Bad Boy's Girl

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Bad Boy’s Girl

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Ekart

Design copyright © lookatcia.com

Copyright © 2017 by Blair Holden

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-667-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

1. On jest Bushem, a ja jego Afganistanem

2. Jestem jej złą rosyjską bliźniaczką. Mów mi Swietłana

3. Morderstwo z użyciem gumy do żucia – zrewolucjonizuję świat zbrodni

4. Na twoje skarlałe jaja, zaklinam cię, puszczaj!

5. Jeśli chciałaś się pobawić w doktora i niegrzeczną pacjentkę, mogłaś poprosić

6. Moje życie to hiszpańska opera mydlana. Nazwijmy ją „Brzydka Tessie”

7. To kradzież łyżki, a nie GTA!

8. Szczerzysz się jak alfons w dzielnicy czerwonych latarni

9. Przynajmniej jako porywacz zachowuje się zgodnie z zasadami

10. Dyskutuję o tym, kogo obleśny sąsiad lubi bardziej

11. Myślę, że Cole jest bogiem seksu

12. Nie jestem owocem miłości Edwarda Cullena i Dzwoneczka

13. Czy to pytanie retoryczne?

14. Jak po maśle. Orzechowym. Z kawałkami orzeszków

15 – część pierwsza. Jakby moje ciało było mapą wiodącą do zaginionej Atlantydy

15 – część druga. Rozszarpywanie ego Biebera na strzępy

16. Hej i ho, zwycięstwo dla towarzysko niedorobionych

17. Nie rób striptizu na stole bilardowym

18. To nie seksting ze Stone’em, prawda?

19. Jakbym tkwiła w niekończącym się odcinku Szpitala miejskiego

20. Mój brak doświadczenia jest równie widoczny co szkarłatna litera

21. Dziewczyna hospitalizowana z powodu sześciopaka

22. Mieliście robić zupę, a nie dzieci

23. Mój żołądek to zakichana Księga dżungli

24. Popaprany popapraniec

25. Napalona dziwka może mieć trochę racji

26. Cześć, to ja, twoja nerwica – wróciłam!

27. Nie każdy facet to zupełny złamas

28. Apetyczny jak ciastko z kremem

29. Chyba się na ciebie rzucę

30. Niekumata jak zakneblowana żaba

31. Tak właśnie się czujesz, gdy masz złamane serce

Oczami Cole’a

Mojej mamie – bez Ciebie nigdy nie odważyłabym się pisać.

I mojej rodzinie z Wattpada – dziękuję, że pokochaliście świat i bohaterów, których stworzyłam.

Wstęp

Mama i tata znowu zaczęli. Ich wrzaski dochodzą mnie przez cienkie jak papier ściany naszego domu. Wciąż im się wydaje, że jeśli zamkną się na dole, to ich nie usłyszę. Niestety, zarówno dla mnie, jak i dla nich, każde słowo wypowiedziane podniesionym głosem dociera na górę.

Ale oni tak mają. Żrą się między sobą aż do chwili, w której pragną jedynie rzucić się na siebie z pazurami i oskalpować się nawzajem, a potem zamykają się w sypialni. Późnym wieczorem tata cichcem przemyka do salonu, w którym od jakiegoś czasu spędza noce i który opuszcza, nim wstanę.

Myśli, że o niczym nie wiem. Myli się.

Jestem świadoma, że stosunki między moimi rodzicami są kiepskie, jednak wiem, że się nie rozstaną. Obydwoje są na to zbyt uparci. Odziedziczyłam po nich tę cechę, ale mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w podobnej sytuacji. Cóż, właściwie to nie muszę się martwić, że pokocham kogoś, kto potem mnie znienawidzi, bo tak się składa, że koleś, którego pragnę, nigdy nie zapragnie mnie. Jest zbyt zajęty byciem zakochanym po uszy w Nikki, Wielkiej Suce. Auć! Momencik, pozwólcie, że cofnę się nieco i wyjaśnię wam, czemuż to Nikki jest Wielką Suką.

Nicole Andrea Bishop, znana również jako powód wszelkiego nieszczęścia w moim życiu, to moja była najlepsza przyjaciółka i wicekapitan drużyny czirliderek. Znam ją od przedszkola, czyli od tych mitycznych czasów, kiedy życie było tęczową krainą jednorożców, a dzielenie się galaretką oznaczało przyjaźń aż po grób.

