KochajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kochaj
Kochaj
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,89  49,51 
Kochaj
Kochaj
Audiobook
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lekcja 3

Strach to bezwstydny kłamczuch

Mój tata rzucał światu wyzwanie z pokładu bombowca B-24. Wciskał swoje metr osiemdziesiąt dwa na tylne stanowisko w samolocie, kulił się i zasypywał niebo pociskami.

„Tra-ta-ta-ta-ta-ta-ta!” – wołał, młócąc pięściami powietrze, żeby pokazać nam, jak to wyglądało. Był najwyższym strzelcem ogonowym w 24. Dywizjonie Bojowo-Kartograficznym, ale zgłosił się do zadania dla żołnierza niskiego wzrostu, bo niebezpieczne misje były lepiej wynagradzane, a jego rodzina potrzebowała pieniędzy.

Sierżant sztabowy Thomas A. Brett był nieustraszony. Wziął udział w ponad trzydziestu misjach na chińsko-birmańsko-indyjskim teatrze działań wojennych.

A potem wrócił do rodzinnego miasteczka w stanie Ohio i nauczył swoje dzieci bać się życia.

Niebezpieczeństwa czyhały na nas wszędzie. Zbyt nisko zwieszona gałąź tylko czekała, żeby wykłuć komuś oko. Gumka recepturka wystrzelona z palca też mogła oślepić. Siedzenie zbyt blisko telewizora osłabiało wzrok. Trzymanie rąk w kieszeni groziło śmiercią, bo w razie potknięcia nie dałoby się osłabić skutków upadku.

Mogliśmy zapomnieć o przejażdżce skuterem śnieżnym (uraz głowy), wejściu do oceanu (utonięcie) czy jeździe samochodem kompaktowym (pewny zgon).

Mój tata miał przygotowany plan awaryjny na każdą okazję – do nóg naszych łóżek przywiązana była nawet gruba lina, żebyśmy w razie pożaru mogli wyrzucić ją przez okno i zsunąć się po niej na ziemię z drugiego piętra.

Tata wpoił nam lęk przed światem. Okazało się jednak, że to on był dla nas największym zagrożeniem. Nadal muszę przykrywać uszy kołdrą przed snem, żeby nie słyszeć kroków taty na schodach i jego chrapliwego oddechu, gdy się nade mną pochylał. Zdradzał go jeden skrzypiący stopień, więc mogłam udawać, że śpię.

Zawsze gdy słyszę piosenkę Reby McIntyre Because of You („To przez ciebie”), jej słowa nie dają mi spokoju: „To przez ciebie nigdy nie odchodzę zbyt daleko. To przez ciebie nauczyłam się działać ostrożnie, żeby nikt mnie nie skrzywdził. To przez ciebie trudno mi zaufać nie tylko sobie samej, ale i wszystkim wokół. To przez ciebie się boję”.

Nam nie wolno było przechodzić na drugą stronę Sycamore Street, przy której stał nasz dom. Aż do liceum za każdym razem musieliśmy prosić rodziców o zgodę, chociaż mogliśmy grać na ulicy w baseball i piłkę nożną. I bądź tu mądry.

Nadal boję się, że ktoś ważniejszy ode mnie w ostatnim momencie odbierze mi wszystko, na co się cieszę. Nadal odpycham od siebie ludzi, zanim będą mieli okazję, żeby mnie zranić albo rozczarować. Wciąż dźwięczą mi w uszach przestrogi z dzieciństwa: „Świat nie jest bezpiecznym miejscem. Uważaj na siebie. Nie oddalaj się od domu. Najważniejsza jest rodzina. Rodzina cię ochroni”.

A co, jeśli to właśnie rodzina zagraża ci najbardziej?

Wtedy nie masz już nikogo.

A przynajmniej tak się czułam, kiedy płakałam w samotności, siedząc na gałęzi naszej jabłoni, wśród stert prania albo w łóżku, próbując ukołysać się do snu.

Dorastałam, bojąc się życia.

