Republika Smoka

Tekst
Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbudź się!

Ktoś uszczypnął Rin w ramię. Poderwała się gwałtownie i usiadła na posłaniu. Prawą dłonią odruchowo sięgnęła do nieobecnego pasa, próbując chwycić rękojeść noża, który leżał w pomieszczeniu za drzwiami. Lewą na oślep uderzyła prosto w…

– Kurwa! – wykrzyknął Chaghan.

Nie bez trudu skupiła spojrzenie na twarzy wieszczka. Cofnął się i wyciągnął przed siebie ręce, by pokazać, że nie trzyma w nich broni, a tylko szmatkę. Palce dziewczyny nerwowo obadały szyję i przeguby. Wiedziała, że nie jest skrępowana, naprawdę wiedziała, lecz i tak musiała sprawdzić. Po prostu musiała.

Wieszczek z rozżaloną miną rozmasował siniejący szybko policzek.

Nie przeprosiła. Musiał przecież zdawać sobie sprawę, że nie powinien był tego robić. Wszyscy wiedzieli. Wiedzieli, że nie wolno dotykać Rin bez pozwolenia. Ani zachodzić jej od tyłu. Ani wykonywać żadnych bardziej gwałtownych ruchów czy hałasować. Ktoś postępujący tak nieostrożnie mógł skończyć jako zwęglone truchło, opadające z wolna na dno Zatoki Omonod.

– Długo byłam nieprzytomna? – spytała i zadławiła się. W ustach miała taki posmak, jakby coś w nich zdechło, język wysechł na wiór, jakby przez kilka ostatnich godzin lizała twardą deskę.

– Dwa dni – odpowiedział Chaghan. – Gratuluję powrotu do świata żywych.

– Dni?

– Musiałem źle odmierzyć dawkę. – Wzruszył ramionami. – Ważne, że przeżyłaś.

Przetarła piekące oczy. Z kącików posypały się stwardniałe płatki ropy. W stojącym obok łóżka lustrze drgnęło jej odbicie. Źrenice nie były czerwone – zawsze po zażyciu narkotyków potrzebowały czasu na dostosowanie – lecz białka miała nabiegłe krwią, pokryte pajęczyną wściekle szkarłatnych, grubych żyłek.

Wreszcie na powierzchnię świadomości zaczęły leniwie wypływać pierwsze wspomnienia, przesiąkające przez mgiełkę po laudanum. Zacisnęła powieki i spróbowała oddzielić rzeczywiste wydarzenia od sennych majaków. Kiedy po chwili myśli przybrały kształt pytań, poczuła w dołku mdlący ucisk.

– Gdzie Unegen…?

– Poparzyłaś mu połowę ciała. Ledwie uszedł z życiem. – Oschły ton Chaghana nie przyniósł pokrzepienia. – Nie mogliśmy go zabrać ze sobą, więc został z nim Enki. I… no… ci dwaj już nie wrócą.

Rin kilka razy zamrugała, by otoczenie nabrało bardziej konkretnych kształtów. W głowie przelewała się jej dziwna wata, przy każdym ruchu powodując koszmarną dezorientację.

– Co? Dlaczego?

– Dlatego że odeszli z cike.

Znaczenie słów wieszczka dotarło do niej dopiero po kilku sekundach.

– Ale… przecież nie mogą. – W piersi Rin wezbrała panika, gęsta i dusząca. Enki był wśród nich jedynym medykiem, nie mieli lepszego szpiega niż Unegen. Bez tej pary bractwo liczyło zaledwie sześcioro członków. A w szóstkę nie mogli dokonać zamachu na cesarzową.

– Nie możesz mieć im tego za złe – zauważył Chaghan.

– Ale… przysięgali!

– Przysięgali Tyrowi. A potem jeszcze Altanowi. Nie są zobowiązani służyć dowódcy tak niekompetentnemu jak ty. – Wieszczek pochylił głowę na bok. – Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że Daji uciekła?

– Myślałam, że stoisz po mojej stronie. – Zmierzyła go ostrym wzrokiem.

– Powiedziałem, że pomogę ci zabić Su Daji – przypomniał. – Nie obiecywałem trzymać cię za rączkę, kiedy staniesz się groźna dla całego otoczenia.

– Ale reszta… – Rin chwycił nagły strach. – Nadal są ze mną, prawda? Pozostali lojalni?

– Tu nie chodzi o lojalność – odparł. – Są przerażeni.

– Mnie się boją?

– Ty naprawdę nie widzisz świata poza sobą, co? – Chaghan wykrzywił usta. – Są przerażeni sobą. Życie szamana w tym cesarstwie jest bardzo samotne, zwłaszcza jeśli człowiek nie ma pewności, kiedy postrada zmysły.

– Wiem o tym. Rozumiem.

