Republika SmokaTekst

Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Trylogia Wojen Makowych

Arlong, osiem lat wcześniej

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Dramatis personae

Podziękowania

Rebecca F. Kuang

Karta redakcyjna

Okładka




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Zlituj się! – rzucił błagalnie Mingzha. – Oj, proszę! Chcę tylko popatrzeć.

– Widzisz tamtą kępę lilii wodnych? Nie wolno nam wychodzić dalej. – Nezha chwycił braciszka za pulchny przegub i niemal siłą wyprowadził z płycizny na brzeg.

– A ty? Naprawdę nie chcesz sprawdzić? – jęknął Mingzha.

Nezha się zawahał. Pewnie, że chciał. Chciał się przekonać, jaki naprawdę sekret skrywają znajdujące się tuż za zakolem jaskinie. Groty Rzeki Dziewięciu Meandrów kusiły synów państwa Yin właściwie przez całe życie. Chłopcy od urodzenia dorastali, wysłuchując przestróg przed uśpionym mrocznym złem, przyczajonym w ciemności pieczar; przed czyhającymi w ich głębi potworami, śliniącymi się na myśl o niemądrych brzdącach, które mogłyby zawędrować prosto w ich paszcze.

Już same te ostrzeżenia wystarczyłyby, żeby rozbudzić wyobraźnię synów państwa Yin, bez wyjątku obdarzonych niepoślednią skłonnością do awantur i przygód. Chłopcy słyszeli w dodatku pogłoski o przebogatych skarbach: o spoczywających pod wodą stosach pereł, nefrytu i złota. Osobisty nauczyciel Nezhy, uczony wprowadzający go w tajniki dzieł klasyków, przebąknął pewnego dnia, że do grot trafiają ostatecznie wszystkie zagubione w rzecznych falach kosztowności. Wyglądając z okna swojego pokoju w szczególnie pogodne dni, Nezha gotów był przysiąc, że naprawdę widzi w cieniu jaskiń rozbłyski słonecznych promieni pląsające na kolorowym metalu.

Tak więc już od wielu lat piekielnie korciło go, by zwiedzić groty osobiście – a dzisiaj nadarzała się ku temu znakomita okazja. Wszyscy w pałacu byli zbyt zajęci, by mogli ich nakryć. Ale… był przecież odpowiedzialny za Mingzhę, musiał się nim opiekować. Jeszcze nigdy dotąd nie powierzono braciszka jego wyłącznej pieczy; zawsze słyszał, że jest na to za mały. Tak się jednak złożyło, że ojca wezwano do stolicy, gdzie miał zabawić okrągły tydzień, Jinzha studiował w akademii, Muzha przebywała za granicą w hesperyjskich Szarych Wieżach, a słudzy tak bardzo przejęli się nagłą chorobą matki, że koniec końców któryś wepchnął Mingzhę w ręce Nezhy i surowo przykazał im obu siedzieć cicho i nie broić. Nezha bardzo chciał dowieść, że zadanie go nie przerasta.

– Mingzha!

Braciszek z powrotem stał na płyciźnie. Nezha zaklął pod nosem i wszedł za malcem do wody. Czy wszyscy sześciolatkowie potrafią tak szybko przebierać nogami?

– Proszę, bardzo cię proszę! – pisnął przejmująco Mingzha, gdy starszy brat złapał go w pasie.

– Nie możemy, mamy zakaz – przypomniał Nezha. – Narobimy sobie kłopotów.

– Przecież mama od tygodnia leży w łóżku. Nie dowie się. – Mingzha wykręcił się z uścisku Nezhy i rzucił mu łobuzerski uśmiech. – Nie wygadam. Słudzy też nic jej nie powiedzą. A ty? Powiesz?

– Mały demon z ciebie – westchnął Nezha.

– Ale ja chcę tylko zerknąć! Przy samym wejściu? – Buzię Mingzhy opromieniła nadzieja. – Nie musimy nawet wchodzić do środka. Bardzo proszę?

Nezha ustąpił.

– Dobrze, ale zatrzymamy się tuż za zakolem. Popatrzymy z daleka. I zaraz wracamy, rozumiesz?

Mingzha wydał z siebie radosny okrzyk i rzęsiście rozchlapując wodę, ruszył przed siebie. Nezha podbiegł za nim i wziął brata za rękę.

Malcowi nie odmawiano nigdy i niczego. Nikt nie był w stanie mu odmówić. Tłuściutki, wiecznie roześmiany Mingzha był toczącą się przez życie kulką chichotu i zachwytu nad światem, stanowił największy skarb i oczko w głowie wszystkich mieszkańców pałacu. Ojciec go ubóstwiał. Jinzha i Muzha bawili się z nim zawsze, gdy tylko miał na to ochotę, i nigdy nie kazali mu spływać, co Nezha słyszał od Jinzhy w dzieciństwie nie raz i nie dwa.

