Obietnice porankaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Carrie Turansky
Obietnice poranka

Tłumaczenie Renata Czernik

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Shine Like the Dawn

Autor:

Carrie Turansky

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Renata Czernik

Redakcja:

Brygida Nowak

Agata Tokarska

Korekta:

Dominika Wilk

Skład:

Alicja Malinka

ISBN 978-83-65843-87-6

© 2017 by Carrie Turansky, by Multnomah, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC

© 2018 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

© Cover design and photography by Mike Heath, Magnus Creative

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów, wydanie I

Druk: drukarnia Read Me

Książkę wydrukowano na papierze Ecco Book 2.0 80g dostarczonym przez Antalis Poland Sp. z o. o.

Wszystkie cytaty pochodzą z Biblii Tysiąclecia.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Powierz Panu swoją drogę

i zaufaj Mu: On sam będzie działał

i sprawi, że twoja sprawiedliwość zabłyśnie jak światło,

a słuszność twoja – jak południe.

Psalm 37,5-6

Książkę tę dedykuję mojej przyjaciółce od serca,

Judy Conroy, za jej wierną przyjaźń,

za skuteczne modlitwy,

nieskończoną otuchę i wsparcie.

Prolog

22 sierpnia 1899 roku

Światło słońca migoczące na falującej powierzchni jeziora Tumbledon raziło Margaret Lounsbury. Zmrużyła oczy i nasunęła niżej rondo słomianego kapelusza, aby osłonić się przed oślepiającym blaskiem, po czym chwyciła wiosło po swojej stronie łodzi.

– Jesteś gotowa? – Daniel Lounsbury zanurzył w wodzie wiosło i spojrzał na córkę.

Z kącików jego ciemnobrązowych oczu rozchodziły się ujmujące zmarszczki, a rudawobrązowa broda zakrywała dolną część jego opalonej twarzy, jednak nie mogła zakryć uśmiechu.

– Tak! – Maggie odwzajemniła uśmiech i opuściła wiosło do wody.

– Dziś słońce wydaje się wyjątkowo jasne, zwłaszcza gdy odbija się w wodzie. – Ojciec rozejrzał się po jeziorze i zapatrzył w skalisty brzeg i bujne lasy naprzeciw.

Pięć lat wcześniej on i jego zespół założyli zaporę wodną w Debdon Burn, wypełniając wodą małą dolinę na północ od majątków ziemskich i tworząc to piękne jezioro. To było jedno z jego wielu osiągnięć jako czołowego architekta krajobrazu u sir Williama Harcourta z Morningside Manor.

– Czy wypatrzyłeś jakieś wyjątkowe miejsce na nasz piknik? – Matka Maggie, Abigail Lounsbury, siedziała na tyłach niemal pięciometrowej łodzi, trzymając na kolanach najmłodszą córkę, Violet.

– Znalazłem przepiękny mały pagórek otoczony brzozami. – Ojciec odwrócił się i uśmiechnął do starszej siostry Maggie, Olivii, siedzącej z przodu. – To idealne miejsce do świętowania twoich urodzin. Wygląda jak bajkowy las.

Oczy dziewczyny zaiskrzyły.

– Nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę.

Serce Maggie zabiło z podekscytowania. Poruszyła wiosłem w wodzie, dopasowując się do silnego pchnięcia jej ojca. Z ciepłymi promieniami słońca ogrzewającymi ciało i rodziną wokół niej, nie mogła sobie wyobrazić szczęśliwszego dnia.

Wiatr wzmógł się i dmuchnął kosmyk włosów na policzek Maggie.

– Wygląda na to, że będzie padać. – Matka wskazała na zachód, marszcząc przy tym czoło, a potem mocniej przycisnęła do siebie Violet.

Ponad drzewami na przeciwległym brzegu jeziora wznosiły się ciężkie, szare chmury, chociaż reszta nieba pozostawała przejrzysta.

Ojciec podniósł wzrok i przez kilka sekund wpatrywał się w obłoki.

– Jestem pewien, że nie mamy żadnego powodu do niepokoju.

Jego pewność siebie uspokoiła Maggie. Nie znała nikogo, kto wiedziałby więcej o roślinach, zwierzętach i pogodzie niż jej ojciec. Jeśli on uważał, że burza nie zagraża ich popołudniowemu piknikowi, to oznaczało, że absolutnie nie ma się czym zamartwiać.

Pełna wdzięku biała czapla wynurzyła się z trzcin po drugiej stronie jeziora i przeleciała nad taflą wody w ich kierunku. Violet kręciła się na kolanach matki z radosnym piskiem. Sprawiała wrażenie, jakby chciała się wspiąć po burcie łodzi i wskoczyć do jeziora, jednak Abigail mocno ją trzymała.

