Republika SmokaTekst

Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Suni… – Rin spojrzała mu w oczy.

– Altanowi bardzo się ta bajka podobała – podjął. – To właśnie on mi ją opowiedział. Powtarzał ją za każdym razem, kiedy musiał mnie uspokajać. Twierdził, że najlepiej będzie, jeśli nie będę myśleć o Małpim Królu jak o bóstwie, a jak o zwyczajnym człowieku, kimś głupim i naiwnym.

– Małpi Król okazał się głupim ciulem – stwierdziła.

– A Księżycowa Bogini zimną suką – zauważył Suni. – Siedziała sobie na niebie i spokojnie patrzyła na tonące z jej powodu małpki. Jak to o niej świadczy?

Roześmiała się. Przez chwilę oboje wpatrywali się w księżyc. Widać było dokładnie pół tarczy, przesłoniętej kilkoma strzępkami ciemnych chmur. Rin wyobraziła sobie, iż ma przed sobą kobietę, chytrą i fałszywie skromną, czyhającą tylko, by zwabić niemądrych mężczyzn w śmiertelną pułapkę.

Pogładziła dłoń Suniego. Miał potężne łapsko, pokryte skórą bardziej szorstką od kory, usypaną licznymi odciskami. W głowie dziewczyny kłębiły się tysiące pytań, na które nie znajdowała odpowiedzi.

Przez kogo jestem, jaka jestem? I jeszcze inne, znacznie ważniejsze. Czy tego żałuję?

– Wiesz, że nie musisz cierpieć w samotności, prawda? – Suni obdarzył Rin jednym ze swoich rzadkich, leniwych uśmiechów. – Nie jesteś jedyna.

Już prawie rozpromieniła się w odpowiedzi, lecz jej żołądkiem szarpnęła fala nudności i zgięła się wpół. Wymiociny zbryzgały pokład. Podrygując, wypluwała na deski kolejne porcje zmieszanej z kropelkami krwi flegmy, a ręka Suniego kreśliła na plecach dziewczyny szerokie okręgi. Gdy skończyła, odgarnął jej z oczu zabrudzone włosy. Dyszała głęboko, nierówno.

– Jesteś silna, bardzo silna – powiedział Suni. – Nie jestem pewien, co widzisz ani co czujesz, ale to nie jest tak silne jak ty.

Lecz Rin wcale nie chciała być silna. Siła pozwoliłaby jej otrzeźwieć, a trzeźwość zmusiłaby ją do myślenia o konsekwencjach wszystkiego, co zrobiła. Trzeźwa musiałaby spojrzeć prosto w otchłań. Wtedy Federacja Mugen nie byłaby już bezkształtnym wirem, a jej ofiary okazałyby się czymś więcej niż pozbawionymi większego znaczenia liczbami. Zostałaby zmuszona do uznania pierwszej śmierci, wraz z całym jej ciężarem, a potem kolejnej i kolejnej, i jeszcze jednej. A żeby je uznać, musiałaby być kimś, musiałaby poczuć cokolwiek poza gniewem. I bardzo się bała, że kiedy opuści ją gniew, rozpadnie się w pył.

Rozpłakała się.

Suni zdjął Rin z czoła wilgotny kosmyk.

– Oddychaj – szepnął. – Nic poza tym. Oddychaj. Zrób to dla mnie. Pięć oddechów pod rząd.

Pierwszy. Drugi. Trzeci.

Nadal masował jej grzbiet.

– Wystarczy wytrzymać pięć oddechów. A potem następne pięć. I tak dalej.

Czwarty. Piąty.

I jeszcze pięć. I dalej, następne piątki. Co dziwne, każde kolejne pięć oddechów wydawało się odrobinę bardziej znośne od poprzednich.

– Dzielna – pochwalił Suni po mniej więcej tuzinie takich piątek. Szeptał tak cicho, że ledwie go słyszała. – No widzisz? Udało ci się.

Oddychała, liczyła i zastanawiała się, skąd Suni tak świetnie wie, co powinien w tej chwili powiedzieć.

Przyszło jej do głowy, że mógł kiedyś tak samo opiekować się Altanem.

– Wyjdzie z tego – ogłosił.

Rin podniosła wzrok, by sprawdzić, do kogo się odezwał. W mroku stał Vaisra.

Nawoływania żołnierzy musiał usłyszeć dużo wcześniej. Czy był tutaj przez cały czas, obserwował ją w milczeniu?

– Powiedziano mi, że wyszłaś się przewietrzyć – rzucił możnowładca.

