Zgromadzenie cieniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zgromadzenie cieni
Zgromadzenie cieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Zgromadzenie cieni
Zgromadzenie cieni
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


V.E. Schwab

Zgromadzenie cieni


Tytuł oryginału

A Gathering of Shadows ISBN 978-83-8116-127-5 Copyright © 2016 by Victoria Schwab All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Cover art by Will Staehle Redakcja Magdalena Wójcik Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Złodziejka na morzu

Książę w całej okazałości

Karta się odwraca

Londyny wzywają

Królewskie powitanie

Oszuści

Spotkania

Essen Tasch

Starcia

Katastrofa

Podziękowania

Dla tych, którzy nigdy się nie poddają




Magia i mag muszą pozostawać w równowadze. Magia sama w sobie jest chaosem. Mag musi pozostać opanowany. Człowiek niepewny jest dla mocy równie marnym naczyniem jak popękany dzban, gdyż magia niepowstrzymanie uchodzi z niego każdą szczeliną. TIEREN SERENSE, arcykapłan Londyńskiego Sanktuarium

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


I

Morze Arnezyjskie

Delilah Bard ciągle pakowała się w kłopoty.

Zawsze myślała, że ten sposób jest lepszy niż czekanie, aż kłopoty same ją znajdą, chociaż dziś, dryfując pośrodku oceanu w małej dwuosobowej łódce bez wioseł, bez widoku lądu i ze sznurami więżącymi jej nadgarstki, zaczynała zmieniać zdanie.

Noc była bezksiężycowa, morze i niebo ze wszystkich stron odbijały gwiaździstą ciemność; różnicę pomiędzy górą a dołem na dobrą sprawę wyznaczało jedynie falowanie wody pod kołyszącą się łodzią.

Zazwyczaj w takim nieskończonym otoczeniu Lila czuła się jak w centrum wszechświata. Ale tej nocy, unosząc się na falach, miała ochotę wrzeszczeć.

Patrzyła jednak tylko spod na wpół przymkniętych powiek na migoczące w oddali światła, których czerwonawy odcień odróżniał latarnie statku od poświaty gwiazd. Obserwowała, jak statek — jej statek — powoli, lecz zdecydowanie odpływa.

Ogarnęła ją panika, ale nie zamierzała się jej poddać.

„Jestem Delilah Bard — myślała, kiedy sznury wbijały jej się w skórę. — Jestem złodziejką, podróżniczką i piratem. Weszłam w trzy różne światy i przeżyłam. Przelewałam krew królów i trzymałam w rękach magiczne przedmioty. A łajba pełna mężczyzn nie potrafi dokonać tego, co ja. Nie potrzebuję żadnego z was”.

„Cholera, jestem jedyna w swoim rodzaju!”

Czując się dostatecznie wzmocniona tą myślą, odwróciła się plecami do statku i zapatrzyła w rozciągającą się przed nią noc.

„Mogło być gorzej” — rozumowała, tuż przed tym, nim poczuła, jak zimna woda obmywa jej botki. Spojrzała w dół i zobaczyła, że w dnie łodzi jest dziura. Otwór był pozornie nieduży, ale jego rozmiar stanowił niewielką pociechę; przez mały otwór woda może zatopić łódkę tak samo skutecznie, tyle że nie tak szybko.

Lila jęknęła i zerknęła na szorstki sznur zaciśnięty mocno na przegubach jej dłoni, po dwakroć wdzięczna, że te łotry pozostawiły jej wolne nogi, nawet jeśli jej ruchy ograniczała okropna… sukienka. Cienkie zielone paskudztwo z pełną spódnicą, zbyt dużą ilością jedwabnej koronki i talią tak obcisłą, że ledwie mogła oddychać, myśląc: „Dlaczego, na litość boską, kobiety to sobie robią?!”.

Woda w łódce podniosła się nieco wyżej i Lila postanowiła się skoncentrować na problemie. Zrobiła wdech, na tyle, na ile pozwalał strój, i szczegółowo rozważyła swój mizerny, szybko nasiąkający wodą stan posiadania: jedna beczka piwa ale (prezent pożegnalny), trzy noże (wszystkie ukryte), pół tuzina flar (zostawionych przez mężczyzn, którzy wysłali ją na ocean w tej łódce), wyżej wspomniana sukienka (niech ją szlag) oraz zawartość jej spódnic i kieszeni (przedmioty niezbędne, jeśli miała przetrwać).

