Jak pokochać freakaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

Ciociu Chey,

moją opiekunką jest Madison. Z tego, co słyszałam, w liceum robiła sobie dobrze parówką. Mam nadzieję, że teraz to czyta, bo wiem, że stoi za mną, PATRZĄC, CO PISZĘ.

Całusy,

Cassie

Kolejka po lekarstwa pod centrum medycznym jest długa. Dori, Hannah i Katie też tam przyszły. Kiedy je mijam, Dori mnie zatrzymuje. Trzyma papierowy kubeczek.

– Ty nic nie bierzesz? – pyta.

– Nie.

Kręci głową.

– No tak. Ty jesteś tutaj, bo cię rodzice zapisali. – Przewraca oczami, łykając tabletki tak, jakby wlewała w siebie alkohol.

– To prozac. – Hannah pokazuje mi, co ma w kubeczku.

Koło nas przechodzi Cassie.

– Nuda. – Przeciąga to słowo. – Wszyscy jadą na prozacu.

– A jak z tobą? – pytam ją. – Żadnych leków?

– Sądzisz, że dopuściłabym do siebie lekarzy? Nie daliby mi tego, czego chcę. Zresztą wszystkie lekarstwa, których potrzebuję, już mam.

Rusza dalej, ale łapię ją za rękę.

– Gdzie jest ten widelec?

Cassie wyrywa się z mojego uścisku i nie odpowiada. Oddala się, kręcąc głową, a jej cienkie nogi o zmierzchu wydają się jeszcze chudsze.

W domku myję zęby i przebieram się do spania. Łóżko nade mną wybiera Dori, a Cassie śpi na lewo od nas, z Hanną na górze. Frajerką, która musi dzielić łóżko z Madison, jest więc Katie. Zerkam na sportową torbę pod łóżkiem Cassie, wypełnioną jej „lekarstwami”.

– Dziewczyny, za piętnaście minut gasimy światło. Sen jest ważny.

Leżę na łóżku, na cienkim prześcieradle, i kartkuję magazyn Seventeen, który kupiłam na lotnisku po drodze tutaj. Zaopatrzyłam się w niego, żeby podczas lotu móc nie rozmawiać z tatą, co nie znaczy, że przeczytałam jakikolwiek artykuł. Przy każdej stronie liczyłam w myślach do stu, a potem przewracałam kartkę. Sprawdziło się. Tata przez cały lot słuchał jakichś audycji zgranych na telefon, a ja w samotności oddawałam się bezgłośnemu liczeniu.

W samotności… Na myśl o tym od razu przypomina mi się kołdra upchnięta w torbie i muszę zdusić żółć podchodzącą mi do gardła.

Skupiłam się znów na magazynie. Przez okno nad moim łóżkiem wkrada się blask zachodzącego słońca, ale nawet przy nim trudno rozróżnić słowa. Hannah i Katie mają słuchawki w uszach. Podkręciły muzykę tak głośno, że dociera do mnie ciężki rytm. Na obozie nie wolno korzystać z telefonów komórkowych. Kiedy rodzice powiedzieli mi o tym, odczułam ulgę. Lato bez wiadomości od mamy wydało mi się miłą perspektywą. Esemesuje nałogowo.

„Pamiętałaś o śniadaniu, które ci spakowałam?”

„Umówiłam cię na piątek do fryzjera”.

„Po szkole poćwiczmy jazdę”.

„Na kolację robię lazanię”.

„Pamiętaj, żeby wypić dziś co najmniej 2 l wody”.

„Słońce zajdzie o 17:45”.

W zeszłym roku tak się to nasiliło, że pan Ortiz, od angielskiego, zabrał mi telefon i zaprowadził mnie do pokoju nauczycielskiego. Powiedział wtedy, że przez całe to brzęczenie nie może prowadzić lekcji. Zadzwonił nawet z mojego telefonu do mamy. Kajała się i nawet popłakała. Słyszałam dobiegający ze słuchawki szloch. Pan Ortiz tak strasznie to przeżył, że oddał mi komórkę i powiedział, że gdyby mi kiedyś padła, będę mogła skorzystać z tej, którą ma w klasie. Potem przeprosił za użycie słowa „padła”.

– Gdyby się wyczerpała bateria, to miałem na myśli – sprecyzował.

Zakaz używania telefonów był powodem jedynej kłótni moich rodziców o Camp Padua. Mama tak głośno wrzeszczała, jakie to niesprawiedliwe, że nie wolno mi mieć komórki, że jej piskliwy głos wdzierał się do mojego pokoju pomimo zamkniętych drzwi. Następnie cisnęła czymś o ścianę. Kiedy potem schodziłam na kolację, wszystko już posprzątali. Mama zrobiła wegańskiego strogonowa z pieczarkami portobello, a tata stwierdził, że od co najmniej roku nie ugotowała niczego pyszniejszego. Nigdy już nie usunęli folderu Camp Padua spod magnesu na lodówce.