Wiele z moich decyzji nadal podyktowanych jest strachem. Nawet decyzja o tym, jak się ubrać. Czy ta sukienka nie jest zbyt seksowna? Czy nie wyglądam w niej tak kobieco i bezbronnie, że sprowokuję kogoś do ataku? Czy w razie potrzeby będę mogła uciekać w tych butach?

Kiedy wsiądę do samochodu, blokuję drzwi; w domu też zamykam się na cztery spusty.

Ktoś mógłby to wziąć za zwykłą nerwowość. Nic z tych rzeczy – to najprawdziwszy strach.

Kiedyś usłyszałam radę, że warto nadać swojemu lękowi datę ważności. Przez jakiś czas mi to pomagało, ale potem strach znów zagościł w moim życiu.

Przeczytałam gdzieś, że odwaga to moment, kiedy nikt inny nie wie, jak się boimy. Dlatego dla inspiracji sięgam po książki o dzielnych kobietach takich jak Maria Curie-Skłodowska, Rosa Parks i Joanna d’Arc, która jako trzynastolatka usłyszała głos Boga i podążyła za nim po śmierć na stosie sześć lat później.

Powoli kruszę tę górę lodową strachu, a przynajmniej jej wystający z wody wierzchołek, żeby nie niszczyła mi życia. Bardzo chciałabym się z nią rozprawić na dobre. Choć nie stopniała jeszcze do końca, duży kawałek zostawiłam za sobą w Maine wiosną 2017 roku podczas warsztatu „Rozwój osobisty nad morzem”, prowadzonego przez pisarkę Cheryl Richardson.

W pewnym momencie Cheryl poprosiła uczestniczki o odpowiedź na pytanie: „Co zmieniłabym w moim życiu, gdybym wiedziała, że nic złego się nie stanie?”.

O rany, ja zmieniłabym wszystko.

Podchodziłabym do samochodu, nie spodziewając się w każdej chwili napadu. Otwierałabym w domu okna bez obaw, że później znajdę w szafie intruza. Rozwijałabym nowe zainteresowania, nie martwiąc się, że coś mi nie wyjdzie albo że zrobię sobie krzywdę. Byłabym bardziej autentyczna i wyrażałabym swoją prawdę. Częściej spacerowałabym na łonie natury, nie drżąc ze strachu przed dzikimi zwierzętami – i ludźmi.

Zaryzykowałabym sławę, nie obawiając się, że stracę życie prywatne. Jadłabym więcej lodów, mając w nosie, czy po osiemdziesiątce dostanę udaru. Napisałabym te wszystkie książki, które w sobie noszę, nie cenzurując ich ze względu na moją rodzinę. Podróżowałabym częściej bez obaw, że zginie mi bagaż, a ja się zgubię.

Bardziej ufałabym życiu. Bardziej kochałabym życie – choć już jestem w nim zakochana.

Kiedy opowiedziałam w grupie o moim nieustannym lęku przed światem, Cheryl kazała mi go opisać, a potem zamknąć oczy.

– Wsłuchaj się w siebie i wybierz jakąś liczbę – poleciła.

– Pięć.

– Tyle miałaś lat – stwierdziła.

Później zaproponowała, żebym wzięła kilka głębokich oddechów i podzieliła się z grupą obrazem, słowem, dźwiękiem lub zapachem, który przyjdzie do głowy tej pięciolatce. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że naprawdę zrobiłam unik.

– Uchylam się przed ciosem – powiedziałam.

– Widziałyście, jak to robi? – zapytała uczestniczki Cheryl. Gdy wszystkie przytaknęły, poprosiła mnie o więcej informacji. – Kto cię bił?

– Mój tata. Moja nauczycielka w pierwszej klasie. Moja nauczycielka w trzeciej klasie.

– Od tamtej pory robisz uniki przed życiem – wyjaśniła Cheryl.

Trafiła w dziesiątkę.

Nadal uchylam się przed pasem ojca, lodowatym milczeniem matki, drewnianym wiosłem siostry Peter i książką, którą siostra Dolores walnęła mnie w głowę.