Wzięła jedną z flar — przedmiotów podobnych do fajerwerków, które, potarte o dowolną powierzchnię, wyzwalały strumień barwnego światła. Nie eksplozję koloru, ale jednolity snop, na tyle silny, że ciął ciemność jak nóż. Każda flara powinna się spalać przez kwadrans, a ich różne kolory określał na otwartej wodzie stosowny kodeks: żółte dla tonącego statku, zielone dla choroby na pokładzie, białe dla wszelakiego niebezpieczeństwa i czerwone na okoliczność ataku piratów.

Na pokładzie były flary w każdym kolorze i Lila przez chwilę przesuwała po nich palcami, rozważając dostępne opcje. Przez moment obserwowała podnoszącą się wodę, po czym zdecydowała się na flarę żółtą, wzięła ją w obie ręce i potarła o burtę małej łodzi.

Rozbłysło światło, gwałtowne i oślepiające, rozdzierające świat na dwoje — na złocistą biel flary i gęstą czarną nicość wokół niej. Lila przez dłuższą chwilę przeklinała, mrugając, by przegonić wywołane blaskiem łzy, a flarę trzymała wysoko, z dala od twarzy. Później zaczęła odliczać. Akurat kiedy oczy w końcu przyzwyczaiły się do jasności, flara osłabła, zamigotała i zgasła. Lila zlustrowała horyzont, szukając jakiegoś okrętu, żadnego jednak nie było, a poziom wody w łodzi nadal wolno, lecz nieubłaganie podnosił się po cholewce jej buta. Wzięła drugą flarę — białą, na oznaczenie niebezpieczeństwa — i przesunęła nią po drewnie, równocześnie osłaniając sobie oczy. Potem odliczała upływające minuty, wpatrując się w noc za łodzią i szukając oznak życia.

— No przypłyń — szeptała. — Chodź tutaj, chodź tutaj, chodź… — Słowa utonęły w syku gasnącej flary i znów zapadła ciemność.

Lila zacisnęła zęby.

Po poziomie wody w małej łodzi oceniała, że ma jedynie kwadrans (czyli czas użytkowania jednej flary), zanim naprawdę będzie jej groziło zatonięcie.

Wtedy coś przesunęło się wzdłuż drewnianej burty łódki. Coś z zębami.

„Jeśli istnieje jakiś bóg — pomyślała — jakaś niebiańska istota, jakaś boska moc czy ktokolwiek nad nami… lub pod nami… ktoś, kto może po prostu chciałby, żebym przeżyła kolejny dzień, z litości albo dla rozrywki, teraz jest dobry moment na interwencję”.

Z tą myślą uniosła czerwoną flarę — tę, która oznaczała atak piratów — i zapaliła ją, zalewając noc wokół siebie upiornym szkarłatnym światłem. Na sekundę przypomniała sobie rzekę Isle w Londynie. Nie w jej Londynie (jeśli tamto posępne miasto mogła kiedykolwiek nazwać własnym) ani w przerażająco wyblakłym Białym, skąd pochodzili Athos i Astrid oraz Holland, ale w jego Londynie. Londynie Kella.

Kell niczym ta flara mignął w jej wspomnieniach — kasztanowe włosy, nieustanna marsowa zmarszczka między brwiami, jedno oko niebieskie, jedno czarne. Antari. Mag. Chłopiec. Książę.

Wpatrywała się w czerwone światło flary, aż wyimaginowany obrazek zniknął. Miała teraz pilniejsze problemy. Woda się podnosiła. Flara gasła. Jakieś cienie przesuwały się obok łodzi.

Dokładnie w chwili, kiedy czerwone światło „pirackiej” flary zaczęło się wyczerpywać, Lila zobaczyła wyczekiwany statek.

Najpierw był prawie niewidoczny — ledwie pasemko mgły na powierzchni morza — szybko jednak mgła przybrała zarys fantomowego okrętu. Wypolerowany do połysku czarny kadłub i lśniące czarne żagle niemal się nie wyróżniały na tle nocy, latarnie na pokładzie były zaś tak niewielkie i przyćmione, że można by je pomylić z blaskiem gwiazd. Dopiero kiedy zbliżył się na tyle, że zamierające światło flary zatańczyło na jego ciemnych powierzchniach, okręt nabrał kształtów. A wtedy niemal już dotykał małej łodzi.