Okładkowy artykuł w magazynie wyjaśnia „Jak flirtować nieostentacyjnie”. Ze złością wgapiam się w te słowa, dopóki nie zaczynają się rozmywać, i wtedy dociera do mnie brzęczenie. Cichy bzyk komara słyszę to w jednym, to w drugim uchu, tak jakby krążył wokół mojej głowy. Zwijam ciasno magazyn, unoszę go w garści jak maczugę i siadam. Widząc, jak komar ląduje na moim białym prześcieradle, mocno walę go tym pisemkiem i rozkwaszam na bawełnie. Potem strącam trupka na ziemię.

– No jasne – odzywa się Cassie. – Rodzice zapisali cię „tak po prostu”. – Kreśli palcem kółko przy skroni, a potem odwraca się do ściany. Reszta dziewczyn zgodnie się śmieje.

Odwracam się w przeciwną stronę niż Cassie, bo chcę jak najbardziej się od niej odgrodzić. Nieważne, że jadłyśmy przy tym samym stole. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. W sumie, to nie chcę mieć nic wspólnego z nikim z tego obozu, a także spoza niego.

Zamek w drzwiach domku srebrzy się w przyćmionym świetle, wpadającym przez okno. Właśnie, jestem zamknięta. Zmuszona przebywać z tymi ludźmi. Przykrywam twarz magazynem Seventeen i leżąc na wznak na swoim prześcieradle, zaczynam odmieniać czasowniki we francuskim imparfait.

Mówić:

Je parlais

Tu parlais

Il parlait

Nous parlions

Vous parliez

Ils parlaient

Leżę nieruchomo i coraz dalej odpływam od jawy, aż czuję spokój spływającej na mnie senności. Sen jest taki przyjemny. Można błądzić w czerni i nikomu to nie przeszkadza. Jest to wręcz pożądane.

Nie zdążyłam odpłynąć daleko, a już w ten lekki sen wkrada się ciche postukiwanie, jakby ze szczeliny w suficie kapała mi na głowę woda. Zirytowana, odganiam to wrażenie i przewracam się na bok. Szelest pisma spadającego na podłogę uruchamia w mojej podświadomości coś, co przypomina mi, że nad moją głową nie ma sufitu. Jest za to łóżko Dori, a tamto wraca. Tamto kapanie, czy też stukanie. Po ciemku siadam prosto i omal nie walę głową o spód górnego łóżka. O kilkanaście centymetrów od mojej twarzy widzę Cassie. Jej ciemne oczy są wielkie, a ich białka niemal świecą.

– Co ty wyprawiasz? – pytam, czym prędzej się odsuwając. W domku panuje ciemność, ale i tak widzę, że Cassie chyba jeszcze bardziej odbiło.

– Budzę cię, żebyś mi pomogła, kretynko – odpowiada.

– Czemu miałabym ci pomagać? Właśnie nazwałaś mnie kretynką.

– Bo ten zamek tobie też się nie podoba. – Cassie wskazuje drzwi.

Znów siadam na łóżku. Madison leży grzecznie pod kołdrą, usta ma lekko rozchylone, a na poduszce odrobinę śliny. Na jej szczupłej szyi wciąż wisi klucz. Widocznie spałam dłużej, niż mi się zdawało.

– Pomożesz mi, czy nie, matole?

– Nie nazywaj mnie matołem – protestuję. – Mam piątkę z plusem z francuskiego.

Cassie przewraca oczami.

– Słuchaj, jeszcze minuta i uduszę Madison jej naszyjnikiem. Więc albo pomożesz mi się stąd wyrwać, albo zaliczysz współudział w morderstwie.

– Wracam spać. – Kładę się.

– Jak sobie chcesz – mówi Cassie. Przechodzi nad łóżko Madison i wyciąga z tylnej kieszeni coś długiego i ostrego.

– Pogięło cię? – szepczę, podrywając się.

– Oczywiście, że tak. Tak samo jak ciebie, choć nie chcesz się do tego przyznać. W tobie, Zander, tkwi tajemnica. I tego lata wyjdzie na jaw, czy tego chcesz, czy nie. – Cassie kuca przede mną. Jej twarz jest tak blisko mojej, że czuję cukrowy oddech. Nawet wyczuwam w nim nutę cytryny. Mam ochotę ją odepchnąć. Kim jest, żeby komentować moje życie? Cassie nawet mnie nie zna. Ne mogę się jednak zdobyć na to, żeby jej dotknąć, bo jakąś częścią siebie wiem, że ma rację. – Wiesz, na czym polega twój problem? Nie mnie się boisz. Boisz się tego, że jesteś mną – kończy.