Podczas warsztatów postanowiłam pójść na terapię, żeby skończyć z tymi nieustannymi unikami. Nie chcę dawać takiego przykładu moim wnukom i pokazywać im życia ograniczonego przez strach.

Przed wyjazdem z ośrodka stanęłam na balkonie w moim pokoju i ostatni raz porządnie się wypłakałam. Teraz płacz zawsze przynosi mi ulgę, bo pozwalam sobie poczuć pełnię bólu i smutku, skrywanych pod bezbrzeżnym strachem. Kiedy spuściłam wzrok, zobaczyłam kaczki dokazujące w porcie przed moimi oknami.

Ptaki nurkowały, znikając w ciemnej toni, wyłaniały się z niej mniej więcej metr dalej, trzepotały entuzjastycznie skrzydłami, odpływały kawałek i powtarzały wszystko od nowa. Moje łzy przerodziły się w śmiech. Zrozumiałam, co chce mi przekazać świat.

Dosyć robienia uników przed życiem.

Czas się w nim zanurzyć.

Lekcja 4

Jeśli chcesz, żeby wszystko

się zmieniło, zmień jedno – siebie

Alkohol wspaniale uśmierza ból.

Przez pewien czas był moim najlepszym przyjacielem. W szkole średniej prawdopodobnie uratował mi życie. Bardzo cierpiałam, a on łagodził mój ból.

Niektórzy uciekają w jedzenie, hazard, seks albo leki. Ja wybrałam alkohol. Albo to on wybrał mnie. Człowiek, który ma skłonność do uzależnień i nie pracuje nad sobą, wyniszcza się tym, co zapewnia mu dobre samopoczucie. Pragnie mieć tego coraz więcej: więcej ciasta, więcej chleba, więcej seksu, więcej cukru, więcej trawki, więcej tabletek, więcej wygranych w pokera. Jak stwierdził jeden z moich przyjaciół na odwyku: „Moim ulubionym narkotykiem było »więcej«”.

To niekończące się poszukiwanie czegoś, co wypełni w nas tę czarną dziurę, którą ostatecznie może wypełnić tylko jedno: więcej Boga.

Nigdy w życiu nie piłam dla towarzystwa. Piłam, żeby się upić. Uwielbiałam ten stan. Alkohol przenosił mnie na drugą stronę szklanej ściany, za którą wszyscy wydawali się szczęśliwi, radośni i wolni. Dawał mi przepustkę do tego świata i jednocześnie był niepodważalnym alibi. Jeśli wdałam się z kimś w pyskówkę, mogłam winić za to piwo. Jeśli flirtowałam z chłopakiem przyjaciółki, mogłam zasłaniać się winem. Jeśli wgniotłam komuś samochód, mogłam zrzucić to na whisky.

Nie pamiętam swojego pierwszego drinka. Tata smarował nam dziąsła whisky, kiedy ząbkowaliśmy. Na przeziębienie dostawaliśmy whisky z miodem i cytryną. Uwielbiałam uczucie, jakie ogarniało mnie, gdy wylizywałam dno szklanek po whisky po wizycie ciotek i wujków. Kochałam to palenie w gardle. Bursztynowy płyn topił się w drodze do żołądka. Miałam wrażenie, że połykam żar, który rozpala w moim wnętrzu płomień. Nagle czułam, że żyję.

Po alkoholu stawałam się pewna siebie, zabawna, seksowna i inteligentna. W szkole średniej im więcej piłam, tym bardziej byłam lubiana. Koledzy się za mną uganiali. Jeśli ich dziewczyny odmawiały im seksu, zrywali z nimi i zaczynali podrywać mnie. Nie chcieli się ze mną umawiać, tylko mnie obściskiwać. Wiedziałam, że żaden z nich mnie nie kocha, ale czułam, że mnie pragną. Boże, wreszcie ktoś mnie pragnął.

