3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Tylko jedna szansa

Tekst
Autor:
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko jedna szansa
Tylko jedna szansa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,50  50,80 
Tylko jedna szansa
Tylko jedna szansa
Audiobook
31 
Szczegóły
Tylko jedna szansa
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału:

EN ENDA RISK

Copyright © 2016 by Simona Ahrnstedt

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Anna-Lena Ahlström

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Aneta Iwan, Kamila Majewska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-577-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

Epilog

Przypisy

Prolog

W tym domu tak wielu rzeczy można było się bać. W każdym razie jako dziecko. Dziwne jedzenie. Głosy pełne złości. Nigdy nie wiedziała, co się stanie, kiedy znów ją uderzą.

Ale i tak piwnica była najgorsza.

Zimna i cuchnąca.

Skuliła się pod ścianą i oparła czoło na kolanach. Poczucie porzucenia ciążyło jej w żołądku jak kamień. Było jak rana w sercu. Samotność i doświadczanie nienawiści bolały. Już przywykła, ale jeszcze nigdy nie było aż tak źle.

Otaczała ją ciemność. Czuła głód.

Pociągnęła nosem, wciąż opierając głowę na kolanach. Tak się bała. Ale próbowała być dzielna.

Nie będzie płakać.

Niezależnie od tego, co z nią zrobią, nie będzie płakać.

1

Ambra Vinter spojrzała do notesu. Pomysły na artykuły, numer telefonu do osoby, z którą przeprowadzała wywiad, i przypomnienie, żeby kupić kawę. Podkreślone dwa razy. Nie miała wielu wymagań wobec życia, ale poranna kawa do nich należała.

– Ambra, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

„Próbuję nie”, pomyślała.

Ale jako że słowa te padły z ust Grace Bekele, jej bezpośredniej przełożonej, szefowej działu wiadomości dziennika „Aftonbladet”, Ambra odpowiedziała tak dyplomatycznie, jak tylko potrafiła.

– Wolałabym, żebyś posłała tam kogoś innego. W ubiegłym tygodniu byłam w Varbergu. I dopiero co wróciłam z pożaru w Akalli.

Posłała Grace proszące spojrzenie.

Musiał być jakiś inny reporter, któremu mogła dać takie beznadziejne zlecenie. Jakiś młody, pełen zapału dziennikarz, który nie zdążył jeszcze stać się aż tak cyniczny jak ona i cieszyłby się z możliwości odejścia od biurka.

– Ale chcę, żebyś to ty tam pojechała – odparła Grace i machnęła ręką. Zalśniły jej długie, ostre paznokcie. Wyglądała jak top modelka, ale była znana przede wszystkim z tego, że potrafi świetnie kierować zespołem.

Ambra wiedziała, że Grace wygra tę walkę, tak samo jak niemal zawsze.

– Czyli gdzie? – zapytała. Czuła, że jej ubranie przesiąkło dymem. Ciągle zaskakiwało ją, jak szybko rozprzestrzenia się pożar. Trzy minuty. I było po wszystkim. Na szczęście bez ofiar, choć w przeciwnym wypadku artykuł byłby bardziej interesujący. Nikt nie powinien ginąć w pożarze trzy dni przed Bożym Narodzeniem.

 

– Mówiłam już przecież, do Norrlandii.

– Norrlandia jest duża, mogłabyś trochę sprecyzować? – zapytała Ambra. Miała powody, żeby nie jechać do Norrlandii, bez związku z tym gównianym zleceniem.

– Norrbotten. Gdzieś tu miałam zapisaną nazwę miejscowości – odparła Grace.

Ambra czekała, gdy Grace przekopywała papiery na blacie. Siedziały przy biurku Breaking News, w samym sercu tego organizmu, który stanowiła redakcja „Aftonbladet”. Była druga po południu i na zewnątrz panowały zupełne ciemności. Padał marznący deszcz i wiał silny wiatr. Oczywiście mieli pogodę na pierwszej stronie. Wyjątkowo dobra albo wyjątkowo zła pogoda zawsze trafiała na pierwszą stronę ich internetowego wydania, ponieważ zawsze budziła zainteresowanie. Była najczęściej czytaną informacją dnia z niemal tysiącem odsłon na minutę.

Ambra przerzuciła kilka kartek w swoim notatniku i zapytała tak uprzejmie, jak tylko potrafiła:

– A co dokładnie mam robić w Norrbotten?

