Republika Smoka

Tekst
Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dzień dobry – odezwała się. – Nazywam się Rin.

Równie dobrze mogłaby przedstawiać się ścianie. Możnowładca wydał z siebie stłumiony pomruk i wrócił na miejsce.

– To jawna demonstracja siły. Zamierzasz tak po prostu wkroczyć z nią do pałacu?

– Naturalnie będzie w łańcuchach. Dodatkowo podamy jej narkotyki. Daji bardzo na to nalegała.

– Zatem Daji wie, że dziewczyna jest w mieście.

– Uznałem, że rozsądnie będzie posłać przodem umyślnego.

– W takim razie nic dziwnego, że chodzi podenerwowana – zauważył Tsolin. – Trzykrotnie wzmocniła pałacowe straże. Możnowładcy gadają. Nie wiem, co dokładnie planujesz, ale cesarzowa jest na to gotowa.

– W tej sytuacji twoje wsparcie bardzo mi się przyda – odparł Vaisra.

Rin zwróciła uwagę, że za każdym razem, kiedy Vaisra zwracał się do Tsolina, pochylał przy tym głowę. Nieznacznie, lecz wyraźnie. Kłaniał się staremu mistrzowi, okazując szacunek i poważanie.

Pochlebstwa jednak nie wywierały na sędziwym możnowładcy zauważalnego wrażenia.

– Pokój nigdy nie przynosił ci zadowolenia, prawda? – westchnął.

– A ty nadal nie chcesz przyjąć do wiadomości, iż wojna jest dla nas jedynym wyjściem – odparł Vaisra. – Co wolisz, Tsolin? Cesarstwo może zdychać powolną śmiercią przez całe następne stulecie albo też naprowadzimy je na właściwą ścieżkę, i to, przy odrobinie szczęścia, w ciągu tygodnia?

– Tygodnia? Raczej kilku krwawych lat.

– Miesięcy. W porywach.

– Zapomniałeś, co się stało, gdy ostatnim razem ktoś wystąpił przeciwko Trójcy Doskonałych? – zapytał Tsolin. – Nie pamiętasz już ciał ścielących się na stopniach Niebiańskiej Przełęczy?

– Tym razem będzie inaczej – stwierdził Vaisra.

– Dlaczego?

– Dlatego że mamy ją. – Arystokrata ponownie wskazał Rin.

Tsolin obrzucił dziewczynę zmęczonym spojrzeniem.

– Biedne dziecko – powiedział. – Tak bardzo mi cię żal.

Ściągnęła brwi, nie była pewna, co miał na myśli.

– Poza tym moment jest więcej niż korzystny – podjął pospiesznie Vaisra. – Milicja wciąż słania się po ciosie, jaki zadała im Federacja. Nie zdążyli odbudować sił i nie zdołają odpowiednio szybko przygotować obrony.

– Nawet biorąc pod uwagę najbardziej pomyślny scenariusz, Daji wciąż ma po swojej stronie północne prowincje – przypomniał Tsolin. – Koń i Tygrys za nic nie zmienią barw. Cesarzowa może też liczyć na Chang Ena i Juna. Więcej nie potrzebuje.

– Jun wie, że nie należy stawać do walki, której nie można wygrać.

– Z tym że tę nie tylko może, ale i wygra. Nie sądziłeś chyba, że wszystkich zdołasz zastraszyć?

– Z twoją pomocą będę w stanie doprowadzić tę wojnę do końca dosłownie w ciągu dni. – Vaisra zaczynał się niecierpliwić. – Działając wspólnie, mielibyśmy kontrolę nad całym wybrzeżem. Kanały są moje. Ty władasz wschodnim wybrzeżem. Nasze połączone floty…

Tsolin podniósł rękę.

– Moi poddani w ciągu jednego pokolenia przeżyli już trzy wojny, z których każdą prowadził inny władca. W tej chwili otrzymali pierwszą w życiu szansę na zaznanie trwałego pokoju. A ty chcesz im podarować wojnę domową.

– Ta wojna wybuchnie, czy zechcesz to wreszcie przyznać, czy nie. Ja jedynie przyspieszam nieuniknione.

– Nieuniknione, którego nie przeżyjemy – odparł Tsolin. W słowach możnowładcy zabrzmiał najprawdziwszy smutek. Rin ujrzała go też w jego oczach, w starym, znękanym spojrzeniu. – Tak wielu ludzi straciliśmy w Golyn Niis, Vaisra. Tylu młodych chłopców. Wiesz, co nasi dowódcy kazali zrobić swoim ludziom na wieczór przed oblężeniem? Kazali pisać listy do rodzin. I oni pisali. Pisali bliskim, że ich kochają. Że nie wrócą do domu. A oficerowie wytypowali najsilniejszych i najszybszych żołnierzy, by te wiadomości dostarczyli. Rozstali się z nimi bez żalu. Wiedzieli, że kilkunastu piechurów więcej i tak niczego nie zmieni. – Tsolin wstał z krzesła. – Moja odpowiedź brzmi „nie”. Rany po wojnach makowych nie zdążyły się jeszcze zabliźnić. Nie możesz prosić, byśmy je dobrowolnie rozdrapali.