Najbardziej jednak hołubiła Mingzhę matka – dlatego być może, iż przeznaczeniem jej starszych synów była służba w wojsku, a Mingzhę mogła zatrzymać dla siebie. Stroiła malucha w bogato haftowane jedwabie. Obwieszała go złotymi i nefrytowymi amuletami w takiej liczbie, że uginający się pod ciężarem pomyślności chłopczyk przy każdym kroku podzwaniał. Pałacowi słudzy powtarzali w żartach, że Mingzhę znacznie wcześniej słychać, niż widać. Nezhy przemknęło przez myśl, że warto byłoby na moment przystanąć i zdjąć z brata całą tę biżuterię – nie chciał, by wciągnęła brodzącego w rzece po pierś malca pod wodę – lecz Mingzha parł przed siebie tak zawzięcie, jakby ważył tyle co nic.

– Dobra, wystarczy. Dalej nie idziemy – zdecydował Nezha.

Tak blisko pieczar nie byli jeszcze nigdy w życiu. Jaskinie wypełniał mrok tak gęsty, że Nezha sięgał wzrokiem najdalej na dwie stopy w głąb. Wyraźnie jednak zobaczył perfekcyjnie gładkie ściany, mieniące się milionem barw niczym opalizujące rybie łuski.

– Patrz! – Mingzha paluszkiem wskazał coś pod wodą. – Płaszcz ojca.

– Płaszcz ojca? Na dnie rzeki? Niby skąd? – Nezha ściągnął brwi. Rzeczywiście, do połowy zagrzebane w piasku ciężkie okrycie niewątpliwie należało do Yin Vaisry. Nawet ze swego miejsca Nezha widział wyszyty srebrną nicią na błękitnym tle smoczy herb, który wolno było nosić jedynie członkom ich rodu.

– Stamtąd wypłynął. – Mingzha skierował dłoń ku najbliższej grocie.

– Mingzha, cofnij się! Ani kroku dalej! – Z jakiegoś niejasnego powodu w żyłach Nezhy popłynął lodowaty strach.

– Czemu? – Maluch, uparty i nieustraszony, ruszył w stronę ciemniejącej pieczary.

Taflę rzeki przecięły zmarszczki.

Nezha wyciągnął rękę, chciał złapać braciszka za ramię.

 

– Mingzha, zaczekaj…

Coś wystrzeliło spod wody. Chłopak ujrzał przed sobą wielki, ciemny kształt – coś muskularnego, wijącego się wężowymi splotami. Moment później nakryła go potężna fala i wciągnęła twarzą w dół w odmęty.

Koryto nie powinno być głębokie. Kiedy brodzili ku pieczarze, rzeka sięgała Nezhy zaledwie do pasa, a Mingzhy do ramion. Co więcej, w miarę jak się zbliżali, zdawała się opadać. Gdy jednak otworzył oczy pod wodą, powierzchnia jaśniała gdzieś daleko, wiele mil nad nim, a dno groty okazało się równie przestronne jak cały pałac w Arlongu.

Z podłoża bił bladozielony blask. Zobaczył w nim twarze, piękne, lecz pozbawione oczu. Ujrzał ludzkie oblicza wprawione w piasek i koral, w bezkresną mozaikę srebrnych monet, porcelanowych waz i sztabek złota – drogocenny kobierzec ciągnący się w głąb jaskini tak daleko, jak Nezha sięgał spojrzeniem.

Coś się gwałtownie poruszyło. Ciemna plama na jaśniejszym tle. Zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.

Woda w jaskini była jakaś dziwna. W nienaturalny sposób rozciągała i zniekształcała wymiary. Tam, gdzie powinien widzieć rzęsiście oświetloną płyciznę, znalazł otchłań; toń ciemną i straszliwą, hipnotycznie milczącą.

I w tej ciszy dobiegło go nikłe echo krzyku braciszka.

Dzikim kopnięciem wybił się ku powierzchni. Miał wrażenie, że płynie bardzo długo.

Kiedy się wreszcie wynurzył, stanął na powrót w najzwyklejszej, banalnej rzece.

– Mingzha? – wydyszał, przecierając oczy z wody.

Mały zniknął. Za to rzeczne fale naznaczone były miejscami smugami szkarłatu. Część z tych pasm okazała się konkretna – mięsista, miękka substancja. Nezha dopiero po chwili zrozumiał, co widzi.

– Mingzha?

Woda odpowiedziała milczeniem. Chłopak osunął się na kolana i zwymiotował. Żółć zmieszała się z unoszoną przez nurt krwią.

Coś cicho brzęknęło o kamień.

Spojrzał pod siebie i zobaczył złotą bransoletkę na nogę.