Grace podniosła kilka plików papierów i o mało co nie przewróciła kubka z resztką starej kawy. Nikt w redakcji nie miał własnego biurka, nawet szefowie. Grace była jednym z czterech redaktorów odpowiadających za wiadomości, którzy okupowali ten stolik dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Pozostałe redakcje, począwszy od sportu, rozrywki i sensacji aż po zagranicę, dział śledczy i kulturę, były rozrzucone wokół tego biurka jak satelity wokół nigdy nie śpiącego centrum.

– Przed chwilą gdzieś widziałam tę kartkę. Wydaje mi się, że chodzi o Kalix – powiedziała Grace.

„Zawsze coś”, pomyślała Ambra i posłusznie zapisała „Kalix”.

– Masz przeprowadzić wywiad z Elsą, dziewięćdziesięciodwulatką. Zadzwoń i umów się na rozmowę. Dam ci jej numer. Dostaliśmy cynk od jednego z czytelników przez naszą stronę. Mam przeczucie, że to może być coś.

– Super – odparła Ambra i udało jej się nie skrzywić.

Na stronie „Aftonbladet” znajdowała się skrzynka kontaktowa, na którą czytelnicy mogli wysyłać propozycje tematów. Jeśli coś z nich wychodziło, dostawali tysiąc koron. Aż 99,99% propozycji nie miało żadnej wartości, ale Ambra posłusznie zapisała „Elsa” i potarła czoło.

– Jesteś pewna, że chodzi o kobietę? – zapytała.

Pytanie nie było bezzasadne. Kiedyś ktoś zasugerował im wywiad z Sixtenem Bergiem, lat dwadzieścia. Potem się okazało, że Sixten to kakadu, która potrafi śpiewać i tańczyć do Hooked on a feeling. Spotkanie zaowocowało notatką i zabawnym filmikiem, który opublikowali na stronie. Ale nie był to akurat ten rodzaj artykułów, o których Ambra marzyła w czasie studiów dziennikarskich.

Grace wyciągnęła jaskrawożółtą karteczkę.

– Tutaj jest. Elsa Svensson, rocznik dwudziesty trzeci. Miała romans z jednym z naszych premierów i najwyraźniej w tajemnicy urodziła jego dziecko.

Słysząc to, Ambra podniosła wzrok.

– I to się stało niedawno? – zapytała sceptycznie.

Grace uniosła elegancko wydepilowaną brew.

– Starsza pani ma dziewięćdziesiąt dwa lata, więc nie, to się nie stało niedawno, nawet nie w tym tysiącleciu. Ale nigdy wcześniej nie rozmawiała o tym z mediami i najwyraźniej jest prawdziwym oryginałem. Może być z tego dobra historia. Długie, ekscytujące życie, egzotyczne miejsce, no wiesz. Poza tym idealnie pasuje na święta, wiele osób będzie chciało to przeczytać.

– Mmm – mruknęła Ambra bez śladu entuzjazmu. – Z którym premierem?

– Z jednym z tych, którzy już nie żyją. Będziesz to musiała sprawdzić.

– Chyba każdy premier miał masę nieślubnych dzieci? – zapytała. Naprawdę nie miała ochoty na ten temat. Już by wolała podwójne morderstwo albo wypadek.

– Daj spokój. Ten temat jest stworzony dla ciebie, właśnie w tym jesteś dobra. Na pewno będzie wiele odsłon, a dostałam polecenie, żeby robić więcej takich artykułów, to się sprzedaje jak cholera. Poza tym ta babcia chciała, żebyś to właśnie ty przeprowadziła z nią wywiad.

– Jasne – odparła Ambra. Choć czasem rzeczywiście tak było. Czytelnicy chcieli rozmawiać z konkretnym reporterem.

Znów spojrzała w stronę okna. Świecznik adwentowy mrugał w nieregularnych odstępach czasu. Cała branża była uzależniona od ilości odsłon, ponieważ to przekładało się na wpływy z reklam. Poza tym miała świadomość, że przy kolejnej reorganizacji prawdopodobnie straci pracę. Od kilku lat jej kariera znajdowała się na czymś, co można by opisać jako zakręt opadający w dół. Jeżeli nie będzie uważać, trafi na nocną zmianę. A nocna zmiana to ślepa uliczka. Ci, którzy tam lądowali, nigdy nie wracali, żyli jak blade nocne stworzenia, tłumaczyli z angielskiego bezwartościowe teksty i umierali od środka. Dała za wygraną.

– A fotograf? – zapytała.

Grace skinęła głową.

– Miejscowy freelancer. Skontaktujesz się z nim, gdy będziesz na miejscu.

– W porządku – powiedziała Ambra i wstała z krzesła.

Nie było sensu wracać do domu. Pomyślała, że przyniesie sobie kawę, w automacie w stołówce kupi lodowatą kanapkę, zadzwoni do Elsy, lat dziewięćdziesiąt dwa, a potem zostanie w redakcji i zrobi research. Hura.

