Bóg nigdy nie mrugaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bóg nigdy nie mruga
Bóg nigdy nie mruga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,89  43,91 
Bóg nigdy nie mruga
Bóg nigdy nie mruga
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lekcja 3

Życie jest za krótkie, żeby tracić czas na nienawiść

Dzieci nie widziały się z ojcem od dziesięciu lat.

Trudno im się dziwić.

Nie rozmawiały z nim od czterech lat.

Nie miały mu już nic do powiedzenia.

Ich ojciec nigdy nie przestał pić. Jak wielu alkoholików, wielokrotnie rzucał nałóg, ale zawsze do niego wracał. Potrafił wytrzeźwieć. Nie potrafił tylko wytrwać w trzeźwości.

Moja przyjaciółka Jane próbowała ratować swoje małżeństwo, mimo niedotrzymywanych obietnic i pustego konta w banku. Ona zajmowała się dziećmi; jej mąż zajmował się piciem.

Trwała przy nim przez dwadzieścia lat. Kiedy nie pił, był wspaniałym człowiekiem. Miał dobre serce i wszystkich rozśmieszał. Nie znęcał się nad rodziną, tylko ją zaniedbywał. Nie potrafił utrzymać żadnej pracy. Nie płacił rachunków. Nie można było na nim polegać w żadnej sprawie.

W końcu stracili dom.

Pewnego dnia Jane zakończyła wreszcie ich małżeństwo, a właściwie to, co z niego zostało. W 1979 roku, kiedy się rozwiedli, dzieci były już nastolatkami. Starsza córka miała 17 lat, syn – 15, a najmłodsza córka – 13. Mijały lata. Ojciec z rzadka pojawiał się w ich życiu. Dzwonił do dzieci co kilka lat. Próbował odwyku. Za każdym razem wracał do nałogu.

W końcu niemal zniknął z ich życia: minęło dziesięć lat od ostatnich odwiedzin, a cztery od ostatniej rozmowy telefonicznej. Któregoś wiosennego dnia zadzwonił telefon. Ktoś ze szpitala w Parmie skontaktował się z synem, szukając najbliższej rodziny jego ojca.

Syn zadzwonił do mamy. Jane powiedziała mi, że kiedy usłyszała: „Tata umiera na raka”, poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w brzuch.

Ale stało się z nią coś dziwnego. Wszystkie lata cierpień i gniewu nagle przestały się liczyć.

Jej były mąż nie miał pieniędzy ani rodziny. Nie ożenił się powtórnie. Nigdy nie widział sześciorga swoich wnucząt. Był w ciężkim stanie. Od tygodnia leżał w szpitalu. Wcześniej przeszedł operację raka jelita grubego, o czym nic nie wiedzieli. Zostało mu niewiele czasu.

Jane zawiozła dzieci do szpitala, żeby odwiedziły ojca. Sama nie weszła do pokoju. Po rozwodzie wyszła ponownie za mąż i zaczęła nowe życie. Nie widziała pierwszego męża od dwudziestu lat. Nie chciała go stresować swoją obecnością, sama też nie chciała się denerwować. Musiała być silna dla dzieci.

Siedząc przed pokojem szpitalnym, przemyślała, co musi zrobić. W drodze powrotnej powiedziała dzieciom, że pokryje wszystkie koszty leczenia. Potem pomogła umieścić ich ojca w hospicjum. Codziennie jeździła do niego z dziećmi, żeby je wspierać, ale nigdy nie weszła do jego pokoju. To byłoby nie na miejscu.

W tych ostatnich dniach ojciec i dzieci znów stali się rodziną. Dawne urazy zbledły. Kiedy rozmawiali o przeszłości, przywoływali same dobre wspomnienia. Dzieci mówiły ojcu, że go kochają – i uświadomiły sobie, że to prawda.

Jane razem z dziećmi zajęła się zorganizowaniem pogrzebu, wyborem trumny, zamówieniem kwiatów. Postanowili nie organizować czuwania. Nie chcieli, żeby pamięć o zmarłym splamiły godziny bez odwiedzających albo goście, którzy zadawaliby zbyt wiele pytań o te stracone lata.

