KrewniacyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

KINDRED

NEANDERTHAL LIFE, LOVE, DEATH AND ART

Copyright © Rebecca Wragg Sykes, 2020

This translation of Kindred is published by

Prószyński Media Sp. z o.o. by arrangement

with Bloomsbury Publishing Plc

and Macadamia Literary Agency, Warsaw

All rights reserved

Projekt okładki

Magdalena Palej

Ilustracje na okładce

© SPL/Indigo Images

Redaktor serii

Adrian Markowski

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-790-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Nota na temat nazwisk

Naukowy świat XIX stulecia bardzo się różnił od świata XXI wieku. Nie chodzi tylko o spektakularne zmiany metod analitycznych, lecz także o obfitość analiz – w latach 1800–1900 ukazało się o wiele, wiele mniej artykułów naukowych niż w samej minionej dekadzie. Podczas pisania pełnego opracowania na temat neandertalczyków można szczegółowo omówić prace kluczowych wczesnych badaczy prehistorii w dużej mierze dlatego, że było ich tak niewielu. Ponadto osoby te stworzyły część kontekstu szerszych badań nad tym, jak pierwsze odkrycia dotyczące neandertalczyków wpłynęły na naukę oraz społeczeństwo.

Jednak po roku 1930 liczba osób zajmujących się tym zagadnieniem zaczęła niepowstrzymanie rosnąć, wobec tego postanowiłam przestać wymieniać ich nazwiska, a zamiast tego określam je na podstawie rodzaju ich działalności naukowej jako archeologów lub badaczy. Chodziło mi o czytelność – przekonuję się bowiem, że umysł przeważnie pomija listy nazwisk i pracowni naukowych – lecz także o zwięzłość książki. Ponieważ nauczono mnie podejścia naukowego, w którym wszystko, co się mówi, trzeba móc poprzeć jakimś cytatem, ta decyzja wymagała ode mnie głębokiego namysłu. Krewniacy jednak wymagali innego stylu narracji – chciałam, żeby w opowieści o dziejach neandertalczyków liczyło się każde słowo. Dlatego po prostu nie starczyło miejsca na wymienianie nazwisk oraz afiliacji naukowców przy omawianiu każdego stanowiska archeologicznego lub każdej informacji.

Nie chcę jednak sugerować, że wkład owych bezimiennych badaczy, wniesiony w naszą wiedzę o neandertalczykach w ciągu ostatnich 80–90 lat, jest przez to mniej istotny. Wiele z tych osób, których nie wymieniam z osobna, zalicza się do moich naukowych kolegów, a nawet dobrych przyjaciół. Ich nazwiska i tytuły publikacji można znaleźć w internetowej bibliografii towarzyszącej tej książce (rebecca­wragg­sykes.com/biblio), ale chcę w tym miejscu złożyć im specjalne wyrazy uznania, gdyż bez ich oddania, zdecydowania, inspiracji oraz pracy wykonanej dosłownie w pocie czoła ta książka nie mogłaby zaistnieć.

Wstęp


Jaskinię wypełnia odgłos, który zdaje się tu rozbrzmiewać nie w porę; nie są to westchnienia i bulgotanie fal, bowiem w kąsającym chłodzie góry krzywią się niechętnie na pokrywający je pancerz lodu. Otoczony szorstkimi ścianami cichy, zamierający oddech ściga się z coraz powolniejszym rytmem pulsu. Na krańcu świata, dosłownie i w przenośni, ostatni neandertalczyk na Półwyspie Iberyjskim widzi słońce połyskujące nisko nad horyzontem za odległym Morzem Śródziemnym. Kiedy ciemne niby krzemień niebo rozjaśnia się do szarości świtu, ciche gruchanie gołębi skalnych ściera się z lamentem zagubionych mew, krzyczących niby głodne dzieci. Jednak nie ma tu już dzieci, nie został żaden człowiek, w ogóle nikt, kto razem z nim wpatrywałby się w niknące na niebie gwiazdy i czuwał, aż ostygnie powietrze po wydaniu ostatniego tchnienia.

Około czterdziestu tysięcy lat później wody oceanów znowu się podniosły, nasycając powietrze domieszką soli, a ściany tej samej groty odbijały dźwięki głosów i muzyki – rekwiem na cześć marzeń przodków.