Na zdjęciu w albumie szkoły średniej w Ravennie z 1974 roku trzymam w ręku piwo. Moim ulubionym przedmiotem było picie. Miałam nawet ksywkę „Pijaczka”. Nie mogłam legalnie kupić alkoholu, ale bez trudu potrafiłam go zdobyć. Kiedyś przyniosłam do szkoły butelkę rumu ukradzioną z przyjęcia. W ramach projektu chemicznego zrobiłam domowe wino. Po koncercie chóru w siedzibie stowarzyszenia Elks Club wyniosłam pod togą butelkę ginu.

 

Gdy w weekendy wracałam pijana do domu, po drodze jadłam paczkę tabletek na kaszel, żeby zamaskować zapach alkoholu. Tak często potykałam się na schodach, że golenie miałam pokryte siniakami. Sięgałam po sikacze, wina marki wino i tanie piwo, żeby osiągnąć upragniony stan zamroczenia. Później zaczynały się zawroty głowy, żołądek podchodził mi do gardła, aż w końcu ogarniały mnie mdłości i wymiotowałam.

Jako siedemnastolatka spotykałam się z chłopakiem, który miał dwadzieścia jeden lat i wprowadzał mnie do barów. W pewnym momencie dowiedziałam się, że jest zaręczony. Ta wiadomość mnie zdruzgotała. Uważałam się za jego dziewczynę. Zadzwoniłam do niego z jakiejś imprezy i powiedziałam, że to koniec. Potem się upiłam. Wyszłam z tego przyjęcia z futbolistą amerykańskim, którego nie znałam zbyt dobrze. Po tej nocy już nigdy go nie zapomnę.

Bo o gwałcie się nie zapomina. Rzucił się na mnie i chociaż płakałam, prosiłam, żeby przestał, i próbowałam go z siebie zepchnąć, na nic się to nie zdało.

Cierpienie, od którego uciekałam w alkohol, stało się jeszcze większe. Przestałam być duszą towarzystwa. Coraz słabiej reagowałam na alkohol. Kiedyś zamroczenie trwało trzy godziny, później dwie, jedną, aż w końcu w ogóle nie przychodziło – czułam jedynie coraz większy ból. Pewnej nocy pocięłam się kawałkiem szkła w barowej łazience, ale za bardzo się bałam, żeby popełnić samobójstwo. W niektóre wieczory wchodziłam między rozpędzone samochody, jakbym chciała zginąć pod kołami.

Często prowadziłam pod wpływem alkoholu. Dzięki Bogu nigdy nikogo nie potrąciłam. Dziś przeraża mnie własna lekkomyślność. Trasa do domu była prosta, nie musiałam nigdzie skręcać ani podejmować żadnych ważnych decyzji. Wyłączałam tylko światła – mój pijany mózg sądził, że stanę się w ten sposób niewidzialna i nie zatrzyma mnie policja.

Alkohol i ból mąciły mi w głowie. Nie mogłam przez nie dojrzeć i dorosnąć. W ostatniej klasie liceum umawiałam się z narkomanem. Brał kwas i amfetaminę. Nie przeszkadzała mu moja reputacja. Być może nawet robiła na nim wrażenie. On imprezował, odurzony narkotykami, ja – odurzona alkoholem.

Razem z przyjaciółmi wciągali kokainę i czerpali garściami z misy pełnej tabletek o różnych rozmiarach i kształtach. Połykali je równie beztrosko, jakby chodziło o m&m’sy. Mówił mi, że mnie kocha, i planowaliśmy się pobrać, ale któregoś dnia oświadczył, że wstąpił do marynarki. Ja zaczęłam spotykać się z kimś innym i zaszłam w ciążę. Miałam dwadzieścia jeden lat.

Nie pamiętam swojego pierwszego drinka, ale myślę, że nigdy nie zapomnę, dlaczego postanowiłam z tym skończyć.

W piątym miesiącu ciąży nadal chodziłam do barów, ale zamawiałam tylko napoje gazowane. Kiedyś zaprosił mnie na randkę członek uniwersyteckiej drużyny sportowej. Przyjaciele radzili, żebym trzymała się od niego z daleka. Ostrzegali, że jest narkomanem i fatalnie traktuje kobiety. Uznałam to za wyzwanie.