Możnowładca Węża wykonał taki gest, jakby chciał odejść, lecz Vaisra złapał go za przegub.

– Czyli zachowasz neutralność?

– Vaisra…

– Chcesz wystąpić przeciw mnie? Mam się spodziewać, że na moim progu staną nasłani przez Daji zabójcy?

– Ja nic nie wiem. – Spojrzenie starca przepełnił ból. – Nie pomagam nikomu. Zostańmy przy tym, dobrze?


– Pozwolimy mu odejść? Ot tak? – zapytała Rin, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu Tsolina.

Vaisra zaskoczył ją ostrym wybuchem śmiechu.

– Podejrzewasz, że wyda nas cesarzowej?

Rin wydawało się to dość oczywiste.

– Cóż, do nas nie przystał. To jasne.

– Jeszcze nie. Ale przystanie. Dał przecież do zrozumienia, co go powstrzymuje. Zależy mu na bezpieczeństwie prowincji. Jeśli będzie musiał decydować między wojną a zniszczeniem, zdecyduje się błyskawicznie. Przymuszę go. Pokieruję działaniami tak, by walki wybuchły na jego podwórku. Wówczas nie będzie mieć wyboru. Myślę zresztą, że sam to rozumie.

Vaisra z każdą chwilą przyspieszał kroku. Rin musiała podbiec, by nie zostać w tyle.

– Jesteś zły?

Nie. Nie był po prostu zły. Wrzała w nim rozpalona do białości furia. Domyśliła się tego po sypiących się z oczu Vaisry lodowato zimnych iskrach, po sztywności chodu. W dzieciństwie aż zbyt wiele czasu spędziła, ucząc się odczytywać oznaki groźnego nastroju innych ludzi.

Nie odpowiedział. Rin stanęła w miejscu.

– Chodzi o pozostałych możnowładców. Odmówili, prawda? – spytała.

Zareagował dopiero po chwili.

– Są niezdecydowani, wahają się. Za wcześnie mówić o rozstrzygnięciach.

– A czy oni cię zdradzą?

– Nie znają moich zamiarów na tyle, by mi poważnie zaszkodzić. Daji może się od nich dowiedzieć tyle, że jestem niezadowolony z jej rządów. A o tym wie od dawna. Wątpię jednak, by mieli dość odwagi, żeby wyjawić chociaż to. – Słowa arystokraty tchnęły poczuciem wyższości i pogardą. – Ci ludzie są jak owce. Będą się przyglądać bez słowa i czekać. Chcą się przekonać, na czyją stronę przechyli się szala. A wtedy sprzymierzą się z tym, kto będzie mógł ich ochronić. Póki co nie są jednak potrzebni.

– Tsolin był ci potrzebny – zauważyła.

– Bez Tsolina będzie zdecydowanie trudniej – przyznał Vaisra. – On sam jeden mógł przypieczętować los cesarstwa. Teraz natomiast czeka nas prawdziwa wojna.

– Chcesz przez to powiedzieć, że przegramy? – nie mogła nie zapytać.

Przez chwilę wpatrywał się w Rin bez słowa. Potem uklęknął przed nią, złożył dłonie na jej ramionach i spojrzał w oczy tak intensywnie, że poczuła ochotę, by gdzieś się ukryć.

– Nie – powiedział półgłosem. – Mamy ciebie.

– Vaisra…

– Staniesz się włócznią, której ostrze obali cesarstwo – podjął surowo. – Pokonasz Daji. Rozpętasz tę wojnę, a wówczas możnowładcy z południa nie będą mieli wyboru.

Świdrowana jego spojrzeniem Rin czuła się coraz bardziej nieswojo.

– A jeśli sobie nie poradzę?

– Poradzisz.

– Ale…

– Poradzisz sobie, ponieważ taki wydaję ci rozkaz. – Mocniej zacisnął palce na jej ramionach. – Jesteś moją najpotężniejszą bronią. Nie spraw mi zawodu.


Rin wyobrażała sobie Pałac Jesienny jako budowlę wzniesioną z klockowatych elementów o abstrakcyjnych kształtach, takich, które oglądała na planach. W rzeczywistości rezydencja okazała się prawdziwym sanktuarium piękna, widokiem wyjętym wprost z atramentowego malowidła. Gdzie nie spojrzała, kołysały się kwiaty. Ogrody przyprószone były białą koronką płatków kwitnących śliw i brzoskwiń; stawy i kanały pyszniły się kielichami lilii wodnych i lotosów. Sam kompleks stanowił elegancko zaprojektowany amalgamat dekoracyjnych bram, masywnych marmurowych kolumn i przestronnych pawilonów.

