Płonący bógTekst

Z serii: Wojna makowa #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płonący bóg
Płonący bóg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 96,08  76,86 
Płonący bóg
Audio
Płonący bóg
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
54,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Trylogia Wojen Makowych

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Epilog

Rebecca F. Kuang

Karta redakcyjna

Okładka



Wszystkim drogim, wiernym cyklowi do końca Czytelnikom.

Mam nadzieję, że przygotowaliście całe naręcza chusteczek.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Lepiej tego nie róbmy. Nie powinniśmy – stwierdziła Daji.

Płomienie ogniska mieniły się nieziemskimi odcieniami fioletu, raz po raz sypiąc skrami i posykując z wyrzutem, jakby wyczuwały drążące ją poczucie winy. Ogniste macki wyciągały się co chwila na podobieństwo złożonych błagalnie dłoni, po czym przeobrażały się w gorejące twarze, których wspomnienie wciąż, po wielu miesiącach, sprawiało, iż trzewia dziewczyny skręcały się ze wstydu. Odwróciła wzrok.

Oblicza umarłych jednak nie zniknęły. Nosiła je jak wypalone pod powiekami. Nadal widziała szeroko otwarte usta, oniemiałe, wstrząśnięte jej zdradą. Bezustannie słyszała echa ich szeptów. Odzywały się zarówno na jawie, jak nocami, gdy mimo wszystko udawało się jej zasnąć.

Morderczyni, powtarzali. Niewdzięcznica. Kurwa.

– Riga, może naprawdę nie trzeba...? – Strach chwycił ją za serce.

– Na zmianę zdania trochę już za późno, kochanie. – Klęczący po drugiej stronie ogniska Riga z właściwą sobie brutalną bezdusznością krępował szamocącego się wściekle młodego jelenia.

Trzy odebrane trupom ketreidzkich łuczników zębate noże czekały już wokół ognia, precyzyjnie wytyczając wierzchołki niewidzialnego trójkąta. Daji swojego nawet jeszcze nie tknęła. Zanadto się bała: stalowe ostrza migotały wrogo, jadowicie.

– Odwrotu nie mamy już od pewnego czasu, nie sądzisz?

Jelonek podjął kolejną próbę wyrwania się oprawcy i poderwał łeb. Riga chwycił za rogi i grzmotnął skronią zwierzęcia o ziemię. Płomienie na moment rozbłysły żywiej; szepty rozległy się głośniej.

– Nie podoba mi się to – drgnęła Daji.

– A coś ty nagle taka tchórzliwa? – prychnął Riga.

– Po prostu trochę się martwię. Tseveri mówiła...

– Kogo obchodzi, co mówiła Tseveri? – W jego głosie zabrzmiała nieco zbyt ostra nuta, ślad niepewności. Daji była przekonana, że Rigę również dręczy wstyd. Czuła, że i on w głębi duszy wolałby nigdy na tę ścieżkę nie wstąpić. Nie potrafił jednak tego przyznać. Nie mógł. Gdyby to zrobił, załamałby się bezpowrotnie.

Przycisnął kark jelenia kolanem i zacisnął pętlę na przednich kopytach. Stworzenie rozchyliło pysk do ryku, lecz rozległo się jedynie dziwne chrapnięcie.

– Tseveri łgała jak pies – podjął – i to od samego początku. Przepowiednia! Gówno, nie przepowiednia. Nie wierz w te bujdy. Wmawiała nam po prostu wszystko, co kazała jej gadać Sorqan Sira.

– Ale powiedziała, że to nas zabije – przypomniała Daji.

– Nie. Nie to powiedziała. Nie dosłownie.

– Na jedno wychodzi.

– Och, Daji... – Riga nieczułym szarpnięciem zaciągnął ostatni węzeł.

Upewnił się jeszcze, czy sznur trzyma odpowiednio mocno, po czym podszedł i usiadł obok Daji. Pogładził ją po plecach. Powolnymi, okrężnymi ruchami. Zapewne chciał dodać jej otuchy. Poczuła się jak w potrzasku.

– Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym, by coś ci się stało?

Z trudem zapanowała nad oddechem.

Rób, co mówi, przykazała sobie. Tak umówili się z Ziyą. Bądź posłuszna i nie sprzeciwiaj się, bo inaczej Riga znajdzie sposób, by się ciebie pozbyć. Właściwie powinna się cieszyć, że odprawią ten rytuał. Dla niej była to tarcza – ostateczna i najwyższa gwarancja, że Riga jej nie zamorduje, gdyż zabiłby też siebie. Zbroja chroniąca ich oboje, ją i Ziyę. A jednak koszmarnie się bała. Co, jeśli ten nowy, nieznany los okaże się gorszy od śmierci?