Mówię zupełnie serio: tak to wyglądało przez jakieś dziesięć lat. A potem nadeszła szkoła średnia i Nikki zamieniła się w pomiot szatana.

Znikła gdzieś dziewczyna bez przednich zębów, która plotła mi warkocze, bo sama ni diabła nie byłam w stanie tego zrobić. Znikła dziewczyna o twarzy przerytej trądzikiem, która siedziała ze mną do rana, pomagając mi się przygotować do koszmaru w postaci gimnazjalnego egzaminu z francuskiego. Znikła dziewczyna, która stała się moją siostrą, która co sobotę jadła kolację z moją rodziną i z którą urządzałyśmy cotygodniowe maratony Kochanych kłopotów.

Zanim pierwsza klasa szkoły średniej dobiegła końca, Nikki opętał duch Reginy George, a ja zamieniłam się we wkurzającą muchę, która bzyczała jej koło ucha. Naprawdę starałam się podtrzymać naszą przyjaźń, ale istnieje granica upokorzenia, której nie chciałam przekroczyć.

To jest ten moment, gdy muszę wam coś wyznać – otóż byłam gruba. A kiedy mówię „gruba”, nie mam na myśli laski, która z lubością nosi biodrówki i top nad pępek, a potem flirciarsko narzeka na jakąś mikroskopijną fałdkę.

Ważyłam imponujące sto pięć kilogramów. Byłam dziewczyną w dresowych spodniach i bluzie XXL z wielkim kapturem. Zawsze w conversach, niezależnie od pogody. I kompletnie mnie to nie ruszało. Zanim zaczniecie mi współczuć, przyjmijcie, proszę, do wiadomości, że nigdy nie miałam problemu z tym, jak wyglądam. Właściwie to nawet siebie lubiłam. Nie katowałam się dietami, nie ćwiczyłam (ku wielkiemu rozczarowaniu mamy) i nie składałam puchatych zwierzątek mrocznym bóstwom w nadziei, że dzięki krwawej ofierze zyskam ich łaskawość i zamienią mnie w supermodelkę. Jadłam, co chciałam, siedziałam w domu, oglądając Plotkarę na laptopie, a w szkole wszyscy mnie ignorowali. Nie dokuczali mi. Po prostu nie zawracali sobie mną głowy.

 

Aż nagle Nicole dołączyła do tanecznej ekipy i nagle wszyscy mnie znienawidzili. Wiecie, że ciągle je słyszę? Te przezwiska i szepty, a właściwie nie do końca szepty, które ścigały mnie, gdy razem z Nicole mijałyśmy jakąś grupkę uczniów.

Dlaczego Nicole Andrea Bishop koleguje się z taką laską jak ta tam…

Myślicie, że ta Baryła szantażuje Nicole, żeby się z nią przyjaźniła?

Nie sądzicie, że Nicole powinna pozbyć się tych kilku dodatkowych kilogramów?

Okej, to ostatnie było naprawdę niezłe.

W skrócie rzecz ujmując, po jakimś czasie do Nicole dotarło, że rujnuję jej bezcenną reputację. Po miesiącach nieodbierania telefonu i braku czasu na spotkanie ze mną postawiła sprawę jasno. Stałam się jej kulą u nogi i nie mogłyśmy być już dłużej przyjaciółkami.

Wsadziłam dumę do kieszeni i zaakceptowałam to. I tak oto dziesięć lat przyjaźni spłynęło w klopie tylko dlatego, że Nicole okazała się zbyt wielkim tchórzem, by postawić się ludziom, którym nie podobało się to, z kim się przyjaźni. Gdyby tylko poprzestała na byciu tchórzem, jakoś bym to przeżyła. Ale nie. Moja była przyjaciółka uznała, że jedna wada to stanowczo za mało. Okazało się, że z popularnością nierozłącznie wiąże się przemiana w kogoś w stylu złola z klasycznego westernu, więc Nicole dokonała tej przemiany.