Dziewczyna starła z policzka resztki wymiocin. Vaisra zerknął przelotnie na jej poplamione ubranie i na powrót spojrzał jej w oczy. Wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Wyjdę z tego – wyszeptała.

– Na pewno?

– Sam się nią zajmę – wtrącił Suni.

Vaisra długo milczał, po czym skinął sztywno głową.

Moment później Suni pomógł Rin wstać i zaprowadził z powrotem do kajuty. Podtrzymywał ją ramieniem. Czuła jego dotyk na plecach, ciepły, konkretny, krzepiący. Statek podskoczył na szczególnie wysokiej fali i dziewczyna wpadła prosto na towarzysza.

– Przepraszam – rzuciła.

– Nie przepraszaj – odparł. – I nie martw się. Jestem przy tobie.


Pięć dni później „Pielgrzym” przepłynął ponad zatopionym miastem. W pierwszej chwili, gdy Rin zobaczyła wyrastające nad lustro wody szczyty budynków, wzięła je za skały bądź dryfujące pnie. A potem zbliżyli się bardziej i ujrzała wyraźnie charakterystycznie zakrzywione dachy zalanych pagód, a także majaczące głębiej kryte strzechą chaty. Z rzecznego szlamu wyglądała ku niej cała miejscowość.

Zaraz potem zauważyła też ciała – na pół zjedzone, rozpuchnięte, odbarwione, wszystkie bez wyjątku z pustymi oczodołami. Blokowały rzekę, gniły i rozkładały się w takim tempie, że załoga musiała strącać z burt rojące się w wodzie czerwie.

Marynarze stanęli na dziobie i odpychali trupy od statku długimi tykami. W efekcie truchła zaczęły się piętrzyć wzdłuż brzegów. Co kilka godzin żołnierze schodzili i odciągali je na bok, by okręt mógł się przebić – zajmowali się tym wyłonieni w przepełnionym grozą losowaniu pechowcy.

– Co się tu stało? – spytała Rin. – Rzeka wystąpiła z brzegów?

– Nie. To zapora – odpowiedział pobladły z wściekłości Nezha. – Daji kazała zniszczyć tamę i zalać całą dolinę Murui.

To nie było dzieło Daji. Rin dobrze pamiętała, czyja to sprawka. Czyżby nikt inny nie wiedział?

– I poskutkowało? – zapytała.

– Jasne. Powstrzymała całą północną flankę Federacji. Zostali odcięci od reszty armii na tyle długo, że nasze dywizje przerobiły ich na mielonkę. Z drugiej strony, woda pochłonęła przynajmniej kilkaset wsi, przez co kilkanaście tysięcy ludzi straciło dach nad głową. – Nezha zacisnął pięść. – Jaki władca tak robi? Kto tak postępuje z własnym ludem?

– Skąd wiadomo, że to jej wina? – zapytała ostrożnie Rin.

– A czyja? Tak poważną decyzję mógł podjąć tylko ktoś na samej górze, prawda?

– Oczywiście – mruknęła dziewczyna. – Tylko ktoś taki.


Rin znalazła bliźnięta na rufie okrętu. Usadowili się na relingu i patrzyli na wymijające „Pielgrzyma” śmieci. Na widok zbliżającej się dziewczyny zeskoczyli na pokład i obrzucili ją niepewnymi spojrzeniami, jakby z góry wiedzieli, z czym przychodzi.

– No i? Jakie to uczucie? – zaczęła Rin.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparł Chaghan.

– Wy też macie coś na sumieniu – stwierdziła radośnie. – Nie jestem z tym sama.

– Idź spać! – prychnął.

– Tysiące ludzi! – podjęła triumfalnie. – Potonęli jak mrówki w balii. Jesteście z siebie dumni?

Qara odwróciła spojrzenie, lecz Chaghan zadarł dumnie brodę.

– Wykonałem rozkaz Altana.

Rin wybuchnęła piskliwym śmiechem.

– Ja też! Ja też po prostu wykonywałam rozkazy! Powiedział, że muszę pomścić Speerytów, więc ich pomściłam. Czyli to nie moja wina, bo Altan powiedział…

– Zamknij się! – syknął wieszczek. – Słuchaj, Vaisra jest przekonany, że to Daji kazała spuścić wodę…

– Zupełnie jak Nezha. – Dziewczyna wciąż chichotała.

– Coś mu powiedziałaś? – W oczach Chaghana zagościł niepokój.

– Oczywiście, że nic. Nie jestem głupia.