– Nie. – Mocuję się z tym słowem, jakbym fizycznie zmagała się z jakąś prawdą. Im mocnej ją tłamszę, tym bardziej się wyrywa. – Boję się tylko, że zabijesz Madison tym czymś, co masz w ręce.

– A ty nigdy nie byłaś tak wściekła, że miałaś ochotę kogoś zabić?

Na to pytanie Cassie nie odpowiem, bo jest niedorzeczne, ale w gardle i tak tworzy mi się gula. Jest taka wielka, że mogłaby mnie zadławić. Przełykam ją, spycham gdzieś w głąb i wdycham ten dziwnie słodki oddech. Cassie podnosi ten spiczasty przedmiot.

– To tylko widelec, kretynko. Co miałabym zrobić, zadziobać ją na śmierć?

– Wiedziałam, że to ty go wzięłaś.

– Phi. – Cassie znów przewraca oczami. – Co z tego? To tylko widelec. Ludzi i tak za dużo jedzą.

Cofam się na łóżko.

– Jak zamierzasz się wydostać? Co z Madison?

– Co „co z Madison”? Nie tknęłabym jej nawet trzymetrowym kijem umoczonym w błocie. Żeby się błoto nie zaraziło.

– Klucz. – Wskazuję szyję Madison.

– I to jest twój problem. Ty myślisz, że klucz nas stąd wyciągnie, a klucz nic nie da. Ani tobie, ani mnie.

– W porządku. To jak się wydostaniesz? – pytam.

– Dzięki tobie. – Cassie pokazuje mi drzwi do łazienki. – Moja ciotka zawsze powtarza, że jeśli Bóg zamyka drzwi, to gdzieś otwiera okno.

– Wydaje mi się, że to z jakiegoś filmu. – Albo z jednego z magnesów przyczepionych na lodówce u mnie w domu.

– Wisi mi, skąd to jest – odpowiada Cassie. – I wcale w to nie wierzę. O ile wiem, wszystkie okna i drzwi prowadzą jedynie do kolejnych okien i drzwi.

– A więc nie ma wyjścia? – pytam.

– Pewnie, że jest – mówi Cassie. – Wyjściem jest śmierć.

– Śmierć? – Powtarzam to słowo, ale się nie ruszam. Kiedy Cassie przytakuje, jej cień wchodzi w poświatę księżyca na moim białym prześcieradle.

 

– To pomożesz mi, czy nie?

– Nie sądzę, że wykradanie się to dobry pomysł.

– A co jest dobrym pomysłem? – pyta.

Za długo się nad tym głowię.

– Nie wiem – przyznaję.

– I to jest twój kolejny problem. Ty nie wiesz. – Kręci głową i dusi w sobie śmiech. – Boże, Cleve jednak się co do ciebie myli.

– Co takiego powiedział Grover?

– Mówi się na niego Cleve. – Cassie chowa widelec w tylnej kieszeni. – A czas leci. Ja stąd spadam.

Przekrada się do łazienki, ja znów kładę się do łóżka i owijam po szyję moim prześcieradłem. Skoro Cassie chce się wymknąć, może zrobić to we własnym zakresie. Nie jestem żadną jej wspólniczką, powierniczką czy przyjaciółką. Znaczę dla niej tyle co nic i chciałabym, żeby tak zostało.

A potem, sama nie wiem kiedy, tak mocno owijam sobie wokół palca kosmyk rosnący u nasady karku, że wyrywam kilka włosów.

– Cholera jasna – szepczę, przyglądając się temu, co wyrwałam. Trzeba będzie lat, żeby odrosły. Nigdy się tego nie nauczę. Muszę zostawić włosy w spokoju, przestać je tak mocno ciągnąć. Z tym właśnie mierzę się od roku. Żeby zostawić wszystko w spokoju. Ale moi rodzice tego nie rozumieją. Chcą, żebym była kimś, bo to zawsze lepsze niż nic. Nie zgadzam się z tym. W końcu i tak ląduje się w nicości. Ale skoro Cassie zaglądała mi dziś w twarz, a Grover mnie dotknął, tych dwoje ciężko będzie zignorować. Zwijam w kulkę te żałosne włosy i strącam je na podłogę. Próbuję zająć myśli swoim pisemkiem, ale nie mogę znieść tej modelki na okładce i jej długich, perfekcyjnie gęstych włosów. Odrywam więc tę okładkę, a potem dalej ją drę i drę, aż zostają z niej strzępki papieru, których się nie da skleić. Z uśmiechem zmiatam je z łóżka.