Ojciec zachichotał.

– Wygląda na to, że Violet chciałaby popływać.

Olivia odwróciła się w ich stronę.

– Nie ma za dużo rzeczy, których Violet by nie lubiła, może z wyjątkiem gotowanej marchewki i drzemki.

Maggie się uśmiechnęła. Jej siostra miała rację. Dziewczynka zaczęła sprzeciwiać się drzemkom już kilka miesięcy po swoich pierwszych urodzinach i rzeczywiście nigdy nie przepadała za marchewką.

– Nie pływamy dzisiaj, Violet – napomniała ją matka poważnym tonem, jednak Maggie widziała w jej oczach błysk humoru.

– Maggie, nie śpij! – zawołał ojciec, machając wiosłem w głębokiej wodzie.

Znów skupiła się na wiosłowaniu i przyspieszyła, by dopasować się do tempa, jakie nadawał.

Gdy dotarli do środka jeziora, Maggie usłyszała dziwny dźwięk i spojrzała w dół. Woda pluskała o brzeg jej buta. Wciągnęła głęboko powietrze i podniosła stopę.

– Tato, patrz!

Ojciec podążył za jej spojrzeniem i szeroko otworzył oczy. Szarpnął wiosłem, wyciągając je z wody, i rozejrzał się uważnie po wnętrzu łodzi.

Matka się wyprostowała.

– Co się dzieje, Danielu?

– Wydaje mi się, że doszło do przecieku. – Jego głos pozostał spokojny, ale mięśnie szczęki się naprężyły.

– Co? – Olivia rzuciła przepełnione zaskoczeniem spojrzenie na Maggie.

Mama mocniej przytuliła Violet.

– Jak duży jest przeciek?

– Nie wiem. – Ojciec zmarszczył brwi, w dalszym ciągu przeszukując wzrokiem dno łodzi, po czym chwycił swoje nadal ociekające wodą wiosło i wepchnął je głęboko pod powierzchnię.

– Szybko, Maggie, musimy natychmiast wrócić na brzeg.

Dłonie Margaret zadrżały, kiedy sięgnęła po swoje wiosło.

Olivia wstała, kołysząc łodzią na boki.

– Czy nie jesteśmy bliżej tego drugiego brzegu? – zapytała.

– Olivio, w tym momencie usiądź! – Ostry ton Daniela zaskoczył jego żonę i córki.

Dziewczyna posłusznie zajęła miejsce na ławce, a ojciec ponownie zanurzył wiosło w wodzie.

Bicie serca dudniło Maggie aż w uszach, jednak starała się nadążyć za szybkim tempem ojca. Ale nawet gdyby mogła dorównać jego głębokim, równomiernym pchnięciom, czy udałoby im się wrócić bezpiecznie na brzeg, zanim woda napełni ich łódź? A co, jeśli im się nie uda? Umiała bardzo dobrze pływać. Ojciec ją nauczył, kiedy miała zaledwie siedem lat. Mogła się uratować. Ale mama i Olivia nigdy nie chciały się tego nauczyć, a Violet była za mała.

Maggie zacisnęła mocno wargi i z całych sił pchnęła wiosłem, szybkimi ruchami rozbijając taflę jeziora. Ręce paliły ją od napięcia mięśni, a na domiar złego ich żywsze tempo wydawało się powodować jeszcze większy napływ wody, która zdążyła już oblać kostki Maggie i brzeg jej ciemnoniebieskiej spódnicy.

– Danielu, to za daleko! Nie uda nam się! – Rozpaczliwy głos matki wywołał drżenie nóg Margaret.

– Mocniej, Maggie! – krzyknął ojciec i ponownie silnie odepchnął się od wody.

Ściskając nerwowo swoje wiosło, dziewczyna posłała spojrzenie na odległy brzeg. Panika ogarnęła całe jej ciało, zaciskając gardło i kradnąc oddech. Byli dopiero w połowie drogi. Matka miała rację. Woda przykrywała już całą łydkę Maggie i powoli dosięgała coraz wyżej. Wydawała się wlewać z każdej strony i brakowało dosłownie chwili, żeby łódź zaczęła tonąć.

– Ojcze! – Olivia przesuwała się, jakby chciała uniknąć zamoczenia, ale nie było ucieczki. Poziom wody w łódce ciągle wzrastał, całkowicie przykrywając jej nogi.

Violet objęła matkę za szyję i wybuchnęła rozpaczliwym płaczem.