Jednak mimo tego natłoku piękna zalegająca w pałacu ciężka cisza obudziła w Rin poczucie dyskomfortu. Upał nie dawał spokoju. Ścieżki były tak czyste, jakby co godzina zamiatały je chmary niewidzialnych sług, lecz dziewczyna wyraźnie słyszała wszędobylskie brzęczenie rojów much, jakby owady wyczuwały w powietrzu dyskretny fetor zgnilizny. Odniosła wrażenie, że pod uroczą politurą rezydencja skrywa coś paskudnego, zamaskowany aromatem kwitnących bzów swąd trupa w ostatnim stadium rozkładu.

Niewykluczone, że dała się ponieść wyobraźni. Może pałac był po prostu i rzeczywiście piękny, a jej nie przypadł do gustu dlatego, że jego mury stały się azylem dla tchórzy. Była to kryjówka i sam nagi fakt, że ktokolwiek chował się tutaj, podczas gdy w Golyn Niis rozpadały się trupy pomordowanych, doprowadzał Rin do ślepej furii.

– Patrz w ziemię. – Eriden trącił ją w plecy drzewcem włóczni.

Karnie posłuchała. Pamiętała, że ma do odegrania rolę pojmanego przez Vaisrę jeńca – szła ze skutymi na plecach rękoma i ustami niemal unieruchomionymi przez boleśnie uciskający żuchwę żelazny kaganiec, który pozwalał jej wydawać najwyżej cichy szept.

Wystraszonych spojrzeń nie musiała udawać. Naprawdę była przerażona. Strachu nie uśmierzyło nawet opium, którego uncja krążyła w tej chwili w jej żyłach. Narkotyk sprawił tyle, że serce biło jej bardziej ospale i miała wrażenie, iż szybuje wśród chmur, lecz zarazem wzmógł dręczącą Rin paranoję. Jej przepełniony niepokojem umysł pracował na zdwojonych obrotach, lecz ciało działało leniwie i ociężale – najgorszy z możliwych mariaży.

O wschodzie słońca Rin, Vaisra i kapitan Eriden przeszli pod łukami kolejnych dziewięciu bram otwierających się w koncentrycznych kręgach murów Pałacu Jesiennego. Przy każdych wrotach słudzy cesarzowej poddawali ich drobiazgowej rewizji. Na wysokości bramy numer siedem zostali obmacani tak skrupulatnie, że Rin poczuła się zdziwiona, że nie kazano im po prostu rozebrać się do naga.

 

Przy ósmej bramie żołnierz gwardii cesarskiej zatrzymał dziewczynę i stwierdził, że musi obejrzeć jej źrenice.

– Wzięła narkotyk bardzo niedawno. W obecności waszych straży – przypomniał Vaisra.

– Nieważne – odparł gwardzista. Wyciągnął rękę i uniósł podbródek Rin. – Oczy szeroko, poproszę.

Wykonała polecenie i z całych sił spróbowała się nie szarpnąć, gdy palce mężczyzny rozciągnęły jej powieki.

Usatysfakcjonowany gwardzista cofnął się i przepuścił ich dalej.

Chwilę potem Rin weszła w ślad za Vaisrą do sali tronowej. Ich kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki, wypolerowanej tak perfekcyjnie, iż wydawało się, że stąpają po tafli jeziora.

Komnata zaatakowała ich przepychem bogactw i zdobień, które w zmąconych działaniem opium oczach Rin zaczęły krążyć i tracić kontury. Zatrzepotała powiekami, z wysiłkiem starając się odzyskać koncentrację. Ściany pokryte były delikatnymi, po mistrzowsku odmalowanymi symbolami, ciągnącymi się po samą powałę, na której zbiegały się w okrąg.

Przecież to Panteon, zrozumiała. Przyjrzała się uważniej i zobaczyła znajomych sobie bogów: okrutnego i złośliwego boga małp, majestatycznego i wiecznie głodnego Feniksa…

Dziwne. Czerwony Cesarz darzył nienawiścią wszelkie przejawy szamanizmu. Po objęciu sinegardzkiego tronu rozkazał wymordować wszystkich mnichów w cesarstwie, a klasztory puścić z ogniem.

Możliwe jednak, że do samych bogów miał inny stosunek. Być może jego nienawiść rodziła się z faktu, iż osobiście nie potrafił z ich mocy korzystać.

Dziewiąte wrota prowadziły do sali rady. Drogę zastąpił im szereg żołnierzy. Zakuci w pozłacane zbroje przyboczni gwardziści cesarzowej.

– Bez ochrony – rzucił dowódca. – Cesarzowa nie życzy sobie w sali rady zbędnego tłoku.