Mgnienie później przed grotą podniósł się z fal ciemny kształt. Uszy Nezhy wypełnił dobiegający znikąd głos – głos, którego wibracje poczuł głęboko w kościach.

– Witaj, maleńki.

Nezha wrzasnął.



Świt zastał „Burzyka”, gdy statek wpływał do zasnutego kłębami wirującej mgły przybrzeżnego miasta Adlaga. Straż portu, zdemolowana przez nawałnicę Federacji podczas trzeciej wojny makowej, nie zdołała się jeszcze odtworzyć i wciąż praktycznie nie istniała – w szczególności nie reagowała na widok towarowych jednostek, płynących pod banderą cesarskiej milicji. „Burzyk” bez większego kłopotu przemknął więc pod okiem portowych urzędników i zacumował tak blisko miejskich murów, jak tylko był w stanie.

Rin stała na dziobie. Oparta łokciami o reling starała się ukryć drżenie kończyn i nie zwracać uwagi na pulsujący w skroniach ból. Koszmarnie łaknęła opium, lecz dzisiaj nie mogła sobie na nie pozwolić. Dzisiaj potrzebowała jasności umysłu. Musiała być czujna i sprawna. Trzeźwa.

– To już godzina… – Ramsa nerwowo zabębnił stopą o pokład.

– Cierpliwości – rzucił Chaghan.

– Unegen mógł po prostu uciec – zasugerował Baji.

– Nie uciekł – odparła Rin. – Mówił, że potrzebuje czasu do południa.

– Być może, ale i tak wiadomo, że chętnie dałby nogę – powiedział Baji.

Co prawda, to prawda. Unegen, najbardziej kapryśny i rozwydrzony wśród cike, już od wielu dni narzekał przy każdej wzmiance o zbliżającej się misji. Rin posłała go do Adlagi przodem, by przeprowadził rozpoznanie. Wyznaczony na spotkanie termin niebawem miał jednak upłynąć, a Unegen wciąż się nie pojawiał.

– Nie odważy się – stwierdziła i natychmiast się skrzywiła, ponieważ związany z ruchami szczęki wysiłek sprowokował serię ukłuć, które poczuła aż w podstawie czaszki. – Dobrze wie, że jeśli ucieknie, wytropię go i obedrę żywcem ze skóry.

– Mmm, lisie futerko… – rozmarzył się Ramsa. – Przydałby się nowy szalik.

Rin zwróciła spojrzenie ku miastu. Jak na truchło ludzkiego osiedla, Adlaga prezentowała widok dość nietypowy. Połowa zabudowań wyszła z wojny nietknięta; drugą bomby zrujnowały tak dokumentnie, że z poczerniałej trawy sterczały jedynie kikuty fundamentów. Dzieląca obie strefy granica była tak wyraźna, że gdzieniegdzie Rin wypatrzyła nawet przekroje budynków: w jednej połowie otwarte i zwęglone, a w drugiej, choć rozkołysane i jęczące pod naporem morskiego wiatru, wciąż trzymające pion.

Trudno jej było zrozumieć, że ktokolwiek mógł tu nadal mieszkać. Jeżeli żołdacy Federacji działali w Adladze równie skutecznie i drobiazgowo jak w Golyn Niis, po ich odejściu powinny w mieście pozostać wyłącznie trupy.

Ostatecznie nad ciemniejącymi ruinami pojawił się kruk. Dwukrotnie okrążył kołyszącego się na falach „Burzyka”, po czym ostro zanurkował. Qara uniosła zabezpieczone ochraniaczem przedramię. Ptak gwałtownie wyrównał lot i zacisnął szpony na nadgarstku swej pani.

Qara przeciągnęła palcem po łebku pupila, czule musnęła czarny grzbiet. Kiedy przysunęła ucho do dzioba, kruk nastroszył pióra. Upłynęło kilka sekund. Dziewczyna stała nieruchomo z zamkniętymi oczyma, w napięciu słuchając czegoś, czego pozostali usłyszeć nie mogli.


– Unegen namierzył Yuanfu – odezwała się wreszcie. – Budynek magistratu, za dwie godziny.

– To co? Chyba nici z szalika? – Baji zerknął na Ramsę.

Chaghan wytaszczył spod pokładu wypchany worek i wysypał zawartość na deski.

– Ubierać się – zadysponował.

To Ramsa wpadł na pomysł przebieranki w skradzione mundury milicji. Mundury, czyli jedyną rzecz, której nie mogli kupić od Moag. Z ich zdobyciem nie mieli jednak większych kłopotów. Stosy gnijących ciał wznosiły się wszędzie, jak wybrzeże długie i szerokie, w każdym wyludnionym miasteczku i przy wszystkich drogach. Znalezienie odpowiedniej liczby wolnych od śladów sadzy i plam krwi uniformów wymagało jedynie dwóch wycieczek.