– Nikomu nie możesz powiedzieć, jak było naprawdę – odezwała się Qara. – Nie może się dowiedzieć nikt w całej republice Smoka.

Naturalnie. Rin dobrze to rozumiała. Zdawała sobie sprawę, w jak poważnym znaleźliby się niebezpieczeństwie, gdyby armia Smoka otrzymała pretekst do zwrócenia się przeciwko cike. W tym jednak momencie potrafiła myśleć tylko o tym, jakie to zabawne, że nie ona jedna skalała się masowym mordem.

– Nie bój się – odparła. – Nie powiem nikomu. Sama będę potworem. Ja i nikt poza mną.

Bliźnięta sprawiały wrażenie wstrząśniętych, lecz Rin nie umiała powstrzymać śmiechu. Zastanowiła się, jak to wyglądało, kiedy uderzyła fala. Cywile mogli szykować kolację, dzieci zapewne bawiły się przed domami, kochankowie tonęli w pieszczotach, a potem miażdżąca masa wody zmiotła domostwa, zniszczyła całe wioski i zgasiła niezliczone płomyki życia.

Tak oto przedstawiał się aktualny rozkład sił. Na jedno skinienie ludzi takich jak ona miliony innych ginęły w klęskach żywiołowych, umierali zdmuchnięci z szachownicy niczym zbędne pionki. Ludzie tacy jak ona – szamani – przypominali dzieci depczące całe miasta jak ulepione z błota zamki, jak domki ze szkła, zabawki, które można było zastąpić, a więc można je też było wedle woli rujnować.


Siódmego dnia po wypłynięciu z Ankhiluun ból ustąpił. Rin obudziła się bez gorączki. Pulsowanie w skroniach zniknęło. Wykonała pierwszy, nieśmiały krok w stronę drzwi i pozytywnie zaskoczona stwierdziła, że stoi stabilnie, a świat się nie kołysze i nie wiruje. Wyszła na korytarz, wspięła się na górny pokład i poczuła na twarzy oszałamiająco przyjemną, wilgotną mgiełkę.

Zmysły Rin nabrały ostrości. Barwy zyskały na intensywności. Dolatywały ją zapachy, jakich nie czuła nigdy przedtem. Świat okazał się miejscem nadspodziewanie żywym i rozwibrowanym.

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że jej umysł należy wyłącznie do niej. Ale Feniks nie odszedł. Nadal wyczuwała obecność bóstwa, które karmiło ją szeptanymi baśniami o zniszczeniu, próbując objąć kontrolę nad pragnieniami Rin.

Dzisiaj jednak wiedziała, czego chce sama.

Pragnęła kontroli.

Dotąd ulegała pokusom i namowom boga, ponieważ bezustannie osłabiała swój umysł, przygaszała ogień środkiem tymczasowym, którego nie mogła przyjmować bez końca. Teraz natomiast myśli miała jasne, była skoncentrowana – a kiedy Feniks zaczynał skrzeczeć i jazgotać, potrafiła się od niego odciąć.

 

Poprosiła o spotkanie z Vaisrą. Przysłał po nią już po kilku minutach. W gabinecie czekał na nią sam jeden.

– Nie boisz się mnie? – zdziwiła się Rin.

– Ufam ci – powiedział.

– Nie powinieneś.

– W takim razie ufam ci bardziej niż ty sobie. – Zachowywał się jak ktoś zupełnie inny. Dotychczasowa surowość obejścia zniknęła. Mówił tonem tak łagodnym i uprzejmym, że przed oczyma Rin niespodziewanie stanął nauczyciel Feyrik.

Nie myślała o nauczycielu Feyriku już od bardzo dawna.

I od bardzo dawna nie czuła się bezpieczna.

Możnowładca rozsiadł się wygodniej na krześle.

– No to proszę. Spróbuj przywołać dla mnie ogień. Wystarczy mały płomyczek.

Uniosła rękę i skupiła spojrzenie na otwartej dłoni. Rozbudziła w myślach wściekłość, poczuła jej żar, kłębiący się głęboko w trzewiach. Tym razem jednak gniew nie napłynął niepowstrzymaną nawałnicą, objawił się pod postacią powolnego, rozjarzonego furią ognia.

Na jej dłoni zatańczył niewielki płomień. Płomień, nic więcej, nic mniej. Płomień, który mogła swobodnie rozniecić lub przeciwnie, wygasić.