Oto Jaskinia Gorhama, Gibraltar, rok 2014. Archeolodzy i antropolodzy zbierają się co roku na tym kojącym południowym krańcu Europy na jednej z licznych konferencji poświęconych neandertalczykom. Jednak w tym roku wydarzyło się coś szczególnego. Wśród delegatów zwiedzających wielkie niczym katedry jaskinie był muzyk grupy Kid Coma, znany również jako profesor biologii Doug Larson. Dobył dźwięk ze strun gitary i zaczął śpiewać o ostoi ostatniego człowieka – niektóre z najmłodszych znanych neandertalskich znalezisk archeo­logicznych pochodzą z Półwyspu Iberyjskiego właśnie z tych jaskiń. Na kilka minut – gdy jego głos odbijał się echem w tej przestronnej kamiennej przestrzeni – ucichły zawodowe troski o prezentacje, zażarte naukowe debaty o teoriach lub zawiłościach klasyfikacji kamiennych narzędzi. Koledzy po prostu słuchali, a ludzkie pragnienie połączenia się z odległą przeszłością wzięło górę. Możecie sami przeżyć ten dziwny, osobliwie wzruszający moment, ponieważ ktoś pomyślał, by go sfilmować, i teraz nagranie jest dostępne na YouTube.

Ta serenada na cmentarzach tysiącleci rzuca prawdziwy promyk światła na ludzi nauki. Kiedy dobiegną końca drobiazgowe obiektywne prezentacje badawcze, w kafejkach i barach rodzą się mniej powściągliwe – a nawet namiętne – spekulacje. Tematy rozmów tworzą spektrum od wymarzonych stanowisk archeologicznych aż do starć znanych faktów z niewiadomymi – a wszystkie obracają się wokół pytania, czy kiedykolwiek zdołamy pojąć ulotną tożsamość neandertalczyków.

Ta książka to okno dające wgląd w te dyskusje. Przeznaczona jest dla czytelników, którzy słyszeli lub nie słyszeli o neandertalczykach, z lekka nimi zainteresowanych oraz dla domorosłych ekspertów, a nawet dla naukowców, którzy mają szczęście zgłębiać ich pradawny świat. Jest to bowiem coraz gigantyczniejsze wyzwanie: zawiłe ścieżki wiodące przez dane i teorie krzyżują się z nowymi odkryciami, zmuszającymi do zmiany trasy lub nawet zawracania. Sama ilość informacji bywa trudna do przetworzenia – tylko nielicznym specjalistom starcza czasu na to, by przeczytać wszystkie świeżo opublikowane artykuły z własnej poddziedziny nauki, nie mówiąc już o całym materiale badawczym na temat neandertalczyków. Bywa też, że nawet najwytrawniejsi znawcy tematu z otwartymi ze zdumienia ustami witają nowe odkrycia.

Ta obfitość analiz wynika z tego, że neandertalczycy byli i są ważni. Noszą popkulturowe piętno jak żaden inny wymarły gatunek człowieka. Wśród naszych pradawnych krewnych (zwanych homininami) okupują szczyt listy – wielkie odkrycia w ich sprawie trafiają na okładki najważniejszych czasopism naukowych i pierwsze strony mediów głównego nurtu. I nic nie wskazuje na to, by nasza fascynacja nimi słabła; serwis Google Trends pokazuje, że wyszukiwania związane ze słowem kluczowym „neandertalczyk” górują liczbą nad hasłem „ewolucja człowieka”. Jednakże taka popularność to miecz obosieczny. Wydawcy bowiem wiedzą, że neandertalczycy mają potężną „klikalność”, więc będą kusić czytelników podrasowanymi tytułami typu: „To X zabiło neandertalczyków” albo „Neandertalczycy nie byli tak tępi, jak myślimy!”.

Entuzjazm, z jakim naukowcy dzielą się wynikami swojej pracy, gasi ich frustracja z powodu publikacji przedstawiających ich często jako jajogłowych, wahających się między jedną ideą a drugą. Nauka wyraźnie żywi się sporami, jednakże nowe dane i teorie nie odzwierciedlają niezdecydowania badaczy, tylko ich ogromną energię poznawczą. Co więcej, stała eksploatacja banałów na temat neandertalczyków oznaczałaby, że przeciętna osoba nigdy nie usłyszy o niektórych fascynujących współczesnych odkryciach na ich temat.