W łazience przekonuję się, że widelec był potrzebny Cassie, żeby obluzować zawiasy w oknie. Długa śruba właśnie spada jej w dłoń, a okno uchyla się na tyle, żeby mogła się przez nie przecisnąć nastolatka. Zwłaszcza taka, która nie je.

Cassie podaje mi tę śrubę.

– Zaopiekuj się nią.

– Nie chcę. – Mimo to jej nie oddaję. Kiedy Cassie jest już całkiem na zewnątrz, słyszę jeszcze:

– Powiedz komuś, a będę zmuszona użyć mojego widelca na tobie.

Nie zamykam za nią okna. Zamiast tego, wpycham śrubę do swojej torby i wracam spać.

ROZDZIAŁ 5

Kochani Rodzice,

podeślijcie mi, proszę, sprej na owady. Zapomnieliście zapakować. Widzicie – nawet rodzice popełniają błędy.

Z

– Czy oni podają tu kawę? – Z takim pytaniem zwraca się Dori do Madison, kiedy w stołówce przesuwamy się w kolejce do śniadania. – Potrzebuję kawy.

– Obowiązuje zakaz substancji chemicznych oddziałujących na zdrowie fizyczne i psychoaktywnych – odpowiada Madison, jakby cytowała folder.

– Kawa to żadna chemia. Ona podtrzymuje życie.

Rano, kiedy się obudziłam, Cassie już była w łóżku. Jej nogi zwisały za krawędź. Odczułam ulgę, a potem złość, że się nią przejmowałam, i dlatego leżałam tam wpatrzona w górne łóżko i śniłam na jawie o naszym nudnym, dwukondygnacyjnym, tynkowanym domu, w którym wiecznie wionie środkami czystości o zapachu grejpfruta.

Ale im dłużej tak się wylegiwałam, tym bardziej dokuczliwa stawała się panująca w domku cisza i zamarzyło mi się, żeby ktoś znów narobił hałasu. Na szczęście kilka minut później obudziła się Cassie i wszczęła kłótnię z Madison, która zakończyła się groźbą, że powiadomi ciocię Chey, że tu w obozie podłapała mendy.

– Popracujemy nad tym, żebyś sama była dla siebie systemem podtrzymywania życia – odpowiada Madison, chwytając Dori za ramiona, jak trener przemawiający do zawodnika. Dokładam do swojej owsianki parę jagód i ziewam w dłoń. Im dłużej gadają, tym bardziej brzęczy mi w uszach.

– Widocznie ta maszyna nawaliła. Bo żeby być na chodzie, potrzebuję kawy – spiera się Dori.

– Właśnie po to tu jestem. Żeby pomóc ci naprawić twoją zepsutą maszynę. – Madison rozpływa się w uśmiechu.

– System podtrzymywania życia tylko je umożliwia – rzucam cicho przez ramię. – Nie pomaga żyć.

– Co złego w tym, że się popsuła? Ty może jesteś doskonała? – naciska na Madison Dori.

– Nie – zaprzecza Madison, lekko zaskoczona. – Oczywiście, że nie.

Grover i Alex Trebek siedzą w tym samym miejscu, co poprzedniego dnia. Chwilę się waham, czy znów wybrać tamten stół, ale przesiadanie się gdzieś indziej wydaje się już bezsensowne. Coś mi mówi, że wzbudziłoby to tylko jeszcze większe zainteresowanie Grovera i Cassie.

Stawiam swoje śniadanie obok Grovera i pod ciuchami poprawiam grube ramiączka przyciasnego kostiumu kąpielowego. Grover bierze ze swojej tacy jabłko, którym do mnie rzuca. Ledwie udaje mi się je uratować przed upadkiem na stół.

– Wiedziałaś, że pestki jabłek zawierają truciznę? – pyta Grover.

– Podobno – mówię obojętnie.

– Jedno cię nie zabije. Musiałabyś zjeść ich całą masę.

Odkładam jabłko na jego tacę.

– Interesujące.

Grover oddaje mi je.

– Jest dla ciebie.

– Próbujesz mnie otruć?

– Jak już powiedziałem, jedno jabłko cię nie zabije.

– Nie chcę go – odpowiadam.

– Pamiętam, jak powiedziałaś, że ich nie lubisz, ale nie musisz się zaraz bać.

– Powiedziałam, że go nie chcę – warczę i wiercę się niespokojnie na krześle. Czemu mama zapakowała mi ten kostium?

Napięcie między nami maleje dopiero, gdy dosiada się Cassie.

– Widzę, że masz swoje tradycyjne śniadanie. Powietrze i tabletki odchudzające – mówi Grover.

– Nie potrzeba widelca. – Na twarzy Cassie pojawia się uśmiech, ale nie dociera do jej oczu.

Grover za moimi plecami przekazuje jej coś, co grzechotaniem niepokojąco przypomina tabletki.