Opuściła powieki, oddychała bardzo powoli; ostrożnie zwiększyła natężenie ognia, unosił się wyżej i wyżej – kołysząca się nad dłonią ognista wstęga, źdźbło czerwonej trzciny.

– Dość – polecił Vaisra.

Rin zamknęła pięść. Ogień zgasł.

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak szybko bije jej serce.

– Dobrze się czujesz? – zapytał możnowładca.

Lekko oszołomiona skinęła głową.

Jego twarz rozświetlił uśmiech. Nie wyglądał na po prostu zadowolonego. Wydawał się dumny.

– Zrób to jeszcze raz. Większy płomień. Jaśniejszy. Nadaj mu jakiś kształt.

– Nie mogę. – Zachwiała się. – Nie mam nad nim aż takiej kontroli.

– Masz. Przestań myśleć o Feniksie. Patrz na mnie.

Spojrzała Vaisrze w oczy. Jego wzrok stał się kotwicą.

Z pięści Rin strzeliła iskra, pojawił się płomyk. Uformowała go drżącymi dłońmi, aż przybrał kształt smoka, wijącego się w powietrzu między nią a możnowładcą. Wokół ognistej postaci falowało rozgrzane powietrze.

Więcej! – odezwał się kusząco Feniks. Wyżej, goręcej!

Wrzaski bóstwa rozpierały umysł Rin. Spróbowała się odciąć.

Ogień nie zmalał.

– Nie, nie dam rady. – Zaczęła dygotać na całym ciele. – Musisz stąd wyjść…

– Nie myśl o tym – szepnął Vaisra. – Patrz na mnie.

Pomału, tak powoli, że początkowo była pewna, iż sobie tylko wyobraża, gorejąca pod jej powiekami czerwień przygasła.

Płomień zniknął. Rin opadła na kolana.

– Dzielna dziewczynka – pochwalił możnowładca półgłosem.

Otoczyła się ramionami i zakołysała na klęczkach, próbując sobie przypomnieć, jak się oddycha.

– Mogę ci coś pokazać? – zaproponował Vaisra.

Podniosła wzrok. Arystokrata podszedł do komody, otworzył szufladę i dobył z niej jakieś zawiniątko. Kiedy rozwijał szmatkę, Rin odruchowo drgnęła, lecz wewnątrz ujrzała jedynie mdło połyskujący, metalowy przedmiot.

– Co to? – zapytała.

Wcale nie musiała pytać. Tę broń rozpoznałaby wszędzie. Całymi godzinami wpatrywała się w ten kawałek żelaza, w metal naznaczony świadectwem niezliczonych bitew. Metal i nic poza tym, inaczej niż w typowej broni metalowa była nawet rękojeść. Speeryci potrzebowali broni, która nie poddawała się działaniu ognia.

Nieoczekiwanie zakręciło się jej w głowie. Zawroty nie miały nic wspólnego z odstawieniem opium. Miały za to aż nazbyt wiele wspólnego z nagłym i straszliwie wyrazistym wspomnieniem Altana Trengsina kroczącego przez pomost prosto w objęcia śmierci.

W krtani dziewczyny wezbrał suchy szloch.

– Skąd to masz?

– Moi ludzie znaleźli go w Chuluu Korikh. – Vaisra nachylił się nad stołem i wyciągnął trójząb w stronę Rin. – Pomyślałem, że zechcesz go przyjąć.

Otworzyła szeroko oczy, nie rozumiała.

– Twoi… Co tam robiliście?

– Musisz wreszcie przestać zakładać, że wiem mniej, niż wiem. Szukaliśmy Altana. Mógłby… hmm, mógłby się nam przydać.

– Sądzisz, że Altan zechciałby do was przystać? – prychnęła przez łzy.

– Myślę, że wsparłby każdą inicjatywę odbudowania potęgi cesarstwa.

– To znaczy, że wcale go nie znałeś.

– Znałem ludzi jego rasy – odparł Vaisra. – Osobiście dowodziłem też oddziałem, który uwolnił go z laboratorium. Brałem udział w jego szkoleniu, odkąd wyrósł na tyle, by móc się bić. Wiem, że Altan stanąłby do walki o naszą republikę.

– Nie. – Rin pokręciła głową. – Altanowi zależało jedynie na ogniu. Pragnął pożogi.

Odebrała broń od możnowładcy i zważyła trójząb w ręku. Nie leżał jej w dłoni wygodnie, z przodu był stanowczo zbyt ciężki i dziwnie lekki na końcu. Altan był od Rin znacznie wyższy i broń okazała się za długa, by dziewczyna mogła się nią swobodnie posługiwać.