 

W gasnącym błysku Lila dostrzegła nazwę wymalowaną na kadłubie połyskliwą farbą. Is Ranes Gast.

„Miedziany Złodziej”.

Ze zdumienia i ulgi aż szerzej otworzyła oczy. Uśmiechnęła się nieznacznym, sekretnym uśmieszkiem, a później przybrała stosowniejszą minę — coś pomiędzy wdzięcznością a błaganiem, z odrobiną ostrożnej nadziei.

Flara zamigotała i zupełnie zgasła, ale okręt znajdował się na tyle blisko, że widać już było twarze mężczyzn pochylających się nad barierką.

— Tosa! — zawołała Lila po arnezyjsku, wstając tak, by nie rozkołysać małej tonącej łódki.

„Pomocy”. Rzadko dopuszczała do głosu własną bezbronność, ale ze wszystkich sił starała się udawać bezradną istotę teraz, kiedy mężczyźni patrzyli z góry na nią, uwięzioną na niewielkiej, wypełnionej wodą przestrzeni, w przemoczonej zielonej sukience i ze związanymi nadgarstkami. Poczuła się niedorzecznie.

— Kers la? — spytał jeden z marynarzy, zwracając się bardziej do pozostałych niż do Lili. „A cóż to takiego?”

— Podarek? — spytał drugi.

— Trzeba się będzie podzielić — wymamrotał trzeci.

Kilku innych wygłosiło nieco mniej przyjemne uwagi i Lila napięła mięśnie, równocześnie zadowolona, że marynarze mówią oceanicznym slangiem i z akcentem, który uniemożliwiał jej wychwycenie wszystkich słów, nawet gdyby znała ich znaczenie.

— Co robisz tam, na dole? — spytał jeden z nich, mężczyzna o skórze tak ciemnej, że jego sylwetka niemal zlewała się z nocą.

Jej arnezyjski wciąż był daleki od doskonałości, ale cztery miesiące na morzu, w otoczeniu ludzi, którzy nie mówili po angielsku, bez wątpienia go poprawiły.

— Sensan — odpowiedziała. „Tonę”, co wywołało śmiech wśród członków gromadzącej się załogi. Wyraźnie jednak nie śpieszyli się z wciągnięciem jej na pokład. Podniosła ręce, pokazując im sznur. — Chętnie skorzystam z pomocy — wyrecytowała powoli wyuczoną formułę.

— Właśnie widzę — odparł pierwszy mężczyzna.

— Kto wyrzuca takie ślicznotki? — dorzucił drugi.

— Może całkiem ją wykorzystali.

— Nie!

— Ejże, dziewczyno! Jesteś cała czy nieco naruszona?

— Lepiej sprawdźmy!

— Co to za krzyki? — zagrzmiał czyjś głos i chwilę później przy burcie okrętu pojawił się chorobliwie chudy mężczyzna o głęboko osadzonych oczach i rzedniejących czarnych włosach. Przez szacunek dla niego marynarze się wycofali, on zaś zacisnął ręce na drewnianej barierce i popatrzył na Lilę. Otaksował spojrzeniem ją, jej sukienkę, sznur, beczkę i łódź.

Kapitan, bez dwóch zdań.

— Wyraźnie masz kłopoty — zawołał do niej. Nie wysilał głosu, lecz ten i tak się niósł, a arnezyjski akcent mężczyzny był lekki, lecz niewątpliwy.

— Cóż za spostrzegawczość — odkrzyknęła, zanim zdążyła się zastanowić. Bezczelność stanowiła ryzyko, lecz Lila bez względu na sytuację zawsze świetnie potrafiła odczytywać sygnały. I rzeczywiście, chudzielec się uśmiechnął. — Mój statek przejęto — kontynuowała — a mój nowy nie przetrwa długo, jak widzisz…

Przerwał jej.

— Może łatwiej będzie rozmawiać, jeśli wejdziesz tutaj, na górę?

Lila z ulgą pokiwała głową. Zaczynała się obawiać, że odpłyną i zostawią ją tutaj, żeby się utopiła. Co, sądząc po sprośnych słowach i lubieżnych spojrzeniach członków załogi, może byłoby faktycznie lepszą opcją; chociaż nie, tu, na dole, Lili nie czekało nic, a tam, na górze, miała przynajmniej szansę.