– Nie wierzę, że jej to dajesz – mówię.

– To nie to, co… – zaczyna Cassie, ale Grove wchodzi jej w słowo.

– Czemu nie? To ją uszczęśliwia. A jej się należy od życia więcej szczęścia.

– Ale to jej szkodzi.

– Tylko odrobinę. Zresztą, wszystko, co nas uszczęśliwia, z czasem nam zaszkodzi – kontruje Grover.

– Myślałam, że ci na niej zależy. – Wbijam wzrok w swoją owsiankę.

– Zależy – potwierdza Grover.

– To czemu przynosisz jej tabletki?

Cassie śmieje się i pokazuje, co przekazał jej Grover.

– To cukierki, matole. – Potrząsa pudełeczkiem lemonheads.

– Cukierki? – pytam.

– Coś muszę jeść, żeby żyć – wyjaśnia Cassie.

– Cukierki. – Piorunuję Grovera wzrokiem. Wydyma wargi w uśmiechu.

– A ja nigdy nie jem – wtrąca się Alex Trebek. Banan na jego twarzy rozsadza już i tak pucułowate policzki. Nabiera kęs ze sterty sadzonych jajek, którą ma na tacy. – Nigdy – powtarza z pełnymi ustami.

– To było niezłe, Bek. – Grover klepie go po plecach.

– Czemu ten kłamczuch znów z nami siedzi? – jęczy Cassie.

– Bo mi powiedział, że umiera na raka. Zostało mu tylko kilka dni życia. Żal mi się go zrobiło.

Cassie wrzuca do ust całe pudełeczko drażetek. Nawet po drugiej stronie stołu czuję zapach tych słodyczy.

– Nie zemdli cię? – pytam. – Są strasznie słodkie.

Cassie nachyla się do mnie. Wciąż ma wypchane policzki.

– To jedyna słodycz mojego życia. A więc nie, nie zemdli.

– To świetnie. – Dziobię swoją owsiankę i biorę kilka łyżek, ale nie jestem głodna.

Jak tylko wszyscy kończymy, przed całą grupą staje Kerry i trzykrotnie klaszcze.

– Jedynym sposobem na odnalezienie się… – krzyczy.

– …jest przyznanie, że się zgubiliśmy – odkrzykuje reszta opiekunów.

– Pierwszym krokiem na drodze do odnalezienia siebie jest uświadomienie sobie, co już macie – mówi głośno Kerry. Jak na tak wczesny poranek jest nieźle odwalony, dość zresztą seksownie. Wczoraj tego nie zauważyłam. Za bardzo się skupiłam na żyle na jego czole. – Zanim zaczniemy nasz dzień, czy ktoś chciałby się czymś ze wszystkimi podzielić?

Nikt się nie rusza. Spuszczam wzrok i owijam serwetkę wokół palca, aż ten mi sinieje. Ziewam. Kącikiem oka widzę, że Grover podnosi rękę i wstaje.

– Chciałbym podzielić się informacją, że Zander nie je jabłek – mówi.

– Co? – Podnoszę wzrok na niego.

– Chodziło mi o coś, co uświadomiłeś sobie na swój temat – wyjaśnia Kerry.

– Aha. – Grover kiwa głową. – W takim razie chciałbym się z wami podzielić informacją, że uświadomiłem sobie, iż Zander nie je jabłek.

Zatyka mnie i też wstaję.

– Ja chciałabym podzielić się z wami spostrzeżeniem, że to, co jem, to nie sprawa Grovera.

– Ja chciałbym podzielić się wami refleksją, że to prawdopodobnie prawda – przyznaje Grover.

– Dziękuję. – Szykuję się, by usiąść.

– Ale… – Kiedy Grover znów się odzywa, nieruchomieję. – Chciałbym jeszcze podzielić się z wami spostrzeżeniem, że chociaż uświadomiłem sobie, że to nie moja sprawa, to nie oznacza to wcale, że nie uświadamiam sobie, że Zander nie je jabłek.

– Grover, skończ proszę z tym przykładem i potraktuj to poważnie – wtrąca Kerry.

– Ja jestem poważny. Tobie, jak mi się zdaje, chodzi o to, żebym powiedział coś takiego o sobie. Ale mnie bardziej interesuje Zander.

– Uciekasz w ten sposób od swoich problemów. – Kerry zakłada ręce na piersi. – Sam o tym wiesz, Grover.

– Owszem. Zgadza się. Ale problemy działają strasznie depresyjnie, a depresji i tak jest tutaj dosyć.

– Amen – włącza się Cassie.

– Uważam, że już możemy na tym zakończyć to ćwiczenie, bo, jak widać, nie czerpiesz z niego żadnych korzyści. – Kerry zbiera się, by usiąść.