Kiedy wróciłam w drugiej klasie lżejsza o trzydzieści sześć kilogramów, ona wróciła z chłopakiem. I to nie jakimkolwiek chłopakiem. Nicole objawiła się jako dziewczyna gościa, w którym zakochałam się, kiedy miałam mniej więcej osiem lat.

Jason „Jay” Stone był pierwszym przedstawicielem płci męskiej, który podarował mi kwiaty. Oczywiście, jeśli mianem „kwiatów” można określić nieco zgnieciony, wyrwany z trawnika mlecz. To było w trzeciej klasie, a ja miałam we włosach moją ulubioną kokardę. Jason powiedział mi, że ładnie wyglądam, i wystarczyło. Zakochałam się. Z czasem staliśmy się dobrymi kumplami. A przynajmniej on był dobrym kumplem dla mnie. W jego obecności język stawał mi kołkiem. Jason był typem złotego amerykańskiego chłopca, miał jasne włosy, błękitne oczy i godny pozazdroszczenia talent do baseballu. Cóż, im bardziej tyłam, tym bardziej skrępowana czułam się naszym koleżeństwem. W końcu nie tylko stawałam się kobietą (he, he), ale na dodatek miałam nadwagę. Wmówiłam sobie, że nie zasługuję na to, by spędzać czas z takim fajnym gościem jak Jay Stone, i z premedytacją starałam się rozluźnić naszą relację.

Nicole świetnie wiedziała, co czułam. Nawet zachęcała mnie, żebym zaprosiła gdzieś Jaya, twierdząc, że on buja się we mnie mimo mojej nadwagi. Powiedzmy, że byłam temu szalonemu pomysłowi nieco przeciwna. A jednak latem, między pierwszą a drugą klasą, dotarło do mnie, że chyba należałoby coś z tym wszystkim zrobić. Kiedy popierniczałam na bieżni, wlewając w siebie hektolitry wody, czułam, że to może być TEN rok. Ten cudowny rok, kiedy wreszcie się odważę. Kiedy wreszcie stanę się dziewczyną dość dobrą i zgrabną, by wolno jej było flirtować z Jayem Stone’em.

Przebudzenie okazało się bolesne.

Zobaczyłam Jaya na szkolnym korytarzu tuż przed pierwszym dzwonkiem na lekcje. Miałam na sobie modne obcisłe dżinsy, w których mój tyłek, zupełnie przypadkowo, wyglądał zajebiście, dopasowany top z niewielkim dekoltem i wyrąbane w kosmos motocyklowe buty. Spędziłam mnóstwo czasu, układając włosy w niedbałe fale, i na maksa przyłożyłam się do makijażu. Niestety jakieś pięć minut później ten makijaż smugami spływał mi po policzkach.

Jay wpychał właśnie język do gardła mojej najlepszej przyjaciółki. Och, przepraszam – byłej najlepszej przyjaciółki. Gdybym tamtego dnia zjadła cokolwiek na śniadanie, bez wątpienia zwymiotowałabym na środku korytarza. Wciąż pamiętam, jak ścisnęło mi się serce. Zupełnie jakby ktoś wziął je w dłoń i zgniótł na miazgę. W oczach stanęły mi łzy, a w gardle gula. Nigdy w życiu nie czułam się gorzej.

Straciłam Jaya Stone’a, miłość mojego życia. Odebrała mi go moja była przyjaciółka, tak bezczelnie… Zupełnie jakby to, że tyle schudłam, nie robiło żadnej różnicy. Moim przeznaczeniem było pozostać Baryłą, samotną i niewidzialną dla jedynego gościa, którego pragnęłam.

* * *

Przewińmy dwa lata do przodu i oto jestem. Uczennica ostatniej klasy liceum po pierwszym tygodniu szkoły. Nikogo chyba nie dziwi, że ta uczennica w sobotnią noc siedzi w domu i śledzi miłość swojego życia na Fejsie. Taa… Zaczęłam mówić o sobie w trzeciej osobie. Właśnie takie rzeczy wyczynia z człowiekiem nuda.

Przeglądam profil Jaya, który okazuje się zapchany samojebkami jego dziewczyny. O rany, ona ma takiego fioła na swoim punkcie, że może człowieka zemdlić.