Ktoś przerzucił przez burtę linę, której obciążony koniec wylądował w podnoszącej się wodzie obok jej stóp. Lila złapała linę i użyła jej do przyciągnięcia swojej łódki do burty okrętu, gdzie opuszczono drabinkę, zanim jednak zdążyła się na nią wspiąć, dwaj mężczyźni zeszli i wskoczyli do łódki, co spowodowało, że ta zaczęła tonąć znacznie szybciej. Żaden z nich nie wydawał się tym faktem zaniepokojony. Jeden wziął beczkę z piwem, a drugi — ku wielkiej konsternacji Lili — zajął się nią. Przerzucił ją sobie przez ramię i musiała się mocno powstrzymywać — a przecież nigdy nie cechowała się szczególnym opanowaniem — żeby nie wbić mu noża w plecy, zwłaszcza gdy jego ręce zawędrowały pod jej spódnicę i sunęły w górę.

Zamiast tego wbiła więc sobie paznokcie w dłonie i do czasu, aż mężczyzna postawił ją w końcu na pokładzie okrętu obok czekającej beczki („Cięższa, niż na to wygląda — wymamrotał — i tylko w połowie tak delikatna…”), zrobiła sobie w skórze osiem małych półksiężyców.

— Łajdak — warknęła pod nosem po angielsku. Mężczyzna puścił do niej oko i mruknął coś o delikatności, tam gdzie potrzeba, a Lila w myślach poprzysięgła, że go zabije. Powoli.

A potem się wyprostowała i zobaczyła, że stoi w kręgu ma­rynarzy.

Nie, nie marynarzy, oczywiście.

Piratów!

Brudni, spłowiali od morskiej soli i słońca, o pociemniałej skórze, w wyblakłych ubraniach, a każdy z wizerunkiem noża wytatuowanym na szyi. Znak piratów „Miedzianego Złodzieja”. Lila naliczyła wokół siebie siedmiu, pięciu zajmowało się olinowaniem i żaglami, poza tym zakładała, że kilku przebywa pod pokładem. Osiemnastu? Około dwudziestu.

Chudy jak szczapa mężczyzna wyszedł z kręgu i zrobił krok do przodu.

— Solase — powiedział, rozkładając ręce. — Chociaż moi ludzie mają sporo odwagi, brakuje im manier. — Wyciągnął ręce ku jej ramionom w zielonej sukience. Pod paznokciami miał krew. — Trzęsiesz się.

— Miałam kiepską noc — odrzekła, a obserwując szorstkich członków załogi, żywiła nadzieję, że sytuacja się jeszcze bardziej nie pogorszy.

Chudzielec uśmiechnął się, szczerząc, co zadziwiające, pełen komplet zębów.

— Anesh — zauważył — ale teraz jesteś w lepszych rękach.

Sporo słyszała o załodze „Miedzianego Złodzieja”, więc podejrzewała, że nie jest to prawda, udawała jednak niczego nieświadomą.

— Czyje to miałyby być ręce? — spytała, kiedy chudy jak szkielet osobnik chwycił jej palce, uniósł dłoń i przycisnął popękane wargi do jej kłykci, ignorując szczelnie zaciśnięty wokół jej przegubów sznur.

— Baliz Kasnov — przedstawił się. — Znamienity kapitan „Miedzianego Złodzieja”.

Idealnie. Kasnov był legendarną postacią na Morzu Arnezyjskim. Załogę miał małą, ale złożoną z ludzi bystrych, słynących z upodobania do wślizgiwania się na pokłady statków, podcinania gardeł w najciemniejszych godzinach przed świtem, wymykania się z ładunkiem i pozostawiania za sobą trupów, by sczezły. Może wyglądał na półżywego z głodu, ale był łasy na skarby, szczególnie na towary konsumpcyjne, a Lila wiedziała, że „Miedziany Złodziej” żegluje w stronę Sol, miasta na północnym wybrzeżu, w nadziei na wciągnięcie w zasadzkę jakiś szczególnie duży transport przednich trunków.

— Baliz Kasnov — powtórzyła, wymawiając imię i nazwisko w taki sposób, jakby nigdy przedtem go nie słyszała.

— A ty? — spytał.