– Przecież musi istnieć inny sposób... – zdołała wreszcie wykrztusić.

– Nie ma – syknął Riga. – Jeżeli nic się nie zmieni, dużo dłużej nie przetrwamy. Ta wojna rozrosła się ponad miarę. Podobnie jak szeregi naszych wrogów. A jeśli Ziya wciąż będzie się tak zachowywać – skinął ostrzem noża na las – nie dożyje jutra.

„Jeśli nie dożyje, to wyłącznie przez ciebie. Ty go zmusiłeś” – miała ochotę warknąć. Ugryzła się jednak w język, wolała nie budzić gniewu Rigi. Nie rozpalać jego okrucieństwa.

Nie ma wyboru. Już dawno temu zrozumiała, że jeśli chce pozostać bezpieczna, musi się stać mu bezwzględnie potrzebna. Musiała zostać kimś nieodzownym, kotwicą na stałe przykutą do jego życia.

– Ziya, chodź już! – zawołał Riga, przykładając złożone dłonie do ust. – Miejmy to z głowy!

Drzewa odpowiedziały milczeniem.

– Ziya, no! Przecież wiem, że tam jesteś! – podniósł głos.

Może jednak uciekł? – przemknęło Daji przez myśl. Mądrze by zrobił, skubany.

Zastanowiła się, co zrobiłby Riga, gdyby Ziya naprawdę spróbował dać nogę. Naturalnie ruszyłby w pościg, zapewne zwieńczony powodzeniem – Riga zawsze był z całej ich trójki najsilniejszy i najszybszy. Przypuszczalnie wymierzyłby Ziyi straszliwą karę. Lecz przecież Daji mogła tu Rigę zatrzymać przynajmniej przez kilka minut. Mogła dać uciekinierowi nieco więcej czasu. Nawet gdyby miała to przypłacić życiem, jedno z nich by ocalało.

 

Chwilę potem jednak Ziya wyszedł spomiędzy drzew. Zataczał się i potykał jak pijany. W oczach miał ten dziwny, dziki błysk, do którego oglądania od pewnego czasu przywykła. Wiedziała, że ta mina zwiastuje niebezpieczeństwo. Dłoń Daji powędrowała ukradkiem w stronę noża.

Riga wstał i ruszył ku Ziyi ostrożnie, z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Szedł krokiem tresera podchodzącego do tygrysa.

– Jak się czujesz? – spytał.

– Jak się czuję? – Ziya pochylił głowę na bok. – A cóż to znowu za pytanie?

– Możesz z nami usiąść? – poprosił Riga. Daji zauważyła na jego szyi mocno pulsującą żyłę.

Ziya tylko parsknął i pokręcił głową.

– Ziya, to nie jest zabawne – wycedził Riga. – Chodź tu!

– Ziya? – Oczy chłopaka uciekły ku niebu. – A kto to taki?

Riga sięgnął po miecz. Daji uniosła sztylet.

Przygotowywali się na taką ewentualność całą trójką, za zgodą i akceptacją samego Ziyi. Musieli uderzyć, zanim otworzy bramę...

– Żartowałem! – Twarz Ziyi rozciągnęła się w okropnym uśmiechu.

– Wal się! – Riga rozluźnił mięśnie.

Daji odetchnęła z ulgą i spróbowała uspokoić panicznie bijące serce.

Ziya usiadł ze skrzyżowanymi nogami przy ognisku. Obrzucił jelenia przelotnym, zaintrygowanym spojrzeniem.

– Dziwnie spokojny, prawda? – Podniósł z ziemi swój nóż i zakołysał nim przed oczyma zwierzaka. Na zębatym ostrzu zatańczyły refleksy płomieni. Jelonek leżał w bezruchu, zobojętniały. Gdyby nie zrezygnowany, ciężki oddech, można by pomyśleć, że nie żyje.

– Daji nakarmiła go opium – powiedział Riga.

– Ach, mądra dziewczynka. – Ziya puścił jej oko.

Daji żałowała, że narkotyk nie zadziałał prędzej; że Riga nie zaczekał, aż zadziała. Coś takiego wymagałoby jednak niejakiej dozy współczucia – cechy charakteru, której z całą pewnością nie posiadał.

– Daji, z życiem! – Riga zamachał nożem. – Nie przeciągajmy tego.