– Niczego nie rozumiesz. Ani trochę. Oni nie boją się, że oszaleją. Wszyscy świetnie wiedzą, że tak się stanie. Zdają sobie sprawę, że wkrótce skończą jak Feylen. Że staną się więźniami we własnych ciałach. I chcą, kiedy ten dzień nadejdzie, mieć przy sobie człowieka zdolnego położyć temu kres. Dlatego nadal tu są.

Cike sami muszą się kontrolować – usłyszała kiedyś od Altana. Cike eliminuje zagrożenie ze strony działających w pojedynkę obłąkanych szamanów.

To oznaczało, że musieli się wzajemnie bronić. A także, że musieli strzec przed sobą resztę świata. Cike przypominali grupkę dzieci bawiących się w akrobatów, stojących niepewnie na ramionach kolegów, ufających, że towarzysze nie pozwolą im runąć w otchłań.

– Twoim obowiązkiem jako komandora jest ich chronić – podjął Chaghan. – Trwają przy tobie, ponieważ się boją i nie mają pojęcia, dokąd mogliby odejść. Ale każdą głupią decyzją i całkowitym brakiem opanowania narażasz ich coraz bardziej.

Rin jęknęła i złapała się za głowę. Każde słowo wieszczka kaleczyło jej uszy niczym ostrze sztyletu. Rozumiała, że spieprzyła, ale Chaghan zachowywał się tak, jakby wypominanie jej tego sprawiało mu nieprzyzwoicie wiele radości.

– Zostaw mnie. Daj mi spokój!

– Nie. Wyłaź wreszcie z łóżka i przestań się zachowywać jak małe dziecko.

– Chaghan, proszę…

– Jesteś, kurwa, w rozsypce!

– Sama wiem!

– Tak, wiedziałaś już od Speer, ale jakoś nie dobrzejesz. Jest coraz gorzej. Próbujesz wszystko naprawić za pomocą opium, ale ono cię tylko niszczy.

– Wiem – powtórzyła szeptem. – Bo widzisz… on cały czas we mnie jest… Bez przerwy słyszę jego wrzaski…

– Więc zapanuj nad nim.

– Nie mogę.

– Dlaczego nie? – prychnął z odrazą. – Altan potrafił.

– Ale ja nie jestem Altanem. – Nie potrafiła powstrzymać łez. – To właśnie chciałeś mi powiedzieć, prawda? Nie jestem silna jak on. I nie jestem równie mądra. Nie umiem tego wszystkiego co on…

– Tak, to akurat dość oczywiste. – Chaghan zaniósł się ostrym śmiechem.

– W takim razie ty przejmij dowodzenie. I tak zachowujesz się, jakbyś był dowódcą. Więc po prostu nim zostań. W dupie to mam. Dlaczego nie zostaniesz komandorem?

– Dlatego że Altan namaścił ciebie – odparł prostolinijnie wieszczek. – A z nas dwojga to ja żywię większy szacunek do jego dziedzictwa.

Na to nie potrafiła odpowiedzieć.

Nachylił się ku niej.

– To twoje brzemię. Nauczysz się nad sobą panować, zaczniesz dbać o swoich ludzi.

– A jeśli to niemożliwe? – spytała.

– Szczerze? – Białe oczy wieszczka nawet nie drgnęły. – Wtedy powinnaś się zabić.

Rin ponownie nie znalazła w sobie odpowiedzi.

– Jeżeli rzeczywiście jesteś przekonana, że się z tym nie uporasz, powinnaś umrzeć – dodał wieszczek. – W przeciwnym razie twój bóg cię zniszczy, zje cię niczym rdza. Uczyni z twojego ciała narzędzie i będzie palić wszystko i wszystkich. Już nie tylko cywilów i Unegena, ale wszystkich dokoła. Spopieli wszystko, co kiedykolwiek było dla ciebie ważne, wszystko, co kochasz. A kiedy cały twój świat obróci się już w popiół, sama zamarzysz o śmierci.


Kiedy odzyskała kontrolę nad ciałem do tego stopnia, że mogła w miarę pewnie pokonać kilka kroków, zeszła do mesy, gdzie zastała pozostałych cike. Siedzieli przy stole nad miskami pełnymi jakiejś papki.

– Co to? – Ramsa wypluł coś na blat. – Kurze bobki?

– Jagody goji – wyjaśnił Baji. – Czemu pytasz? Nie pasują ci w kleiku?

– Przecież są całe spleśniałe!

– Wszystko już jest spleśniałe.

– Myślałem, że kupimy wreszcie świeży prowiant. – Ramsa był wyraźnie rozgoryczony.

– Niby za co? – wtrącił Suni.

– Przecież jesteśmy cike! – Ramsa podniósł głos. – Mogliśmy coś ukraść!

– Cóż, to nie takie… – Baji urwał. Zauważył stojącą w wejściu dziewczynę. Ramsa i Suni popatrzyli w ślad za jego spojrzeniem. Ucichli.