Rin musiała podwinąć nogawki i zakasać rękawy. Niewiele trupów było jej drobnej postury. Wiążąc buty, z najwyższym trudem powstrzymała się od wymiotów. Jej koszula została ściągnięta z ciała odkrytego w niedopalonym stosie pogrzebowym i nawet po trzech kolejnych praniach pod słonawą wonią morskiej wody dawało się wyczuć fetor zwęglonego mięsa.

Ramsa, przekomiczny w za dużym o przynajmniej trzy rozmiary mundurze, wyprężył się przed Rin i zasalutował.

– I jak wyglądam?

– Po coś to założył? – warknęła i z powrotem pochyliła się nad sznurowadłem.

– Rin, proszę…

– Nigdzie nie idziesz.

– Ale ja chcę…

– Nie idziesz! – powtórzyła z naciskiem. W zakresie wytwarzania materiałów wybuchowych i wszelkiego rodzaju rakiet cechował Ramsę niekwestionowany geniusz, był jednak przy tym niski i cherlawy, a zatem całkowicie bezużyteczny w starciach wręcz. Nie miała zamiaru stracić jedynego znającego się na prochu ogniowym cike tylko dlatego, że nigdy nie nauczył się machać mieczem. – Nie zmuszaj, bym przywiązała cię do masztu.

– Weź przestań! – pisnął chłopak. – Kurde, siedzimy na tej krypie już któryś tydzień. Mam tego dosyć! Przy każdym kroku chce mi się rzygać i…

– Trudno – rzuciła Rin, wplatając pasek w kolejne szlufki spodni.

Ramsa wyciągnął z kieszeni garść niewielkich rakiet.

– Więc co? Ty je odpalisz?

– Chyba nadal nie rozumiesz. – Obrzuciła go surowym spojrzeniem. – Ja naprawdę nie planuję wysadzić Adlagi w powietrze.

– Aha, no tak, ty chcesz tylko obalić lokalne władze. Też mi różnica.

– I zamierzam to zrobić przy jak najmniejszych stratach wśród cywili. A z tego wynika, że nie jesteś nam potrzebny. – Dziewczyna wyciągnęła rękę i postukała palcem w stojącą pod masztem baryłkę. – Aratsha, przypilnujesz go? Wolałabym, żeby nie zszedł z pokładu.

Woda w beczułce uniosła się i uformowała niewyraźną, groteskowo przezroczystą twarz. Większość czasu Aratsha spędzał w środowisku wodnym, kierując za pomocą prądów statek cike tam, dokąd akurat miał popłynąć. Jeżeli natomiast nie przyzywał akurat boga, najchętniej przebywał w swojej beczce. Rin jeszcze nigdy nie widziała go w pierwotnej ludzkiej postaci. Nie była nawet pewna, czy jakąś w ogóle posiada.

– Skoro muszę. – Z ust Aratshy wypłynęły bąbelki powietrza.

– Powodzenia – burknął butnie Ramsa. – Chyba nie sądzicie, że biegam wolniej od beczki?

– Nie zapominaj, proszę – Aratsha spojrzał na chudzielca – że jeśli tylko zechcę, utopię cię w dwie sekundy.

Ramsa otworzył usta, lecz uprzedził go Chaghan.

– Dobra, wybierzcie sobie – powiedział, wysypując pod nogi towarzyszy zawartość skrzynki z bronią. Brzęknęła stal.

Baji, skarżąc się donośnie, zamienił swoje ukochane grabie na standardowy miecz piechoty. Suni poderwał z pokładu cesarską halabardę, lecz Rin była przekonana, że zrobił to jedynie na pokaz. Prawdziwą specjalnością Suniego było gruchotanie przeciwnikom czaszek, czego dokonywał gołymi, wielkimi jak tarcze łapskami. Niczego więcej nie potrzebował.

Rin przypasała sobie zakrzywiony piracki bułat. Wprawdzie żołnierze milicji nie posiadali na wyposażeniu tego rodzaju broni, lecz zwyczajne wojskowe miecze były dla niej zbyt ciężkie. Kowale Moag wykuli więc z myślą o niej coś lżejszego. Nie zdążyła jeszcze oswoić rękojeści, lecz wątpiła, by musiała dzisiaj walczyć.

Gdyby sytuacja skomplikowała się do tego stopnia, że jej osobisty udział okaże się niezbędny, przywoła ogień.

– Powtórzmy najważniejsze punkty. – Blade oczy Chaghana omiotły kolejno wszystkich cike. – To ma być chirurgicznie precyzyjne uderzenie. Mamy tylko jeden cel. Pamiętajcie, planujemy zabójstwo, nie bitwę. Nikt nie skrzywdzi ani jednego cywila. – Wymownie spojrzał na Rin.