Siedziała w miejscu jak skamieniała. Przez moment rozważała szanse ucieczki. Zaczęły jej dygotać kolana.

Nie, nie ma odwrotu. Wiedziała, że musi to zrobić, jeśli nawet nie ze względu na siebie, to przynajmniej dla Ziyi.

Dla niego wszystko było, kurwa, jednym wielkim żartem. Do niczego nie potrafił podejść poważnie; tylko jego mogła bawić perspektywa utraty umysłu. A przecież jej obawy – jej i Rigi – nie brały się znikąd. Ziya już od miesięcy niczym linoskoczek stąpał po cienkiej granicy dzielącej zdrowie od obłąkania i nikt nie był w stanie przewidzieć, kiedy runie w przepaść. Tylko w ten sposób mogli sprowadzić go z powrotem na ziemię.

O tak, tylko za jaką cenę...

– Noże w dłoń – zakomenderował Riga.

Posłuchali. Jeleń leżał pod uniesionymi ostrzami potulnie, otwarte ślepia szkliły się w blasku ogniska.

Riga zaczął mówić. Kolejne słowa inkantacji, zaklęcia, które zdobyli kłamstwem, torturami i mordem, sprawiały, iż płomienie podrywały się wyżej i wyżej, aż wreszcie rozgorzał między nimi wysoki ogień. Zdawało się, że sięga nocnego nieba.

Kiedy te same słowa płynęły z ust Tseveri, szeptały niczym muzyka. Wypowiadane przez Rigę brzmiały jak klątwa. Daji z całych sił zacisnęła powieki, rozpaczliwie próbowała uciszyć wypełniające jej umysł wrzaski.

Zaśpiew Rigi umilkł. Nie stało się nic.

Siedzieli tak dłuższą chwilę, napięcie z wolna narastało, aż wreszcie ciszę zmącił głośny śmiech Ziyi.

– Kurwa, co z tobą? – fuknął Riga.

– Źle to powiedziałeś.

– Jak źle, do cholery?

– Akcent. Ty tej inkantacji nie wypowiadasz, ty ją szlachtujesz.

– No to sam to zrób – odparł Riga i mruknął coś pod nosem. Dwa niewyraźne mugeńskie słowa. Wyzwisko, które przyswoił jeszcze w dzieciństwie: „kochanku ogiera”.

– Nie znam słów – powiedział Ziya.

– Znasz, znasz. – W głosie Rigi dała się słyszeć złośliwa nuta. – Przecież ciebie nauczyła pierwszego.

Ziya zesztywniał.

Nie rób tego! – błagała w myślach Daji. Zabijmy go i uciekajmy!

Ziya zaczął mówić. Jego ton stopniowo przeszedł z ochrypłego szeptu do krzyku, potężnego i płynnego. Tym razem dźwięki układały się w melodię zbliżoną do tej, którą wyśpiewała Tseveri. Tym razem słowa niosły w sobie moc.

– Teraz – wyszeptał Riga i ponownie poderwali noże, by zarżnąć ostatnią z szeregu koniecznych ofiar. Ostatnie niewiniątko.


Po wszystkim otchłań odrzuciła ich z powrotem, brutalnie wtłaczając w materialne ciała. Wstrząs był tak silny, jakby wpadli do lodowatej wody. Daji zachłysnęła się i zgięła raptownie wpół. Ziemia pod jej kolanami okazała się tak niebywale solidna, powietrze tak oszałamiająco słodkie. Świat, miejsce dotąd znajome, okazał się krainą dziwów – konkretną, piękną i zdumiewającą.

Dziewczyna płonęła od wewnątrz, raz po raz dygotała, wstrząsana falami przenikającej ją na wskroś energii. Tak bardzo żywa nie czuła się nigdy. Teraz zamiast jednej posiadała aż trzy dusze; teraz nareszcie stanowiła zamkniętą, kompletną całość, była więcej niż całością.

Nie w pełni powrócili z dziedziny ducha. Nawiązana tam więź nie uległa zerwaniu. Wciąż odczytywała dusze Ziyi i Rigi, ich myśli biły w jej umysł tak intensywnie i głośno, że z trudem odróżniała je od własnych.

Od Ziyi napływał chłód i nagi strach przemieszane z doznaniem straszliwej ulgi. On tego nie chciał. Od początku nie chciał na tę drogę wkraczać. Bardzo bał się tego, kim może się stać, a jednocześnie czuł w tej chwili wdzięczność, gdyż został nareszcie wybawiony od konieczności dokonywania wyboru. Cieszył się z nowej, nieusuwalnej więzi.