Przyglądała się im, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. Chciało się jej płakać.

– Dzień dobry, śpiochu! – milczenie przerwał Ramsa. Podsunął jej stołek kopnięciem. – Głodna? Fatalnie wyglądasz.

Rin zamrugała.

– Chcę tylko powiedzieć… – zaczęła ochrypłym szeptem.

– Nic nie mów – rzucił Baji.

– Ale ja naprawdę…

– Nie – przerwał jej po raz drugi. – Wiem, że to trudne. W końcu się kiedyś nauczysz. Altan się nauczył.

Suni poparł kolegę milczącym skinieniem.

Rin poczuła, że jeszcze chwila i wybuchnie płaczem.

– Siadaj – zaprosił łagodnym tonem Ramsa. – Zjedz coś.

Poczłapała do blatu i spróbowała napełnić miskę. Bardzo niezgrabnie. Kleik chlusnął z chochli prosto na pokład. Ruszyła w stronę stołu, lecz podłoga raz po raz próbowała uciec jej spod nóg. Ciężko dysząc, klapnęła wreszcie na siedzisko.

Nikt nie skomentował.

Wyjrzała przez bulaj. Statek sunął chyżo po lekko wzburzonym morzu. Brzeg zniknął bez śladu. Przecięli wyższą falę, zakołysało i Rin zesztywniała, czując powracające nudności.

– Dorwaliśmy przynajmniej Yanga Yuanfu? – zapytała po chwili milczenia.

Suni skinął głową.

– Kiedy wybuchło zamieszanie, dopadł go Suni. Rozwalił mu łeb o mur, a ciało cisnął do oceanu. Gwardziści byli zajęci osłanianiem Daji i nie mieli do nas głowy. Nauka z tego taka, że jednak opłaca się odwracać uwagę. Chcieliśmy ci o wszystkim opowiedzieć już wcześniej, ale byłaś… jak by to… niedysponowana.

– Naćpana jak malowanie – uściślił Ramsa. – Chichotałaś na widok pokładu.

– Dzięki, zrozumiałam za pierwszym razem – mruknęła Rin. – Więc teraz płyniemy z powrotem do Ankhiluun, tak?

– Na pełnych żaglach. Ściga nas cała gwardia cesarska, ale na wody kontrolowane przez Moag raczej się nie zapędzą.

– Fakt – przyznała.

Przemieszała łyżką gęsty kleik. Ramsa miał rację. Jagody były spleśniałe. Zielonkawo-czarne plamy grzyba były tak duże, że posiłek wyglądał na niejadalny.

 

Żołądkiem dziewczyny szarpnął ostrzegawczy skurcz. Odepchnęła miskę.

Siedzący wokół stołu cike wiercili się niespokojnie, rozglądali, patrzyli wszędzie, tylko nie na Rin.

– Słyszałam, że Enki i Unegen odeszli – podjęła.

Stwierdzenie wywołało reakcję w postaci pustych spojrzeń, ktoś wzruszył ramionami.

– Słuchajcie – zaczerpnęła głębszy oddech – chcę wam powiedzieć, że…

– My się nigdzie nie wybieramy – Baji nie pozwolił jej dokończyć.

– Ale przecież…

– Nie cierpię, kiedy ludzie mnie okłamują. A zdrajców po prostu nienawidzę. Daji solidnie zapracowała na to, co jej szykujemy. Mam zamiar doprowadzić tę sprawę do końca, mała Speerytko. O mnie nie musisz się martwić, nie zdezerteruję.

– A wy? – Rin powiodła spojrzeniem wokół stołu.

– Altan zasłużył na lepszy koniec – rzucił zdawkowo Suni, jakby te parę słów tłumaczyło wszystko.

– Ale ty wcale nie musisz zostawać… – Spojrzała na Ramsę. Na młodego, niewinnego, delikatnego i bardzo niebezpiecznego Ramsę. Chciała mieć pewność, że chłopak przy niej zostanie, lecz wiedziała, że prosząc go wprost, wyszłaby na egoistkę. – Znaczy… nie powinieneś.

Chudzielec skrobnął łyżką o dno miski. Wydawał się zupełnie niezainteresowany tematem rozmowy.

– Wszędzie indziej byłoby chyba strasznie nudno.

– Przecież jeszcze dzieciak jesteś…

– Weź się odpieprz! – Wcisnął sobie mały palec do ust i wygrzebał coś spomiędzy zębów. – Zrozum wreszcie, że wszyscy, jak tu siedzimy, jesteśmy zabójcami. A kiedy człowiek całe życie robi jedno i to samo, bardzo trudno mu przestać.

– Słusznie, poza tym alternatywą jest więzienie na Baghrze – zauważył Baji.

– Koszmarne miejsce – pokiwał głową Ramsa.

Rin przypomniała sobie, że żaden z jej cike nie należy do ulubieńców nikaryjskiego wymiaru sprawiedliwości. Ani też, co równie ważne, do grona obywateli, o jakich mawia się „szacowny”.