Przez oblicze Vaisry przemknął cień irytacji.

– Cesarzowa mogła mnie była uprzedzić.

– Cesarzowa wysłała stosowną informację wszystkim gościom pałacu – odpowiedział wyniośle gwardzista. – Ty ofertę noclegu odrzuciłeś.

Rin była przekonana, że Vaisra zaprotestuje, lecz on tylko spojrzał na Eridena i przykazał mu zaczekać na zewnątrz. Eriden ukłonił się i odszedł, pozostawiając ich bezbronnych i samotnych w samym sercu Pałacu Jesiennego.

Nie byli jednak zupełnie sami. Dokładnie w tej samej chwili cike pokonywali wpław prowadzący do centrum miasta podziemny kanał. Aratsha otoczył głowy towarzyszy bąblami powietrza, dzięki czemu mogli przepłynąć pod wodą wiele mil bez konieczności wynurzania się dla nabrania tchu. Ten wyjątkowy sposób infiltracji cike wykorzystywali już po wielokroć. Tym razem mieli wystąpić w roli odsieczy, gdyby próba przewrotu skończyła się niepowodzeniem. Według planu Baji i Suni powinni zająć posterunki tuż pod salą rady, do której w razie konieczności zamierzali wedrzeć się siłą, by wyprowadzić bezpiecznie Vaisrę. Qara miała przyczaić się na dachu najwyższego z sąsiadujących z salą pawilonów, skąd mogła osłaniać towarzyszy, strzelając z łuku. Ramsa natomiast, wraz ze swym wodoszczelnym workiem materiałów wybuchowych, miał zaszyć się tam, gdzie ewentualna eksplozja mogła wywołać największe zamieszanie.

To ostatnie przynosiło Rin niewielką pociechę. Nawet gdyby nie udało im się Pałacu Jesiennego zdobyć, prawdopodobnie zdołają przynajmniej wysadzić go w powietrze.


Ledwie Rin z Vaisrą przekroczyli próg sali rady, w pomieszczeniu zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Zebrani możnowładcy zwrócili się jak jeden mąż ku dziewczynie. Na ich twarzach malowała się cała paleta emocji, od zaskoczenia przez ciekawość aż po lekkie zniesmaczenie. Spojrzenia arystokratów wędrowały po ciele Rin, przystawały na jej dłoniach i udach, szacowały wzrost i budowę. Patrzyli wszędzie, tylko nie prosto w jej oczy.

Przestąpiła niepewnie z nogi na nogę. Taksowali ją tak, jak ocenia się wartość wystawionej na wiejskim targu krowy.

Jako pierwszy odezwał się możnowładca Wołu. Rin pamiętała go jeszcze z Khurdalain: zaskoczyło ją, że mężczyzna zdołał przeżyć.

– I to ta dziewczynka zatrzymała cię na tyle tygodni?

– Czas straciłem na poszukiwania, nie na jej pojmanie – zachichotał Vaisra. – Znalazłem ją w Ankhiluun. Moag zdążyła położyć na niej łapę wcześniej.

– Królowa piratów? – W oczach arystokraty pojawiło się zdziwienie. – Więc jak wydostałeś od niej tę małą?

– Kupiłem. Zaproponowałem Moag coś bardziej atrakcyjnego – odparł Vaisra.

– Dlaczego sprowadzasz ją tutaj żywą? – spytał ostro mężczyzna zasiadający po przeciwnej stronie stołu.

Rin rzuciła na niego okiem i niemal podskoczyła. W pierwszej chwili zupełnie go nie poznała. Mistrz Jun nosił teraz znacznie dłuższą brodę, a w jego włosach pojawiły się nieobecne przed wojną popielate pasemka. W wyciosanych na twarzy starego nauczyciela walki rysach dostrzegła jednak tę samą co dawniej arogancję. Arogancję i nieskrywaną pogardę dla jej osoby.

– Zdrada winna być karana śmiercią – podjął, świdrując Vaisrę niechętnym spojrzeniem. – A ona jest zbyt niebezpieczna, by zachować ją przy życiu.

– Nie bądź pochopny – wtrącił możnowładca Konia. – Dziewczyna może się przydać.

– Przydać? – powtórzył Jun jak echo.

– Jest ostatnią przedstawicielką swego plemienia. Pozbywając się tak potężnej broni, okazalibyśmy się głupcami.

– Przydatna jest tylko taka broń, którą można bez przeszkód władać – stwierdził możnowładca Wołu. – A coś mi podpowiada, że z okiełznaniem tej bestii możemy mieć poważny kłopot.

– Jak sądzisz, co sprawiło, że zeszła na złą drogę? – Możnowładca Koguta pochylił się nad blatem, by przyjrzeć się Rin dokładniej.