– Prześlesz mi te informacje, które masz? – zapytała szefową.

– Pierwszy tekst chcę mieć tak szybko, jak się da. Jeśli będzie dobry, może pójdziemy tym śladem. Święta w Norrlandii, renifery, białe szaleństwo i takie tam.

Ambra przestąpiła z nogi na nogę.

– Coś jeszcze? – zapytała Grace.

Ambra się wahała.

– Wiem, że czasu jest mało, a droga daleka, ale zobaczysz, że zdążysz wrócić do domu na święta – powiedziała Grace zestresowanym, ale przyjaznym tonem.

Ambra wiedziała, że szefowa chce dobrze, ale to nie święta stanowiły główny problem. Ambra miała tylko jedną krewną, przyrodnią siostrę Jill, i od lat nie spędzały razem świąt. Nie chodziło również o to, że poniżej jej godności była rozmowa z ekskochanką nieżyjącego już premiera. Dziennikarzowi nie należało dawać poniżających zleceń (to była zasada, którą nikt się nie przejmował), ale Ambra pracowała kiedyś w dziale rozrywki i dostawała już dużo gorsze zadania. Chodziło o to, że miała poważny problem z podróżami na północ.

– Załatwię to – oznajmiła, powstrzymując westchnienie. Jej życie to była jej prywatna sprawa.

– Wiem – odparła Grace, przyglądając się jej ze spokojem.

Grace miała trzydzieści lat, tylko dwa lata więcej od Ambry. Była już doświadczoną redaktorką w jednym z najtrudniejszych miejsc pracy w branży. Miała pod górkę nie tylko ze względu na młody wiek i płeć, lecz również przez kolor skóry. Urodziła się w Etiopii, a do Szwecji przyjechała jako dziecko i swego rodzaju geniusz. W branży Grace Bekele była żywą legendą i gdy patrzyła na Ambrę w taki sposób, ta była gotowa stąpać po rozżarzonych węglach. Albo pojechać do Kalix.

– Dziękuję – powiedziała.

– I wiesz, ja pamiętam, że chciałabyś dostać tę posadę w dziale śledczym. Jak tylko będę miała okazję, szepnę o tobie dobre słowo Danowi Perssonowi.

Ambra nie wiedziała, co powiedzieć. Wdzięczność to kłopotliwe uczucie. Ale takie było jej marzenie. Chciała pracować w dziale śledczym „Aftonbladet”, wyszukiwać sensacyjne tematy i pisać dłuższe reportaże. Krążyła plotka, że wkrótce ma się tam zwolnić miejsce. Coś takiego rzadko się zdarzało. Wiedziała, że będzie się o nie biło wiele osób. Prawdopodobnie wszyscy jej koledzy i konkurenci. Ale, o ile oczywiście czegoś nie schrzani w ciągu najbliższych tygodni, może będzie miała szansę. Jeżeli uda jej się powstrzymać i nie naubliżać zbytnio Danowi Perssonowi, redaktorowi naczelnemu. Jak się nad tym zastanowić, to może rzeczywiście będzie lepiej dla niej, jeśli wyjedzie.

– Dziękuję. Jutro ruszam w drogę – oznajmiła.

W myślach rozważała już różne sposoby podejścia do tematu, zastanawiając się co powinna ze sobą zabrać.

– Moment – powiedziała Grace, podnosząc kolejną karteczkę, tym razem pomarańczową w kształcie strzałki. – Tu ją mam. Źle ci powiedziałam. To nie w Kalix. Bardzo cię przepraszam.

„Żeby tylko nie Kiruna”, zdążyła pomyśleć Ambra.

– Starsza pani mieszka w Kirunie. Zawsze mylę te miasta. No tak, ale to prawie na jedno wychodzi.

Wygłosiła te słowa z nonszalancją kogoś, kto uważa, że na północ od Sztokholmu nie ma już cywilizacji. Norrlandia ze swoją ogromną powierzchnią nawet dla wykształconych mieszkańców stolicy była jak biała karta. Ale Ambra znała prawdę. Nawet w piekle są różne kręgi.

Kiruna. No jasne, że to musiała być Kiruna.

Wzięła karteczkę z dłoni Grace i odeszła od biurka.

Dlaczego musiała to być Kiruna? Miasto, do którego już nigdy nie chciała wracać. W którym marzła bardziej, płakała więcej i nienawidziła silniej niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie.