Jego profilowe zdjęcie to jedna z fot przedstawiających cudowną parkę na plaży. Jay obejmuje Nicole w pasie i całuje ją w skroń, a ona szczerzy swoje idealne zęby. Nurkując głębiej w profil Jaya, staram się nie zauważać jej obecności. O rany, ale on jest cudowny. Po prostu przepiękny z tymi zmierzwionymi złotymi włosami i oczami o barwie oceanu. Jego uśmiech mnie rozbraja, te dołeczki, te piegi na nosie, te wspaniałe kości policzkowe…

Brzmię jak chora z miłości, nie? Ale Jay nawet mnie nie zauważa, bo jest zbyt zajęty wymianą śliny z tą cholerną Nicole Andreą Bishop. Są parą idealną. Parą, która pewnie zostanie wybrana na króla i królową balu maturalnego. Parą, która pewnego dnia się chajtnie, bo wszechświat nawet nie weźmie pod uwagę innej ewentualności. Ideał ciągnie do ideału, nawet jeśli jeden z tych ideałów jest totalnie zgniły w środku. Jakim cudem Jay nie widzi, jak parszywa jest jego dziewczyna? Jak może być ślepy na jej wady?

Och, momencik, już wiem. Kły jadowe Nicole wysuwają się tylko wtedy, gdy pojawiam się ja. W obecności Jaya moja eksprzyjaciółka jest równie groźna co chihuahua. Muszę jednak przyznać, że Jay zachowuje się w porządku. Zawsze podchodzi się przywitać i, ilekroć mamy razem zajęcia, proponuje, że poniesie mi książki. Oczywiście nigdy mu nie pozwalam, bo Nicole sunie za naszymi plecami, a z jej nozdrzy buchają kłęby dymu.

Ponieważ jestem dziś w wyjątkowo masochistycznym nastroju, kilka razy odświeżam jego profil. Kiedy dostrzegam nowy post, martwieją mi palce. To nie byle jaki post. To taki post, na którego widok mam ochotę wrzasnąć i wywalić laptop przez okno. Śmierć patrzy mi prosto w oczy i oznajmia:

Wracam do domu, braciszku. Szykuj imprezę, Jay Jay.

Jesteście ciekawi, któż taki na tym łez padole jest w stanie aż tak mnie przerazić, że moja przysłowiowa dusza siada mi na równie przysłowiowym ramieniu i łaknie jedynie wrócić do wieków średnich, kiedy ludzie mieli coś takiego jak fosy, którymi można było się ogrodzić?

Cóż, imię, które łypie na mnie wrednie z ekranu, brzmi Cole. Cole Stone. Świetnie pasuje do Nicole Andrei Bishop. Los podąża dziwnymi ścieżkami, prawda? Wyznam, że czasem wydaje mi się, że stary dupek ma naprawdę chore poczucie humoru. Jak inaczej wyjaśnić, że dwie osoby, które z takim rozmachem zamieniły moje życie w piekło, mają rymujące się imiona?

Ale pozwalam sobie na dygresje, a przecież nie chodzi o rymowanki. Chodzi o to, że Cole jest… Momencik! Cole wraca?! O Boże…

Cole, chwila wprowadzenia dla tych, którzy nie wiedzą, dlaczego dostaję gęsiej skórki na samo jego wspomnienie, to przyrodni brat Jaya i jedyny człowiek, oprócz Nicole, który z unieszczęśliwiania mnie zrobił sobie hobby. Prześladował mnie niestrudzenie przez całą podstawówkę i gimnazjum. Na szczęście, zanim trafiliśmy do szkoły średniej, patentowany dupek Cole skończył tak, jak patentowane dupki zazwyczaj kończą. Szkoła wojskowa, w której wylądował, trzymała go ode mnie z daleka przez trzy piękne lata.

A teraz koleś wraca.

Cole Stone, dzięki któremu znam z imienia wszystkie piguły na ostrym dyżurze, wraca do miasta. Matko Boska, to teraz będzie ich dwoje! Cole i Nicole połączą swoje diabelskie moce, żeby zamienić moje życie w rozgrywający się w realu slasher klasy C.

Przełykam gulę w gardle, zamykam laptop i odsuwam go od siebie, jakby był nawiedzony.

Jeden punkt dla chorego poczucia humoru wszechświata i zero dla blondynki, która zawsze kończy martwa w wannie.