– Ale może Zander tak – odpowiada Grover.

– Mnie z tego wyłącz – mówię głośno.

– Za późno. – Grover wzrusza ramionami. – Już się tym wszystkim podzieliliśmy.

Padam na krzesło ze zmiętą w kulkę serwetką w palcach.

– Dziękuję ci, Grover. – Kerry nie tryska już entuzjazmem.

– Jeszcze jedno. – Grover podnosi palec wskazujący i wyciąga swój notes. Zaczyna pisać.

– Żebym zapamiętał. Chciałbym także podzielić się z wami faktem, że Zander ma na sobie czarny kostium kąpielowy i że chciałbym ją w nim zobaczyć. Niezależnie od tego, czy je jabłka.

– Na obozie obowiązuje zakaz relacji damsko-męskich – Kerry jak robot powtarza jedną ze swoich zasad.

– W takim razie chciałbym wam podzielić się z wami opinią, że ta zasada jest idiotyczna. Poza tym Zander i Grover brzmi jak para gejów.

– Wystarczy. – Kerry kręci głową.

Bek podnosi rękę i staje obok Grovera.

– Ja chciałbym podzielić się ze wszystkimi faktem, że Cassie jest ładna i chciałbym zobaczyć ją nago. Kostiumem się nie przejmuj. – Mówi to głośno, choć z pewnym drżeniem, a kiedy wpatruje się przez stół w Cassie, jego niebieskie oczy lśnią.

– Cleve, czy on kłamie? – warczy Cassie, szeroko otwierając oczy.

Grover znów wzrusza ramionami.

– Sam nie wiem.

– Siadaj na tłustym dupsku, wieprzku – żąda Cassie.

– Cokolwiek powiesz, piękna – odpowiada Bek i mruga do niej.

Nadal siedzę wrośnięta w krzesło, chociaż Kerry już rezygnuje z porannego ćwiczenia.

Gdybym chociaż popadła w odrętwienie, ale wszystko mnie mrowi, wibruje we mnie, cała się trzęsę. Grover, zbierając swoje rzeczy, nachyla się nade mną i kładzie na mojej tacy ogryzek jabłka, które zjadł.

– Przepraszam za wzmiankę o kostiumie kąpielowym, ale musiałem to powiedzieć. Niestabilność emocjonalna i w ogóle.

Nie mogę na niego patrzeć.

– Jestem dupkiem, przyznaję. I mam pewne problemy – dodaje, dotykając mojego ramienia.

– Nie dotykaj mnie – warczę.

– Wiesz, że co drugi człowiek nabawi się w swoim życiu choroby przenoszonej drogą płciową, ale prawdopodobieństwo zarażenia się nią przez dotyk wynosi zero.

Zabieram się stamtąd bez słowa, ale przed wyjściem ze stołówki zgarniam jeszcze z bufetu torebeczkę cukru. Ze złością patrzę na ledwie ruszoną miseczkę owsianki, która smakowała jak pocięty karton.

Owsianka jest zdrowa na serce, dźwięczy mi w uszach głos mamy. Nie psuj jej zasypywaniem jakimś śmieciem.

Ale Cassie ma rację co do słodyczy. Rozrywam tę torebeczkę i wytrząsam do ust cały cukier. Potem zjadam jeszcze jedną. Później zaczynam się bać, że się porzygam. Zaraz jednak przychodzi mi do głowy, że ktoś uzna mnie za bulimiczkę, i tłamszę w sobie tę chęć.

I wreszcie, trzymając w dłoni puste opakowania, ku swemu zdziwieniu uświadamiam sobie, że Cassie chociaż raz miała rację.

 

* * *

– Ilekroć któraś z was przyjdzie na kąpielisko, musi powiesić na tej tablicy swój metalowy krążek, żeby dyżurny opiekun wiedział, kto przebywa w wodzie i jaki poziom umiejętności reprezentuje. Każdej z was przydzielony zostanie odpowiedni kolor. – Madison staje przed wielką drewnianą tablicą, u góry której widnieje hasło: W CAMP PADUA DOBRA ZABAWA TO PODSTAWA. Jej drewniana powierzchnia pokryta jest haczykami i podzielona kolorami na trzy części: czerwoną, żółtą i zieloną. Madison, obracając w palcach gwizdek, wyjaśnia: – Jeżeli należycie do czerwonych, macie obowiązek wkładać kamizelki ratunkowe i nie wychodzić poza płyciznę. – Wskazuje obszar tuż przy brzegu, z trzech stron ogrodzony metalowymi pomostami tworzącymi literę H. – Kamizelki ratunkowe znajdują się w magazynie. Jeśli jesteście żółte, możecie wypuszczać się do końca pomostów, oznaczonego linią boi. Jako zielone możecie pływać aż do widocznej za nimi tratwy. To jedna z granic terenów Camp Padua.