Riga emanował bliskim upojenia zachwytem i otumaniającym przypływem ambicji. Pragnął więcej. Nie zwrócił nawet uwagi na promieniującą z jaźni Ziyi panikę. Z miejsca skierował myśli ku sprawom wyższym. Widział już ich trójkę na bitewnym polu, przy stole negocjacyjnym, zasiadającą na trzech tronach. Z jego punktu widzenia pokonali właśnie ostatnią przeszkodę. Wkroczyli w przyszłość, którą od dawna sobie wyobrażał. Daji również jej chciała. Nie była jedynie pewna, czy zdoła tę przyszłość przeżyć.

Powoli uniosła powieki. Plamiąca jej dłonie krew połyskiwała w księżycowej poświacie czernią. Ognisko zdążyło niemal dogasnąć i spowijały ją duszące kłęby dymu. Prawie upadła twarzą w dopalające się węgle, niewiele brakowało, by zadławiła się popiołem; by wszystko skończyło się tu i teraz.

Czyjeś silne palce chwyciły dziewczynę za ramię i szarpnęły do tyłu.

– Spokojnie. – Riga wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Daji nie podzielała jego zachwytu.

Lata później, kiedy zadręczała się wspomnieniami z początków znajomości ich trójki, z czasów, zanim wydarzenia potoczyły się w tak koszmarnym kierunku, ani razu nie zdołała sobie przypomnieć uczuć towarzyszących momentowi zakotwiczenia. Nie pamiętała ekstazy mocy ani przerażającego i cudownego zarazem doznania odsłonięcia duszy, wystawienia jej na innych. Pamiętała jedynie ścinającą krew w żyłach zgrozę – niezbitą pewność, iż nadejdzie dzień, gdy za wykradzione sekrety przyjdzie zapłacić krwią.

Pamiętała jeszcze Tseveri. Bezustannie oglądała oczyma duszy nieszczęsną twarz martwej dziewczyny. I słyszała też niezwykle wyraźnie ostatnią przestrogę, którą wygłosiła, zanim Ziya wydarł serce z jej piersi.

Posłuchaj zatem przepowiedni, powiedziała Tseveri.

Jedno umrze.

Drugie będzie władać.

A trzecie na wieczność pogrąży się we śnie.



Nadgarstek Rin pulsował bólem.

W poprzedzający atak poranek powietrze zawsze smakowało inaczej. Atmosfera była taka, jakby ją i wszystkich żołnierzy dokoła przenikał elektryczny ładunek, skrząca się pamiątka burzy z piorunami. Walcząc po stronie republiki, Rin nigdy nie czuła w sobie tak potężnej energii. U swych początków wojsko Yin Vaisry składało się z wytrawnych zawodowców – posępnych, ponurych, skupionych wyłącznie na tym, by wykonać zadanie i wracać. Wojnę kończyli jako ludzie przepełnieni strachem. Zdesperowani.

Żołnierze Koalicji Południa byli natomiast wściekli i właśnie gniew był siłą, która pozwoliła im przetrwać mozolne tygodnie podstawowego szkolenia, a następnie uformowała z nich sprawnych zabójców, mimo że wielu do niedawna nie miało nawet miecza w ręku.

Bili się o swoje i to także stanowiło poważny atut. Khudla nie była co prawda ich rodzinną miejscowością, lecz znajdowała się w ich ojczystej prowincji, a pod mugeńską okupacją wszyscy mieszkańcy Prowincji Małpy cierpieli tak samo. Wysiedlenia, grabieże, gwałty, zabójstwa, masowe egzekucje. Tutejsza ziemia stała się świadkiem tysiąca masakr równie potwornych jak rzeź Golyn Niis i nikogo to nie obeszło, ponieważ nikt we władzach republiki ani cesarstwa nigdy nie dbał o los południa.

Jednak nie wszyscy południowcy zginęli. Część przeżyła, by pomścić swoich umarłych, i tacy właśnie ludzie składali się na trzon wojska Rin.

Mijały kolejne minuty, w szeregach narastało wyczekiwanie. Żołnierze przypominali psy gończe, ze zjeżonymi grzbietami szarpiące się na smyczach. A przegub Rin palił niczym rażony piorunem, sekunda w sekundę w stronę jej łokcia płynął milion bolesnych ukłuć.

– Nie drap tego – napomniał ją Kitaj. – Zaognisz tylko.

– Boli – mruknęła.

– Boli, bo drapiesz. Zostaw tę rękę w spokoju, a szybciej się zagoi.