W duchu była bardzo tego spotkania ciekawa. Gong Takha pochodził z tej samej prowincji co ona. Posługiwali się identycznym dialektem, a jego cera była niemal tak ciemna jak jej. Na pokładzie „Pielgrzyma” krążyła plotka, że to właśnie możnowładca Koguta najbardziej ze wszystkich skłaniał się ku poparciu republiki. Jeśli jednak lokalna solidarność miała dla arystokraty jakiekolwiek znaczenie, w żaden sposób tego nie uzewnętrznił. Obserwował Rin z tą specyficznie lękliwą ciekawością, z jaką ludzie oglądają zamkniętego w klatce tygrysa.

– W jej spojrzeniu widać dzikość – ciągnął. – Myślisz, że to skutek mugeńskich eksperymentów?

Ja tu stoję! – miała ochotę syknąć Rin. Przestańcie rozmawiać o mnie, jakby mnie tu nie było.

Vaisra jednak chciał, by była potulna. „Udawaj głupią” – powiedział. „Nie chcemy, żeby pomyśleli, że jesteś zbyt inteligentna”.

– Prawda nie jest aż tak wysublimowana – odpowiedział Vaisra. – To Speerytka i szarpie się na smyczy. Pamiętacie przecież, jakie mieli charaktery.

– Kiedy moje psy dostają wścieklizny, po prostu je zabijam – wtrącił Jun.

– Małe dziewczynki to nie psy, Loran – od strony drzwi rozległ się głos cesarzowej.

Rin zamarła.

Su Daji zrezygnowała z odświętnych szat na rzecz zielonego wojskowego munduru. Naramienniki wzmocnione miała płytkami nefrytowej zbroi, a do pasa przytroczyła długi miecz. Dziewczyna zrozumiała, że w tym stroju zawiera się przesłanie. Władczyni uświadamiała wszem wobec, iż jest nie tylko cesarzową, ale i marszałkiem wielkim cesarskiej milicji. Już raz objęła władzę w Nikan przemocą. Była w pełni gotowa ten wyczyn powtórzyć.

Daji uniosła rękę i musnęła palcami kaganiec Rin. Dziewczyna panowała nad oddechem z rosnącym trudem.

– Ostrożnie – rzucił Jun. – Ona kąsa.

– Och, nie wątpię – odparła Daji omdlewającym tonem, ktoś mógłby pomyśleć, że temat jej nie interesuje. – Opierała się?

– Próbowała – powiedział Vaisra.

– Wyobrażam sobie, że nie obeszło się bez ofiar.

– Nie tylu, ilu można się było spodziewać. Jest słaba. Wykończyły ją narkotyki.

– Naturalnie. – Daji wydęła wargę. – Wszyscy Speeryci mieli niefortunną predylekcję do opium. – Dłoń władczyni przeniosła się wyżej, łagodnie poklepała Rin po głowie.

Palce dziewczyny zwinęły się w pięści.

Spokojnie, napomniała się w duchu. Działanie narkotyku wciąż nie ustało. Próbując sięgać po ogień, czuła jedynie tępy nacisk w potylicy.

Daji jeszcze długo nie odrywała od Rin oczu. Dziewczyna zastygła w przerażeniu. Śmiertelnie się bała, iż cesarzowa już teraz zechce odprowadzić ją na stronę, co przewidywał Vaisra. Za wcześnie. Gdyby znalazły się sam na sam w tej chwili, byłaby w stanie najwyżej zamachnąć się na cesarzową osłabionymi, niepewnymi rękoma.

Daji jednak uśmiechnęła się, pokręciła głową i podeszła do stołu.

– Mamy wiele do omówienia. Czy możemy zaczynać?

– A co z dziewczyną? – zapytał Jun. – Powinna gnić w celi.

– Owszem – Daji rzuciła Rin jadowity uśmiech – ale z przyjemnością popatrzę, jak się poci.


Następne dwie godziny okazały się najdłuższymi w całym życiu Rin. Kiedy możnowładcy zaspokoili już ciekawość dotyczącą jej osoby, poświęcili uwagę olbrzymiemu katalogowi problemów natury ekonomicznej, rolnej i politycznej. Trzecia wojna makowa doprowadziła do ruiny niemal wszystkie prowincje. Żołnierze Federacji zniszczyli większość infrastruktury okupowanych na kontynencie miast, spalili ogromne połacie pól uprawnych i zmietli z powierzchni ziemi niezliczone wioski. Masowe przepływy uchodźców zmieniły gęstość i strukturę zaludnienia na obszarze całego kraju. Katastrofa osiągnęła takie rozmiary, że uśmierzenie jej skutków wymagało prawdziwie astronomicznego wysiłku ze strony zjednoczonego, centralnego rządu. Tymczasem złożoną z tuzina możnowładców radę można było określić wieloma mianami, lecz z pewnością nie tym.