– Wiem przecież. – Dziewczyna zaplotła ramiona na piersi.

– Nawet przez przypadek.

– Wiem!

– Odpuść – wtrącił Baji. – Od kiedy to stałeś się tak wyczulony?

– Wyrządziliśmy waszym pobratymcom wystarczająco wiele krzywd. Dość już – odparł Chaghan.

– Ty wyrządziłeś – zauważył Baji. – Nie ja zniszczyłem tamy.

Qara skrzywiła się na samo wspomnienie, lecz wieszczek zareagował, jakby nie usłyszał:

– Skończyliśmy z zabijaniem cywilów. Zrozumiano?

Rin wzruszyła ramionami. Chaghan chętnie pozował na dowódcę, a ona rzadko bywała w stanie pozwalającym się tym faktem przejąć. Niech sobie porządzi, niech ich rozstawia, uznała. Z jej punktu widzenia liczyło się tylko sprawne wykonanie zadania.

Trzy miesiące. Dwadzieścia dziewięć celów. Wszyscy zlikwidowani czysto i bezbłędnie. Na strącenie czekała jeszcze tylko jedna głowa, a potem będą już mogli popłynąć prosto na północ i zająć się ostatnim celem – cesarzową Su Daji.

Ledwie o tym pomyślała, poczuła na szyi i policzkach ciepłe rumieńce. Skóra dłoni niebezpiecznie się rozgrzała.

Nie teraz. Jeszcze nie. Rin wzięła głęboki oddech. I zaraz potem – gdy żar rozlał się na całą jej pierś – jeszcze jeden, bardziej rozpaczliwy.

– Dobrze się czujesz? – Ręka Bajiego spoczęła jej na ramieniu.

Powoli wypuściła powietrze. Odliczyła w duchu od dziesięciu do zera, a potem od zera do czterdziestu dziewięciu, wymieniając jedynie liczby nieparzyste. I z powrotem, parzystymi. Tę sztuczkę pokazał jej Altan i zazwyczaj działała, zwłaszcza jeśli licząc, nie myślała jednocześnie o Altanie. Żar i rumieniec ustąpiły.

– Dobrze – odpowiedziała.

– I jesteś trzeźwa? – zapytał Baji.

– Tak – rzuciła sztywno.

– Na pewno? – Nie zdjął ręki z jej ramienia. – Bo jeśli…

– Dam radę – syknęła. – Chodźmy, czas wypatroszyć tego bydlaka.


Przed trzema miesiącami, kiedy Speer rozmyła się za nimi na horyzoncie i wypłynęli na pełne morze, cike stwierdzili, że stoją przed niejakim dylematem.

Takim mianowicie, że nie mieli dokąd się udać.

Na kontynent wrócić nie mogli. Jak zauważył Ramsa, całkiem zresztą przenikliwie i rozsądnie, skoro cesarzowa sprzedała cike uczonym Federacji, nie byłaby teraz wniebowzięta, widząc ich całych i zdrowych na wolności. Krótka, potajemna wycieczka do maleńkiej osady na wybrzeżu Prowincji Węża dobitnie te przypuszczenia potwierdziła.

Na wiejskich słupach ogłoszeniowych rozwieszono obwieszczenia, z których wyzierały podobizny wszystkich członków ich bractwa. Zostali obwołani zbrodniarzami wojennymi. Za ich pojmanie wyznaczono nagrodę – pięćset cesarskich srebrników za cike martwego, sześćset za żywego.

 

Ukradli więc tyle niezbędnego sprzętu i prowiantu, ile tylko byli w stanie, i jak najszybciej opuścili Prowincję Węża.

Kiedy wypłynęli z powrotem na wody Zatoki Omonod, poddali pod dyskusję rysujące się przed nimi możliwości. Pełna zgoda zapanowała tylko w jednej kwestii. Musieli zabić cesarzową Su Daji – Panią Żmiję, ostatnią z Trójcy Doskonałych, zdrajczynię, która sprzedała Federacji poddany sobie lud.

Była ich jednak zaledwie dziewiątka – nie licząc Kitaja, ósemka – przeciwko połączonym siłom cesarskiej milicji i najpotężniejszej osoby w cesarstwie. Dysponowali również mocno ograniczonymi zapasami, ich jedyną bronią była ta, którą nosili przy sobie, i pływali skradzionym statkiem, tak sponiewieranym, że połowę czasu na pokładzie spędzali, wynosząc zalewającą ładownię wodę.

Ostatecznie pożeglowali więc na południe. Prowincję Węża zostawili za sobą i skierowali się wzdłuż wybrzeży Prowincji Koguta, aż dotarli do portowego miasta Ankhiluun. I tam zaoferowali swoje usługi Moag – pirackiej królowej.