Aratsha pochodził z maleńkiej wioski w Prowincji Węża, gdzie czczono miejscowe rzeczne bóstwo, które, jak uważali okoliczni chłopi, strzegło ich przed powodziami. Aratsha, początkujący akolita kultu, stał się pierwszym od wielu pokoleń szamanem, który rzeczywiście zdołał sprowadzić boga na świat. Traf chciał, że utopił przy tym dwie dziewczynki. Przed ukamienowaniem przez tych samych wieśniaków, którzy pod niebo wysławiali talenty jego poprzedników oszustów, ocalił go Tyr, werbując do służby w Zamku Nocy.

Ramsa urodził się w rodzinie alchemików, parających się produkcją prochu ogniowego na potrzeby milicji. Sielanka skończyła się w momencie, gdy przypadkowa eksplozja w pobliżu cesarskiego pałacu odebrała mu matkę, ojca oraz oko. Dodatkowym skutkiem było zesłanie chłopaka do więzienia na Pustyni Baghra, dokąd trafił za rzekomy współudział w zamachu na życie cesarzowej. Uwolnienie Ramsa zawdzięczał Tyrowi, który wyciągnął go z celi i mianował zbrojmistrzem bractwa.

Na temat Bajiego i Suniego Rin wiedziała stosunkowo niewiele. Obaj mieli za sobą pewien okres studiów w Akademii Sinegardzkiej, gdzie zgłębiali tajniki tradycji. Obaj zostali z uczelni wydaleni w efekcie jakichś strasznych, owianych tajemnicą wypadków. Obaj trafili na Baghrę. Poza tą garścią suchych faktów nie opowiadali o sobie niczego.

Równie zagadkowa była przeszłość bliźniąt – Chaghana i Qary. Nie pochodzili z cesarstwa. Nikaryjski w wydaniu obojga pobrzmiewał śpiewnym akcentem, typowym dla mieszkańców północnych Rubieży. Kiedy jednak Rin zagadywała ich na temat rodzinnych stron i domu, uciekali w zdawkowe ogólniki. „Dom jest bardzo daleko” – mówili, albo też: „Naszym domem jest Zamek Nocy”. Rin rozumiała, co próbują w ten sposób przekazać. Podobnie jak pozostali cike, poza bractwem nie mogliby znaleźć dla siebie miejsca.

– O co ci właściwie chodzi? – rzucił Baji. – Gadasz, jakbyś chciała nas spławić.

– Nie, to nie tak – odparła. – Po prostu… nie potrafię się go pozbyć. I boję się.

– Czego?

– Boję się, że was skrzywdzę. Na Adladze się nie skończy. Nie potrafię przepędzić Feniksa, nie umiem sprawić, by się pohamował i…

– Przecież dla ciebie to wciąż nowość. Uczysz się – przerwał jej Baji. Odezwał się bardzo łagodnie. Jak to możliwe, że traktował ją tak strasznie życzliwie? – Wszyscy byliśmy kiedyś zieloni. Bóstwa bez przerwy domagają się dostępu do naszych ciał. Wiem, że wydaje ci się, że lada chwila oszalejesz, że już za moment pękniesz i postradasz zmysły. Ale to nieprawda.

– Skąd wiesz?

– Dlatego że każdy kolejny raz przychodzi łatwiej. Koniec końców człowiek uczy się żyć na krawędzi szaleństwa.

– Tyle że nie mogę wam obiecać, że nie…

– Nie możesz. Ale jeśli nawet coś się stanie, zapolujemy na Daji jeszcze raz. Będziemy na nią polować tyle razy, ile będzie trzeba, dopóki jej wreszcie nie wykończymy. Tyr nie zostawił nas samym sobie. My nie porzucimy ciebie. Właśnie po to istnieją cike.

Poruszona do głębi, spojrzała mu głęboko w oczy. Nie była pewna, z jakich pobudek płynęły jego słowa. Zdecydowanie nie wchodziła w grę przyjaźń. Nie zasłużyła na przyjaźń. Nie była to również lojalność. Na lojalność zasługiwała w jeszcze mniejszym stopniu. Może jednak było to poczucie braterstwa, więź ludzi zdradzonych? Daji sprzedała cike Federacji i żadne z nich nie było gotowe złożyć broni, dopóki rzeki nie zaczerwienią się od cesarskiej krwi.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Najlepiej wreszcie się zamknij i przestań kwękać. – Ramsa podsunął Rin z powrotem miskę. – Masz, zjedz. Pleśń jest bardzo pożywna.


Nad Zatoką Omonod zapadła noc. „Burzyk” mknął wzdłuż wybrzeża pod osłoną ciemności, gnany szamańską mocą tak potężną, iż cesarskie statki dały za wygraną już po kilku godzinach pościgu. Cike rozeszli się do własnych zajęć – Qara z Chaghanem zaszyli się w swojej kajucie, w której spędzali niemal cały czas podróży, a Baji zszedł do kubryku i walnął się na hamak.