– Panuj, cholera, nad poddanymi! – rzucił możnowładca Wołu. – Kiedy my tu siedzimy, przez moje granice przelewają się kolejne tysiące waszych uchodźców. Już nie mam ich gdzie pomieścić.

– A co mam niby zrobić? Powołać straż graniczną? – W głosie możnowładcy Zająca pobrzmiewała charakterystyczna, nieprzyjemna chrypka. Rin krzywiła się za każdym razem, kiedy się odzywał. – Połowa mojej prowincji znalazła się pod wodą, zapasy żywności nie wystarczą nawet na najbliższą zimę…

– Podobnie jak nasze – odparł możnowładca Wołu. – Przekieruj tych ludzi albo wszyscy będziemy głodować.

– Byłbym skłonny przyjąć obywateli Prowincji Zająca, naturalnie w określonej liczbie – odezwał się możnowładca Psa. – Musieliby jednak legitymować się oficjalnymi dowodami tożsamości.

– Dowodami tożsamości? – powtórzył możnowładca Zająca. – Ci ludzie stracili rodzinne wsie, a ty oczekujesz dowodów tożsamości? Nie sądzę, by akurat dokumenty ratowali z płomieni w pierwszej kolejności, a…

– Wszystkim dachu nad głową nie zapewnimy. Moi urzędnicy i tak gonią resztkami.

– Przecież twoja prowincja to nagi step. Miejsca masz pod dostatkiem.

– Miejsce mam, jedzenia nie. Poza tym kto wie co twoi zawlekliby w moje granice…

Rin z trudem wierzyła, że właśnie na tej radzie – o ile tych ludzi można było sensownie określić radą – opierało się funkcjonowanie cesarstwa. Owszem, zdawała sobie sprawę, że możnowładcy często brali się za łby z powodu sporów o surowce naturalne, szlaki handlowe czy – niekiedy – najlepszych absolwentów Akademii Sinegardzkiej. Tak, wiedziała, że rozziew między prowincjami stopniowo się pogłębia, zwłaszcza od momentu zakończenia trzeciej wojny makowej. Nie miała jednak pojęcia, że sytuacja jest aż tak fatalna.

Możnowładcy całymi godzinami dyskutowali i kłócili się o szczegóły tak absurdalne, iż normalny człowiek nie zwróciłby na nie uwagi. Ona tymczasem nadal stała w kącie, pociła się i czekała, aż Daji odkryje karty.

Cesarzowej jednak wcale się nie spieszyło. Eriden miał rację – ewidentnie lubiła igrać z ofiarami. Siedziała u szczytu stołu z nieznacznie rozbawionym wyrazem twarzy. Co jakiś czas spoglądała na Rin i porozumiewawczo puszczała do niej oko. Jakie zakończenie tej partii planowała? Musiała wiedzieć, że w pewnym momencie opium przestanie działać. Dlaczego zwleka?

Czyżby chciała bezpośredniego starcia?

Niepokój sprawił, że pod Rin powoli zaczynały uginać się kolana. Pojawiły się też zawroty głowy.

Utrzymanie się na nogach wymagało od Rin iście nadludzkiego wysiłku.

– A co z Prowincją Tygrysa? – zapytał ktoś.

Oczy obecnych zwróciły się na pulchnego chłopca, siedzącego z łokciami opartymi o blat. Młody możnowładca Tygrysa potoczył wokół stołu spojrzeniem naraz przerażonym i pełnym zachwytu, dwukrotnie zamrugał, po czym obejrzał się przez ramię w poszukiwaniu pomocy.

 

Jego ojciec zginął w Khurdalain. Od tamtego czasu prowincją w imieniu malca zarządzał w myśl prawa namiestnik i generałowie, z czego jasno wynikało, iż rzeczywista władza spoczęła w rękach Juna.

– W czasie wojny uczyniliśmy więcej, niż można było oczekiwać – odezwał się Jun. – Krwawiliśmy w Khurdalain przez długie miesiące. Straciliśmy tysiące ludzi. Potrzebujemy czasu, by zaleczyć rany.

– Jun, dajże spokój. – Wysoki mężczyzna spod przeciwległej ściany splunął prosto na stół. – Prowincja Tygrysa dysponuje mnóstwem ziemi uprawnej. W naszych czasach to bogactwo. Podzielcie się z bliźnimi.

Rin się skrzywiła.

To musiał być świeży na stanowisku możnowładca Konia – Wilczy Generał Chang En. Przed przybyciem do pałacu dowiedziała się na jego temat bardzo wiele. Chang En był dawnym dowódcą dywizji, który tuż przed wybuchem trzeciej wojny makowej zbiegł z jenieckiego obozu Federacji, wkroczył na zbójecką ścieżkę i błyskawicznie przejął kontrolę nad połową Prowincji Konia, podczas gdy poprzedni możnowładca wraz ze swoimi wojskami zaprzątnięty był obroną Khurdalain. Rozbójnicy Chang Ena karmili się dosłownie wszystkim. Wilczym mięsem. Znajdowanymi w przydrożnych rowach trupami. Krążyły nawet pogłoski, że za spore sumy skupowali żywe jeszcze noworodki i dzieci.