Trudno również uchwycić szerszy obraz ich kultury, zwłaszcza że od 1856 roku, kiedy to znalezione w niemieckiej kopalni dziwaczne skamieniałości1 uznano z wahaniem za szczątki przedstawiciela zaginionego gatunku człowieka, dosyć znacząco się on zmieniał. Naukowcy zaczęli prowadzić prace wykopaliskowe w celu odnalezienia większej liczby pozostałości po owych dziwnych istotach i do wybuchu I wojny światowej rosnąca liczba neandertalskich kości wyraźnie dowiodła, że Ziemia zrodziła również wielu naszych krewnych. I tak oto znajdowane licznie kamienne narzędzia rozpoczęły pierwsze poważne badania neandertalskiej kultury. Kluczowym czynnikiem stał się sam czas – do połowy XX wieku momenty dość płynnie umiejscawiane w czasie (i związane z różnymi przestrzeniami) zostały uporządkowane dzięki postępowi w technikach datowania oraz chronologii geologicznej. I jeszcze dzisiaj, siedem dekad później, te fundamenty umożliwiają nam analizowanie świata neandertalczyków, obejmującego fizycznie tysiące kilometrów i ponad 350 tysięcy lat historii.

Niemniej archeologia współczesna ma niewiele wspólnego ze swoimi początkami i bardziej przypomina zrealizowane fantazje jakiegoś futurysty z epoki wiktoriańskiej. Pierwsi badacze prehistorii mieli niewiele więcej niż kamienie i kości, z których musieli odtwarzać zamierzchłą przeszłość. Dzisiejsi pracują metodami, o możliwości istnienia których nie wiedzieli ich przodkowie. Skanowanie laserowe zamiast szkiców atramentem utrwala obraz całego stanowiska archeologicznego, a specjaliści badają przedmioty, o których znalezieniu jeszcze stulecie temu nikt nawet nie marzył. Od rybich łusek i promieni piór aż do mikrośladów poszczególnych palenisk – nasz materiał do analiz z równym prawdopodobieństwem może się pojawić pod obiektywem mikroskopu, jak i na krawędzi szpachelki archeologa.

 

Możemy niemal zaglądać neandertalczykowi przez ramię, gdy odtwarzamy tych kilka minut, jakie 45 tysięcy lat temu zajmowało mu zredukowanie otoczaka do ostrego odłupka. Statyczne ślady archeologiczne zyskują dynamikę: obserwujemy, jak narzędzia przemieszczają się między stanowiskami i zostają wyniesione, wtapiając się w krajobraz. Moglibyśmy nawet tropić ich trasy wstecz, aż do pierwotnych wychodni skalnych. Ale zyskaliśmy też możliwość niewiarygodnie bliskiego wglądu we wnętrza ciał neandertalczyków. Weźmy choćby zęby – możemy analizować dzienne linie przyrostu, oceniać dietę na podstawie mikrościerania się szkliwa, a nawet chemicznie odtworzyć zapach dymu paleniska, przesycającego kamień nazębny.

Z tej obfitości informacji wynika renesans badań nad neandertalczykami, którego jesteśmy świadkami od jakichś trzech dekad. Na pierwsze strony gazet trafił wachlarz zdumiewających odkryć, a w naszych podstawowych wiadomościach o tym, gdzie i kiedy ci ludzie żyli, jak posługiwali się narzędziami, co jedli i jak wyglądał symboliczny wymiar ich świata, dokonała się rewolucja. Co chyba najbardziej zadziwiające, traktowane niegdyś jak bzdury opowieści o międzygatunkowych związkach miłosnych wyłoniły się z okruchów kości, a z łyżeczki jaskiniowej gleby można uzyskać całe genomy.

Błyskawiczne w działaniu maszyny dostarczają nam terabajtów informacji z każdej substancji, ale to wszystko studzi świadomość archeologów, że sposób powstawania danego stanowiska jest kluczem do zrozumienia jego zawartości. Oddziałujące przez tysiąclecia procesy konserwacji i erozji sprawiły, że wszystko trafia w nasze ręce w postaci fragmentów. Udokumentowanie pozycji artefaktów ma kluczowe znaczenie w zrozumieniu każdej warstwy, zanim ruszymy dalej z jej analizą. Dawno rozdzielone części można połączyć, a struktura gleby czy dające się dopasować do siebie kanty krzemiennych odłupków lub sposób wysychania odłamków kostnych mają swój udział w rozszyfrowaniu procesu tworzenia się danego stanowiska. Na podstawie takich oto sfatygowanych i niekiedy przemieszanych „archiwów” odczytujemy historię kultur.