Chcieli, żeby umarł tak, jak nie potrafił żyć – z godnością. Kiedy odszedł w czerwcu, wszyscy odnaleźli nowy spokój. Odzyskali wolność – i on również. Nie cierpiał już z powodu raka czy alkoholizmu.

Na pogrzebie jedna z córek odczytała swój wiersz. Inni wspominali szczęśliwe chwile. Moja przyjaciółka podziękowała gościom za przybycie. Zapłaciła za wszystko: za szpital, opiekę w hospicjum, pogrzeb, kwiaty.

Kiedy zapytałam, czemu zrobiła tak wiele, żeby pomóc człowiekowi, który zadał jej tyle bólu, Jane odpowiedziała, że to proste: – Był ich ojcem.

Jak znaleźć w sobie tyle miłości i przebaczenia?

Niektórym dana jest ta łaska, innym przychodzi to z trudem.

Ci, którzy owej łaski nie otrzymali, mogą nauczyć się sztuki przebaczania z Wielkiej Księgi Anonimowych Alkoholików. Przedstawione tam rozwiązanie działa na każdego, kto je zastosuje. Księga głosi, że gdy żywimy do kogoś głęboką urazę, nasze życie staje się puste i nieszczęśliwe. Gorycz przesłania nam światłość Ducha.

W rozdziale „Odzyskiwanie wolności” jedna z osób wspomina artykuł pewnego pastora, na który natknęła się w jakimś magazynie. Pastor o urazach mówił tak:

Jeśli chcesz uwolnić się od jakiejś urazy, pomódl się za osobę lub rzecz, do której ją czujesz, a będziesz wolny. Pomódl się o to, żeby otrzymali wszystko, czego pragniesz dla siebie, a będziesz wolny. Pomódl się o ich zdrowie, powodzenie i szczęście, a będziesz wolny. Nawet jeśli w rzeczywistości im tego nie życzysz, a twoje modlitwy to tylko puste słowa, bo wcale tak nie myślisz, nie przestawaj się modlić. Rób to codziennie przez dwa tygodnie, a zorientujesz się, że zacząłeś w to wierzyć, że naprawdę im tego życzysz. Wtedy zrozumiesz, że dawną gorycz, niechęć i nienawiść zastąpiło w tobie pełne współczucia zrozumienie i miłość.

Wypróbowałam tę metodę. Przynosi zdumiewające efekty. Czasami, kiedy jest mi naprawdę ciężko, muszę się modlić nawet o chęć modlitwy za daną osobę. Zawsze przychodzi.

Chcesz się uwolnić od gniewu, nienawiści, goryczy? Zacznij od przebaczenia. Przebaczając byłemu mężowi, Jane zamknęła za sobą pełną goryczy przeszłość. Przebaczając ojcu, jej dzieci otworzyły się na wolną od goryczy przyszłość.

Lekcja 4

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi

„Rozchmurz się”. „Za bardzo się spinasz”. „Nie traktuj siebie tak poważnie”.

Kiedyś stale słyszałam to od rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy oraz każdego, kto posłuchał mnie dłużej niż pięć minut.

O co im chodziło?

Długo nie mogłam tego zrozumieć, aż w końcu życie mnie złamało i musiałam się poddać. Minęło kilkadziesiąt lat, nim wywiesiłam białą flagę i zaakceptowałam swoją niedoskonałość.

Od urodzenia żywiłam przeświadczenie, że muszę być idealna pod każdym względem, ponieważ w głębi duszy w każdej dziedzinie czułam się jak kompletne zero. Przez całe życie mój mózg wysyła mi fałszywe sygnały ostrzegawcze. Powtarza do znudzenia, że jeśli nie jestem doskonała, to poniosłam klęskę. Mój mózg cierpi na ślepotę barw. Operuje tylko skrajnościami: czerń albo biel, tak albo nie, dobrze albo źle, wszystko albo nic. Szare komórki wypełniające moją czaszkę nie pojmują, że w życiu jest wiele odcieni szarości, a świat to nie zajęcia, które można tylko zaliczyć albo oblać.