Tratwa, o której mówi Madison, jest kwadratowa i zaopatrzona w drabinkę, a kotwiczy kawałek za kąpieliskiem. Przyglądam się zielonej wodzie. Jeśli nie liczyć tych kilku kroków wczoraj, kiedy weszłam do jeziora Kimball, nad większą wodą nie byłam od zeszłego roku, kiedy to poproszono mnie o opuszczenie naszej licealnej drużyny pływackiej. Powierzchnia wody dziś jest znów gładka – do brzegu dochodzą jedyne drobne, nieznaczne fale. Liczę je, gdy rozbijają się o piasek.

– Zander – upomina mnie Madison.

– Hę? – odwarkuję.

– To jest ważne. – Rozwodzi się nad czekającym nas sprawdzianem. – Składać się on będzie z oceny techniki pływackiej, pięciu minut utrzymania się na wodzie i nurkowania. – Madison wreszcie się uśmiecha i kończy: – Jestem pewna, że wszystkie świetnie się spiszecie. Zaczynajmy!

Rozbieramy się do kostiumów, wzajemnie na siebie popatrując, jedne bardziej skrępowane, inne mniej, co nie dotyczy Cassie, która chyba aż nazbyt pali się do tego, żeby się rozebrać. Jeszcze dziwniej się robi, kiedy Hannah zostaje w bluzce z długimi rękawami.

– Nie chcę się spiec – tłumaczy, choć cerę ma barwy karmelu i wydaje mi się wątpliwe, żeby słońce mogło wyrządzić jej większą krzywdę niż zabarwienie na ładny brąz. Dręczy mnie myśl, że bardziej się boi pokazania ran, jakie sobie zadała.

Czekamy na brzegu jeziora, tylko Cassie w swoim żarówiastoróżowym bikini siada na ręczniku i wystawia twarz w stronę słońca.

– Cassie, mogłabyś do nas dołączyć? – pyta Madison.

– Nie podchodzę do tego sprawdzianu. – Twarz Cassie wciąż skierowana jest ku niebu.

– W takim razie będę zmuszona przyznać ci poziom czerwony. Nie chciałabym tego robić.

– Akurat ci zależy. I akurat chciałoby mi się włazić do tej wody. Pewnie są w niej pijawki.

– Zależy mi, a tu nie ma pijawek – odpowiada Madison.

– I tak wolę popracować nad swoją opalenizną.

– Nad opalenizną? – Madison stara się powściągnąć sarkazm. Cassie ma skórę ciemniejszą niż którakolwiek z nas.

– Dobrze. Skoro tego chcesz, nie będę cię zmuszać. To twój wybór. – Wyjmuje z woreczka czerwony, przypominający uszczelkę krążek i rzuca go na ręcznik Cassie wraz z wodoodpornym czarnym pisakiem. – Zapisz na nim, proszę, swoje imię i powieś na tej drewnianej tablicy. Reszta może zaczynać.

Kiedy wchodzimy po pas w wodę, palce stóp grzęzną mi w piasku, ale czuję się dobrze. Powietrze jest dziś ciepłe i wilgotne, kojarzy mi się z gąbką. Poruszam rękoma w wodzie, czując, jak przepływa mi przez dłonie.

– W ramach oceny techniki będziecie musiały dwukrotnie pokonać odcinek pomiędzy pomostami w strefie czerwonej dowolnym stylem. Wybierzcie ten, w którym jesteście najmocniejsze – mówi Madison.

Kiedy zanurzam głowę w zimnej wodzie, oddech robi mi się płytszy, dostraja się do temperatury. Przypominają mi się dwa miesiące codziennego wskakiwania o wpół do szóstej rano do ledwie ogrzanego szkolnego basenu. Czuję się, jakbym wróciła do szkolnej reprezentacji. Ale kiedy otwieram oczy pod wodą, wokół siebie widzę jedynie zieleń i brąz. Woda jest taka mętna, że ledwie mogę dojrzeć, co mam przed sobą. Ślizgam się żabką, zużywając jak najmniej energii. Wyczuwając pomost, robię pod wodą fikołka, zmieniając kierunek. Nie spieszę się z tym zwrotem. Mój trener byłby zawiedziony, że nie robię tego tak szybko jak kiedyś.

– Dobra robota – mówi Madison, gdy już mam to z głowy.

Przychodzi pora na pięć minut leżenia.

– Musicie utrzymać się na wodzie przez pięć minut, przy czym wasza twarz ani na moment nie może się całkowicie zanurzyć. Jeśli poczujecie zmęczenie, płyńcie do pomostu. Nie ryzykujcie – poucza nas Madison.