Pełen przerażenia wzrok ojca błądził z jednego członka rodziny na drugiego.

– Będziemy musieli płynąć. Maggie, weź Violet. Pomogę twojej matce i Olivii.

Dziewczyna zamarła ze strachu. Nerwowo zamrugała, by wyostrzyć wzrok, i próbowała skupić się na odległym brzegu. Dzieliło ich od niego blisko kilometr. Jeśli Violet będzie spokojna, może uda jej się przepłynąć z siostrą, ale jak ojciec da radę pomóc matce i Olivii?

Tata odebrał Violet z ramion żony.

– Nie, Danielu! – Przerażona matka wyciągnęła ręce po swoją najmłodszą córkę, chcąc wyrwać ją z jego objęć. Miała bladą twarz i oczy lśniące od łez.

– Spokojnie, Abigail. Maggie zajmie się Violet. – Ojciec podał dziewczynkę Margaret.

Trzęsły jej się ręce, kiedy brała w objęcia wijącą się nerwowo siostrę, ale chwyciła ją pewnie i mocno.

– Liczymy na ciebie, Maggie. – Z oczu ojca biły miłość i zażarta determinacja. – Ochroń swoją siostrę! Nie wracaj pod żadnym pozorem.

Słysząc te słowa, dziewczyna z trudem przełknęła ślinę.

– Tak, ojcze. – Zamrugała płonącymi z trwogi oczyma. Chciała zapewnić, jak bardzo go kocha i że zrobi wszystko, co w jej mocy, ale na to nie było już czasu.

 

– Płyńcie już. – Pomógł jej wyskoczyć przez burtę do lodowato zimnej wody.

Przebierając mocno nogami, żeby utrzymać się na powierzchni, przewróciła się na plecy i położyła na swojej klatce piersiowej przerażoną siostrę. Objęła ją ramionami, po czym odepchnęła się od burty. Przeraźliwy chłód wody oraz przemoczona spódnica i bluzka utrudniały ruchy, ale przezwyciężyła opór i kurczowo trzymając Violet, machała nogami tak mocno, jak tylko mogła.

„O Boże, zmiłuj się nad nami! Uratuj moją rodzinę!”

Łzy i woda z jeziora zalewały jej oczy, odbierając możliwość spojrzenia na rodzinę czy łódź. Pomimo że nalało jej się do uszu, słyszała przeraźliwe krzyki matki i ojca oraz rozdzierające serce wołanie o pomoc siostry. Jednak ona płynęła dalej – obietnica złożona ojcu dawała jej dodatkową siłę.

Łkając, Violet przekładała głowę z boku na bok, ale w końcu położyła się z powrotem na piersi siostry, oszołomiona chłodem i przerażającymi zdarzeniami.

Maggie płynęła dalej, nasłuchując to głosu ojca zapewniającego, że już wszystko w porządku, to uderzeń w wodę płynącej za nią rodziny. Słyszała jednak wyłącznie własny ciężki oddech i plusk wokół siebie.

W końcu jej stopy dotknęły błotnistego dna. Chwyciła mocniej Violet w ramiona i wyszła z nią na ląd. Nogi jej drżały, a przemoczone ubranie ciążyło niemiłosiernie, ale zmusiła się do wytrwania na stojąco. Obracając się, przetarła twarz i spojrzała na wodę. Nic nie mąciło jej falującej powierzchni. Nie było na niej nic i nikogo. Przepełniona strachem, wytężyła wzrok i rozglądała się szaleńczo po cichym jeziorze.

Gdzie oni byli? Jak mogliby tak po prostu zniknąć?

Violet płakała, przywierając do nóg starszej siostry i otaczając drżącymi, małymi rączkami jej mokrą spódnicę. Podmuch wiatru sprawił, że przez ciało Margaret przeszedł chłodny dreszcz, a zesztywniałe z zimna i przerażenia szczęki zaczęły jeszcze mocniej drżeć. Ciężkie chmury przemykały po niebie, gasząc ostatnie promienie słońca docierające do ziemi i rzucając wszędzie dookoła szary cień. Z nieba zaczęły spadać wielkie krople, a potem, jakby otworzyły się niebiosa, ulewny deszcz spłynął na głowę i ramiona dziewczyny.

Nadal stała nieruchomo, wpatrując się w jezioro. Ojciec się mylił. Nadciągnęła burza. Najstraszniejsza burza, jaką kiedykolwiek mogłaby sobie wyobrazić.