Pewnego dnia uświadomiłam sobie wreszcie, że jestem chodzącym kłębkiem nerwów. Przez wiele tygodni pracowałam nad reportażem. Przeprowadziłam dziesiątki wywiadów i wielokrotnie przerabiałam tekst, żeby uzyskać idealny efekt. Tego dnia artykuł ukazał się w niedzielnym wydaniu gazety. Nagle zadzwonił telefon. Jeden z bohaterów podziękował mi za reportaż, wspominając przy okazji, że pomyliłam się w pisowni jego nazwiska. Co takiego?! Przecież wielokrotnie sprawdzałam każdy fakt i każdy wyraz… Mimo to przeoczyłam ten błąd.

Ukryłam twarz w dłoniach i rozpłakałam się przy biurku. Artykuł miał ponad trzy tysiące słów. Pomyliłam się w pisowni jednego, jedynego wyrazu, ale uznałam to za porażkę na całej linii. Kiedy koleżanka z redakcji zobaczyła, że płaczę, podbiegła do mnie.

– Wszystko dobrze? Co się stało? – zawołała zaniepokojona, sądząc, że ktoś umarł.

– Źle… napisałam… jedno… nazwisko – wykrztusiłam.

Popatrzyła na mnie zdumiona. – I to wszystko? – spytała. Pokręciła głową i odeszła. Poraził mnie wyraz jej twarzy. Wyluzuj się, usłyszałam. Tylko że tym razem nikt nie musiał mi tego mówić. Głos dobiegał z mojego wnętrza.

Traktując siebie zbyt poważnie, stałam się również fanatyczną wyznawczynią wielozadaniowości. Nie potrafiłam przekazać innym żadnego, choćby najmniejszego zadania. Wszystko trzeba było zrobić perfekcyjnie, a ja najlepiej wiedziałam, jak tego dokonać. Spisywałam niekończące się listy spraw do załatwienia, zaniedbując własne podstawowe potrzeby, bo przecież beze mnie ziemia przestałaby się kręcić. Taka byłam ważna.

Rośliny w moim domu wskazywały bezbłędnie, kiedy traciłam kontrolę nad swoim życiem – i swoim ego. Pełniły podobną rolę jak kanarki w klatkach, które górnicy zabierali dawniej do kopalni, żeby sprawdzić, kiedy powietrze staje się zbyt zanieczyszczone. Gdy ptak zaczynał chrypieć, trzeba było uciekać. Na tej samej zasadzie, kiedy moje kwiaty niemal usychały z pragnienia, było to dla mnie ostrzeżenie, żeby zaczerpnąć powietrza, przyjrzeć się swojemu życiu i zwolnić. Jeśli rośliny zdradzały oznaki zaniedbania, znaczyło to również, że prawdopodobnie powinnam poświęcić więcej czasu córce. Dzięki Bogu, nigdy nie miałam żadnego zwierzątka.

Dostawałam wiele sygnałów, że powinnam się wyluzować, przestać tak gonić i skupić się na tym, co naprawdę ważne. Na przykład zdarzało się, że nie mogłam podnieść brudnej szklanki z kuchennego blatu, bo się do niego przylepiła. Albo musiałam robić awaryjne zakupy w delikatesach na rogu, bo zabrakło nam chleba, mleka, papieru toaletowego i napoju instant Tang, który był produktem pierwszej potrzeby w naszym domu. (Moja córka niemal każdego dnia zabierała do szkoły taką samą kanapkę – chleb pełnoziarnisty z masłem orzechowym posypany proszkiem Tang – przejęła moje upodobania z dzieciństwa).

Byłam samotną matką, a to oznaczało, że nikt nie wyręczy mnie w zakupach. Jeśli nawaliłam, przychodził taki wieczór, poranek albo weekend, kiedy zamiast papieru toaletowego musiałyśmy używać chusteczek – a bywało i gorzej.

W niektórych dziedzinach zaczęłam już nad sobą pracować. Jadłam śniadanie przed wyjściem z domu. Dawniej zmieniałam biegi, łykając w tym czasie płatki Cheerios. Musiałam kupić pokrowce na siedzenia, żeby zasłonić wszystkie plamy. Zmieniłam więc samochód i wprowadziłam nowe zasady: żadnego jedzenia ani picia za kierownicą. Jak dotąd złamałam się w kwestii jedzenia (rozkładam sobie na kolanach gazetę na okruchy), ale z piciem się pilnuję.