W tej chwili poprzedni możnowładca Konia już nie żył. Zginął obdarty żywcem ze skóry przez mugeńskich żołdaków. Jego dziedzice z kolei okazali się zbyt słabi lub byli za młodzi, żeby zmierzyć się z Chang Enem, więc faktyczne rządy w prowincji przypadły watażce.

Chang En pochwycił spojrzenie Rin. Wyszczerzył zęby i powolnym ruchem oblizał górną wargę grubym, pokrytym czarnymi cętkami językiem.

Stłumiła w sobie dreszcz i odwróciła wzrok.

– Większość naszych ziem uprawnych na wybrzeżu została zniszczona wskutek tsunami i opadu popiołów. – Jun spojrzał na Rin z miną wyrażającą skrajną odrazę. – Za sprawą tej oto Speerytki – dodał.

Rin poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Choć przecież miała do wyboru dopuścić się tego lub dopuścić do zorganizowanej przez Federację eksterminacji całego narodu. Już od pewnego czasu przestała kwestionować swoją decyzję. Umiała funkcjonować jedynie z przekonaniem, iż postąpiła słusznie.

– Nie możecie dłużej mi wciskać swoich uchodźców – podjął Chang En. – Tłoczą się na ulicach wszystkich naszych miast. Wszędzie słychać ich lamenty i płacze, domagają się darmowych siedzib.

– Więc zapędź ich do pracy – poradził chłodnym tonem Jun. – Niech ci odbudują drogi, odremontują domy. Zapewniam, że zarobią na utrzymanie z nawiązką.

– A czym mam ich karmić? Jeżeli pozdychają z głodu na granicy, to wyłącznie przez ciebie.

Rin zwróciła uwagę, że to możnowładcy z północy – zarządcy prowincji Wołu, Barana, Konia i Psa – zabierają głos najczęściej. Tsolin siedział z podbródkiem wspartym o złożone w piramidkę dłonie i milczał jak zaklęty. Południowcy, zajmujący miejsca w głębi sali, również mówili niewiele. W czasie wojny to ich ziemie ucierpiały najbardziej, oni stracili najwięcej żołnierzy, więc ich siła przekonywania była odpowiednio niewielka.

Spoczywająca na honorowym miejscu Daji przez całe spotkanie ograniczała się do obserwacji, odzywając się tylko z rzadka. Przyglądała się arystokratom z nieznacznie uniesioną brwią i miną taką, jakby sprawowała pieczę nad grupką notorycznie niespełniających oczekiwań bachorów.

Upłynęła kolejna godzina obrad i wciąż nie postanowiono niczego, z jednym wyjątkiem: zgłoszonego bez większego entuzjazmu gestu Prowincji Tygrysa, która zgodziła się wysłać do śródlądowej Prowincji Barana trzy tony żywności w zamian za tysiąc funtów soli. Biorąc pod uwagę ogólną skalę potrzeb, gdy codziennie marły z głodu rzesze uchodźców, była to zaledwie kropla w morzu.

– Proponuję przerwę w obradach. – Su Daji wstała od stołu. – Te rozmowy do niczego nie prowadzą.

– Przecież nie rozwiązaliśmy ani jednej kwestii – zauważył Tsolin.

– Nie sądzę, by cesarstwo upadło, jeżeli pozwolimy sobie zjeść posiłek. Ostudźcie głowy, moi panowie. Jeśli wolno zasugerować metodę radykalnie śmiałą, zastanówcie się nad zawarciem jakiegoś rodzaju kompromisu – powiedziała Daji i spojrzała na Rin. – Ja tymczasem wybiorę się na krótki spacer do ogrodu. Runin, najwyższy już czas, byś udała się do celi. Zgodzisz się chyba?

Dziewczyna zesztywniała. Nie powstrzymała się i rzuciła Vaisrze pełne paniki spojrzenie.

Siedział sztywno i patrzył przed siebie, nie zdradził się nawet drobnym gestem. Nadeszła decydująca chwila. Rin skuliła ramiona. Ulegle pochyliła głowę. Na wargach cesarzowej pojawił się uśmiech.


Daji nie wyprowadziła Rin przez salę tronową, lecz wąskim tylnym korytarzykiem. Przejście dla służby, domyśliła się dziewczyna. Po drodze w pewnym momencie usłyszała pod posadzką bulgotanie płynącej rurami kanalizacyjnymi wody.

Posiedzenie rady rozpoczęło się wiele godzin temu. Cike powinni już byli dotrzeć do pałacu i czekać na pozycjach, lecz ta myśl ani trochę nie łagodziła dręczącego Rin strachu. Póki co musiała działać sama, oko w oko z cesarzową. Tymczasem nadal nie mogła przywołać ognia.