Rin przeciągnęła palcami po spękanej, pokrytej gruzłami skórze pokrywającej kość w miejscu, z którego powinna wyrastać prawa dłoń. Zacisnęła zęby i z wysiłkiem zwalczyła pokusę wbicia paznokci głęboko w podrażnione tkanki.

Amputacji poddała się w noc, gdy przybili do nabrzeża Ankhiluun. W tamtym momencie, po dwóch tygodniach na pełnym morzu, dłoń miała już do cna przeżartą gangreną. Mimo że okrętowa lekarka Czarnych Lilii starała się odkażać ranę najlepiej jak potrafiła, obrażenia były na tyle poważne, że infekcja cudem tylko nie objęła większej części ramienia. Operacja nie trwała długo. Osobisty chirurg Moag sprawnie uciął dłoń, odkroił zakażone tkanki i zaszył odsłoniętą kość, nakrywając ją zgrabnie uformowanym płatem skóry.

Rana zabliźniła się bez większych problemów. Kiedy jednak Rin odstawiła laudanum, kikut okazał się żagwią promieniującą nieznośnym cierpieniem. Bóle fantomowe rozpalały nieistniejące palce kilka razy na godzinę. Niekiedy bolało tak straszliwie, że biła w rozpaczy przegubem o ścianę, by poczuć ból jeszcze potężniejszy, przypominający za to, że dłoni już nie ma. Niestety jednak, bólu istniejącego wyłącznie w umyśle nie była w stanie złagodzić.

– Zaraz zacznie ci krwawić – zauważył Kitaj.

Uświadomiła sobie, że odruchowo znów zaczęła się drapać. Z całej siły zamknęła na kikucie zdrową dłoń z nadzieją, że nacisk odpędzi swędzenie.

– Ja przez to oszaleję. Swędzenie to jedno, ale bez przerwy bolą mnie palce. Zupełnie jakbym je miała. I jakby ktoś wbijał w nie tysiąc igiełek. Nic z tym nie mogę zrobić.

– Chyba wiem, o czym mówisz – powiedział Kitaj. – Ja też to czasami czuję. Takie szarpiące dreszcze, zupełnie znikąd. W sumie dziwne, jak się o tym pomyśli. Bo przecież ja palce mam, a bolą mnie twoje, nieistniejące.

Jeszcze przed operacją zastanawiali się z niepokojem, czy odjęcie chorej dłoni Rin w jakiś sposób nie okaleczy również Kitaja. Żadne z nich nie miało pewności, jak głęboko sięga kotwiczna więź. Wiedzieli natomiast, iż śmierć jednego oznacza śmierć obojga. Odczuwali też nawzajem swój ból, a rany uwidaczniały się u partnera bladymi, ledwie widocznymi bliznami. Lecz nie mieli pojęcia, czym skończy się amputacja.

Kiedy jednak zawinęli nareszcie do Ankhiluun, infekcja Rin rozwinęła się w zapalenie tak poważne, że oboje zwijali się z bólu, i Kitaj oświadczył przez zaciśnięte zęby, że jeśli dziewczyna nie każe sobie uciąć ręki, odgryzie ją osobiście.

Ku niepomiernej uldze obojga dłoń chłopaka nie ucierpiała. Co prawda wokół nadgarstka wykwitła mu przypominająca bransoletkę nierówna, biaława linia, lecz palce pozostały sprawne, może nieco tylko sztywniejsze niż dotąd. Rin kilka już razy zwróciła uwagę, że Kitajowi zdarzają się problemy z utrzymaniem pisarskiego pędzelka. Znacznie dłużej też się ubierał. Ręki jednak nie stracił i choć z jednej strony dziewczynie ulżyło, to chcąc nie chcąc, czuła tlącą się w głębi ducha zawiść.

 

– A może też ją widzisz? – Zamachała kikutem przed nosem chłopaka. – Moją widmową rękę?

– Hak sobie powinnaś obstalować. – Zignorował zaczepkę.

– O nie, kurwa! Żadnego haka nie będzie.

– No to może przynajmniej jakieś ostrze? Mogłabyś wrócić wreszcie do ćwiczeń.

– W końcu się zbiorę. – Rzuciła mu rozdrażnione spojrzenie.

– Nie zbierzesz się – odparł. – A jeśli będziesz dłużej zwlekać, to pierwszy raz, kiedy sięgniesz po miecz, będzie zarazem ostatnim.

– Nie będę musiała...

– Sama wiesz, że to niewykluczone. Zastanów się, Rin, co będzie, jeśli...

– Nie teraz – syknęła. – Dzisiaj nie chcę o tym rozmawiać.