1 On jest Bushem, a ja jego Afganistanem

Kiedy tata w poniedziałek podrzuca mnie do szkoły, naciągam na łeb kaptur bluzy. Bluza pochodzi z czasów Baryły i teraz mogłabym się w niej utopić. Mam misję. Moim zadaniem jest pozostać niezauważalną dla ludzkiego oka, a założenie czegoś, czego nowa Tessie nie tknęłaby kijem, wydaje mi się najlepszym sposobem. Już wór po ziemniakach byłby bardziej twarzowy. Tata patrzy na mnie podejrzliwie, gdy skradam się do bramy. Później mu wyjaśnię, że staram się tylko pozostać przy życiu. Kiedy wreszcie odjeżdża, przyspieszam i na paluszkach biegnę do szkoły. Czuję się jak bohaterka kiepskiego szpiegowskiego thrillera. Na szczęście udaje mi się gładko wmieszać w tłum ludzi.

Mam zamiar jak najszybciej zabrać z szafki książki, bo to jedyny moment, gdy ktoś mógłby mnie zidentyfikować. Opracowałam strategię działania. Siedzieć zawsze z tyłu klasy i rzucać się w oczy jak pchła na yorku. Zabawne, jak łatwo przyzwać wewnętrznego Jamesa Bonda, kiedy twoje życie jest w niebezpieczeństwie.

Okej, wiem, pewnie wydaje wam się, że przesadzam, skoro nawet nie wiem, czy Cole będzie dzisiaj w szkole. Wierzcie mi jednak, znam gościa taki szmat czasu, że mam niezłe pojęcie o jego pokręconych gierkach. Zaatakuje mnie, gdy tylko opuszczę gardę, a to się dzisiaj nie stanie.

– Tessa!

Moją przykrywkę szlag trafił! Zaciskam powieki i ruszam w kierunku klasy, która na szczęście znajduje się z drugiej strony niż osoba właśnie niszcząca mój wyrafinowany plan.

– Tessa! Zaczekaj!

Nawet nie zwalniam. Rozglądam się na boki, obawiając się, że Cole wyskoczy nagle z jakiegoś kąta ze spluwą do paintballu w łapie. Ten pomiot szatana… Teraz ma pewnie własnych wyznawców, nie?

Dobra, wiem, paranoja do mnie nie pasuje.

Staram się iść tak szybko, jak tylko się da, ale i tak jestem zbyt powolna. Kiedy ktoś zaciska mi rękę na ramieniu, jestem gotowa wrzeszczeć, jednak na szczęście dostrzegam na nadgarstku prześladowcy bransoletkę. Wzdycham z ulgą. Bransoletka z zawieszką „I <3 Nerds” jest mi znajoma i tak się składa, że jej właścicielka jest moją najlepszą przyjaciółką. Wiem, że nie chce mi zrobić krzywdy, na pewno nie z premedytacją.

– Dlaczego – wydusza z siebie i bierze głęboki oddech – biegniesz – kolejny wdech – tak szybko?

Dyszy, jakby przebiegła maraton, a nie goniła mnie szkolnym korytarzem, ale na jej obronę muszę powiedzieć, że jest jeszcze większym nerdem niż ja, a ćwiczenia to dla niej koncepcja nie z tego świata.

– Wejdźmy do sali, to ci wyjaśnię – mówię, chwytając ją za ramię i pociągając za sobą.

Nie chcę, żeby ktokolwiek zwrócił na nas uwagę.

– Ooooo, wyczuwam plotę. – Maniakalnie zaciera ręce, a jej zielone oczy błyszczą z podniecenia.

Poznajcie Megan Sharp, jedną z moich przyjaciółek po erze Nicole. Połączyła nas wspólna nienawiść do chemii i godziny spędzone w bibliotece. Jest świetną uczennicą i ma zaklepane miejsce w Princeton. W wolnym czasie kolekcjonuje ploty i zawsze chce wiedzieć wszystko o wszystkich, nieważne, z jak podejrzanego źródła pochodzą te informacje. Megan jest przepiękna, ma wspaniałe rude włosy i nieskazitelną cerę. Wygląda jak porcelanowa lalka i strasznie jej zazdroszczę tej kruchości i delikatności, których mnie poskąpiono.