Minęła studio telewizji internetowej i dział kryminalny. Przechodząc obok redakcji dziennikarzy śledczych, rzuciła w jej stronę tęskne spojrzenie. Był to jeden z niewielu działów, w których drzwi mogły być zamknięte. Potem nalała sobie kawy do kubka, wzięła swojego laptopa, cudem uniknęła spotkania ze swoim wrogiem Oliverem Holmem i opadła na wolną kanapę. Włączyła komputer i się zalogowała. Uruchomiła program pocztowy. W ciągu dziesięciu minut dostała dwadzieścia maili. Dziewiętnaście z nich zawierało obelgi po tym, jak tego ranka napisała artykuł o napastowaniu seksualnym w siłowni. Przebiegła je wzrokiem. Wiedziała, że najpoważniejsze z nich powinna przesłać dalej do działu ochrony, ale nie miała na to siły. Pracowała już za długo, żeby przejmować się anonimowymi wrogami kobiet. Teraz dla odmiany napisze o nieślubnym dziecku z Kiruny.

Wybrała numer Elsy Svensson. Czekając, aż starsza pani odbierze, westchnęła. Była zmęczona. Przeczuwała, że trochę potrwa, zanim będzie mogła wrócić do swojego mieszkania, na swoją kanapę, przed swój telewizor.

2

Tom Lexington dorzucił polano do kominka. Mimo że dom był porządnie ocieplony, ogień stanowił pożądane źródło dodatkowego ciepła. Na zewnątrz panował dwudziestopniowy mróz i sypał śnieg. Ale kiedy w Kirunie nie sypie śnieg? Gdyby chciał wyjść z domu, musiałby wykopać sobie drogę.

Spojrzał w ogień. Kiedy skupiał się na płomieniach i trzaskaniu drewna, czuł się prawie normalnie. Sięgnął po kolejną szczapę. W chwili gdy dokładał ją do kominka, usłyszał ciche brzęczenie telefonu, który leżał na stoliku przy kanapie. Podniósł się, żeby zobaczyć, kto dzwoni. „Lodestar Security Group”. To z pracy. Podrapał się po brodzie. Powinien odebrać. To mogło być coś ważnego. Ale tego dnia też nie miał na to siły. Powlókł się do kuchni, ale gdy się w niej znalazł, zapomniał, po co tam przyszedł. Stanął i zagapił się w okno, za którym był śnieg i las. Czekał na radiową prognozę pogody. Nagle z głośnika dobiegł huk – zwiastun kolejnego programu, którego tematem było polowanie. Dłonie Toma zaczęły się trząść. Uda też. Pole widzenia zwęziło się i z trudem łapał oddech. Wszystko działo się bardzo szybko. Od momentu, gdy usłyszał huk, do chwili, gdy poczuł, jakby rozpadał się na kawałki, nie minęła nawet sekunda.

Po omacku sięgnął do blatu, żeby się na nim oprzeć. Serce waliło mu w piersi, jakby znalazł się na polu walki. Już nie był w domu. Ani w lasach pod Kiruną przysypanych śniegiem i skutych mrozem. Był na pustyni. W upale. W dziurze, w której go przesłuchiwali i torturowali. Serce waliło mu tak bardzo i krew w żyłach pulsowała tak mocno, że miał wrażenie, jakby ziemia trzęsła mu się pod stopami. Wspomnienia przesuwały się przed jego oczami jak film. Zmusił się do tego, żeby robić wdech przez nos i wydech przez usta, ale nie pomogło. Był tam.

Zamachnął się i z całej siły uderzył dłonią o blat. Ból wystrzelił z ręki i popłynął przez całe ciało. To rzeczywiście pomogło. Bolało jak cholera, ale cierpienie przerwało atak paniki i wrócił do domu.

Zrobił głęboki, rozedrgany wdech. Przebłysk trwał tylko kilka sekund, a mimo to był cały zlany potem. Zrobił kilka niepewnych kroków, sięgnął do szafki i wyjął butelkę whisky. Nie chciał myśleć o tym, ile pustych butelek stało już pod zlewem. Wlał w siebie alkohol i odkręcił kran z wodą. Kiruna leżała na północ od koła podbiegunowego, woda w rurach pod budynkiem była zimna. Chciwie wypił kilka łyków. Kiedy odstawiał szklankę, wydawało mu się, że znów słyszy sygnał telefonu. Wrócił do pokoju i wziął komórkę ze stolika.