Cały czas badała wzrokiem powierzchnię, szukając najmniejszego śladu swojej rodziny i łodzi, starając się usłyszeć głosy tych, których kochała całym sercem. Jedynym dźwiękiem był okrzyk czapli, która wynurzyła się z wody i pofrunęła nad jeziorem w kierunku wschodniego brzegu.

Maggie opadła na błotnisty brzeg i wzięła Violet w ramiona. Po jej policzkach spływały deszcz i łzy...

1

4 lata później

Kwiecień 1903 roku

Maggie odwróciła drewnianą główkę do formowania nakryć głowy i bacznie przyjrzała się żółtemu słomianemu kapeluszowi o szerokim rondzie. Koronę otaczały czerwone jedwabne róże, okraszone małymi, niebieskimi chabrami, które dopełniały tę niezwykłą kompozycję. Całość wyglądała idealnie. Dziewczyna wyobrażała sobie, że wkłada ten piękny kapelusz, idąc do ogrodu, na przyjęcie czy na popołudniową herbatę w Londynie. Westchnęła cicho i usiadła na stołku. Niestety, nie wybierała się ani do Londynu, ani na żadne przyjęcia, ani nigdzie indziej, gdzie mogłaby nosić tak olśniewający kapelusz.

– Podoba mi się połączenie kolorów oraz dobór kwiatów, ale będziesz musiała dodać kilka strusich piór, jeśli chcesz zadowolić panią Huntington. – Babcia Hayes zsunęła do połowy nosa okulary w srebrnych oprawkach i porozumiewawczo spojrzała na wnuczkę zza długiej, szklanej gabloty po przeciwległej stronie sklepu modniarskiego. Kiedy posłała Maggie rozkoszny uśmiech, na jej różowych policzkach pojawiły się urocze zmarszczki.

Margaret przygryzła wargę i ponownie przyjrzała się swojemu dziełu.

– Myślę, że masz rację. – Nigdy nie podobały się jej ekstrawaganckie kompozycje z mnóstwem piór i kilometrami wstążek, ale okazało się, że większość dam, zwłaszcza tych z Londynu, była zwolenniczkami właśnie takiego stylu, który w dodatku stawał się coraz modniejszy.

Dziewczyna wyjęła z pudełka na półce dwa żółte strusie pióra, nici i igłę.

Babcia była właścicielką sklepu z damskimi kapeluszami od prawie dwudziestu pięciu lat, czyli od czasu, gdy została wdową i sama musiała pracować na swoje utrzymanie. Wiedziała wszystko, co trzeba było wiedzieć, aby spełniać oczekiwania klientek. To ona nauczyła Maggie, jak tworzyć najbardziej stylowe kapelusze w Northumberland. Niestety, w ciągu ostatnich kilku lat dłonie babci bardzo zesztywniały przez zapalenie stawów, ograniczając jej precyzję niezbędną do tworzenia modnych nakryć głowy. Obowiązek wykonywania większości skomplikowanych prac spoczął więc na Maggie. Starsza kobieta w miarę możliwości nadal robiła kapelusze, ale przede wszystkim doradzała i uczyła wnuczkę fachu modystki.

Maggie uśmiechnęła się czule. Miłość do babci Hayes zawsze poruszała jej serce. Cóż ona i Violet poczęłyby bez niej? Przygarnęła je, podczas gdy inni krewni nawet nie zainteresowali się ich losem.

– Możemy dziś zjeść bułeczki i napić się herbatki? – Sześcioletnia Violet siedziała obok babci na stołeczku naprzeciw lady. Splotła dłonie pod brodą i posłała starszej siostrze błagalne spojrzenie.

Maggie zacisnęła wargi i popatrzyła na kapelusz, który trzymała w dłoniach.

Violet była rozkoszna, ale miała niepohamowaną słabość do słodyczy i wydawała się nigdy nie mieć ich dosyć. I tym razem nie dawała za wygraną. Ponownie wysłała błagalne spojrzenie niczym uroczy szczeniaczek.

– Proszę, Maggie, uwielbiam bułeczki, a od tak dawna ich nie jadłyśmy.

Od tak dawna? Nie dalej jak w zeszłym tygodniu kupiły bułeczki w herbaciarni pani Fenwick, ale dla sześciolatki minęło już najwyraźniej zbyt dużo czasu.

– Powiedziałaś, że się zastanowisz. – Violet się uśmiechnęła, trzepocząc zalotnie długimi, ciemnymi rzęsami.

Maggie westchnęła ciężko, tłumiąc w sobie chęć upomnienia siostry. Nie lubiła sytuacji, w których musiała jej czegokolwiek odmawiać, ale jeżeli pozwoliłaby na wydawanie większej ilości szylingów na herbatki i poczęstunki, oznaczałoby to konieczność oszczędzania na innych rzeczach.