Wchodzimy do klasy, a w niej panna Sanchez swoim starym zwyczajem przysypia na krześle. Latające nad jej głową papierowe samoloty wcale jej nie przeszkadzają. Obydwie z Megan spostrzegamy siedzącą pod oknem Beth, naszą kumpelę, która zawzięcie skrobie coś w notatniku. Ruszamy w jej stronę.

– Cześć, Beth!

Mrugam, słysząc podniesiony głos Megan, ale nic i nikt nie jest w stanie jej powstrzymać. Poranne powitania to ważna część jej egzystencji.

Beth nie unosi głowy i dociera do mnie, że jest w swojej zonie. W zonie „piszę piosenkę i zabiję cię, jeśli mi przeszkodzisz”. Odciągam Megan i w ciszy siadamy na krzesłach.

Beth Romano to moja druga najlepsza przyjaciółka w tym momencie. Przeniosła się do naszej szkoły w drugiej klasie, więc nie miała okazji poznać Baryły, za to całkiem dobrze zaznajomiła się z mroczną stroną charakteru Nicole. Powiedzieć, że nie przepada za dręczycielami, to eufemizm. Gdybym dostawała kilka centów za każdym razem, kiedy musiałam powstrzymywać ją przed wydrapaniem Nicole oczu, mogłabym opuścić miasto i zamieszkać w Timbuktu. W swoich spranych dżinsach, koszulkach z logo zespołów i z nieodzowną skórzaną kurtką Beth wygląda jak rasowa fanka rocka, a czarne włosy i przeszywające niebieskie oczy wcale nie przydają jej łagodności.

 

Niektórym może wydawać się trochę straszna, ale tak naprawdę można by z nią konie kraść.

– No to powiesz mi wreszcie, dlaczego uciekałaś przede mną, jakbym chciała cię oskarżyć o morderstwo, i dlaczego masz na sobie… to? – Megan marszczy nos, wyraźnie zdegustowana moim wyglądem.

Staram się nie czuć urażona. Ubierałam się w ten sposób przez większość życia i jakoś nikt nie miał z tym problemu.

– Nie wiesz?

To chyba najgorsze pytanie, które można zadać komuś, kto żywi się plotkami.

Megan wygląda, jakby zaraz miała pęknąć. Wytrzeszcza na mnie oczy.

– Co? Czego nie wiem?

– Cole Stone wraca do miasta – wyduszam i nastaje wymowna cisza.

W tej ciszy echem dźwięczy to, co już dobrze wiem. Przez jakieś dziesięć sekund Megan wygląda na zszokowaną, a potem zdumienie ustępuje miejsca współczuciu. Bierze mnie za rękę i mówi szczerze:

– Przykro mi.

* * *

– Nie łapię, o co właściwie chodzi. Dlaczego ten cały Cole jest taki straszny? – pyta Beth, wgryzając się w cheeseburgera.

Natychmiast krzywi się ze wstrętu i wypluwa jedzenie na talerz. Dwa lata chodzi do tej szkoły i wciąż nie pojmuje, jak obrzydliwe żarcie tu serwują. Siedzimy w najciemniejszym kącie stołówki, jaki byłam w stanie znaleźć, i właściwie to dziwi mnie, że dożyłam lunchu.

Megan wcina się, zanim zdążę otworzyć usta.

– Cole jest stalkerem Tessy – wyjaśnia bez zająknięcia.

Beth wybałusza oczy, a ja spieszę ze sprostowaniem:

– Nie jest moim stalkerem – protestuję. – On po prostu urodził się tylko po to, żeby mnie męczyć. – Mój głos jest dziwnie spokojny.

– Nie może być aż tak źle – bagatelizuje sprawę Beth i zaczyna grzebać w torbie.

Po chwili wyciąga z niej na wpół opróżnioną, pogniecioną paczkę chipsów.

– Och, jasne, że nie może być tak źle… Wiesz, kiedy jest źle? Kiedy kończy ci się czekolada. Albo foty Ryana Goslinga, Beth. Cole i jego rządy terroru zasługują na znacznie mocniejsze określenie.

No i znowu Megan mówi za mnie. Helou! Przecież rozmawiamy o MOIM oprawcy!

– A ładny jest? – pyta znienacka Beth, uśmiechając się krzywo.