Rin także zamknęła się u siebie i rozpoczęła duchowy pojedynek z bogiem.

Nie miała wiele czasu. Działanie laudanum słabło. Ustawionym pod klamką stołkiem zablokowała drzwi, usiadła na podłodze, wcisnęła głowę między kolana i zaczęła nasłuchiwać głosu Feniksa.

Czekała, by bóstwo znów zaczęło się domagać całkowitej władzy; chciała wrócić do stanu, gdy ognisty ptak skrzeczał w jej myślach tak długo i ogłuszająco, aż wreszcie ulegała i spełniała jego zachcianki. Tym razem jednak zamierzała odpowiedzieć własnym krzykiem.

Tuż obok ułożyła niewielki myśliwski nóż. Zacisnęła powieki. Po kilku chwilach zrozumiała, że laudanum opuściło jej krwiobieg bez reszty, zobojętniająca mgiełka rozwiała się na dobre. Natychmiast poczuła skręcające trzewia wrzenie, które w rzeczywistości nie ustało nawet na moment. I wraz z przerażającą szansą na trzeźwość dotarło do Rin coś jeszcze – świadomość. Za każdym razem cofała się do tej samej sceny, do momentu sprzed kilku miesięcy, kiedy stała na czworakach w zapomnianej świątyni na wyspie Speer. Feniks napawał się tym wspomnieniem, ponieważ z jego boskiej perspektywy była to chwila, gdy wspiął się na wyżyny niszczycielskiej mocy. Przywoływał te obrazy, bo chciał, by Rin uwierzyła, iż jedyną możliwością na pogodzenie się z grozą jest dopełnić dzieła.

Chciał, żeby spaliła statek. Żeby zabiła wszystkich, których ma pod ręką. Namawiał, by przybiła potem do brzegu i zaczęła palić i tam; niczym płomyk przytknięty do kartki papieru miała ruszyć w głąb lądu i spopielać na swojej drodze wszystko, dopóki ze świata nie zostałoby jedynie jałowe, szare pogorzelisko.

Obiecywał, że w ten sposób Rin zdoła się oczyścić.

Usłyszała symfonię wrzasków, głosów pojedynczych i rozlegających się chóralnie, słów wykrzykiwanych w mowie Speerytów bądź po mugeńsku – nie miało to znaczenia, ponieważ cierpienie i agonia w każdym języku brzmią tak samo.

Prawdziwą torturą stało się dla niej, że byli naraz liczbami i nie liczbami, iż rozgraniczenie to raz po raz się zacierało. Było to straszliwe, ponieważ kiedy byli liczbami, potrafiła to znieść. Gdy jednak stawali się ludzkimi istnieniami, nie radziła sobie z mnożeniem. Po chwili wrzaski zbiegły się w jeden samotny ton i przyjęły postać Altana.

Cała jego twarz pękała wzdłuż szczelin otwierających się w zwęglonej skórze, oczy płonęły pomarańczowym płomieniem, czarne łzy rozmywały policzki, ogień wyżerał go od wewnątrz – a ona nie mogła nic na to poradzić.

– Przepraszam – wyszeptała. – Przepraszam cię. Przepraszam. Próbowałam…

– Ciebie powinno to spotkać – powiedział Altan, a jego wargi pokryły się pęcherzami i odpadły, odsłaniając nagą kość. – Ty powinnaś była umrzeć. Powinnaś była zginąć w ogniu. – Oblicze Speeryty stało się popiołem, trupią czaszką, która przywarła niemal do twarzy Rin; kościste palce zacisnęły się jej na szyi. – To powinnaś być ty.

Nie była już pewna, czy kolejne pojawiające się myśli należą do niego, czy do niej, wiedziała tylko, że huczą tak głośno, iż zagłuszają wszystko inne.

Chcę, byś cierpiała.

Chcę, żebyś umarła.

Chcę, byś spłonęła.

– Nie! – zawołała i wbiła sobie nóż w udo. Ból przyniósł jedynie przelotną ulgę; oślepiająca biel wyparła z jej duszy całą resztę, lecz już po chwili powrócił ogień.

Nie udało się.

Poniosła porażkę.

Tak jak poprzednim razem i jeszcze wcześniej. Przegrywała przy każdej podjętej próbie. Na tym etapie sama już nie wiedziała, dlaczego to właściwie robi, chyba po to, żeby tym bardziej zadręczać się świadomością, że nie umie zapanować nad huczącym w jej umyśle pożarem.

Świeże rozcięcie dołączyło do kolekcji krwawiących ran, które pokrywały jej ramiona i nogi; ran, które wycięła we własnym ciele przed tygodniami – i które uparcie otwierała – ponieważ mimo że ból stanowił środek zaledwie tymczasowy, to poza opium innego remedium nie miała.