Nie cierpiała ćwiczyć fechtunku. Nie cierpiała niezdarnie powtarzać lewą ręką ruchów, które jej prawa dłoń od dawna wykonywała instynktownie. Po amputacji czuła się z mieczem w dłoni bezradna, głupia i mała, a przecież tyle życia poświęciła, by przekonać samą siebie, że wcale nie jest bezsilna. Gdy pierwszy raz chwyciła za broń, tydzień po operacji, jej lewe ramię zaczęło się trząść tak bardzo, okazało się tak idiotycznie słabe, że bez chwili zastanowienia cisnęła miecz na ziemię. Była przekonana, że drugiego takiego upokorzenia nie zniesie.

– Wiem, w czym rzecz. Za bardzo się denerwujesz – stwierdził Kitaj.

– Wcale się nie denerwuję!

– Gówno prawda. Jesteś przerażona i dlatego tak się motasz. Po prostu się boisz.

Bo mam, kurwa, powody, warknęła w myślach.

Rwący przegub nie był źródłem problemu, stanowił jedynie objaw. Rin bezustannie zastanawiała się, co może pójść nie tak. Być może ktoś ich zdradził. Mugeńczycy mogli zostać uprzedzeni.

Równie dobrze mogli po prostu przegrać.

Jak dotąd nie miała do czynienia z tak silną obroną. Mugeński garnizon Khudli wiedział, że wojska Rin nadciągają; oficerowie Federacji spodziewali się ataku już od wielu dni. Z pewnością brali też pod uwagę możliwość nocnego natarcia, mimo że większość armii świata nie odważyłaby się na tak ryzykowną operację. W skrócie, nie czekał ich łatwy, druzgocący atak z zaskoczenia.

A dzisiaj Rin po prostu nie mogła sobie pozwolić na porażkę.

Khudla była dla niej sprawdzianem. Dziewczyna błagała możnowładcę Małpy o samodzielny przydział już od dnia ucieczki z Arlongu i raz po raz słyszała w odpowiedzi, że dopóki nie nabierze doświadczenia, nikt nie pozwoli jej poprowadzić do boju całych formacji. I właśnie dzisiaj nareszcie postawił na nią. Zadanie wyzwolenia Khudli przypadło jej i tylko jej. Dotąd zawsze walczyła niczym jednoosobowa dywizja, ognisty potwór, którym generałowie Koalicji Południa posługiwali się jak burzącą rakietą. Teraz dowodziła brygadą liczącą setki ludzi.

I wszyscy ci żołnierze mieli ruszyć do boju pod jej rozkazami. Ta myśl przepełniała Rin zgrozą. Co będzie, jeśli pod jej rozkazami zginą?

– Wszystko mamy opracowane do ostatniego szczegółu. Wartownicy zmieniają się na posterunkach co pół godziny – podjął Kitaj. Omawiali ten plan przynajmniej tuzin razy, lecz powtarzał najważniejsze punkty po to, by ją uspokoić. – Poznamy to po głosach. Najpierw podejdziesz jak najbliżej tuż przed zachodem słońca, a potem uderzymy w trakcie podmiany. Pamiętasz sygnały?

– Tak – rzuciła i zaczerpnęła głęboki oddech.

– Więc nie masz się czym martwić.

Minuta wlokła się za minutą. Dziewczyna obserwowała osuwające się ku górom słońce. Zachodziło opornie, jakby przemocą ściągane przez tajemniczą, kryjącą się w dolinie istotę.


Mimo że przyzywając na Speer Feniksa, Rin doprowadziła do zakończenia trzeciej wojny makowej, Federacja Mugen nie ogłosiła oficjalnej kapitulacji. Cesarz Ryohai i jego potomkowie w jednej chwili obrócili się w zwęglone posągi, pogrzebane pod górami popiołu. Zagłady nie przetrwał ani jeden członek cesarskiego rodu, który mógłby przystąpić do pokojowych negocjacji. Nie doszło więc do zawieszenia broni, nie podpisano najkrótszego choćby traktatu. Mugeńscy generałowie nie przedłożyli map, z których wynikałoby, gdzie rozlokowane są ich siły, nie złożyli broni przed nikaryjskimi dowódcami. W związku z tym wszystkie pozostające na kontynencie oddziały Federacji – świetnie wyszkoleni żołnierze, ludzie pozbawieni celu oraz własnego kraju – stały się nowym, poważnym zagrożeniem. Yin Vaisra, do niedawna możnowładca Smoka, obecnie świeżo wybrany prezydent Republiki Nikaryjskiej, miał okazję rozprawić się z nimi już wiele miesięcy wcześniej, lecz z premedytacją pozwolił maruderom swobodnie palić i grabić ziemie własnych sojuszników po to, by umocnić swą władzę nad sypiącym się Cesarstwem Nikan. Obecnie owe rozproszone oddziały najeźdźców stworzyły kilka sporych związków bojowych, terroryzujących całe południe. Z praktycznego punktu widzenia wojna pomiędzy Nikaryjczykami a Federacją trwała więc w najlepsze. Nawet pozbawieni wsparcia z wygiętej na kształt łuku wyspy Mugeńczycy w ciągu kilku miesięcy zdołali skolonizować niemal wszystkie południowe prowincje. A Rin, zaślepiona ideą Vaisry, pozwoliła im na to, nie dostrzegając, iż prawdziwa wojna toczy się na progu jej domu.