Mija chwila, zanim dociera do mnie to, co właśnie powiedziała. Milczę przez kilka sekund, wyciągając z pleców metaforyczny nóż. Jakie to ma znaczenie, czy Cole jest ładny, czy nieładny? Nawet piękne potwory to w końcu potwory.

– Kobieto, ten koleś zawstydziłby rzeźbę Dawida. – Megan wzdycha z rozmarzeniem. Uderzam ją w ramię. – No co? – Krzywi się. – Przecież takie są fakty!

Ile bym dała, żeby nie miała racji…

* * *

Aż do ostatniej lekcji udaje mi się omijać moją nemesis, ale zawdzięczam to głównie temu, że Nicole niemal cały dzień spędza na zajęciach tanecznych. Niestety moja ostatnia lekcja to WF. Choć czuję się teraz o wiele lepiej w swoim ciele, to skryta gdzieś w środku Baryła wciąż nie ma ochoty paradować przed kolegami w obcisłych szortach gimnastycznych.

Nie ma jednak ucieczki przed tą torturą, WF jest obowiązkowym punktem koszmarnego poniedziałku. Słysząc dzwonek, pozwalam sobie na westchnienie ulgi. Chyba mogę założyć, że Cole’a nie ma dzisiaj w szkole, a skoro nie napatoczyłam się na Nicole, to dzień okazał się całkiem w porządku. Za szybko. Oczywiście, że cieszę się za szybko. Kiedy słyszę znienawidzony głosik, przeklinam się w duchu i gryzę w język.

– Cześć, Baryło.

Z wysiłkiem przybieram neutralny wyraz twarzy. Zamykam szafkę, odwracam się i staję oko w oko z diablicą we własnej osobie.

– Nicole – mówię obojętnie.

Stoi przede mną w swoim fioletowo-żółtym stroju tanecznym, na który składają się krótka spódniczka i jeszcze krótszy top. Ciemne włosy zebrała w wysoki kucyk, który tylko podkreśla jej urodę, a jej nienaganna cera ma cudowny odcień karmelu. Kolory ubrania dodatkowo uwypuklają orzechowe refleksy w jej oczach, a bezbarwny błyszczyk pięknie akcentuje pełne wargi. Moja była przyjaciółka jest zjawiskowa i doskonale o tym wie. Latynoskie korzenie pozwalają jej się wyróżniać na tle bladolicej, jasnowłosej większości.

Nie pojmuję, jak może wyglądać tak świetnie, spędziwszy cały dzień w dusznej, cuchnącej potem sali.

– Widzę, że nadal nie wzięłaś się za te ćwiczenia na boczki, o których ci mówiłam.

No tak. Pokpijmy sobie z mojego nieistniejącego już wielkiego tyłka.

– Nie działają na ciebie, więc uznałam, że nie będę na nie tracić czasu. – Wiem, że nie powinnam się odgryzać, ale ten dzień nieźle mnie przeorał. Jestem wykończona i mam po dziurki w nosie życia w ciągłym strachu.

– Coś ty powiedziała?

– Hm. Nic. Zupełnie nic. – Odwaga szybko mnie opuszcza i zaczynam się jąkać.

– Tak właśnie myślałam. A teraz zejdź mi z drogi albo rozdepczę cię jak robala, którym właściwie jesteś – warczy i najnormalniej na świecie odpycha mnie na bok.

Jeszcze przez jakieś dziesięć minut po jej odejściu stoję jak kołek, starając się zwalczyć atak paniki. Nie jestem dobra w takich starciach i Bóg jeden wie, co mnie podkusiło, żeby pyskować najgorszej suce w szkole. Próbuję nawet zrobić kilka ćwiczeń oddechowych, które widziałam kiedyś w telewizji, ale zgodnie z moimi podejrzeniami wcale nie działają. Wciąż w lekkim szoku człapię do szafki, w której trzymam sportową torbę i telefon. Głupie numery Nicole i jej psiapsiółek zmusiły mnie do tego, żeby co kilka miesięcy zmieniać kod otwierający drzwiczki.

Wiecie, co jest o wiele gorsze niż śnienie o tym, że jest się nagim w szkole? Bycie nagim w szkole.