Poszliśmy do kina, a w drodze do domu kupił sześciopak piwa. Zaparkował w odludnym miejscu i zaczął mnie całować. Był coraz bardziej natarczywy, więc żeby uniknąć gwałtu, zaspokoiłam go w inny sposób. Musiałam z nim wynegocjować, żeby mnie nie zgwałcił. Jakie to poniżające. Później powiedział mi kilka komplementów, więc, niestety, postanowiłam dać mu drugą szansę.

Którejś nocy, gdy wracałam z nim z baru, zatrzymał samochód na poboczu. Tym razem mnie zgwałcił. Wyrywałam się, błagałam, żeby przestał, i płakałam. Próbowałam wpaść w złość, ale nie potrafiłam. Kiedy mój ojciec mnie bił, nigdy nie byłam na niego zła. W takich sytuacjach ogarniał mnie jedynie smutek i strach. Czułam się skrzywdzona i nic niewarta. Teraz też mogłam tylko powtarzać bez końca słowo „nie”. Szlochałam przez cały czas. Przegrałam kolejną walkę. Przegrało też moje dziecko. Nie umiałam ochronić ani siebie, ani jego. Zawiodłam jako rodzic, zanim jeszcze nim zostałam.

Po wszystkim mój gwałciciel odwiózł mnie do domu. Gdy wysiadałam z samochodu, parsknął śmiechem.

Tydzień później zobaczyłam go na imprezie. Ignorował mnie, więc ze złości postanowiłam się upić. Byłam zła, zraniona i zagubiona. Nikomu nie powiedziałam, co się wydarzyło. Tak samo jak nie doniosłam na tamtego amerykańskiego futbolistę.

Kolejne szklanki whisky miały być ciosami wymierzonymi im obu, ale alkohol szkodził tylko mnie. Próbowałam zabić swoje cierpienie. Cierpiałam przez to, co mi zrobili. Cierpiałam, bo wszędzie czułam się obco. Cierpiałam, bo nikt mnie nie kochał. Ale ból rósł coraz bardziej, więc wsiadłam do samochodu i odjechałam.

Przed każdym zakrętem planowałam wjechać w drzewo albo lampę uliczną, ale w ostatniej chwili powstrzymywał mnie strach, że się nie zabiję. Bałam się, że drzewo nie będzie wystarczająco grube albo że za wolno jadę. A co, jeśli zostanę sparaliżowana?

I nagle uświadomiłam sobie z całą mocą, że jestem w ciąży. Nie mogłam odebrać życia innemu człowiekowi. To dziecko zasługiwało, żeby się urodzić. Wjechałam na parking, wytoczyłam się z samochodu na żwir i rozpłakałam.

Jakiś głos we mnie wzywał Boga. „Pomóż mi, proszę. Nie mogę już tego znieść!” – wołałam. Nie wiem, jaki Bóg odpowiada na rozpaczliwe jęki pijaków, ale zostałam wysłuchana.

Błagałam o życie – nie o jego koniec, tylko o nowy początek. I w tym momencie Bóg mi go zesłał. Nie spłynął na mnie wielki spokój, nie poczułam ukojenia ani łagodnego ciepła. Ale tej nocy przestałam pić. I wytrwałam w trzeźwości prawie dwa lata. Nie zerwałam z dawnym stylem życia, ale przestałam sięgać po alkohol.

Urodziłam zdrową dziewczynkę, a kilka miesięcy później zakochałam się w nieobliczalnym alkoholiku. Praktycznie nie trzeźwiał, więc szukałam sposobu na to, żeby wyciągnąć go z nałogu. Kiedy zwróciłam się o pomoc do kobiet w programie dwunastu kroków, powiedziały mi, żebym dała sobie z nim spokój i zaczęła kochać siebie. Posłuchałam ich, a moje życie stało się lepsze. Znacznie lepsze.

Ale każdy zdrowiejący alkoholik wie, że „nie ma żadnej psychicznej obrony przed pierwszym drinkiem”. Pewnego dnia bez wyraźnego powodu przerwałam abstynencję. Stało się jednak coś dziwnego: nie mogłam się upić. Alkohol przestał na mnie działać.