Tak więc archeolodzy nadal czują podczas prac wykopaliskowych dreszcz podniecenia, ale przeciętne wykopalisko przynosi dziesiątki lub setki tysięcy przedmiotów, które trzeba starannie umyć, opatrzyć etykietkami i ostrożnie pojedynczo umieścić w torebkach, co wymaga ogromnej uważności. Potem jednak te znaleziska, funkcjonujące również w formie elektronicznej w ogromnych bazach danych, dotyczących pochodzenia, stanowią bezcenne zasoby, umożliwiające nam badanie zjawisk na styku geologii, środowiska i działań homininów. Taka ostrożność odmieniła również nasz sposób postępowania ze zgromadzonymi dawno temu kolekcjami muzealnymi. Coraz częściej klasyczne stanowiska – bywa, że odwiedzane rokrocznie przez tysiące turystów – ujawniają nowe sekrety dzięki powtórnej analizie supernowoczesnymi metodami. To suma tych wszystkich danych umożliwia nam udzielenie dokładniejszych niż kiedykolwiek odpowiedzi na fundamentalne pytania w rodzaju „Co jedli neandertalczycy?”.

Ale nawet krótki wypad w dziedzinę nauki o neandertalskiej diecie pokazuje, jak zwodnicze jest takie proste pytanie. Nie tylko ze względu na asortyment dostępnych materiałów i metod – należą do nich badania kości zwierząt, mikroskopijnych śladów zużycia uzębienia i kamiennych narzędzi oraz zachowanych resztek pokarmu albo chemiczne i genetyczne analizy skamieniałości – lecz także z powodu zdroworozsądkowej podejrzliwości w ocenie tworzenia się stanowisk, która prowokuje kryminologiczne wręcz badanie diety. Nawet w miejscach wypełnionych szczątkami zwierząt, z licznymi śladami ćwiartowania za pomocą kamiennych narzędzi sprawy nie zawsze przedstawiają się jednoznacznie. Na przykład archeolodzy nauczyli się już, żeby brać pod uwagę rolę innych drapieżników oraz to, że części ciała rozkładają się w różnym tempie.

Jednak każdy krok wnosi coś do ogólnego obrazu tej kultury. Okazuje się, że w neandertalskim jadłospisie figurowało o wiele więcej pozycji niż tylko mięso dużych zwierząt, ale czy wszyscy neandertalczycy we wszystkich okresach i miejscach odżywiali się tak samo? Poza tym ile pokarmu potrzebowali? Czy gotowali strawę? Jak polowali? Jak duże zajmowali terytoria? Jak wyglądały ich sieci społeczne? Każde takie pytanie odsłania kolejną warstwę złożoności tych kwestii i ujawnia powiązania z innymi ważnymi problemami.

Wyławianie wzorców wśród licznych artefaktów i stanowisk oznacza konieczność sięgania wzrokiem ku górze i w dal, przerzucania mostów pomiędzy miejscami i epokami. Życie neandertalczyków było czterowymiarowe, więc skoro rekonstruujemy z fenomenalną szczegółowością sposób ich polowania na renifery w jednym miejscu, musimy zadać sobie pytanie, co robili gdzie indziej lub kiedy indziej. Istnieje wiele rodzajów stanowisk archeologicznych, od ulotnych skupisk rozrzuconych kości, otaczających kręgiem zewłok zwierzęcia, aż do masy kości układających się w kolosalne, pokryte popiołem pokłady czy zrujnowane stosy pogrzebowe setek zwierząt. Wzięcie pod uwagę tak różnych śladów stawia nas przed trudną kwestią kaprysów przeszłości – zależnie od sposobu tworzenia się warstw dwie warstwy osadów o równej głębokości mogą zawierać ślady z jednego popołudnia albo z dwóch momentów, między którymi upłynęło 10 tysiącleci. Datowanie poszczególnych przedmiotów jest potężnym narzędziem, ale tylko wtedy, gdy mamy pewność, że nie przemieszczały się między warstwami. A informacje pozyskane z poszczególnych artefaktów, warstw lub stanowisk mają większy zasięg, gdyż łączą różne skale zachowań.