Rin nigdy w życiu nie darzyła nikogo szacunkiem większym niż właśnie Moag. Moag Kamienną Dziwkę, Moag Zakłamaną Wdowę, bezwzględną władczynię Ankhiluun. Zanim Moag została piratką, była przykładną małżonką, zanim stała się królową, była damą. Przemiana nastąpiła wiele lat wcześniej, w momencie, w którym zamordowała własnego męża. Od tamtej pory zarządzała Ankhiluun, piracką enklawą i ośrodkiem czarnego rynku. W czasie drugiej wojny makowej starła się z Trójcą Doskonałych, a potem regularnie odpierała ataki nękających ją lotnych sił cesarzowej. Wiadomość o tym, że cike zamierzają rozwiązać problem Daji w sposób ostateczny, przyjęła z wielką radością i obiecała ich w tym dziele wspomóc.

W zamian zażądała trzydziestu głów. Cike dostarczyli jej już dwadzieścia dziewięć.

Większość należała do podrzędnych przemytników, kapitanów i najemników. Znakomita część dochodów Moag pochodziła z nielegalnego importu opium, w związku z czym królowa miała szczególne baczenie na działania handlarzy narkotyków, którzy nie byli posłuszni zaprowadzonym przez nią zasadom, a przynajmniej nie wypełniali jej kiesy odpowiednią ilością pieniędzy.

Cel numer trzydzieści był o wiele bardziej wymagający. Dzisiaj Rin i jej oddział mieli obalić władze Adlagi.

Moag próbowała opanować rynek Adlagi już od dawna. Sama w sobie niewielka portowa mieścina nie miała wiele do zaoferowania, lecz wielu spośród jej mieszkańców uzależniło się od opiatów jeszcze pod okupacją Federacji i z radością wydałoby oszczędności całego życia na sprowadzany z Ankhiluun towar. Adlaga opierała się agresywnym zakusom handlowym Moag przez długie dwadzieścia lat wyłącznie za sprawą wyjątkowo czujnego sędziego pokoju Yanga Yuanfu i pracujących dla niego zarządców.

Moag pragnęła, by życie Yanga Yuanfu dobiegło końca. Cike byli wysoko wykwalifikowanymi zabójcami. Dobrali się jak w korcu maku.

Trzy miesiące. Dwadzieścia dziewięć głów. Jeszcze tylko jedno zadanie, a otrzymają srebro, statki i żołnierzy w liczbie pozwalającej odwrócić uwagę gwardii cesarskiej na dość długo, by Rin zdołała dopaść Daji i zacisnąć na jej szyi płonące żywym ogniem dłonie.


O ile ochrona portu była nieszczelna, o tyle murów nie strzegł nikt. Cike pokonali chroniące Adlagę fortyfikacje niezatrzymywani dosłownie przez nikogo – co nie stanowiło wielkiego wyczynu, zważywszy, iż wojska Federacji pozostawiły w umocnieniach potężne wyrwy, przy których nie wystawiono obecnie żadnych straży.

Z Unegenem spotkali się tuż za bramą.

– Trafiliśmy w znakomity dzień – zauważył, prowadząc towarzyszy jedną z miejskich alejek. – W południe Yuanfu ma się pojawić na głównym placu. Władze zaplanowały ceremonię upamiętniającą ofiary wojny. Będziemy go mieli jak na talerzu. Załatwimy sprawę z bocznych uliczek, nikomu nie pokazując nawet twarzy.

W odróżnieniu od Aratshy Unegen – jeżeli akurat nie korzystał z daru ducha lisa – wolał przebywać w ciele człowieka. Rin jednak niezmiennie wyczuwała w jego sposobie bycia coś swoiście lisiego. Unegen był naraz przebiegły i płochliwy; jego wąskie oczy nieustannie omiatały otoczenie, wiecznie wypatrując ewentualnych tras ucieczki.

– Czyli ile nam zostało? Dwie godziny? – spytała.

– Z kawałkiem. Kilka przecznic stąd znalazłem pusty magazyn – powiedział Unegen. – Możemy się w nim przyczaić. A potem, jeśli coś się posypie i trzeba się będzie rozdzielić, tam się też spotkamy.

Rin zwróciła się ku pozostałym cike.

– Kiedy pojawi się Yuanfu, zajmiemy pozycje w narożnikach placu – zdecydowała po chwili zastanowienia. – Suni na południowym zachodzie. Baji od północnego zachodu. Ja stanę na północnym wschodzie.

– Robimy jakieś zamieszanie? – zainteresował się Baji.