Chwilę potem nie mogła już myśleć.

Ruchy stały się mechaniczne, wszystko przychodziło z oszałamiającą łatwością – uformowanie w palcach kulki opium, wywołanie pierwszej iskry, a potem ta maskująca swąd zgnilizny woń krystalicznej słodyczy.

Największą zaletą opium było dla Rin to, że już po pierwszym zaciągnięciu wszystko traciło znaczenie i przez kilka kolejnych wykrojonych ze świata godzin mogła odetchnąć od odpowiedzialności istnienia.

Wciągnęła dym w płuca.

Płomienie przygasły. Wspomnienia ustąpiły. Świat przestał kaleczyć i nawet frustracja porażki skarlała i odeszła na dobre. Jedynym, co pozostało, był ten słodki, najsłodszy dym.


Wiedzieliście, że w Ankhiluun działa specjalny urząd, którego wyłącznym zadaniem jest obliczanie całkowitego ciężaru, jaki miasto jest zdolne udźwignąć? – rzucił pogodnie Ramsa.

Chłopak był wśród cike jedynym, który potrafił poruszać się po Pływającym Mieście swobodnie. Parł naprzód raźnymi susami, bez najmniejszego problemu przemykając po wąskich kładkach, rozpiętych nad brudnymi kanałami. Wszyscy pozostali stąpali po rozkołysanych deskach bardzo nieśmiało.

– I jaki to ciężar? – zapytał Baji, widząc, że młodszy kolega tylko na to czeka.

– Nie wiem, ale wydaje mi się, że powoli dobijają do granic – odparł Ramsa. – Muszą coś zrobić z liczbą mieszkańców. Jeśli wciąż będzie przybywać tu ludzi, Ankhiluun zacznie tonąć.

– Można ich odesłać na kontynent – zasugerował Baji. – Głowę dam, że przez kilka ostatnich miesięcy ubyło tam najmarniej dwieście tysięcy.

– Można. Można też posłać ich na kolejną wojnę. To wyjątkowo skuteczny sposób ograniczania populacji. – Ramsa wskoczył zwinnie na kolejny mostek.

Rin szła niezgrabnie za chudzielcem, mrużąc zaczerwienione oczy w promieniach bezlitosnego południowego słońca.

Z kajuty nie wychodziła przez kilka dni. Codziennie przyjmowała najmniejszą możliwą dawkę opium, która pozwalała jej ukoić umysł, a jednocześnie nie wykluczała normalnego funkcjonowania. Nawet jednak ta niewielka ilość poważnie zaburzyła jej zmysł równowagi, przez co schodząc na ląd, musiała trzymać Bajiego za rękę.

Rin darzyła Ankhiluun serdeczną nienawiścią. Nie znosiła słonawego, ostrego zapachu oceanu, przed którym nie było tutaj ucieczki; nie cierpiała panującego w tym mieście hałasu, głosów piratów i kupców pokrzykujących na siebie w dialekcie ankhiluuńskim, niezrozumiałym tworze powstałym z połączenia nikaryjskiego i języków Zachodu. Nienawidziła też faktu, że Pływające Miasto unosi się na morzu, kołysząc z każdą falą, przez co nawet stojąc w miejscu, miała wrażenie, że zaraz upadnie.

 

Gdyby nie zmusiła jej konieczność, za nic nie postawiłaby tu nogi. Ankhiluun jednak było jedynym w całym cesarstwie miejscem, gdzie mogła się poczuć w miarę bezpieczna. I tylko tutaj mogła spotkać ludzi skłonnych sprzedać jej broń.

I opium.

Pod koniec pierwszej wojny makowej przedstawiciele Republiki Hesperii zasiedli do rozmów z posłami Federacji Mugen i podpisali w efekcie traktat, na którego mocy na nikaryjskim wybrzeżu powstały dwie strefy neutralne. Pierwszą stał się międzynarodowy port Khurdalain. Drugą stworzono w Ankhiluun – Pływającym Mieście.

Wówczas było to skromne osiedle – ot, przeciętne zbiorowisko anonimowych parterowych budynków bez piwnic, małych z konieczności, ponieważ sypkie przybrzeżne piaski nie pozwalały na stawianie bardziej pokaźnych konstrukcji. Czas płynął. Trójca Doskonałych doprowadziła do zwycięstwa w drugiej wojnie makowej, a Smoczy Cesarz rozbił w puch połowę hesperyjskiej floty na Morzu Południowonikaryjskim.

Pod nieobecność cudzoziemców Ankhiluun rozkwitło. Miejscowi niczym pasożyty objęli w posiadanie zniszczone okręty i połączyli je kładkami, tworząc właściwe Pływające Miasto. Obecnie Ankhiluun wybiegało ryzykownie w morze, niczym rozkraczony do przesady pająk, a gęsta sieć drewnianych pomostów splatała mrowie zakotwiczonych w pobliżu brzegu statków.