— Delilah Bard — odparła. — Poprzednio ze „Złotej Rybki”.

— Poprzednio? — naciskał, podczas gdy jego ludzie, najwyraźniej znudzeni faktem, że dziewczyna nadal jest w pełni ubrana, zaczęli dobierać się do beczki z piwem. — No cóż, panno Bard — powiedział, otaczając jej ramiona jednoznacznym gestem. — Może opowiesz mi, jak się znalazłaś w tej małej łódce? Morze nie jest miejscem dla takich przyzwoitych młodych dam jak ty.

— Vaskens — wyznała. „Piraci”. Jak gdyby nie miała pojęcia, że słowo to doskonale pasuje do jej obecnych towarzyszy. — Ukradli mój statek. To był prezent od mojego ojca z okazji ślubu. Mieliśmy popłynąć do Faro… Wyruszyliśmy dwie noce temu… Ale tamci pojawili się znikąd, wtargnęli na „Złotą Rybkę”… — Wcześ­niej przećwiczyła całą tę przemowę, nie tylko słowa, lecz także pauzy. — I… zabili mojego męża. Mojego kapitana. Wybili większość mojej załogi. — Tutaj Lila pozwoliła sobie na zdanie po angielsku: — To się wydarzyło tak szybko…

Speszyła się, jakby zdanie wymsknęło się jej niechcący.

Ale przyciągnęła uwagę kapitana, który dał się złapać niczym ryba na haczyk.

— Skąd jesteś?

— Z Londynu — odparła, starając się mówić z wyraźnym akcentem. Przez grupę przeszedł pomruk. Lila kontynuowała, zdecydowana dokończyć swoją historię: — „Rybka” to mały statek — wyjaśniała — ale drogocenny. Po brzegi załadowany zapasami na miesiąc. Jedzenie, napitki… pieniądze. Jak wspomniałam, to był prezent. A teraz zniknął.

Ale nie na zawsze, co to, to nie. Lila zerknęła ponad relingiem. Jej statek był plamą na dalekim horyzoncie. Już się nie oddalał, raczej zdawał się czekać. Piraci podążyli za jej spojrzeniem głodnym wzrokiem.

— Ilu ludzi? — spytał Kasnov.

— Dostatecznie dużo — odparła. — Siedmiu? Ośmiu?

Piraci uśmiechnęli się łakomie, a ona wiedziała, co sobie myślą. Było ich dwukrotnie więcej i mieli okręt, który skrywał się w ciemności jak cień. Gdyby mogli schwytać ten umykający łup… Wyczuwała, że Baliz Kasnov przypatruje się jej głęboko osadzonymi oczyma. Spojrzała na niego i przez głowę przeszła jej myśl, czy on nie potrafi przypadkiem uprawiać magii. Większość statków można było ochronić przy użyciu kilku zaklęć — zapewniających bezpieczeństwo i komfort ludziom — ale z zaskoczeniem odkryła, że większość mężczyzn, których spotkała na morzu, miało niewielki talent do magii żywiołów. Alucard powiedział jej, że biegłość w czynieniu czarów jest umiejętnością niezwykle cenną i że ci najbardziej utalentowani wybierają zazwyczaj jakąś działalność zarobkową na lądzie. Magowie na morzu niemal zawsze skupiali się na żywiołach z nim związanych — wodzie i powietrzu — lecz tylko nieliczni potrafili odwrócić bieg rzeczy, a w końcu większość i tak wybierała dobrą, staroświecką stal. Co Lila oczywiście potrafiła docenić, skoro nawet obecnie miała przy sobie kilka ukrytych ostrzy.

— Dlaczego cię oszczędzili? — spytał Kasnov.

— A oszczędzili? — sprzeciwiła się.

Kapitan oblizał wargi. Wiedziała, że już postanowił, co zrobi z jej statkiem, teraz zaś decydował, co zrobić z nią. Załoga „Miedzianego Złodzieja” nie słynęła z miłosierdzia.

— Baliz… — odezwał się jeden z piratów, mężczyzna o skórze ciemniejszej niż pozostali. Ścisnął ramię kapitana i wyszeptał mu coś do ucha. Do Lili dotarło jedynie kilka z wymamrotanych słów. „Londyńczycy”. „Bogata”. I „okup”.

Usta Kasnova rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.