– Nie. – W normalnych okolicznościach taktyka odwracania uwagi sprawdzała się zawsze i Rin chętnie pozwalała Suniemu rozpętać gdzieś zamieszanie, by Baji mógł niepostrzeżenie podkraść się do celu i poderżnąć mu gardło, lecz dzisiaj na placu mieli pojawić się mieszkańcy i nie chciała niepotrzebnie ryzykować wybuchu paniki, która mogła kosztować kogoś życie. – Pierwszy strzał zostawimy Qarze. Zadaniem pozostałych będzie oczyszczenie drogi powrotnej na statek. Gdyby zaszła taka potrzeba.

– Czyli nadal próbujemy udawać zwyczajnych najemników? – zapytał Suni.

– Dlaczego nie? – odparła Rin.

Jak dotąd ukrywanie szamańskich talentów szło im znakomicie. Tylko w kilku przypadkach musieli uciszyć osoby grożące rozpowszechnieniem plotek. Dzięki temu Daji nadal nie miała pojęcia, że cike szykują na nią zamach. Im dłużej cesarzowa żyła w przeświadczeniu, iż zginęli na wojnie, tym lepiej.

– Aczkolwiek dzisiaj mamy do czynienia z poważniejszym przeciwnikiem niż zwykle, więc w razie czego róbcie, co będziecie musieli. Koniec końców chodzi tylko o jego głowę.

Zaczerpnęła haust powietrza i raz jeszcze przebiegła w myślach całość planu.

To się mogło udać. Tak, wszystko pójdzie jak z płatka.

Planowanie akcji z udziałem cike przypominało rozgrywanie partii szachów za pomocą stanowczo zbyt potężnych, za to niecodziennych i bardzo nieprzewidywalnych figur. Aratsha panował nad wodą. Suni i Baji byli niebywale silnymi wojownikami, bez trudu wpadającymi w bitewny szał, zdolnymi bez specjalnego wysiłku rozprawić się z całymi oddziałami przeciwników. Unegen potrafił przybierać postać lisa. Qara nie tylko swobodnie porozumiewała się z ptakami, lecz była też łuczniczką zdolną trafić pawia w oko z odległości stu jardów. A Chaghan… Rin nie była do końca pewna, co umożliwia dar wieszczka – z wyjątkiem irytowania jej przy każdej okazji – ale wiele wskazywało na to, że potrafi doprowadzać ofiary do utraty zmysłów.

Wszyscy oni razem, rzuceni przeciwko samotnemu urzędnikowi i jego osobistej ochronie… Zakrawało to na przesadę.

Z drugiej strony, zamachy nie były dla Yanga Yuanfu nowością. Nie mogły być, skoro należał do wyjątkowo w cesarstwie nielicznej i wciąż topniejącej grupki nieprzekupnych administratorów. Jego tarczę stanowił oddział najbardziej zahartowanych w bojach żołnierzy z całej prowincji, którzy nie odstępowali go na krok nigdy i nigdzie.

Dzięki informacjom zebranym przez Moag Rin wiedziała, że Yang Yuanfu wyszedł cało z przynajmniej trzynastu zamachów na swoje życie, zorganizowanych w ciągu ubiegłych piętnastu lat. Jego gwardziści świetnie wiedzieli, czym jest zdrada. Przebić się przez nich mogli jedynie wojownicy obdarzeni nadnaturalnymi zdolnościami. Przesada była niezbędna.


Po dotarciu do magazynu cike mogli już tylko czekać. Unegen stanął na warcie z okiem przyklejonym do szczeliny między deskami i co chwila podrygiwał. Chaghan i Qara usiedli w milczeniu pod ścianą. Suni i Baji stali przygarbieni ze splecionymi swobodnie na piersiach rękoma, jakby myślami byli już przy kolacji.

Rin przycupnęła na podłodze, skupiła się na oddechu i ignorowaniu szarpiących skronie ukłuć bólu.

Obliczyła, że ostatnią dawkę opium przyjęła trzydzieści godzin wcześniej. Od tygodni nie wytrwała tak długo. Raz po raz splatała palce, by uspokoić roztrzęsione dłonie. Nie pomagało. Nie uśmierzało też migreny.

Kurwa mać.

Z początku sądziła, że potrzebuje opium wyłącznie, by uporać się z żałobą. Była przekonana, że będzie palić, tylko dopóki nie poczuje ulgi, dopóki wspomnienia ze Speer i pamięć o Altanie nie zbledną i nie przestaną przysparzać bólu; dopóki nie nauczy się funkcjonować, nie czując na barkach dławiącego brzemienia winy.

Tak, wina to dobre słowo. Przy czym nie chodziło o pojęcie z dziedziny moralności, a uczucie. Uczucie dziwne i irracjonalne. Tłumaczyła sobie przecież, że niczego nie żałuje, że Mugeńczycy zasłużyli na wszystko, co ich spotkało, i że nie musi już o tym myśleć. Tyle że wspomnienie wciąż było obecne w jej duszy. Było jak bezdenna czeluść, przepaść, do której Rin ciskała wszystkie ludzkie emocje, jakie próbowały jej zagrozić.