Pomimo że Maggie nie odpowiedziała, twarz Violet nagle się rozjaśniła.

– Nie musiałabyś przerywać pracy, mogłabym pójść sama. Jestem już wystarczająco duża.

Herbaciarnia mieściła się dokładnie po drugiej stronie ulicy. Violet uwielbiała, gdy babcia i siostra dawały jej pieniądze i pozwalały samodzielnie udać się po bułeczki, które przynosiła w papierowej torebce. Czuła się wtedy taka dorosła i odpowiedzialna.

– Proszę, Maggie. – Płaczliwy głos Violet chwycił dziewczynę za serce. Tak wiele razy musiała jej odmawiać. Może powinna znaleźć jakiś sposób na zwiększenie budżetu.

– W porządku. Myślę, że dzisiaj możemy kupić bułeczki. Przynieś mi puszkę z pieniędzmi.

Violet zeskoczyła ze stołka i rozpływając się w uśmiechach, jakby właśnie wygrała główną nagrodę, popędziła w kierunku kotary oddzielającej sklep od maleńkiego salonu i kuchni na tyłach budynku. Na piętrze znajdowała się jedna sypialnia, którą Violet dzieliła z Maggie, a za kuchnią druga, mniejsza, należąca do babci.

Znad frontowych drzwi sklepu dobiegł dźwięk dzwonka. Margaret odwróciła się i zobaczyła wchodzącą do środka panią Eugenię Huntington i jej osiemnastoletnią córkę Elyse. Obie kobiety miały na sobie dystyngowane stroje oraz eleganckie kapelusze.

Babcia wstała i powitała damy:

– Dzień dobry, pani Huntington, panno Elyse.

Kobieta odwzajemniła powitanie, a jej córka z gracją kiwnęła głową w kierunku pani Hayes i Maggie. Elyse przygotowywała się do swojego pierwszego karnawałowego wyjazdu do Londynu [1]. Margaret słyszała od jednej z przyjaciółek, że Eugenia Huntington zamówiła dla córki tyle sukien dziennych i wieczorowych, że zapełniłaby nimi kilka pokaźnych kufrów. Oczywiście, do każdej sukni musiały być dobrane odpowiednie kapelusze, rękawiczki, parasolki i buty.

Ogromny ból przeszył serce Maggie. Ona też przemierzyłaby niemal pięćset kilometrów na południe, aby uczestniczyć w londyńskim karnawale, gdyby tylko jej rodzice żyli. Może nawet otrzymałaby propozycję intratnego małżeństwa. Jej zmarły ojciec był szanowanym architektem krajobrazu i znał wiele wspaniałych rodzin nie tylko w Londynie, ale także na terenie całego kraju. Jednak śmierć rodziców i siostry wszystko zmieniła. Jedyna przyszłość, jaką była sobie w stanie teraz wyobrazić, wiązała się z pracą w sklepie z kapeluszami, których nigdy nie mogłaby ubrać. Spędziła lata na projektowaniu i szyciu tych eleganckich damskich nakryć głowy, aby pomóc babci i zapewnić im byt.

Babcia podeszła do lady.

– Maggie właśnie kończy jeden z kapeluszy dla panny Elyse, ale jestem pewna, że pozostałe dwa, które panie zamówiły, są już gotowe.

– Tak, są skończone. – Dziewczyna zdjęła z półki lawendowy kapelusz z szerokim rondem i położyła go na szklanej ladzie, po czym sięgnęła po kremowy z różowymi kółkami okrążającymi koronę i ustawiła go obok.

– Och, są urocze. – Elyse rozpromieniła się, ruszając przez sklep w kierunku Maggie.

Pani Huntington podążyła za nią i zmarszczyła czoło, dokładnie przyglądając się nakryciom głowy.

– Obawiam się, że oba są zbyt zwyczajne, takie bez wyrazu. – Wskazała na lawendowy kapelusz. – Tu trzeba więcej kwiatów i wstążek, może nawet trochę siatki i koronek.

Elyse odwróciła się do niej i zaoponowała:

– Ale mamo, myślę...

Kobieta podniosła palec, nakazując córce milczenie.

– Twoje kapelusze muszą być wyjątkowe i przyciągać uwagę, abyś wyróżniała się z tłumu, moja droga.

Maggie zacisnęła nerwowo wargi, usiłując powstrzymać się od niegrzecznej odpowiedzi. Dodanie większej ilości ozdób istotnie spowoduje zwrócenie uwagi, ale sprawi też, że kapelusz będzie wyglądał przesadnie i krzykliwie. Może uda jej się przekonać klientkę do zmiany decyzji, kiedy kobieta zobaczy, jak czarująco jej córka będzie prezentować się w tych kapeluszach.