Leżę na placach, twarzą ku słońcu, lekko machając nogami w wodzie, podczas gdy moje ręce falują wzdłuż boków niczym płetwy.

Właśnie to zawsze najbardziej lubiłam w pływaniu. Dzięki temu mogłam się zatracić w rytmie. Wszystkie zawody wygrywałam dzięki temu, że się mu poddawałam. Poza ostatnimi. Tymi, po których tata jednym z pouczających magnesów mamy przyczepił na lodówce folder Camp Padua. Przechodziłam obok niego co rano i co wieczór, w drodze lub ze szkoły. Pewnego dnia jednak zatrzymałam się przed nim i przyjrzałam widocznym na okładce uśmiechniętym twarzom obozowiczów.

– Co to takiego? – zapytał Coop, chrupiąc chipsy z jarmużu uprażone tego dnia przez moją mamę. – Smakuje jak kapeć.

Dotknęłam błyszczącego papieru i może zdjęłabym folder, ale mój wzrok co i rusz przyciągało widniejące na magnesie słowo Nadzieja. Totalnie bezsensowne. I zamiast przeczytać folder, całowałam się z Coopem na kanapie. Po jarmużowych chipsach nie smakował wcale kapciem, bardziej kojarzyło się to z wodorostami.

Kiedy wspomnienia wracają, zamykam oczy, a mój podbródek zaczyna się zanurzać pod wodą.

Jak wywalili mnie z reprezentacji, tata się popłakał. Błagał trenera, żeby pozwolił mi zostać. Obiecywał, że się poprawię, że już nigdy nie narażę drużyny, ale to były jego zapewnienia, nie moje. Ryzyko jest wpisane w życie. Na koniec trener powiedział, że byłabym dla drużyny obciążeniem.

Po powrocie z zawodów do domu tata nawrzeszczał na mnie, ale nie bardzo wiedziałam, co mówi, za bardzo wciągnęły mnie francuskie koniugacje. Podniósł rękę, żeby mnie walnąć, ale mama go powstrzymała. To wtedy się rozszlochał. Padł na kolana i przytulił mnie do siebie. Włosy miałam jeszcze mokre, a kołnierz bluzki całkiem przez to zimny, więc kiedy wreszcie mnie puścił, poszłam do łazienki, żeby je wysuszyć.

Mieć nadzieję to po francusku espérer.

Patrzę w niebo, usta mając tak blisko lustra wody, że mogłabym poczuć jej smak. Stłumione dzwonienie wyrywa mnie z transu.

Dori, Katie i Hannah już trzymają się pomostu, a Madison macha, żebym do nich dołączyła.

– Dobra robota, Zander – mówi ponownie. Mój trener też zawsze to powtarzał. „Dobra robota, Zander”. A potem klepał mnie po głowie jak psa.

– Ja chyba mam już dość – mówi Hannah, wychodząc z wody.

– Pewna jesteś? Tak dobrze ci szło – przekonuje ją Madison.

– I tak nie planuję tego lata dużo pływać – odpowiada Hannah i bierze sobie żółty krążek.

Madison patrzy rozczarowana, jak Hannah opuszcza kąpielisko, żeby się przysiąść do Cassie.

– Okej, moje panie. Pora na sprawdzian z nurkowania. Będziecie musiały zejść na dno jeziora, znaleźć jedną z pałek do nurkowania i dostarczyć mi na pomost. To jest około czterech metrów, jeśli więc poczujecie, że nie dacie rady, bez wahania się wynurzajcie. Będziemy robić to kolejno. Która chciałaby spróbować pierwsza?

Dori i Katie kolejno zaliczają zadanie, skutecznie wyławiając żółte pałki. Wywołana przez Madison, staję z podkulonymi palcami stóp na końcu pomostu, a ona wrzuca do wody pałkę.

Gdy moje ręce wbijają się w wodę, przypomina to cięcie lodu. Chłód stopniowo przenika całe moje ciało, a im bardziej schodzę w głąb jeziora Kimball, tym zimniej się robi. Żółta pałka leży na piasku, więc ją chwytam, ale się jeszcze zatrzymuję. Unoszę się kilkanaście centymetrów nad dnem, przesiewając ręką ten piach. Jest miękki i przelatuje mi przez palce, a mnie korci, żeby zostać tutaj, gdzie wszystko się tak swobodnie unosi, zanim dotknie dna.

Kiedy zaczyna mi brakować oddechu, a w piersi czuję ucisk, odbijam się stopami od piasku i wracam na powierzchnię.

– Zander! – krzyczy Madison z końca pomostu. Wygląda tak, jakby już miała wskoczyć. – Przez chwilę myślałam, że nie dasz rady. Wystraszyłaś mnie.

Wręczam jej tę żółtą pałkę do nurkowania.

– Przepraszam.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?