Takie subtelności rzadko pojawiają się w publicznej dyskusji o neandertalczykach oraz w opracowaniach popularnonaukowych na ich temat. Większość osób ma o nich jakieś pojęcie, lecz mniejsze o szczegółach pracy naukowej. Co więcej, neandertalczyków w znacznej mierze przedstawia się na tle lodu i mamutów. A przecież istniał cały inny neandertalski świat, wykraczający poza stereotypy dygoczących na zamarzniętych pustkowiach obdartusów, którzy ledwie doczekali nadejścia Homo sapiens, po czym padli trupem. Pomimo większego niż kiedykolwiek dostępu do wyników badań, jaki mamy obecnie dzięki obeznanym w posługiwaniu się mediami społecznościowymi naukowcom lub transmitowanym na żywo konferencjom, to istne tsunami nowych danych i skomplikowanych interpretacji dowodzi, że trudno o zrównoważone i prawdziwie aktualne perspektywy. Autentycznie zdumiewające odkrycia rzeczywiście przez jakąś dobę przykuwają uwagę widzów serwisów informacyjnych lub nawet zaskoczonych naukowców, ale efekciarskie historyjki nie zawsze są najbardziej fascynujące. Starannie poparte argumentami teorie i toczone przez dziesięciolecia debaty słabo przebijają się na pierwsze strony gazet, ale to właśnie one zawierają jedne z najbardziej zaskakujących koncepcji na temat życia neandertalczyków.

To niuanse właściwie leżą u podstaw wielu znaczących reinterpretacji naukowych teorii. Nasze perspektywy poszerzają się wraz z gromadzeniem się wiedzy, a przepaść pomiędzy nami a nimi stale się zmniejsza. Wiele zjawisk, które dawniej uważaliśmy za leżące poza możliwościami pojmowania neandertalczyków, dzisiaj zyskuje powszechną akceptację dzięki powolnemu zdobywaniu kolejnych danych. Należą do nich narzędzia z materiałów innych niż kamień, używanie barwników mineralnych, zbieranie przedmiotów takich jak muszle i orle szpony, a co za tym idzie – troska o estetykę. Co więcej, wyłoniło się zróżnicowanie – neandertalczyków uważamy dzisiaj nie tyle za szablonowych homininów, ile za mieszkańców świata tak rozległego i bogatego jak Cesarstwo Rzymskie. Jego olbrzymi zasięg przestrzenny i czasowy oznacza wielokulturowość, złożoność i ewolucję. Zróżnicowani i zdolni do adaptacji, neandertalczycy przetrwali w świecie, gdzie kilometrowej wysokości lodowce stykały się z tundrą, lecz także w ciepłych lasach, na pustyniach i wybrzeżach oraz w górach.

Przeszło 160 lat od ich (ponownego) odkrycia nasza obsesja na punkcie neandertalczyków wciąż się utrzymuje. Dla nas to romans trwający dłużej niż życie, lecz w porównaniu z długim okresem ich obecności na Ziemi – gdy mrużąc oczy przed blaskiem wschodzącego słońca, wciągając powietrze pełną piersią, zostawiali za sobą ślady stóp na błocie, piasku i śniegu – to zaledwie drgnienie sekundnika wielkiego zegara. Nasz sposób myślenia o nich i uczucia, jakie w nas budzą, podlegają ciągłej ewolucji – od przeciętnej osoby wpisującej w wyszukiwarkę Google pytanie „Czy neandertalczycy to ludzie?” aż do tych, którzy codziennie pracują ze szczątkami ich ciał – a każde odkrycie podsyca na nowo nasze pragnienie (i obawy) dowiedzenia się, kim naprawdę byli ci nasi pradawni przodkowie. Najdziwniejsze ze wszystkiego jest ich życie po życiu, którego nigdy nie zdołaliby sobie wyobrazić – obecni już przez niemal dwa stulecia w nauce, historii i kulturze popularnej, znowu snują opowieść o naszej odległej przyszłości.

W książce tej maluję portret neandertalczyków na miarę wiedzy z XXI wieku – nie jako głupkowatych nieudaczników, zajmujących uschniętą gałąź drzewa genealogicznego, ale jako dysponujących ogromną zdolnością adaptacji, a nawet odnoszących sukcesy naszych pradawnych krewniaków. Czytasz tę książkę, ponieważ interesują cię oni i najważniejsze, największe pytanie, które nam stawiają: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i dokąd być może zmierzamy.

Przebij wzrokiem cienie, sięgnij słuchem poza echa; oni mają wiele do powiedzenia. Nie tylko o innej ścieżce człowieczeństwa, lecz także o nowym spojrzeniu na nas samych. Najwspanialszą rzeczą związaną z neandertalczykami jest to, że należą do nas wszystkich i nie stanowią ślepej uliczki, zjawiska rodem z przeszłości. Są właśnie tutaj, w moich słowach i w twoim umyśle, który je pojmuje. Czytaj zatem i poznaj swoich krewniaków.