Chociaż słaniałam się na nogach, mój umysł pozostał trzeźwy. Flirtowałam ze swoim żonatym szefem, słysząc w głowie głos rozsądku: „Nie rób tego!”. Najwyraźniej doznałam rozdwojenia jaźni: jedna Regina była pijana, druga wciąż myślała przytomnie.

Przy kilku kolejnych okazjach nadal nie udawało mi się upić.

Któregoś wieczora zapragnęłam uśmierzyć swój ból. Martwiłam się, że znów sięgnę po kieliszek, więc zamiast tego sięgnęłam po słuchawkę telefonu. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Kathy i wreszcie opowiedziałam komuś o swoim piciu. Zwierzyłam się jej z cierpienia, które usiłowałam zalać alkoholem, i z bólu, jakiego przysporzyły mi te próby.

Tej jesieni Kathy zaprosiła mnie do swojego kręgu znajomych – zdrowiejących alkoholików, którzy pomogli jej mężowi wyjść z nałogu. Poznałam tam dozgonnych przyjaciół. Ci ludzie pokochali mnie, zanim sama umiałam się pokochać. Dali mi nową nadzieję i siłę, żeby zacząć od początku.

Kiedy ja się zmieniłam, zmieniło się wszystko w moim życiu. Teraz mam nowego Boga, który kocha mnie taką, jaka jestem. Mam lojalnych przyjaciół, którzy kochają mnie taką, jaka jestem. Mam nową relację z rodziną, która kocha mnie taką, jaka jestem. Mam męża, który ubóstwia mnie taką, jaka jestem.

A co najlepsze, wreszcie potrafię kochać siebie taką, jaka jestem, i przyjąć miłość moich bliskich.

Lekcja 5

Ludzie zaczną cię lepiej traktować,

kiedy uwierzysz, że na to zasługujesz

Sześć miesięcy.

Mniej więcej tyle wytrzymywałam w związku, dopóki nie poznałam mojego męża.

Cykl zawsze wyglądał tak samo: najpierw, zaślepiona pożądaniem, ignorowałam wszystkie sygnały ostrzegawcze i patrzyłam na wybranka przez różowe okulary, potem zauważałam jego wady, ale udawałam, że ich nie ma, aż w końcu sytuacja stawała się tak napięta, że zrywaliśmy z hukiem.

Trwałam zbyt długo w toksycznych relacjach, bo bałam się, że nie stać mnie na nic lepszego. Za każdym razem, gdy któreś z nas dochodziło do wniosku, że pora odejść, wylewałam morze łez. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to już koniec. Straciłam ostatnią osobę, która mogła mnie kiedykolwiek pokochać.

Albo prawie pokochać.

Świetnie podsumowuje to cytat z filmu Charlie: „Przyjmujemy taką miłość, na którą swoim zdaniem zasługujemy”.

Miłość mojego życia znalazłam w chwili, kiedy przestałam jej szukać i sama się nią stałam. Wcześniej w każdym związku powtarzałam ten sam błąd. Nie rozumiałam, dlaczego to robię, dopóki terapeutka w ośrodku Meadows w stanie Arizona nie nazwała tego mechanizmu „uzależnieniem od miłości”.

Pia Mellody, autorka wielu książek na ten temat, potraktowała moją przeszłość jak rozsypane fragmenty układanki. Złożyła je w całość, a potem podała mi kartkę z poniższą definicją. Miałam poczucie, że to diagnoza choroby:

„Uzależnienie od miłości albo relacje o charakterze uzależnieniowym oznaczają, że poświęcamy partnerowi zbyt dużo czasu i uwagi, przypisując mu wyższą wartość niż sobie. Towarzyszą temu nierealistyczne oczekiwania bezwarunkowych pozytywnych wzmocnień i żądanie, żeby partner ignorował własne problemy”.

Byłam tak spragniona miłości, że na podstawie moich wyborów można by opracować broszurę „Oznaki i symptomy uzależnienia od miłości”.

Umawiasz się z mężczyznami, których ci żal.