Lecz ta pustka wciąż nawoływała, nakłaniała do spojrzenia w otchłań. Kusiła, by Rin rzuciła się w nią głową w dół. Także Feniks nie pozwalał jej zapomnieć. Feniks chciał, żeby była z siebie dumna. Feniks karmił się gniewem, a gniew nierozerwalnie wiązał się z przeszłością. Tak więc Feniks dzień w dzień rozdrapywał szponami ledwie zabliźniające się w duszy Rin strupy, podpalał je na nowo, ponieważ to ożywiało wspomnienia dziewczyny, a pamięć stanowiła paliwo dla gniewu. Kiedy Rin nie była pod wpływem opium, bezustannie nawiedzały ją wizje, nierzadko bardziej realne i wyraziste od materialnej rzeczywistości. Czasami ukazywał się jej Altan. Znacznie częściej coś innego. Za sprawą Feniksa docierały do niej wspomnienia niezliczonych pokoleń. Tysiące tysięcy Speerytów zwracało się do swego bóstwa w rozpaczy i żałobie. A ów bóg gromadził ich cierpienia, magazynował je i obracał w płomienie.

Wspomnienia bywały też zwodniczo łagodne. Rin widywała między innymi brązowoskóre dzieciaki, ganiające po nieskazitelnie białej plaży. Oglądała płonące na brzegu ognie – nie stosy pogrzebowe, nie niosące zniszczenie pożary, lecz zwykłe obozowe ogniska. Paleniska dające ciepło i strawę.

Zdarzało się, że ukazywali się jej Speeryci, tak wielu Speerytów, że mogliby zasiedlić gwarną, bogatą wieś. Nieodmiennie zdumiewało ją, że jest ich aż tylu, że ma do czynienia z całym plemieniem, z całą rasą, bo przecież czasami obawiała się, że po prostu ich sobie wyśniła. Gdy Feniks gościł u nich na dłużej, Rin wyławiała fragmenty rozmów prowadzonych w języku, który niemal rozumiała, migały jej oblicza, które prawie udawało się jej rozpoznać. Nie byli wściekłymi bestiami z nikaryjskich podań. Nie byli bezrozumnymi wojownikami, jakich pragnął w nich mieć Czerwony Cesarz i do której to roli przymuszali ich wszyscy późniejsi władcy. Siedząc wokół swych ognisk, kochali, śmiali się i płakali. Byli po prostu ludźmi. Zawsze jednak, zanim Rin mogła na dobre zatonąć we wspomnieniach o dziedzictwie, którego nie otrzymała, dostrzegała na zamglonym horyzoncie zbliżające się od strony kontynentu statki, okręty wojenne płynące z bazy morskiej Federacji.

To, co działo się potem, stanowiło mglisty wir barw i przenikających się wzajemnie punktów widzenia, następujących jeden po drugim zbyt szybko, by Rin miała szansę się skupić. Krzyki, wrzaski, zamęt. Szeregi, nieprzebrane szeregi Speerytów gromadzących się z bronią w ręku na plaży.

To jednak nie mogło wystarczyć. Z perspektywy Federacji musieli wydawać się dzikusami, którzy uzbrojeni w zaostrzone kije stają do walki z bogami. Huk dział sprowadził na wioskę pożar tak błyskawicznie jak skacząca na rozpałkę iskra.

Olbrzymie okręty – pływające fortece – ostrzeliwały wyspę chmarami pojemników z gazem. Przy każdej salwie rozlegał się straszliwie niewinny dźwięk – ot, głuche puknięcia. Puszki biły w ziemię, otwierały się i rozsiewały dokoła olbrzymie, gęste obłoki żrącego, żółtego dymu.

Padały kobiety. Dzieci wiły się w agonii. Szeregi wojowników szły w rozsypkę. Gaz nie przynosił śmierci natychmiastowej; wynalazcy tej broni nie byli aż tak łaskawi.

A potem rozpętywała się rzeź. Żołnierze Federacji strzelali bez opamiętania, nie zastanawiali się, do kogo mierzą. Mugeńskie kusze potrafiły wypuszczać trzy bełty jednocześnie. Bezlitosny grad stalowych grotów rozszarpywał szyje, rozłupywał czaszki, kaleczył członki i przeszywał serca.

Rozbryzgi przelanej krwi tworzyły na białym piasku marmurowe desenie. Trupy słały się wszędzie tam, gdzie jeszcze przed chwilą stali ludzie. O świcie na brzegu lądowali mugeńscy generałowie, podeszwy ich ciężkich butów beznamiętnie deptały zmasakrowane ciała. Ktoś wbijał w splamioną szkarłatem plażę sztandar Federacji.

Inne książki tego autora