– A może panienka Elyse przymierzyłaby je, żeby sprawdzić, czy są dopasowane do głowy?

Pani Huntington zmarszczyła brwi, po czym lekko skinęła głową, wyrażając na to zgodę.

Elyse odpięła swoje nakrycie i stanęła przed Maggie gotowa do przymiarki. Kiedy ta włożyła jej lawendowy kapelusz, wszystkie panie odwróciły się w kierunku lustra stojącego na ladzie i przyglądały się odbiciu.

Babcia poprawiła kapelusz, przechylając go nieco bardziej na bok.

– Kolor z pewnością podkreśla jej niebieskie oczy i łagodzi koloryt skóry – zauważyła.

Pani Huntington baczniej przyjrzała się córce, przechylając głowę to w jedną, to w drugą stronę.

– Zdecydowanie potrzebuje więcej kwiatów oraz wstążki, a z boku trochę tiulu. Chcemy, aby był imponujący w każdym calu.

Za plecami pani Huntington Maggie przewróciła oczami. Nie było nawet miejsca, żeby dodać więcej kwiatów, a tiul wyglądałby śmiesznie. Właśnie miała to powiedzieć, kiedy babcia posłała jej ostrzegawcze spojrzenie. Dziewczyna cicho westchnęła. Ileż to razy babcia mówiła jej, że musi słuchać życzeń klientki i starać się znaleźć sposób, aby ją zadowolić. Sięgnęła pod ladą po koszyczek z jedwabnymi różami.

– Może uda mi się dodać jeszcze kilka kwiatów po boku. – Wybrała trzy mniejsze kwiaty i wsunęła je w resztę bukietu zdobiącego rondo kapelusza.

Pani Huntington spojrzała z zaciekawieniem na projekt i uniosła brwi.

– Tak jest lepiej, a teraz wstążki.

Maggie posłusznie sięgnęła po szpulę z zieloną aksamitną wstążką.

– Ten kolor będzie pasował do kwiatów. – Wplotła kilka kawałków pomiędzy róże i cofnęła się, by wnikliwiej przyjrzeć się całej kompozycji.

– To dobry wybór. – Babcia wyciągnęła rękę po wstążkę, która pozostała, i schowała ją za plecami.

Niezadowolona klientka westchnęła.

– Nie ma czasu, aby zacząć od nowa. Jutro, z samego rana, wyjeżdżamy do Londynu. Myślę, że musi zostać tak, jak jest.

Policzki Maggie poczerwieniały z frustracji. Kapelusz prezentował się równie doskonale jak w londyńskich sklepach! Ona i jej babcia prenumerowały nawet kilka katalogów, aby być na bieżąco z najnowszymi trendami.

Pani Hayes zrobiła krok naprzód, przesłaniając starszej klientce widok na wnuczkę.

– Przymierzmy teraz ten drugi – rzekła, po czym włożyła Elyse kremowy kapelusz.

Margaret cofnęła się z założonymi rękoma.

Elyse obracała głowę to w lewo, to w prawo, przeglądając się w lustrze.

 

– Podoba mi się uniesione rondo po jednej stronie z tymi kwiatami umieszczonymi pod spodem.

Pani Huntington podeszła do córki od lewej, lustrując wzrokiem każdy szczegół.

– Być może trochę więcej koronki i piór sprawi, że będzie wyglądać dostojniej.

Babcia uniosła brwi i znacząco spojrzała na wnuczkę.

Margaret zacisnęła zęby i sięgnęła po koszyk z półki pod ladą. Mogła nie zgadzać się z gustem pani Huntington, ale nie mogła ignorować jej sugestii.

Babcia wyjęła z koszyka kremową koronkę i wplotła kawałek za kwiatami.

– Możemy otoczyć nią koronę kapelusza i dodać jeszcze kilka piór, aby nadać mu nieco więcej wysokości.

Pani Huntington z aprobatą skinęła głową.

– Tak. To jest właśnie to, czego chciałam.

Violet czekała cierpliwie przez całą wizytę klientek, ale najwyraźniej zdążyła się już znudzić, bo w końcu chwyciła siostrę za rękaw i wręczyła jej puszkę z pieniędzmi.

– Przepraszam na chwilę. – Maggie odwróciła się od kobiet, zdjęła pokrywę z pojemnika i wyciągnęła dwie monety. Schyliła się i szepnęła dziewczynce do ucha: – Uważaj, kiedy będziesz przechodzić przez drogę, i ładnie czekaj na swoją kolej w sklepie.