Bierzesz współczucie za miłość.

Szkoda ci mężczyzn, którzy cię krzywdzą.

Mylisz miłość z ratowaniem potrzebujących.

Zaniedbujesz przyjaźnie, gdy tylko na horyzoncie pojawi się nowy facet.

Odwołujesz spotkania z koleżankami na wypadek, gdyby chciał się z tobą umówić.

Zachowujesz się tak, jakby to on był najważniejszą osobą w twoim życiu, a nie ty sama.

Wierzysz, że potrafisz uzdrowić ludzi swoją miłością, żeby już nigdy nie czuli się tak samotni, smutni albo zrozpaczeni jak ty – dawniej lub dziś.

Łamiesz obietnice złożone znajomym, rodzinie i dzieciom, spędzasz z nimi zbyt mało czasu.

Zarywasz noce, żeby z nim rozmawiać albo uprawiać seks, chociaż jesteś wykończona.

Uprawiacie seks zawsze, kiedy on tego chce, nawet jeśli nie odpowiada ci miejsce, czas albo okoliczności.

Okłamujesz sama siebie, że wszystko jest w porządku – nawet w pamiętniku.

Ustalasz sobie granice, ale nie trzymasz się ich, tylko przesuwasz je coraz dalej. Stawiasz mu warunki, ale gdy tylko je złamie, łagodzisz wymagania.

Ryzykujesz utratę pracy, przyjaciół, rodziny i zdrowia, żeby spotykać się z nim na jego zasadach.

Ubierasz się dla niego, nie dla siebie.

Nie umiesz wyobrazić sobie życia bez niego.

Ciągle się zastanawiasz, jak sprawić, żeby pokochał cię tak, jak tego pragniesz.

Potrzebujesz jego nieustannej uwagi i aprobaty, ale nigdy nie potrafisz się nimi nasycić. Nieważne, ile czasu spędzacie razem, tobie zawsze jest mało. Kiedy wychodzi, masz wrażenie, że cię odrzuca.

Czujesz się tak niewarta miłości, że godzisz się na rozpacz zamiast niej.

Moje życie odmieniły: terapia, poradniki i rekolekcje duchowe. Dzięki nim stopniowo poradziłam sobie z uzależnieniem od miłości. Jak to zrobić?

Przede wszystkim musisz całkiem wyplątać się z toksycznego związku. Daj sobie czas na to, żeby płakać, przeklinać, jęczeć z tęsknoty i wreszcie – dojść do siebie, zanim nawet przejdzie ci przez myśl, żeby umówić się z kimś nowym.

Jeśli jego imię wciąż brzmi dla ciebie jak zaklęcie miłosne, zmień równanie w swojej głowie. Ludzie na odwyku uczą się myśleć: „alkohol = kłopoty” zamiast „alkohol = przyjemność”. Ja walczyłam w ten sposób z uzależnieniem od Davida. Powtarzałam sobie: „David = kłopoty”, „David = cierpienie”.

Przestań fantazjować o miłych chwilach, tworząc z nich lukrowaną przeszłość, której nigdy nie było. Przypomnij sobie przykre momenty, ból, smutek, samotność. Poczuj je w pełni, żeby uświadomić sobie, że nie chcesz już tak żyć.

Oprzyj się pokusie, żeby do niego napisać albo zadzwonić. Nie przejeżdżaj obok jego domu. Skasuj stare SMS-y, e-maile i nagrania na poczcie głosowej. Myślisz, że po rozmowie z nim poczujesz się lepiej. Masz rację. Ale później będzie ci jeszcze gorzej. Wykaż się silną wolą: nie wąchaj koszuli, którą u ciebie zostawił, i wybij sobie z głowy, że powinnaś mu ją zwrócić. Nie szukaj pretekstu do spotkania.

 

Zaplanuj dzień z myślą o sobie, zamiast pogrążać się we wspomnieniach. Przestań oglądać filmiki, na których jesteście razem. Teraz sprawiają wrażenie komedii romantycznej, ale tak naprawdę to horrory, w których obcy pożera żywcem twoje serce.

