam swoje granice i muszę je szanować.

Wyślij swoje „nie” SMS-em.

Albo e-mailem.

Albo napisz na chacie.

Pokaż je w języku migowym.

Nagraj odmowę na pocztę głosową, kiedy jesteś pewny, że druga osoba nie odbierze.

Nigdy.

Nigdy w życiu.

To nie brzmi jak coś dla mnie. Dzięki, ale nie.

Pokręć głową.

Wyciągnij dłoń z kciukiem skierowanym w dół.

Nie. Nie chcę. (Bez cienia poczucia winy czy skruchy).

Nein.

Não.

Niet.

No (z amerykańskim akcentem).

Nie-e.

Nie ma szans.

Zapomnij o tym.

Po prostu powiedz „nie”, im szybciej, tym lepiej.

Pamiętaj, to słowo to nie przekleństwo, tylko prezent, który podarowujesz sobie za każdym razem, kiedy je wypowiadasz.

Odmawiać pomagają mi słowa poety Iaina Thomasa: „A każdego dnia świat będzie ciągnął cię za rękę, wołając: »To jest ważne! I to jest ważne! I to też jest ważne! Musisz się tym przejmować!«. I każdego dnia ty sam musisz wyszarpnąć mu swoją dłoń, położyć ją na sercu i odpowiedzieć: »Nie. To jest ważne«”.

Więc połóż dłoń na swoim pięknym sercu i przypomnij sobie, dla kogo odmawiasz. Poczuj, że to „nie” jest w rzeczywistości głośnym „tak” dla ciebie samego.