 

„Mattias Ceder”, przeczytał na wyświetlaczu. Znowu. Wydzwaniał do niego całą jesień. Tom ani razu nie odebrał. Odrzucił połączenie i z komórką w dłoni wrócił do kuchni, gdzie nalał sobie kolejną whisky. Po dwóch sekundach telefon znów się odezwał. Tom spojrzał na wyświetlacz. Oczywiście znów Ceder. Jak zawsze uparty skurwiel. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi i towarzyszami broni. W tamtych czasach bez wahania oddaliby za siebie życie. Ale to było dawno temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Tom patrzył na telefon, dopóki ten nie przestał dzwonić. Zabrzęczał esemes.

Mógłbyś, cholera, kiedyś odebrać.

Wypił solidny łyk whisky, potem sobie dolał i zakręcił szklanką.

Nie rozmawiał z Mattiasem od lat. Kiedy byli młodzi, mogli gadać o wszystkim. Ale tak było wcześniej, zanim Mattias go zdradził.

Tom spojrzał na zlew. Piętrzyły się w nim kubki, talerze i sztućce. Nie miał siły wkładać ich do zmywarki. Kobieta, która u niego sprzątała, miała zajrzeć następnego dnia. Zostawił więc wszystko tak, jak stało, choć nigdy wcześniej nie pozwalał na to, żeby inni po nim sprzątali.

Wziął butelkę, szklankę, telefon i wrócił do pokoju. Nie pierwszy raz miał PTSD. Był żołnierzem od osiemnastego roku życia. Ktoś taki wie, co to zespół stresu pourazowego. Uczestniczył w walkach, widział, jak giną jego towarzysze, był ranny. To wszystko pozostawiało ślady i już wcześniej miał napady lęku i przebłyski wydarzeń z przeszłości po wyjątkowo trudnych doświadczeniach. Ale tak źle jeszcze nigdy nie było. Obrazy pojawiały się znikąd. Nagły dźwięk, światło albo zapach, cokolwiek było w stanie je przywołać, i nagle czuł się, jakby znów trafił do niewoli. Nie potrafił tego kontrolować. Gdyby sprawy wyglądały inaczej, może mógłby o tym porozmawiać z Mattiasem. Mattias też był żołnierzem, nieraz znajdował się pod ostrzałem, wiedział, jak to jest. W przeciwieństwie do cywili, którzy nie mogli sobie tego wyobrazić.

Tom opróżnił szklankę. Trochę kręciło mu się w głowie. Wziął komórkę i napisał esemes.

Spierdalaj.

Wysyłając go, czuł satysfakcję. Spojrzał na wyświetlacz, żeby się przekonać, czy dostanie jakąś odpowiedź, ale nie. Postanowił, że jeśli Mattias znów zadzwoni, to może odbierze. Był pijany i wiedział, że ma zaburzony osąd i nie powinien do nikogo dzwonić, zwłaszcza gdy czuł się tak, jak teraz. A jednak wybrał numer. Nie Mattiasa. Kogoś innego. Opadł na sofę i słuchał sygnałów.

– Halo? – odezwała się Ellinor.

– Cześć, to ja – wybełkotał.

– Tom – powiedziała za smutkiem.

– Chciałem po prostu usłyszeć twój głos – starał się mówić wyraźnie.

– Musisz z tym skończyć. Sam siebie dręczysz. Nie powinieneś był dzwonić.

– Wiem – powiedział. „Powinienem był wziąć prysznic”, pomyślał. Ogolić się, wziąć w garść. A nie dzwonić do swojej byłej tydzień po tygodniu. – Ale tęsknię za tobą – mruknął.

– Muszę kończyć – stwierdziła, a gdzieś w tle rozległy się jakieś dźwięki.

– On tam jest? – zapytał Tom.

– Na razie, Tom. Uważaj na siebie – powiedziała Ellinor i się rozłączyła.

Gapił się w przestrzeń. Dzwonienie do Ellinor było oczywiście błędem, ale wiedział to już, zanim do niej zadzwonił. Ale jak da radę żyć dalej bez niej? Nie wiedział. Lata wojskowych szkoleń, które miał za sobą, właśnie tego uczyły. Zmuszania się do robienia rzeczy niemożliwych. Zmuszania swojego ciała do tego, żeby nie dawało za wygraną, mimo beznadziejnego położenia i druzgoczących strat. Uczyły niemyślenia o niczym poza zadaniem.

Oparł głowę na podłokietniku i zagapił się w sufit. Poczuł, że znów zalewają go wspomnienia z niewoli. Wtedy myśli o Ellinor dodawały mu sił. Wspomnienie jej uśmiechu, tęsknota za tym, żeby znów z nią być.

Dzwonienie do niej było głupotą. Upił się i nie myślał jasno. Ale dobrze zrobił, przyjeżdżając na północ. Ellinor przebywała w Kirunie, a on chciał być blisko niej. Zrobi wszystko, żeby ją odzyskać. Wszystko.