Nie mogła używać trójzębu jak miecza. Do cięć poprzecznych nie nadawał się zupełnie. Należało nim uderzać z precyzją chirurga. Zadawać pojedyncze, śmiercionośne pchnięcia.

– Nie powinnam tego przyjąć. – Wyciągnęła broń ku Vaisrze.

– Dlaczego nie?

Płakała tak gorzko, że ledwie wypowiedziała następne słowa:

– Dlatego że nie jestem Altanem.

Dlatego że powinnam była zginąć, a on powinien nadal żyć i stać teraz w tym gabinecie.

– Owszem, nie jesteś. – Możnowładca wciąż gładził włosy Rin, choć były już idealnie ułożone. Drugą dłoń zamknął na jej palcach, przyciskając je mocniej do zimnego żelaza. – A staniesz się znacznie lepsza.


Kiedy nabrała pewności, że zdoła przełknąć coś konkretnego i natychmiast nie zwrócić, wyszła na pokład i dołączyła do Nezhy, z którym spożyła pierwszy od tygodnia porządny posiłek.

– Nie udław się – rzucił rozbawiony chłopak.

Nie odpowiedziała, była zbyt zaprzątnięta rozszarpywaniem gotowanej na parze bułeczki. Nie miała pewności, czy okrętowa kuchnia rzeczywiście serwowała tak wyborne przysmaki, czy po prostu wygłodniała tak bardzo, iż miała wrażenie, że nigdy w życiu nie jadła niczego bardziej smacznego.

– Ładny mamy dzień – zauważył, gdy przełykała kolejny kęs.

Zgodziła się nieartykułowanym pomrukiem. Przez kilka pierwszych dni po odstawieniu opium nie była w stanie przebywać w pełnym słońcu. Teraz, gdy nie czuła już koszmarnego pieczenia oczu, mogła, nie krzywiąc się, patrzeć na roziskrzoną wodę.

– Kitaj wciąż się dąsa? – zapytała.

– Namyśli się – stwierdził Nezha. – Zawsze był uparty.

– Oględnie mówiąc.

– Wykaż się ociupiną zrozumienia. On nigdy nie chciał zostać żołnierzem. Pół życia żałuje, że zamiast do Sinegardu nie trafił na górę Yuelu. Chłopak ma duszę uczonego, nie wojownika.

Rin pamiętała. Kitaj z całego serca pragnął kariery naukowej, chciał studiować na Górze Yuelu nauki przyrodnicze, astronomię czy cokolwiek, co by go akurat zaintrygowało. Przyszedł jednak na świat jako jedyny syn cesarskiego ministra obrony, z którego to powodu jego los został przypieczętowany jeszcze przed narodzinami.

– To smutne – mruknęła. – Do wojska nikogo nie powinno się zmuszać.

– A ty chciałaś zostać żołnierzem? – Nezha wsparł podbródek na dłoni.

Zawahała się.

Tak. Nie. Po prostu nie widziała przed sobą innej drogi. Nie wydawało się też, by jej pragnienia miały jakiekolwiek znaczenie.

– Dawniej, na samym początku, wojna mnie przerażała – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że jestem w tym bardzo dobra. I chyba raczej nie byłabym dobra w niczym innym.

Nezha bez słowa pokiwał głową. Patrzył na rzekę, bezmyślnie skubiąc bułkę, której jeszcze nawet nie tknął.

– A jak twoje… hmm… – Pokazał na swoją skroń.

– Dobrze. Dobrze się czuję.

Po raz pierwszy miała wrażenie, że naprawdę udało się jej zapanować nad wewnętrzną furią. Była w stanie myśleć. Mogła swobodnie oddychać. Feniks nadal czyhał w głębi jej umysłu, gotów na każdy zew buchnąć ogniem, ale tylko wtedy, jeżeli sama chciała go wezwać.

Spojrzała w dół i okazało się, że bułeczka gdzieś wyparowała. W palcach nie został jej ani kawałek. Żołądek zareagował na ten widok donośnym burczeniem.

– Masz. – Nezha podał jej swoją, lekko wygniecioną. – Częstuj się.

– Nie jesteś głodny?

– Ostatnio jakoś straciłem apetyt. A ty wyglądasz jak szkielet.

– Nie chcę zabierać ci jedzenia.

– Jedz! – rzucił z naciskiem.

Ugryzła. Cudownie konkretny kęs pieczywa spłynął jej po gardle i umościł się w brzuchu. Tak obżarta nie czuła się od bardzo dawna.