Już raz południe zawiodła. Nie chciała tego powtórzyć.

– Kazuo mówi, że okręty i tak przypłyną – powiedział ktoś po mugeńsku. Chłopięcy głos, piskliwy i słaby.

– Kazuo jest durniem – odparł towarzysz młodzika.

Rin i Kitaj czekali przykucnięci pod osłoną wysokiej trawy. Podkradli się na tyle blisko obozu Federacji, że wyraźnie słyszeli rozmowy patrolujących okolicę strażników. W nocnym powietrzu nawet stłumione głosy niosły się daleko. Niemniej dziewczyna od ponad roku nie posługiwała się mową najeźdźców i musiała mocno się skupić, by ich zrozumieć.

– Ten język przypomina cykanie owadów – burknął kiedyś Nezha. Dawno, dawno temu, gdy wszyscy byli jeszcze głupimi gnojkami tłoczącymi się w sinegardzkiej sali wykładowej, kiedy nie mieli najbledszego pojęcia, że wojna, do której się przygotowują, wcale nie będzie czysto teoretyczna.

Nezha darzył kurs mugeńskiego szczerą nienawiścią. Rin świetnie to pamiętała. Nie był w stanie zrozumieć obcej mowy, zwłaszcza gdy rozmówca posługiwał się nią z naturalnym tempem i intonacją, więc zajęcia spędzał zwykle, wymyślając kolejne drwiny i rozbawiając kolegów bezsensownymi zbitkami dźwięków, parodiujących język wyspiarzy.

– Tssk, tssk, tssk – powtarzał, cmokając przez zęby. – Normalnie jak robactwo na łące.

Jak świerszcze, przemknęło Rin przez myśl. Tak właśnie w pewnym momencie nikaryjscy chłopi zaczęli przezywać Mugeńczyków. Dziewczyna nie miała pojęcia, czy wyzwisko jest nowe, czy sięga korzeniami czasów sprzed jej urodzenia. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby prawdziwa okazała się ta druga możliwość. Historia kołem się toczy – zdążyła się już przekonać, jak często się to porzekadło sprawdza.

– Kazuo powiedział, że pierwsze już zawinęły do portów w Prowincji Tygrysa – podjął pierwszy głos, chłopięcy. – Lądują nocami i zabierają nas do domu małymi grupami...

– E, gówno prawda – prychnął drugi wartownik. – Gdyby tak było, coś byśmy o tym wiedzieli.

Na krótką chwilę zapadła cisza. Coś zaszeleściło w trawie i Rin domyśliła się, że obaj Mugeńczycy leżą. Przypuszczalnie gapili się w gwiazdy. Niemądrze z ich strony, okropnie nieodpowiedzialnie. Głosy brzmiały jednak bardzo młodo; nie mówili jak żołnierze, a jak dzieci. Może naprawdę byli na to wszystko za głupi?

– Księżyc wygląda tu inaczej – zauważył refleksyjnym tonem pierwszy wartownik.

Rin rozpoznała tę frazę. Pamiętała ją ze studiów – stare mugeńskie wyrażenie, aforyzm zaczerpnięty z mitu o przewoźniku, który pokochał kobietę mieszkającą na odległej gwieździe i by móc wziąć ją w ramiona, zbudował łączący oba światy most.

„Księżyc wygląda tu inaczej”. Chłopak przyznał się w ten sposób do tęsknoty za domem. Mugeńczycy bezustannie rozmawiali między sobą o powrocie. Temat pojawiał się we wszystkich podsłuchanych rozmowach. Mówili o domu tak, jakby wciąż istniał, jakby wygięta na kształt łuku wyspa była przepięknym rajem, do którego wrócą bez trudu, o ile tylko w zatoce pojawią się ich okręty. Rozprawiali o swoich matkach, ojcach, siostrach i braciach, którzy wyglądali ich na ojczystym brzegu, cudem ocaleni od śmierci w chmurze piroklastycznych oparów.