Violet skinęła posłusznie głową.

– Dobrze – odrzekła i wybiegła ze sklepu.

Maggie spoglądała troskliwie przez okno, odprowadzając siostrę wzrokiem. Sześciolatka grzecznie zatrzymała się przed ulicą i rozejrzała się, czy nic nie jedzie, po czym przebiegła na drugą stronę i jak strzała wleciała do herbaciarni pani Fenwick.

Spokojna już Margaret odwróciła się do swoich klientek.

– Maggie prawie skończyła trzeci kapelusz. – Babcia wyjęła żółte słomkowe nakrycie głowy z czerwonymi różami i małymi, niebieskimi chabrami.

– Och, jest śliczny. – Oczy młodej panienki błyszczały z podniecenia, gdy patrzyła na urokliwy kapelusz.

Maggie uniosła się na palcach z uśmiechem zadowolenia. Przynajmniej Elyse miała dobry gust i doceniła piękno jej wyrobu.

Pani Huntington z dezaprobatą zmarszczyła nos.

– Nie, Elyse nie może tego nosić. To zbyt pospolity kapelusz, kompletnie nienadający się na londyński karnawał.

Maggie wciągnęła głęboko powietrze. Być może ostatnio rzeczywiście nie była w Londynie, ale widziała zdjęcia podobnych nakryć głowy w rozmaitych czasopismach o modzie.

Babcia uniosła swoje okulary i spoglądała to na panią Huntington, to na jej córkę.

– Bez wątpienia panna Elyse będzie uczestniczyła w przyjęciach w ogrodach lub na łodziach, a ten kapelusz z pewnością jest odpowiedni dla...

– Owszem, jest odpowiedni, ale raczej dla sprzedawczyni lub wiejskiej nauczycielki – przerwała babci klientka. Pokręciła z dezaprobatą głową i odstawiła kapelusz na ladę.

Maggie miała już dosyć. Ogień złości rozpalił jej policzki.

– Nie ma nic złego w...

Z zewnątrz dobiegł złowieszczy ryk klaksonu, a wkrótce powietrze przeszył dziecięcy krzyk.

Serce Maggie stanęło, a fala gorąca przelała się przez jej ciało. Natychmiast się odwróciła i popędziła w kierunku frontowych drzwi.


Nathaniel Harcourt wyjrzał przez pokryte sadzą okno, gdy w miarę zbliżania się do miasteczka pociąg zaczął zwalniać. Konduktor przeszedł wzdłuż przedziałów.

– Heatherton! Obecny przystanek to Heatherton! – krzyczał.

Hamulce zapiszczały, para zasyczała, a następnie pociąg z mocnym szarpnięciem zatrzymał się na peronie.

Nate podniósł się z miejsca, sięgnął po kapelusz i skórzaną torbę spoczywającą na półce, po czym wyszedł z przedziału. Czterogodzinna jazda z Londynu dała mu mnóstwo czasu na przemyślenie kolejnego etapu podróży, ale niestety nie złagodziła lęku przed powrotem do Morningside.

Opuściwszy pociąg, rozejrzał się po peronie. Mężczyźni, kobiety i dzieci ubrani w podróżne stroje tłumnie wysiadali za nim. Inni czekali na kurs do Szkocji. Przez chwilę zastanawiał się nad zawróceniem, ale list macochy jasno dał mu do zrozumienia, że jego ojciec jest poważnie chory, a on nie powinien zwlekać z przyjazdem.

Maszyna znowu gwizdnęła i zasyczała, a wokół rozeszła się olbrzymia chmura pary.

Nate chwycił torbę i ponownie rozglądnął się po peronie. Wówczas dostrzegł go bagażowy i podszedł bliżej.

– Czy potrzebuje pan pomocy, sir?

– O tak, dziękuję, że pan pyta. – Wspólnie udali się w kierunku dorożki, gdzie Nate umieścił swój bagaż.

– Czy zatrzymałby pan moją torbę tutaj, na stacji, dopóki kogoś po nią nie wyślę?

– Tak, proszę pana.

Bagażowy przywiązał bilet do skórzanego uchwytu, a następnie rozdarł go na pół i wręczył Nate’owi dolny kawałek.

Mężczyzna podziękował, podał mu kilka monet, a potem ruszył w dół kamienistą ścieżką z zamiarem znalezienia konia, aby pokonać ostatni, ponad sześciokilometrowy odcinek drogi do domu w Morningside.