1 Skamieniałości to produkty procesu fosylizacji, zmieniającego kość w minerał.

Rozdział 1

Pierwsza twarz


Podeszwy drapie osiadły na dachu pył, stoimy bowiem na szczycie drapacza chmur, którego wysokość przyprawia o zawrót głowy. Ta wieża, wykraczająca poza marzenia budowniczych wieży Babel, wyrosła z ziemi niczym hiperstalagmit, a każdy metr jej wysokości to rok ludzkiej historii. Nad jej dachem, znajdującym się trzysta kilometrów nad ziemią, przemyka w górze Międzynarodowa Stacja Kosmiczna w czasie krótszym prawie od mrugnięcia okiem. Wyjrzyj poza krawędź budowli, a wzdłuż jej całej długości ujrzysz aureolę świateł z tysięcy otworów okiennych. U szczytu leżą okna oświetlonych LED-owymi lampami apartamentów, ale dalej ku dołowi – głębiej w otchłani czasu – właściwości światła się zmieniają. Twój wzrok przyzwyczaja się do nich, w miarę jak świecące bursztynowym światłem żarówki fluorescencyjne ustępują miejsca jaskrawym lampom gazowym, a następnie zaczynają się zmasowane chóry świeczek.

Teraz już mrużysz oczy, ale jeszcze dalej w dole dostrzegasz, jak światła słabną. Połyskują wiekowe ogniki dziesiątek tysięcy glinianych kaganków, smużki ich dymu wieńcem okalają wieżę, ale jeszcze nie przebyliśmy całej drogi przez głębię historii ludzkości. Wyjmujesz niedużą lornetkę i gdy twoje źrenice rozszerzają się, żądne pradawnych fotonów, widzisz migotanie ogni palenisk, zaczynających się około trzydziestu kilometrów niżej i ciągnących się jeszcze dziesięć razy głębiej, aż do momentu sprzed trzystu tysięcy lat. Płomienie i cienie wiją się i wyginają, odbijając się na kamiennych murach, aż wreszcie widać już tylko ciemność, w której gubi się rachuba lat.

Czas to pokrętna rzecz. Umyka przerażająco szybko albo sączy się tak powoli, że sprawia wrażenie brzemienia odmierzanego uderzeniami serca. Każde ludzkie życie jest poprzerastane wspomnieniami i przepojone wyobrażeniami, nawet jeśli egzystujemy w nieprzerwanie płynącym strumieniu „teraźniejszości”. Jesteśmy istotami porwanymi przez prąd czasu, ale wynurzenie się i objęcie wzrokiem całego nurtu tej rzeki przerasta nasze siły. Nie tak źle radzimy sobie z liczeniem lub mierzeniem; dzisiejsza nauka potrafi obliczać wartości aż do porażających mózg poziomów dokładności, czy chodzi o wiek wszechświata, czy czas (sekundę) Plancka2. Jednak prawdziwe zrozumienie skali czasu na poziomie ewolucyjnym, planetarnym, kosmicznym nadal jest prawie niemożliwe, tak samo jak dla pierwszych geologów, potykających się na próbach pojęcia prawdziwego wieku Ziemi. Połączenie się z przeszłością wykraczającą poza granicę trzech lub czterech pokoleń – granicę żywej pamięci, z którą radzi sobie większość z nas – to niełatwe zadanie. A odniesienie się do jeszcze dawniejszych przodków rodzi kolejne trudności. Stare fotografie odzwierciedlają to, jak nasza perspektywa coraz bardziej się zaciera, a przecież te wizualne archiwa sięgają wstecz zaledwie o kilka pokoleń. Następnie wkraczamy w królestwo malowanych portretów i na przeszłości osiada kolejna warstwa gazy nierzeczywistości. A zrozumienie oszałamiającego ogromu odległego czasu archeologicznego jest o wiele, wiele trudniejsze.