Zamień stary związek na nowy – ze sobą. Stań się obiektem własnych westchnień.

U mnie przełomem był moment, kiedy zerwałam z partnerem nie dla innego mężczyzny, tylko dla siebie. W Jezuickim Domu Rekolekcyjnym w Panamie spotkałam kobietę, dzięki której nauczyłam się, że zasługuję na własną miłość i wybaczenie.

Siostra Ann przeżyła pożar, po którym jej ręce były tak okaleczone, że wymagały chirurgicznej rekonstrukcji. Później pracowała na oddziałach leczenia oparzeń, dzieląc się swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Należy do Szarych Sióstr, obejmujących opieką tych, o których nie dba nikt inny. Poznałam ją, gdy prowadziła rekolekcje dla kilkudziesięciu kobiet z podobną historią do mojej: alkoholiczek na odwyku, fanatyczek miłości i poranionych dusz.

Zwierzyłam się jej ze swoich problemów w rozmowie w cztery oczy. Orzekła, że jestem uzależniona od myślenia o sobie źle i dlatego najwygodniej czuję się w toksycznych relacjach. Poradziła mi, żebym zaczęła modlić się za siebie każdego ranka. Miałam ćwiczyć kochanie Reginy po to, żeby móc obdarzyć prawdziwą miłością innych – i umieć przyjmować ich uczucie.

W kaplicy poprosiła, żebyśmy uformowały ze złożonych dłoni naczynie, zamknęły oczy i wypełniły tę przestrzeń tym wszystkim, od czego chcemy się uwolnić: naszymi kłopotami, lękami i urazami. Przez chwilę medytowałyśmy w milczeniu, a później rozpostarłyśmy palce, żeby Bóg zabrał to, co już nam nie służy. Następnie złożyłyśmy dłonie w ten sam sposób i umieściłyśmy w nich to, za czym tęskniłyśmy: miłość, czułość, poczucie bezpieczeństwa, radość. Czułyśmy, jak stopniowo przenikają nas te dary, rozlewając się z niewidzialnego naczynia na nasze dłonie, ręce, myśli i duszę.

Tego dnia w zaciszu swojego pokoju umieściłam w złożonych dłoniach całą nienawiść, jaką czułam do siebie samej, wszystkie błędy i krzywdy z przeszłości. Zrzekłam się ich. Wreszcie byłam gotowa na to, żeby sobie wybaczyć, pokochać siebie, uwierzyć, że zostałam stworzona jako godna miłości, dobra i wyjątkowa.

Jakie miałam prawo kwestionować ten uświęcony projekt?

Uwieczniłam swój nowy początek na piśmie, żeby stał się dla mnie realny:

„Regino, przez większość życia Cię nie lubiłam, a czasem nawet nienawidziłam. Sprawiałam Ci ból. Dziś zapragnęłam Cię pokochać. Pokocham tę osobę, którą teraz jesteś. Wybaczam Ci wszystkie krzywdy i cierpienia. Wybaczam Ci, że pozwalałaś się krzywdzić innym. Jesteś godna prawdziwej, autentycznej miłości. I ja Cię nią obdarzę”.

Podczas tych rekolekcji przestałam się nad sobą użalać, a zaczęłam myśleć o sobie z dumą.

To był dopiero pierwszy krok – ale właśnie tyle wystarcza do zmiany.

Od tamtej pory minęło kilkadziesiąt lat i mogę uczciwie powiedzieć, że żyję tak, jakbym była kochana. I czuję ogromną różnicę. Zawsze, gdy słyszę piosenkę Hawka Nelsona Live Like You’re Loved („Żyj, jakbyś był kochany”), mam wrażenie, że to mój osobisty hymn, więc nastawiam głośniej radio i śpiewam razem:

Odważ się żyć, jakbyś był kochany

Możesz pokazać, że odzyskałeś wolność

Z Jego miłością niczego Ci nie brakuje

Więc odważ się być tym, kim Cię uczynił

I żyj, jakbyś był kochany

Żyj, jakbyś był kochany…

Tylko tak warto żyć.