 

I zaczęłam przestrzegać ograniczeń prędkości. Wiele lat temu ani sędzia, ani dwa mandaty po 50 dolarów w ciągu sześciu tygodni nie zdołały mnie przekonać, że więcej zaoszczędzę wychodząc z domu 15 minut wcześniej niż przekraczając dozwoloną prędkość o 15 kilometrów na godzinę. Dopiero kiedy podnieśli mi ubezpieczenie, postanowiłam zacząć przestrzegać prawa. Teraz, kiedy moi pasażerowie narzekają, że jadę za wolno, traktuję to jako komplement.

Od czasu do czasu wciąż jeszcze nabijam sobie siniaki, goniąc za tym ulotnym, idealnym życiem, które zaplanowałam w swoim terminarzu. Ciało nie zawsze nadąża za umysłem. Za szybko przechodzę przez drzwi i obijam sobie biodra. Ścinając róg, zapominam, że tylna część ciała nie wyszła jeszcze na prostą. Najgorsze są szafki na akta. Od ich kantów mam siniaki, które później mienią się wszystkimi kolorami tęczy.

Ale to nic w porównaniu z tym, jak posiniaczone było moje ego po publicznym upokorzeniu, jakie sama sobie zafundowałam, bo szkoda mi było czasu na to, żeby rozebrać się jak należy. Dawniej szybko zrzucałam z siebie ubranie, bo spieszyłam się do ważnych zajęć. Nie zdejmowałam po kolei skarpetek, spodni i bielizny. Robiłam to jednym błyskawicznym ruchem. Majtki i skarpetki zostawały zagrzebane gdzieś w spodniach.

Tego dnia wciągnęłam w pośpiechu spodnie i wybiegłam z domu. Pędziłam przez dzień z prędkością światła. Musiałam załatwić różne ważne sprawy, żeby móc zająć się innymi, jeszcze ważniejszymi. Jedną z nich były zakupy. Wysiadając z samochodu na parkingu przed supermarketem Sparkle, wdepnęłam obcasem w coś miękkiego. Najpierw jęknęłam, sądząc, że to psia kupa. Spojrzałam w dół i zobaczyłam brązową plamę. Był to kłębek damskich rajstop. Schyliłam się i odkryłam, że jest przyczepiony do czegoś, co zwisa z nogawki moich spodni.

Zdezorientowana, ciągnęłam, ciągnęłam i ciągnęłam, czując jak coś pełznie mi w dół po nodze, aż w końcu trzymałam w dłoniach parę rajstop. Ku mojemu przerażeniu, jakiś mężczyzna obserwował całą sytuację z chodnika. Ten obraz wyrył się w mej pamięci niczym fotografia i zawsze przypomina mi, żebym się wyluzowała i zwolniła tempo.

Wciąż jeszcze od czasu do czasu wpadam na szafki z aktami, ale incydent z rajstopami jak dotąd się nie powtórzył. Chociaż kiedyś odkryłam na udzie jakąś dziwną narośl, a gdy wsunęłam dłoń w jeansy, wyciągnęłam z nich brudną skarpetkę, która tkwiła w spodniach, odkąd ostatni raz miałam je na sobie.

Może powinnam była ją tam zostawić jako ochraniacz przed siniakami.

Lekcja 5

Co miesiąc spłacaj zadłużenie na kartach kredytowych

Mój tata płacił za wszystko gotówką.

Jeśli nie starczało mu na coś gotówki, to znaczyło, że tego nie potrzebuje.

Pracował jako blacharz, dekarz albo zdun, zależnie od pory roku. Latem zawieszał rynny i naprawiał dachy; zimą prowadził przewody ciepłownicze i naprawiał piece.

Nigdy się nie dowiedziałam, ile zarabia. Wszystko, co miał, rozdzielał między jedenaścioro dzieci. Dość powiedzieć, że gdy dorastaliśmy, w domu się nie przelewało, ale mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Tata nigdy nie mówił: „Nie stać nas na to”. Patrzył tylko na obiekt naszych pragnień i wyrokował:

– Nie potrzebujesz tego.

I miał rację. Nie potrzebowaliśmy tych rzeczy. Po prostu chcieliśmy je mieć.

Nauczył nas panować nad swoimi zachciankami.