 

Istnieją przydatne umysłowe sztuczki przerzucające kładki ponad przepaścią dzielącą naszą krótką jak u jętki majowej egzystencję od otchłani czasu. Skurczenie liczącego 13,8 miliarda lat wieku wszechświata do jednego dwunastomiesięcznego okresu plasuje dinozaury szokująco blisko Bożego Narodzenia, a najwcześniejsi przedstawiciele Homo sapiens pojawiają się dopiero na kilka minut przed noworocznymi fajerwerkami. Jednak naniesienie czasu na tę ułatwiającą jego rozumienie skalę nie ułatwia odzwierciedlania olbrzymich, ziejących pustką okresów. Odrobinę pomaga w uświadomieniu sobie tego zaskakujące zestawienie – na przykład mniej lat dzieli panowanie królowej Kleopatry od lądowania na Księżycu niż od budowy piramid w Gizie. A to przykład dotyczący zaledwie kilku ostatnich tysięcy lat. Umiejscowienie w czasie paleolitu – okresu archeologicznego przed ostatnim zlodowaceniem – może być jeszcze trudniejsze. Skaczące byki na ścianach jaskini Lascaux są bliższe w czasie zdjęciom w twoim telefonie niż malowidłom koni i lwów w Jaskini Chauveta. A gdzie tu pasują neandertalczycy? Oni przenoszą nas w czasy znacznie odleglejsze od epoki zwierząt malowanych palcami na skałach.

Chociaż dokładne umiejscowienie w czasie „pierwszego” przedstawiciela ich gatunku jest niemożliwe, neandertalczycy stali się odrębną populacją jakieś 450 do 400 tysięcy lat temu (ang. kilo-annum, ka). Tak więc nocne niebo znad głów wielu populacji homininów musiałoby dla nas wyglądać obco, gdyż nasz Układ Słoneczny dzielą lata świetlne od tamtej pozycji w niekończącym się galaktycznym walcu. Pauza w połowie czasowego królestwa neandertalczyków przypada około 120 ka i choć lądy oraz rzeki tamtego świata w większości są rozpoznawalne, to wydaje się on inny. Jest w nim cieplej i wezbrane od topniejących lodów oceany zatopiły lądy, odpychając granice plaż na tereny położone wiele metrów wyżej. Zwierzęta o zdumiewająco tropikalnej proweniencji wędrują nawet po wielkich dolinach północnej Europy. Ogółem neandertalczycy wytrwali zaskakująco długo – przez 350 tysięcy lat, zanim straciliśmy ich z oczu – a przynajmniej ich skamieniałości i artefakty – około 40 ka.

To wszystko jest oszałamiające. Nie chodzi jednak tylko o czas – neandertalczycy żyli na niesamowicie rozległej przestrzeni. Lud bardziej eurazjatycki niż europejski zamieszkiwał tereny od północnej Walii aż do granic Chin, a na południu sięgające skraju arabskich pustyń. Im więcej dowiadujemy się o neandertalczykach, tym większy ich zasięg i złożoność ich kultury odkrywamy. A to może przyprawić o dezorientację – liczba stanowisk archeologicznych sięga tysięcy. Będziemy się więc trzymać punktów zakotwiczenia – kluczowych stanowisk stanowiących probierz opowieści o neandertalczykach – choć będziemy również kierować wzrok dalej i obejmować nim olbrzymi zakres tej dziedziny wiedzy. Niektóre z miejsc – kryjówka skalna Abric Romaní w Hiszpanii lub Jaskinia Denisa na Syberii – dostarczają nam niezwykłych dwudziestopierwszowiecznych odkryć. Inne, jak kryjówka skalna Le Moustier w sercu krainy Périgord w południowo-zachodniej Francji, oferują kroniki życia neandertalczyków wplecione w historię samej archeologii. Znaleziono tam dwa nadzwyczaj ważne szkielety, które spotkamy w dalszej części książki, artefakty kamienne (lityczne3), co pozwoliło zdefiniować określony typ neandertalskiej kultury. Kryjówka skalna Le Moustier przez ponad 100 lat gościła kolejne pokolenia naukowców, a nawet przed I wojną światową stała się przedmiotem geopolitycznego sporu. Ale historia neandertalczyków naprawdę nie zaczyna się ani w Le Moustier, ani we Francji w 1914 roku. Musimy się cofnąć jeszcze o pięć dekad, do lat pięćdziesiątych XIX wieku.

Strefa zero

Wszyscy kochają opowieści typu „jak się poznaliście?”. Skomplikowaną historię naszego związku z neandertalczykami wikłają wątki intuicji i konsternacji: zrodziła ją rewolucja przemysłowa, osmaliły wojenne pożogi, blasku przydały jej utracone i odnalezione skarby. Od czasów zapomnianych spotkań dziesiątki tysięcy lat temu, kiedy ujrzeliśmy w sobie nawzajem ludzi, aż do stosunkowo niedawnego ponownego odkrycia owych pradawnych krewniaków łączy nas nieprzemijające zauroczenie. Spragnieni szronu i tchnienia mamutów, odczuwamy pokusę, by uruchomić wehikuł czasu i pomknąć wstecz, wprost do plejstocenu4. Musimy jednak zacząć w środkowym punkcie tej wspaniałej i skomplikowanej historii, zanim będziemy mogli wyraźnie ujrzeć jej początek lub koniec.