Ankhiluun stanowiło bramę, przez którą do cesarstwa docierał mak we wszystkich znanych ludzkości postaciach. Ciężkie od opium, należące do Moag klipry przypływały tu z zachodniej półkuli i zostawiały ładunek w olbrzymich, pustych kadłubach starych okrętów, skąd odbierały go długie i wąskie łodzie przemytników, rozwożące towar poprzez rozgałęziony system dopływów rzeki Murui, sącząc truciznę prosto do krwiobiegu cesarstwa.

Pobyt w Ankhiluun oznaczał dostatek taniego opium, a to z kolei zwiastowało przewspaniały spokój nieświadomości – długie godziny, w trakcie których nie musiała myśleć ani niczego wspominać.

I to właśnie był główny powód, dla którego Rin tak bardzo nienawidziła Ankhiluun. Miasto przepełniało ją przeraźliwym strachem. Im dłużej w nim przebywała, zamknięta w kajucie, dryfując na rozkołysanych falach dostarczanego przez Moag narkotyku, tym mniej była je zdolna opuścić.


– Dziwne – stwierdził Baji. – Spodziewałem się bardziej wylewnego powitania.

W drodze do centrum mijali pływające targi, usypane nad kanałami sterty śmieci i długie szeregi charakterystycznych dla Ankhiluun barów – lokali pozbawionych ław i krzeseł, wyposażonych jedynie w rozpięte pod ścianami liny, na których uwieszali się pachami podpici klienci. Szli już dobrze ponad pół godziny. Znaleźli się w sercu miasta, nie kryli się przed mieszkańcami, a wciąż nikt po nich nie wyszedł.

Moag musiała już wiedzieć, że wrócili. Moag wiedziała o wszystkim, co działo się w granicach Pływającego Miasta.

– Królowa ustala porządek dziobania. – Rin przystanęła dla nabrania tchu. Wędrówka po wiecznie ruchomych kładkach przyprawiła ją o jeszcze jeden atak nudności. – Sama po nas nie wyjdzie. Chce, byśmy to my przyszli do niej.

Uzyskanie audiencji u Chiang Moag stanowiło nie lada wyczyn. Piracka królowa otaczała się tak licznymi systemami ochrony, że nikt nie miał pojęcia, gdzie aktualnie przebywa. Bezpośrednio przekazać jej wiadomość mogły jedynie członkinie Czarnych Lilii, kohorty służących Moag kobiet szpiegów i zabójczyń. Je z kolei można było spotkać tylko na pomalowanej w krzykliwe barwy barce rekreacyjnej, kołyszącej się na falach głównego kanału miasta.

– Tam! – Rin ocieniła oczy dłonią.

„Czarna Orchidea” okazała się nie tyle statkiem, co pływającą dwupiętrową willą. Tandetnie kolorowe lampiony zwieszały się z przywodzących na myśl pagody dachów, a z przesłoniętych papierem okien nieustannie płynęły dźwięki sprośnych, skocznych przyśpiewek. Dzień w dzień w porze południa „Czarna Orchidea” zaczynała krążyć w tę i z powrotem po spokojnej tafli kanału, przyjmując na pokład gości tłumnie podpływających do jej burt jaskrawoczerwonymi sampanami. Rin przetrząsnęła kieszenie.

– Ma ktoś może miedziaka?

– Ja mam. – Baji cisnął monetę przewoźnikowi, który chwilę wcześniej skierował swoją łódź do brzegu, by przewieźć cike na barkę.

Podpływając, zauważyli niewielką grupkę Lilii. Młode kobiety, siedzące swobodnie na otaczającej pierwsze piętro balustradzie, pomachały im niefrasobliwie. W odpowiedzi Baji zadarł głowę i głośno zagwizdał.

– Przestań! – prychnęła pod nosem Rin.

– Niby czemu? – zdziwił się Baji. – Milutkie są. Spójrz, jak się do mnie uśmiechają.

– Bo widzą, że jesteś łatwym celem.

Moag rekrutowała do swojej prywatnej armii wyłącznie kobiety, w dodatku kobiety w najwyższym stopniu atrakcyjne. Wszystkie Lilie bez wyjątku miały piersi rozmiarów gruszek i talie tak wąskie, iż wydawało się, że lada moment przełamią się na pół. Wszystkie były przy tym świetnie wyszkolonymi adeptkami sztuk walki i lingwistkami, tworzącymi wspólnie najbardziej nieznośną grupę kobiet, z jakimi Rin miała kiedykolwiek do czynienia.

Jedna z Lilii zatrzymała ich u szczytu trapu. Drobna dłoń dziewczyny wyciągnęła się ku cike, jakby była w stanie fizycznie powstrzymać ich przed wejściem na pokład.