Odkładałam moment wyrobienia pierwszej karty kredytowej, dopóki nie była mi potrzebna, żeby zarezerwować pokój w hotelu. Karta była dla mnie zagadką. Nikt mnie nie nauczył, jak kupować na kredyt. Kiedyś spłaciłam zadłużenie z tygodniowym opóźnieniem. Uznałam, że lepiej będzie uregulować całą kwotę naraz niż pokryć miesięczne minimum. Na kolejnym rachunku figurowała kara za spóźnienie – 25 dolarów. Gdybym spłaciła część należności na czas, zaoszczędziłabym 25 dolarów. Dostałam nauczkę.

Trudniej mi było zrozumieć, o co chodzi z odsetkami. Musiało minąć trochę czasu, zanim się zorientowałam, że płaszcz, który kupiłam na wyprzedaży, wcale nie był przeceniony, skoro sześć miesięcy później wciąż płacę za niego 14-procentowe odsetki.

Zaczęłam przyglądać się wszystkim pozycjom na miesięcznym wykazie. Gdybym płaciła za te rzeczy gotówką, podjęłabym inne decyzje. Po posiłku za 30 dolarów łatwiej wyciągnąć kartę, niż wysupłać trzy dychy. Kiedy trzeba zapłacić gotówką, w głowie pojawia się myśl, żeby pominąć przystawki i deser. Jeżeli muszę wyjąć z portfela 60 dolarów, żeby zapłacić za jeansy, które nie są mi potrzebne, natychmiast uświadamiam sobie, jak dużą mogę ponieść stratę, i czasem postanawiam odłożyć je na półkę. Kiedy używam karty kredytowej, czuję się doskonale – dopóki nie przyjdzie rachunek. Wtedy ból jest dotkliwy, ale nic już się nie da zrobić.

Większości z nas pieniądze przeciekają przez palce. Tu dolar, tam pięć. W sumie co roku z tych niewielkich kwot robią się setki czy tysiące. Wielu marzy o wyższych zarobkach. Gdybym tylko dostał podwyżkę. Gdybym wżenił się w bogatą rodzinę. Gdybym wyszła za bogacza. Ale widziałam wystarczająco dużo programów Doktora Phila i Suze Orman, żeby wiedzieć, że problemy finansowe nigdy nie biorą się z braku pieniędzy. Chodzi raczej o to, jak myślisz o pieniądzach, jak się z nimi obchodzisz. A to możesz zmienić.

Dziś większość ludzi słyszała już o „czynniku latte”. David Bach w książce The Finish Rich Workbook („Zeszyt ćwiczeń dla przyszłego bogacza”) zauważa, że jeśli codziennie wydajesz 3 dolary i 50 centów na kawę latte, tygodniowo daje to 24 dolary i 50 centów. Gdybyś zainwestował tę sumę z 10-procentową roczną stopą zwrotu, trzydzieści lat później miałbyś 242 916 dolarów. Nie pijam kawy latte, ale tę samą zasadę można zastosować do każdej innej rzeczy. Ja nazywam ten wskaźnik czynnikiem Oreo.

Odkładając 50 centów dziennie, w sumie gromadzisz aż 15 dolarów miesięcznie. Pij o jeden litr napojów gazowanych mniej tygodniowo, a co miesiąc zaoszczędzisz 6 dolarów. Zabieraj lunch do pracy, a po miesiącu zostanie ci w kieszeni 60 dolarów. Dwa razy w miesiącu zjedz w domu zamiast iść do restauracji – oszczędzisz 30 dolarów. Wystaw jeden mniej czek bez pokrycia – to oszczędność rzędu 20 dolarów. Spłacaj karty kredytowe na czas, żeby nie dostać 25 dolarów kary za spóźnienie. Wszystko razem daje 1872 dolary rocznie.

Zaczęłam notować, ile pieniędzy zostawiam w automatach, delikatesach, restauracjach, kawiarniach i sklepach spożywczych, kupując niezdrowe przekąski. Chipsy, napoje gazowane, batoniki i ciasteczka nie wydawały mi się drogie, dopóki nie podliczyłam, ile mnie kosztują: łącznie 30 dolarów tygodniowo. Nie mogłam w to uwierzyć. Po tej analizie postanowiłam jeść mniej śmieci i oszczędzać pieniądze, które marnowałam na słodycze.