Wybierzmy się w podróż tylko o pięć lub sześć pokoleń wstecz, żeby zostać świadkami narodzin ewolucji człowieka jako dziedziny nauki. Z gruntu narcystyczna – bądź co bądź, to dziecię spojrzenia na świat właściwego epoce wiktoriańskiej – stale zadawała pytania o to, kim jesteśmy i dlaczego. Wśród największych chyba przemian społeczno-ekonomicznych, jakie wtedy oglądał świat, dziewiętnastowieczni naukowcy z trudem starali się pojąć istotę dziwnych kości nadsyłanych z europejskich jaskiń. Jedna rzecz od początku była pewna: neandertalczycy spowodowali eksplozję debat o tym, co to znaczy być człowiekiem. Mało jest bardziej ważkich pytań, a odpowiedź nie tylko zaspokaja ciekawość, ale i ma głębokie znaczenie. Prześledzenie zmagań wczesnych badaczy prehistorii z zadaniem skategoryzowania tych kłopotliwych istot daje nam wgląd w mnogość sprzecznych przekonań na temat neandertalczyków i tłumaczy przyjęte z góry osądy, które utrzymują się do dziś.

Ta historia zaczyna się pod koniec lata 1856 roku. Wydobycie kamienia na potrzeby rozkwitających zakładów przeróbki marmuru i wapienia stopniowo pochłonęło głęboki wąwóz, leżący na południowy zachód od Düsseldorfu, a niegdyś słynący z urody w całych Prusach. Pod szczytem klifu odsłonięto jaskinię – znaną pod nazwą Klei­ne Feldhofer Grotte – do której wejście zamykała warstwa gęstych, lepkich osadów, wymagająca rozsadzenia materiałem wybuchowym. Wzrok jednego z właścicieli kamieniołomu przykuły masywne kości, wyrzucone przez robotników z jaskini. Ponieważ mężczyzna należał do miejscowego stowarzyszenia badaczy historii przyrody, powziął przypuszczenie, że są to szczątki jakiegoś dawnego zwierzęcia, mogące zainteresować naukowców, zatem uchronił przed zniszczeniem tę zbieraninę, w tym jej najważniejszy element – sklepienie czaszki. Założyciel klubu miłośników historii przyrody Johann Carl Fuhlrott, który odwiedził to miejsce, uświadomił sobie, że kości są ludzkie. Co więcej, przeobraziły się w skamieniałości, a tym samym musiały być bardzo stare5.

Wydaje się, że odkrycie w jaskini Feldhofer rozbudziło wyobraźnię miejscowej ludności, gdyż pojawiły się doniesienia prasowe na ten temat, a naukowcy stojący wyżej w hierarchii zaczęli prosić o pozwolenie obejrzenia tajemniczych pozostałości. Na początku 1857 roku odlew sklepienia czaszki wysłano do Bonn do anatoma Hermanna Schaaffhausena, szczęśliwie obdarzonego na tyle otwartym umysłem, że dopuścił do siebie myśl, iż ma przed sobą skamieniałe kości ludzkie. Ostatecznie drewniana skrzynka, zawierająca prawdziwe szczątki, odbyła pod eskortą Fuhlrotta podróż do Bonn otwartą zaledwie 10 lat wcześniej linią kolejową. Doświadczony wzrok Schaaffhausena natychmiast skupił się na nietypowych rozmiarach kości, a zwłaszcza czaszki, natomiast inne cechy, takie jak pochyłe czoło, przypominały mu budowę małp. Biorąc pod uwagę stan kości, wyraźnie świadczący o ich starodawnym rodowodzie, a także miejsce ich znalezienia, badacz skłaniał się do uznania, że muszą to być szczątki prymitywnego rodzaju człowieka. Latem tego roku wspólnie z Fuhlrottem zaprezentowali odkrycie na walnym zebraniu Towarzystwa Historii Naturalnej Pruskiej Nadrenii-Westfalii. I zaledwie kilka lat od tego nieoficjalnego debiutu na forum społecznym zaskakujące znalezisko zyskało pierwszą naukową nazwę, jaką opatrzono skamieniałe szczątki ludzkie – Homo neanderthalensis.