Po upewnieniu się, że moje rzeczy są bezpieczne, zmierzam wreszcie do sali, gdy po raz trzeci tego dnia ktoś mnie zaczepia. Jednak tym razem moje serce reaguje zupełnie inaczej niż na widok Nicole.

Moje serce trzepocze. Trzepocze!

– O rany, tu jesteś, Tessa. Cały dzień cię szukałem. – Kiedy spostrzegam Jasona Stone’a, opieram się o szafkę w obawie, że mogłabym zemdleć rażona siłą jego uśmiechu.

W sportowych ciuchach wygląda jak jasnowłosy Adonis. Nie umiem nie gapić się na jego silne, muskularne nogi biegacza oraz pokaźne bicepsy.

– Naprawdę? – pytam rozmarzonym tonem, gdy podchodzi, a potem wymierzam sobie w myślach siarczysty policzek za to, że brzmię jak idiotka. – Naprawdę? – powtarzam głębszym głosem. Teraz brzmię jak mój rodzony ojciec, kiedy w zeszłym tygodniu niemal nie udławił się kością kurczaka.

– Tak, naprawdę. Właściwie to już wczoraj chciałem z tobą pogadać.

Wiem, że powinnam go słuchać, bo na pewno mówi o czymś ważnym, ale… Jest taki piękny. Wodzę wzrokiem po jego ciele, jego twarzy, jego idealnych włosach…

– Tessa? – Macha mi dłonią przed oczami, co sprowadza mnie na ziemię.

– C… Co?

– Chciałem wiedzieć, czy wszystko jest okej.

– Pewnie – odpowiadam, świadoma durnego uśmiechu, który wypłynął mi na wargi.

Jay jest taki kochany, troszczy się o mnie, pyta, czy nic mi nie jest. No i rozmawia ze mną, choć jego dziewczyna wolałaby, żeby tego nie robił.

– Naprawdę?

Chyba jest zaskoczony. Ale dlaczego?

– No jasne. W niedzielę myślałam, że się rozłożę, ale pomógł zwykły rosół.

– Nie, nie o to… – Jest taki słodki, kiedy się peszy.

– Co?

– Co? Jak to co? – powtarza, a na jego twarz wypływa cudowny grymas zmieszania.

Obydwoje potrzebujemy chwili, żeby się ogarnąć. Zbieram się do kupy, a Jay prostuje ramiona i patrzy na mnie współczująco.

– Słuchaj, Tessa, pomyślałem, że powinnaś wiedzieć, że Cole wraca. Będzie chodził do naszej szkoły.

Och, oczywiście, że wiem, mój ty najpiękniejszy przedstawicielu gatunku ludzkiego na ziemi. Wiem, bo spędzam sobotnie noce, śledząc cię na Fejsie… No cóż, tego akurat Jay nie musi wiedzieć. Pora wykorzystać mój mikry aktorski talent.

– Co takiego? Mówisz serio? Ja… Wow, naprawdę wraca? – dopytuję.

– Tak, naprawdę. – Albo mi się wydaje, albo Jay cieszy się na to tak samo jak ja. – Chciałem tylko zapytać, jak się z tym czujesz, skoro wasze… cóż, stosunki…

– To nie były żadne stosunki, Jay, to była tyrania. On jest Bushem, a ja jego Afganistanem.

Wybucha śmiechem. Na widok dołeczków w jego policzkach miękną mi kolana.

– Zapomniałem już, jaka jesteś zabawna. – Jego oczy błyszczą, gdy szczerzy do mnie zęby. – Posłuchaj, jeśli się na ciebie uweźmie, wal do mnie, jasne? – mówi szczerze.

Potakuję.

– Obronisz mnie? – Brzmię żałośnie, ale do diabła z tym.

Zakłopotany Jay drapie się po karku i mamrocze pod nosem potwierdzenie. Wiele wysiłku mnie kosztuje, żeby się na niego nie rzucić i nie zacałować go na śmierć.

– Dzięki, to wiele dla mnie znaczy. – Na jego policzkach pojawia się lekki rumieniec, który nie znika, kiedy idziemy do sali gimnastycznej. Na szczęście Nicole gdzieś się ulotniła i przez jakiś czas mogę udawać, że Jay należy do mnie i wszystko jest w najlepszym porządku.