Zainspirowana The Finish Rich Workbook, przylepiłam sobie w portfelu karteczkę z napisem: „Płać gotówką. Odczekaj 48 godzin”. Teraz zanim wydam sto dolarów na coś, co nie jest mi niezbędne, czekam dwa dni, żeby sprawdzić, czy naprawdę tego potrzebuję albo chcę.

Nie robię już debetu na karcie kredytowej. Nigdy. Jeśli płacę kartą za coś drogiego, zaraz po powrocie do domu wypisuję czek na tę kwotę firmie, która ją wydała. Zdarza się, że wysyłam cztery czeki miesięcznie, ale końcowe rozliczenie przestało być niemiłą niespodzianką. Psychicznie i fizycznie już za wszystko zapłaciłam.

Wygrana na loterii nie pomoże nikomu wyjść z długów. Zapytajcie szczęśliwców, którzy wygrali, a potem wszystko roztrwonili. Wychodzenie z długów wymaga zmiany sposobu myślenia, a potem zmiany zachowania. Trzeba zacząć od małych kroków. Na początek – oddzielić zachcianki od potrzeb.

Kiedyś napisała do mnie kobieta, która odkładała każdą dwudziestopięciocentówkę, jaką kiedykolwiek dostała, żeby uzbierać 10 000 dolarów na czesne dla syna. Inna oszczędzała 10 procent każdej zarobionej kwoty, wliczając w to pieniądze otrzymane na Boże Narodzenie i urodziny. Z roczną pensją w wysokości zaledwie 5800 dolarów, oszczędziła 400 dolarów na meble do sypialni.

Pewna czytelniczka rzuciła palenie. Po dziewięciu latach bez papierosa mogła kupić klimatyzację, nowy piec i wykładzinę, bo co miesiąc zostawało jej w portfelu sto dolarów. Kiedyś całą tę forsę puszczała z dymem. Inne kobiety opowiadały mi, że odkładają 10 dolarów tygodniowo na święta Bożego Narodzenia, albo liczą, ile oszczędzają dzięki kuponom zniżkowym w sklepach spożywczych. Pewna przedsiębiorcza mama ustawiła w salonie duży szklany słój z napisem: WAKACJE W CIEPŁYCH KRAJACH. Kiedy dzieci prosiły ją o pieniądze na lody albo cukierki, przypominała im, że mają do wyboru słodycze albo wyjazd. Do wakacji uzbierali połowę kwoty. Dzięki temu dzieci nauczyły się podejmować właściwe decyzje. Muszę powiedzieć, że te dzieciaki były bardziej zdyscyplinowane niż mój mąż i ja. My wrzucaliśmy drobne do dwudziestolitrowej butli po wodzie w naszej sypialni. Napełnienie jej zajęło nam sześć lat, ale kiedy skończyliśmy, mieliśmy do wydania 1300 dolarów.

Żeby żyć w dostatku, nie trzeba wygrać na loterii, bogato wyjść za mąż ani dostać podwyżki. Najważniejsza jest zmiana sposobu myślenia, bez tego ani rusz. Najważniejsze to uświadomić sobie, że nasze zachcianki nie zawsze odzwierciedlają nasze potrzeby – a często nie odzwierciedlają nawet naszych prawdziwych pragnień. Najważniejsze są mądre wybory, które przyniosą nam długotrwałą satysfakcję.

Lekcja 6

Nie musisz wygrać każdego sporu. Pozwól innym zostać przy swoim zdaniu

Zanim wyszłam za mąż, zdrowo się uśmiałam, czytając o parze, która przygotowała szesnastostronicową intercyzę, szczegółowo regulującą najdrobniejsze elementy ich życia, począwszy od tego, że w samochodzie nie może być mniej niż pół baku benzyny, aż po zakaz zostawiania skarpetek na podłodze. Szesnaście stron? Co za absurd!

Po ślubie nie wydawało mi się to już takie zabawne. Kiedy kupiliśmy z mężem dom, atrament na umowie nie zdążył jeszcze wyschnąć, a my już zaczęliśmy kruszyć kopie o różne detale.

Zawsze uważałam swojego męża za dyplomatę. Pobraliśmy się późno, przed moimi czterdziestymi urodzinami. We wczesnej fazie naszego związku Bruce powiedział, że są dwa typy kobiet: te, które malują paznokcie i te, które tego nie robią.