Dom... Jego klatka piersiowa naprężyła się. Starał się skupić na ludziach przechodzących obok i odsunąć od siebie wszystkie złe myśli, które napływały.

Minęły cztery lata, odkąd opuścił Morningside. Przeszedł wówczas przez ogromny żelazny most łączący głęboki wąwóz z ogrodami i strumieniem poniżej, a następnie wsiadł do pociągu w Heatherton, kierując się na południe, gdzie zaciągnął się do marynarki wojennej. Był zdeterminowany, by odseparować się od swojej rodziny i bólu przeszłości. Dzisiaj przemierzał tę samą drogę, lecz w przeciwnym kierunku, aby dotrzymać obietnicy danej Wszechmogącemu i naprawić błędy przeszłości. Zdąży? Czy może było już za późno? Czy uda mu się przywrócić dobre relacje z ojcem, czy też jego niespodziewana choroba bezpowrotnie skradnie tę szansę? A co z macochą i Clarą, jego przyrodnią siostrą? Czy zdoła pokonać przepaść, która zawsze ich dzieliła? Był tylko jeden sposób, by się tego wszystkiego dowiedzieć. Musiał przebyć ostatni etap podróży i stawić czoła swoim lękom.

Spojrzał nostalgicznie na wiejską uliczkę. Obezwładniające napięcie nieco zelżało. Heatherton wyglądało tak jak w dniu, w którym je opuścił. Po obu stronach ulicy znajdowały się małe sklepiki, a na końcu drogi widniał szyld Czerwonego Lwa – gospody pana Hastingsa, który był również właścicielem stajni. Przy odrobinie szczęścia Nate’owi mogłoby się udać wynająć od niego konia i ruszyć w drogę do domu.

Minął mały szpital i spojrzał na łukowatą bramę prowadzącą do otaczającego go ogrodu. Czy mieszkańców miasteczka i okolic nadal leczył doktor Albert Hadley? Nate zawsze cenił jego spokój, opiekuńczość i praktyczną mądrość. Następnie przeszedł obok kościoła Świętego Piotra z wysoką wieżą. Był przy nim urokliwy, cichy cmentarz, w otoczeniu starannie przyciętych drzew i krzewów.

Niespodziewanie tuż za Nate’em rozległ się przeraźliwy ryk silnika. Mężczyzna chwycił kapelusz i w ostatniej chwili odskoczył z drogi. Pędzący samochód przemknął obok, a kierowca spojrzał przez ramię z szerokim uśmiechem i pomachał Nate’owi.

„Głupiec! Powinien zwolnić i patrzeć, jak jedzie, zanim zabije kogoś lub siebie” – pomyślał nerwowo.

Spoglądał jeszcze przez chwilę w kierunku auta i nagle jego oddech uwiązł w piersi. Mała dziewczynka, która wyglądała na nie więcej niż pięć lub sześć lat, wyszła na ulicę, niosąc mały pakunek. Nagła fala energii pobudziła czujność Nate’a.

– Uważaj! – krzyknął.

Oczy dziewczynki rozszerzyły się ze zdumienia, ale zamiast zatrzymać się czy zawrócić, ruszyła szybkim krokiem do przodu, bezpośrednio pod koła pędzącego samochodu. Kierowca zatrąbił szaleńczo klaksonem i z piskiem opon zaczął hamować, skręcając w lewo.

Nathaniel zerwał się i ruszył biegiem w stronę dziewczynki, ale zanim zdążył do niej dobiec, pojazd uderzył w nią, a z jej gardła dobył się rozdzierający serce krzyk. Dziecko wyleciało w powietrze i wylądowało kilka metrów dalej, na środku ulicy. Jeszcze przed tym, jak kierowca wysiadł z samochodu, Nate dobiegł na miejsce wypadku i uklęknął obok małej, która wiła się na ziemi z bólu i przerażenia, płacząc wniebogłosy. Natychmiast zaczął się modlić o łaskę zdrowia dla tej drobnej, niewinnej istotki. Ostrożnie ją obejrzał. Była przytomna i nie krwawiła – to były dobre znaki.

Z troską położył rękę na jej ramieniu.

– Wszystko będzie dobrze. Postaraj się tylko uspokoić.

Dziewczynka zacisnęła oczy. Kołysała się w przód i w tył, łkając i trzymając się za nogę. Mieszkańcy wybiegli ze sklepów, zbierając się wokół miejsca wypadku.

– Co się stało?

– Czy to nie wnuczka pani Hayes?

– Ktoś pobiegł już po lekarza.

– Pozwólcie mi przejść! – Ktoś szaleńczo przepychał się przez tłum gapiów. – Violet!