– Nie byliście umówieni.

Najwyraźniej ta Lilia należała do świeżego narybku. Nie mogła mieć więcej niż piętnaście lat. Jej twarz zdobiły jedynie delikatne muśnięcia szminki, pod bluzką uwidaczniały się nieznaczne jeszcze pąki biustu i widać było, że nie ma pojęcia, iż stoi przed grupą najbardziej niebezpiecznych osób w cesarstwie.

– Nazywam się Fang Runin – przedstawiła się Rin.

– Że jak? – Lilia zatrzepotała powiekami.

Stojący za Rin Ramsa zachichotał i błyskawicznie zamaskował śmiech kaszlnięciem.

– Fang Runin – powtórzyła. – I nie muszę się z nikim umawiać.

– Oj, kotku, my tak nie pracujemy. – Dziewczę zabębniło szczupłymi palcami o niewiarygodnie cienką kibić. – Tutaj wszyscy muszą się umawiać, a terminy mamy zajęte na wiele dni naprzód. – Mówiąc, zerknęła ponad ramieniem Rin na Bajiego, Suniego i Ramsę. – Poza tym za większe grupy płaci się dodatkowo. Nasze dziewczyny nie przepadają za zabawami w tłumie.

– Słuchaj no, gówniaro… – Rin sięgnęła po nóż.

– Cofnij się! – W dłoni piętnastolatki nagle i niespodziewanie zalśniła garść igieł, które musiała dotąd skrywać w rękawie. Na końcu każdej lśniły fioletowe kropelki trucizny. – Lilii nie wolno tknąć nikomu.

Rin stłamsiła w sobie gwałtowną pokusę, by wymierzyć dziewczynie siarczysty policzek.

– Jeśli nie zejdziesz nam z drogi w tej sekundzie, wsadzę ci sztylet tak głęboko w…

– Proszę, proszę! Cóż za niespodzianka! – Jedwabna zasłonka w głównych drzwiach barki zaszeleściła i na pokład wyszła obdarzona bujnymi kształtami kobieta. Rin ciężko westchnęła.

Sarana, jedna z najwyżej postawionych Czarnych Lilii i osobista faworyta samej Moag. Służyła jako pośredniczka między królową a cike od dnia, kiedy Rin z towarzyszami trzy miesiące temu przycumowali w Ankhiluun. Była posiadaczką nieprzyjemnie ciętego języka i cechowała ją prawdziwa obsesja na punkcie aluzji do życia seksualnego oraz – w ocenie Bajiego – para najdoskonalszych piersi na południe od Murui.

Rin jej nie cierpiała.

– Nie myślałam, że zobaczę tutaj akurat ciebie. – Sarana podeszła i ciekawie przechyliła głowę na bok. – Sądziłyśmy, że nie interesujesz się kobietami. – Każde słowo podkreślała specyficznym kołysaniem bioder. Baji wydał z siebie zduszone chrząknięcie. Ramsa bez cienia zażenowania gapił się prosto na wydatne piersi Sarany.

– Muszę pomówić z Moag – rzuciła Rin.

– Moag jest zajęta – odparła Sarana.

– Myślę, że jest również zbyt rozsądna, by kazać mi czekać.

Lilia uniosła delikatnie zarysowane brwi.

– I bardzo nie lubi, kiedy ludzie nie okazują jej szacunku.

– Czy naprawdę muszę powiedzieć wprost? – warknęła Rin. – Jeśli nie chcesz, by ta łajba poszła z dymem, to leć do swojej pani i przekaż, że czekam, by mnie przyjęła.

Sarana teatralnie ziewnęła.

– Bądź dla mnie milsza, Speerytko. Bo doniosę komu trzeba.

– Mogę zatopić waszą barkę w parę minut.

– A Moag może kazać naszpikować cię strzałami, zanim zdążysz zejść z pokładu. – Sarana lekceważąco machnęła dłonią. – Zmykaj, Speerytko. Przyślemy po ciebie, kiedy Moag będzie gotowa.

W Rin zawrzało. Zmykaj, Speerytko? – pomyślała. Kurwa, co za tupet!

Sarana uważała to słowo za obelgę, lecz przecież Rin naprawdę była Speerytką. I to Speerytką, która własnoręcznie doprowadziła do zwycięstwa w trzeciej wojnie makowej. Zatopiła cały, kurwa, kraj. Nie zaszła tak daleko po to, by trwonić czas na pogawędki z jakąś głupią dziwką.

Dłonie Rin wystrzeliły raptownie naprzód, chwyciły Saranę za kołnierz. Lilia uniosła rękę do niewątpliwie zaprawionej trucizną spinki do włosów, lecz Rin grzmotnęła jej plecami o ścianę, wcisnęła łokieć pod gardło, a drugą dłonią unieruchomiła Saranie prawe ramię. Nachyliła się i niemal musnęła wargami ucho rywalki.