– A który wolisz? – zapytałam, chowając dłonie.

– Jeden i drugi – odpowiedział, bo nie pamiętał, do którego typu się zaliczam.

Zaimponowało mi, że nawet gdy nie wie, co powiedzieć, potrafi powiedzieć to, co trzeba. Na jednym z naszych pierwszych spotkań mieliśmy w kawiarni małą scysję, która pokazała mi, jakim typem mężczyzny jest Bruce. Siedzieliśmy na zewnątrz z jego przyjacielem, gdy obok naszego stolika przeszła rozkołysanym krokiem atrakcyjna kobieta z obfitym biustem nieskrępowanym stanikiem. Przyjaciel szturchnął mojego męża i obaj spojrzeli na nią, szczerząc się jak nastoletni chłopcy. Byłam wściekła. Po wyjściu z kawiarni wsiedliśmy do samochodu i tam oświadczyłam Bruce’owi, że zachował się niegrzecznie wobec tej kobiety i wobec mnie. Spodziewałam się, że przewróci oczami, powie, że jestem przewrażliwiona i każe mi się uspokoić. Nastawiłam się na kłótnię i powtórzyłam w myślach argumenty. Tymczasem Bruce wysłuchał, co miałam do powiedzenia, spojrzał mi w oczy i od razu przeprosił.

– Masz rację – przyznał. – Zachowałem się jak nastolatek. Nigdy więcej tego nie zrobię.

Co?! Na to nie byłam przygotowana. Chciałam się kłócić, przekonywać go do swoich racji, chciałam wygrać. Tymczasem on poddał się od razu.

Bruce należy do tych nielicznych ludzi, którzy, kiedy nie mają racji, natychmiast to przyznają z podniesionym czołem.

Mój mąż nie musi wygrać każdego sporu i pierwszy uznaje swoją porażkę. Kiedy widzi, że kłótnia utknęła w martwym punkcie, oznajmia ze spokojem godnym laureata pokojowej Nagrody Nobla:

– Nie przekonasz mnie, a ja nie przekonam ciebie, więc pozostańmy przy swoich zdaniach.

Trudno z tym dyskutować.

Zanim go poznałam, nigdy nie spotkałam się z takim podejściem. Początkowo nie znosiłam, kiedy zamieniał się w Pana Mediatora i wygłaszał tę kwestię. Dla mnie każdy spór był starciem dwóch stron, z których jedna okazywała się zwycięska. A tą zwycięską stroną musiałam być ja. Remis nie wchodził w grę. Pozostać przy własnych zdaniach? To by znaczyło, że nikt nie musi mieć racji i nikt nie musi się mylić.

Nie jest to łatwe, zwłaszcza w małżeństwie. Kiedy dowiedzieliśmy się, że nasza oferta na dom została przyjęta, oboje zaczęliśmy planować, jak go urządzimy. Od samego początku miałam wrażenie, że kupiliśmy dwa różne domy. Ja sądziłam, że pozbędziemy się większości mebli skompletowanych podczas wyprzedaży garażowych i zaczniemy od nowa. Mój mąż chciał zatrzymać wszystkie rozpadające się krzesła, kanapy i lampy, jakie zgromadził od czasów studiów.

 

Bruce uznał, że mój gabinet urządzimy na drugim piętrze w pokoju z balkonem – ja chciałam zająć pokój z wbudowanymi półkami na książki. On zamierzał ustawić w kącie śniadaniowym swoje komputery – ja chciałam tam w spokoju czytać poranną prasę. On planował kupić małą pralkę i suszarkę i wstawić je do kuchni. Dla mnie było nie do przyjęcia, że miałabym wdychać zapach proszku do prania, przyrządzając spaghetti. On rzucił tylko okiem na boczną werandę i wyobraził sobie przeszklony, słoneczny pokój. Ja od razu wiedziałam, że chciałabym tam wstawić huśtawkę i rośliny.