– A jak tam twoja twarz? – zaciekawił się Nezha.

Musnęła policzek. Przy każdym słowie połowę żuchwy przeszywał ostry ból. W czasie gdy z jej ciała znikały ostatnie opary opium, na skórze rozkwitł ciemny siniec, jakby w zamian.

– W zasadzie coraz gorzej. Boli – przyznała.

– E tam. Zagoi się. Ojciec wie, jak bić, żeby niczego nie uszkodzić.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Rin oglądała wyskakujące z rzeki ryby. Wybijały się spod wody i nurkowały, jakby zachęcając, by ktoś je wreszcie złowił.

– A twoja twarz? – zmieniła temat. – To cię jeszcze boli?

Czasami, w zależności od światła, blizny Nezhy wyglądały niczym wycięte w skórze wściekle czerwone szramy. Innymi razy przypominały delikatnie naniesioną atramentem siateczkę.

– Długo bolało. Bardzo długo. Teraz nie czuję nic.

– A gdybym dotknęła? – Poczuła przemożną ochotę, by przeciągnąć po jego bliznach dłonią. Popieścić je.

– Tego też bym nie poczuł. – Chłopak uniósł palce do twarzy. – Wiem za to, że ludzie się ich boją. W obecności cywilów ojciec zawsze każe mi nosić maskę.

– A ja myślałam, że ty tak z próżności…

– Też. – Uśmiechnął się, ale nie zaśmiał.

Rin odrywała kolejne kęsy bułki i wpychała je sobie do ust. Połykała niemal natychmiast, ledwie przeżuwając.

Nezha wyciągnął rękę i musnął jej włosy.

– Lepiej ci w tej fryzurze. Przyjemnie móc wreszcie zobaczyć twoje oczy.

Kilka dni wcześniej ścięła włosy niemal na zero. Dopiero kiedy spojrzała na leżące na podłodze pukle, uświadomiła sobie, jak bardzo były zapuszczone; przetłuszczone, splątane, skołtunione. Wymarzone siedlisko dla wszy. W tej chwili nosiła jeszcze krótsze niż Nehza i czyste. Dzięki tej zmianie poczuła się znowu jak na studiach.

– A Kitaj coś zjadł? – zapytała.

Zakłopotany Nezha zmienił lekko pozycję.

– Nie. Nadal siedzi w kajucie. Nie trzymamy go pod kluczem, ale i tak nie wychodzi.

– Skoro tak się zaciął, dlaczego go nie uwolnicie? – Ściągnęła brwi.

– Dlatego że wolimy go mieć po swojej stronie.

– Więc może wykorzystajcie go przeciwko jego ojcu. Potraktujcie Kitaja jak zakładnika. Wymieńcie.

– Kitaj jest zbyt cenny – przyznał otwarcie Nezha. – Sama wiesz, jak działa jego umysł. Żadna tajemnica. Wie prawie wszystko i wszystko zapamiętuje. W dziedzinie strategii praktycznie nie ma sobie równych. Ojciec lubi trzymać najsilniejsze figury przy sobie. Zresztą ojciec Kitaja był w Sinegardzie tuż przed atakiem. Nie jest pewne, czy żyje.

– Ach… – Nie wiedziała, co więcej powiedzieć. Spuściła wzrok i uświadomiła sobie, że pochłonęła już całą bułkę Nezhy.

– Myślisz, że zmieścisz coś poza pieczywem? – Parsknął śmiechem.

Skinęła głową. Nezha dał znak słudze, który zniknął w kambuzie i kilka minut później wrócił, niosąc miskę, z której bił zapach tak fantastyczny, że Rin poczuła na języku odrażającą wręcz ilość śliny.

– Regionalny smakołyk z wybrzeża – wyjaśnił Nezha. – Ryba. Nazywamy ją „łała”.

– A czemu? – spytała z pełnymi ustami.

Nezha uchwycił kawałek białego mięsa pałeczkami, zręcznie oddzielając je od kręgosłupa.

– Z powodu wydawanych przez ryby dźwięków. W gorącej wodzie piszczą jak płaczące dziecko. Niektórzy kucharze gotują ją wyłącznie dla rozrywki. Nie słyszałaś tych odgłosów z kambuza?

– Byłam pewna, że to naprawdę dziecko. – Rin zrobiło się niedobrze.

– Prawda, że przezabawne? – Nezha nałożył porcję do jej miseczki. – Skosztuj. Ojciec za nimi przepada.