– Lepiej się przyzwyczaj – odparł drugi Mugeńczyk.

Im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej wydawali się dziecinni. Rin wyobraziła sobie ich twarze; głosy przywodziły na myśl patykowate kończyny i nosy, pod którymi ciemniał pierwszy rzadki meszek. Nie mogli być starsi od niej – musieli niedawno przekroczyć dwudziestkę, a może i to nie.

Przypomniała sobie walkę, którą w czasie oblężenia Khurdalain – jakby wieki temu – stoczyła ze swoim rówieśnikiem. Pamiętała szeroką niczym księżyc buzię i miękkie dłonie. Pamiętała, jak oczy wyszły chłopakowi z orbit, kiedy rozpłatała mu mieczem żołądek.

Tak bardzo musiał się bać. Możliwe, że tak samo jak ona.

Wyczuła, że leżący obok Kitaj sztywnieje.

– Oni też nie chcą tu być – usłyszała od niego przed kilkoma tygodniami. Przesłuchiwał wtedy mugeńskich jeńców, z którego to doświadczenia wyniósł jak na jej gust stanowczo zbyt wiele współczucia. – To zwykłe dzieci. Co czwarty jest młodszy od nas i wcale się na tę wojnę nie pchał. Większość wyciągnięto z rodzinnych domów i poddano morderczemu szkoleniu w zamkniętych obozach. Gdyby odmówili, ich rodziny czekałby głód lub więzienie. Wcale nie chcą zabijać, chcą wracać do domu.

Lecz ich dom już nie istniał. Ci chłopcy nie mieli dokąd uciekać. Jeżeli brama do zgody stała kiedykolwiek otworem – jeśli kiedykolwiek istniała możliwość odesłania wrogich żołnierzy z powrotem i rozpoczęcia mozolnego budowania pokoju – Rin osobiście ją zatrzasnęła. I to dawno temu.

W umyśle dziewczyny pojawiła się przepastna wyrwa poczucia winy, jej najwierniejsza przyjaciółka. Odepchnęła ją od siebie.

Tak świetnie sobie przecież poradziła, tak głęboko pogrzebała wspomnienia; tylko w ten sposób mogła uniknąć obłędu.

Dzieci też bywają mordercami, wyrecytowała w myślach. Mali chłopcy bywają potworami.

Kontury wojny rozmyły się stanowczo za bardzo. Najeźdźcą był każdy Mugeńczyk, który choć raz założył na siebie mundur, i Rin nie miała cierpliwości, by odsiewać winnych od tych bez winy. Speerycka sprawiedliwość była bezwzględna. Jej zemsta rozstrzygająca. Nie miała czasu roztrząsać wszystkich możliwych ewentualności; ojczyzna czekała na wyzwolenie.

Przegub ponownie zapulsował bólem. Dziewczyna z wolna wypuściła powietrze, przymknęła oczy i aby ukoić nerwy, ponownie kilka razy przebiegła w myślach plan ataku.

Musnęła koniuszkami palców pokrywające jej brzuch blizny. Nieco dłużej przytrzymała dłoń w miejscu, gdzie niczym znamię ciemniał odcisk dłoni Altana. Wyobraziła sobie obu młodziutkich wartowników i przekształciła ich w anonimowe cele.

Takich jak wy zabiłam już miliony, pomyślała. Teraz to rutyna. Błahostka.


Słońce stało się niewielkim krążkiem szkarłatu, którego wierzchołek ledwie wystawał ponad dalekimi szczytami. Strażnicy zeszli z posterunku. Na pewien czas pola były wolne.

– Już pora – szepnął Kitaj.

Rin podniosła się z trawy. Spojrzeli sobie w oczy, wzięli się za ręce.

– O świcie – powiedziała.

– O świcie – potaknął. Złożył dłonie na ramionach dziewczyny i ucałował ją w czoło.

Żegnali się tak już od pewnego czasu. W ten sposób przekazywali sobie to, czego nigdy nie wypowiadali na głos. Walcz dzielnie. Chroń nas oboje. Kocham cię.

Tego rodzaju momenty musiały Kitajowi ciążyć znacznie bardziej niż Rin. To on ślepo ryzykował swe życie za każdym razem, gdy ona stawała na placu boju.