Dyplomatycznie zaproponowałam, żeby przed rozpoczęciem remontu ustalić, co faktycznie będziemy robić w każdym pokoju. Hm. Zastanówmy się: Kuchnia i jedzenie. Kuchnia i pranie. Co lepiej do siebie pasuje? Moim zdaniem kącik śniadaniowy i komputery do siebie nie pasują. Bruce zarezerwował jadalnię na swój księgozbiór. Kiedy się rozpakował, pokój przypominał księgarnię.

Chciał zbudować w łazience półki na radio i telewizor (ogląda CNN, jak twierdzi, przy goleniu, mimo że nosi brodę). Wedle jego wizji, nad toaletą miała biec półka z książkami i gazetami. Książki w łazience? To ile czasu planował tam spędzać?

Jeśli mężczyźni naprawdę są z Marsa, a kobiety z Wenus, to mój mąż pochodzi z Plutona. Dla mnie sypialnia to mój azyl. Dla niego – składzik rupieci. Właściwie wszystkie pomieszczenia planował wykorzystać w ten sposób. Ponieważ w domu nie przewidziano miejsca na kanciapę, usiłował urządzić ją w każdym pokoju. Kiedy mój mąż mówił o kanciapie, oczyma wyobraźni widziałam pokój wyłożony ciemną boazerią, z tapetą w kaczki, wieszakiem na broń i różnymi zwierzęcymi szczątkami na ścianach (takimi jak głowa jelenia, wypchany rekin czy skóra niedźwiedzia). Wprawdzie Bruce nie kolekcjonuje trofeów myśliwskich, ale potrzebował miejsca na swoje rozliczne gadżety, w tym także wartą tysiąc dolarów bieżnię, której użył dwa razy, jeśli nie liczyć wieszania na niej ubrań, żeby się przewietrzyły. Nazywam ją najdroższym wieszakiem świata.

Ale nie myślcie, że jestem taka nieugięta. Ustąpiłam w najważniejszej sprawie: uzgodniliśmy, że weźmiemy jego łóżko, a nie moje. Od razu zajął swoją stronę materaca. Nawet gdy mieszkał sam, zawsze sypiał po tej samej stronie, a druga przez całą noc pozostawała nietknięta. Jest spod znaku Panny, więc nawet przez sen zachowuje porządek.

Łatwiej było dojść do porozumienia w dużych sprawach niż przy drobiazgach. W końcu zaczęliśmy się wykłócać o szczegóły. Bruce chciał rozwiesić na ścianach wszystkie dwieście grafik ze swojej kolekcji. Byłby zadowolony, gdyby każdy pokój wyglądał jak restauracja Fridays. Zgodziłam się na zbiór pamiątek z czasów zimnej wojny w jadalni. Przynajmniej patrząc na znaki schronów przeciwatomowych, żółtą syrenę przeciwlotniczą, gigantyczną puszkę sucharów i plakat z dziewczynką, która pyta: „Mamusiu, co się z nami stanie, jeśli spadnie bomba?”, czuliśmy się wdzięczni za każdy posiłek.

Ostatecznie doszliśmy do porozumienia odnośnie wszystkiego poza resztą grafik, które przez rok podpierały ściany. Ja chciałam, żeby na jedną ścianę przypadała jedna grafika; on wolał użyć ich w charakterze tapety. W końcu, pokój po pokoju, postanowiliśmy pozostać przy swoich zdaniach. Niektóre ściany zagospodarował Bruce, inne ja. Impas nastąpił, gdy przyszła kolej na czerwone wyścigówki na czarnym tle. Wyglądały jak coś, co piętnastolatek powiesiłby nad łóżkiem – a rok później wyrzucił do śmieci. Marzyłam, żeby się ich pozbyć. Bruce natomiast chciał je powiesić na honorowym miejscu.

– Czy możemy pozostać przy swoich zdaniach? – zapytałam, wypróbowując jego strategię w stylu Jimmy’ego Cartera. W końcu zgodził się na to, żebyśmy schowali te grafiki do piwnicy, dopóki nie uzgodnimy, gdzie je powiesić. Natknął się na nie trzy lata później.

– Czyje to? – zapytał.

Twierdził, że nigdy wcześniej ich nie widział. Uśmialiśmy się, a potem wyrzuciliśmy grafiki z piwnicy i uzgodniliśmy wspólne stanowisko: samochody wyścigowe prezentują się świetnie – ale przed domem, skąd zabierze je śmieciarz.