– Musisz być wyczerpana? – zagaiła Daji.

Dziewczyna nie odpowiedziała.

– Zależało mi na tym, byś przyjrzała się możnowładcom właśnie w takim momencie jak dzisiaj. Utrapienie z tą zgrają, przyznasz chyba?

Rin uparcie udawała, że nie słyszy.

– Nie jesteś zbyt rozmowna, prawda? – Daji zerknęła na nią przez ramię. Wzrok władczyni padł na kaganiec. – Ach, oczywiście. Pozbądźmy się tego. – Ujęła żelazny knebel smukłymi palcami i zdjęła go łagodnym ruchem. – Lepiej?

Rin milczała. „Nie wchodź z nią w rozmowę” – uprzedzał ją Vaisra. „Bądź czujna. Pozwól, by to Daji się rozgadała”.

Dziewczyna potrzebowała jeszcze tylko kilku minut. Czuła, że działanie opium słabnie. Wzrok jej się wyostrzył, a kończyny reagowały na polecenia bez chwili zwłoki. Wystarczyło, by Daji mówiła do momentu, gdy Feniks odpowie na wezwanie. A potem Rin mogła obrócić Pałac Jesienny w kupę popiołu.

– Altan był taki sam – podjęła Daji w zadumie. – Wiesz? Przez pierwsze trzy lata podejrzewaliśmy, że jest niemową.

Mało brakowało, a Rin potknęłaby się na bruku. Daji szła naprzód, jakby niczego nie zauważyła.

– Na wieść o jego śmierci poczułam wielki smutek – powiedziała Daji. – Był dobrym dowódcą. Jednym z najlepszych.

A ty go zabiłaś, stara kurwo! – Rin potarła opuszkami palców o siebie. Miała nadzieję wykrzesać iskrę, lecz łącząca ją z Feniksem więź wciąż była zablokowana.

Jeszcze tylko chwileczkę.

Daji skręciła za budynek i ruszyły w kierunku skrawka wolnej przestrzeni, nieopodal kwater służby.

– Czerwony Cesarz wbudował w Pałac Jesienny sieć tuneli. Chciał mieć możliwość ucieczki z każdej komnaty do dowolnej innej. Zastanów się nad tym, był władcą wielkiego cesarstwa, a nie czuł się bezpieczny we własnym łóżku. – Daji przystanęła przy studni, zaparła się stopami o podłoże i mocno pchnęła pokrywę, która usunęła się do wtóru donośnego chrobotu. Wyprostowała się i otarła ręce o mundur. – Proszę za mną.

Rin weszła za Daji do studni, w której ścianie wycięto wąskie, spiralnie skręcone schody. Cesarzowa zasunęła nad nimi kamienną pokrywę. Zalała je smolista ciemność. Wtem na dłoni dziewczyny zacisnęły się lodowato zimne palce. Podskoczyła, lecz Daji jedynie wzmocniła chwyt.

– Przy pierwszej wizycie łatwo się tu zgubić. – Głos władczyni poniósł się głuchym echem. – Trzymaj się blisko.

Rin próbowała liczyć zakręty – piętnaście, szesnaście – lecz wkrótce straciła orientację na dobre, mimo że widziała przecież plany i pamiętała rozkład pałacu. Jak bardzo oddaliły się od sali rady? Czy będzie musiała rozniecić w tym tunelu ogień? Po kilku kolejnych minutach marszu wyszły na powierzchnię i stanęły w ogrodzie. Nagła eksplozja kolorów okazała się mocno dezorientująca. Rin, zaciekle mrugając, rozejrzała się i zobaczyła bogatą kolekcję lilii, śliw i chryzantem. Kwiaty i drzewa rozsadzono wokół ustawionych szeregami rzeźb.

Daji nie przyprowadziła jej do Ogrodu Cesarskiego. Ogród Cesarski urządzono na planie koła; ten z kolei otoczony był sześciokątnym murem. To musiał być prywatny dziedziniec. Nieoznaczony nawet na mapce. Rin nie miała pojęcia, dokąd trafiła. Nerwowo omiotła wzrokiem otoczenie, wypatrywała ewentualnych tras ucieczki, opracowywała najsensowniejsze trajektorie ruchów i taktykę zbliżającej się walki. Zwracała uwagę na wszystko, co mogła wykorzystać w charakterze broni, na wypadek gdyby nie odzyskała w porę ognia. Te młode drzewka sprawiały wrażenie kruchych – w ostateczności mogła odłamać gałąź i posłużyć się nią jak maczugą. Najlepiej byłoby zapędzić Daji pod przeciwległy mur. Wypatrzyła tam kilka obluzowanych brukowców, którymi mogłaby rozłupać głowę cesarzowej.