— Anesh — powiedział, kiwając głową. A później rzucił do całej załogi: — Żagle na maszt! Kurs na południowy zachód! Mamy do złowienia złotą rybkę.

Mężczyźni zagrzmieli z aprobatą.

— Moja pani — przemówił, prowadząc Lilę ku schodom. — Za tobą ciężka noc. Pozwól, że ci pokażę moją kajutę, gdzie na pewno będzie ci wygodniej.

Kiedy kapitan wiódł ją pod pokład, usłyszała za sobą odgłos otwieranej beczki i nalewanego piwa i szeroko się uśmiechnęła.

* * *

Kasnov, dzięki Bogu, nie ociągał się z wyjściem.

Zostawił ją w swoich kwaterach ze sznurem wciąż na nadgarstkach i ulotnił się, zamykając za sobą drzwi na klucz. Po drodze Lila z ulgą naliczyła pod pokładem tylko trzech mężczyzn. Oznaczało to piętnastu na całym okręcie.

Przysiadła na krawędzi kapitańskiej koi i policzyła do dziesięciu, do dwudziestu, do trzydziestu, podczas gdy nad głową nadal słyszała kroki, a „Miedziany Złodziej” skręcił w stronę jej uciekającego statku. Ci tutaj nawet się nie potrudzili, żeby poszukać u niej broni, co uznała za nieco aroganckie, gdy wydobyła ostrze ze swojego botka, po czym jednym wprawnym ruchem obróciła je w palcach i przecięła sznur. Upadł na podłogę, ona zaś pocierała przeguby dłoni, nucąc pod nosem szantę o Sarows, zjawie, która rzekomo nawiedza w nocy zbłąkane statki.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?

(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

Ujęła stan swojej sukienki w obie ręce i szarpnęła, oddzierając spódnicę, pod którą miała obcisłe czarne spodnie (nad każdym kolanem widniała przypięta pochewka z nożem), wciśnięte w botki. Chwyciła ponownie ostrze i wsunęła je w gorset na plecach, przecinając wstążki, dzięki czemu znów mogła oddychać.

Kiedy wiatr zamiera, lecz jeszcze śpiewa ci w uszach,

(W uszach, w głowie, we krwi, w kościach).

Rzuciła zieloną spódnicę na koję i rozcięła ją od rąbka po wystrzępiony pas. Tam, w koronce, ukryła pół tuzina cienkich patyczków, które miały uchodzić za fiszbiny, a wyglądały bardziej jak flary, lecz nie były ani jednymi, ani drugimi. Wsunęła ostrze z powrotem do wysokiego buta i wyjęła patyczki.

 

Kiedy prąd jest słaby i statek dryfuje,

(Dryfuje, odpływa, odpływa samotnie).

Nad głową usłyszała głuchy odgłos, jakby upadło coś ciężkiego. A potem drugi i kolejny, gdy zaczęło działać wypite piwo. Podniosła kawałek czarnej tkaniny, potarła z jednego boku węglem drzewnym i zawiązała ją sobie na twarzy.

Kiedy księżyc i gwiazdy skryją się przed ciemnością,

(Ponieważ ciemność wcale nie jest pusta).

(Nie jest pusta nic a nic).

Ostatnią rzeczą, jaką wyjęła z fałd zielonej spódnicy, była maska. Czarna, skórzana, zakrywająca całą twarz, prosta, poza rogami wykręcającymi się nad czołem z dziwną i przerażającą gracją. Lila przyłożyła maskę do nosa i zawiązała ją.

Skąd możesz wiedzieć, kiedy Sarows nadchodzi?

(Idzie, idzie, idzie po pokładzie?).

W narożniku kapitańskiej kajuty stało oparte o ścianę zwierciadło, ze starości na wpół przesrebrzone, i Lila dostrzegła w nim swoje odbicie, gdy na schodach rozległy się odgłosy kroków.

Dlaczego ty nie, ty nie, ty nie zobaczysz jej nadejścia,

(Wcale nie zobaczysz, jak nadchodzi).

Uśmiechnęła się pod maską. A potem się odwróciła i przycis­nęła plecami do ściany. Potarła patyczek o drewno, podobnie jak wcześniej flary, lecz w przeciwieństwie do flar patyczek się nie rozświetlił, pojawiły się za to kłęby bladego dymu.

W następnej minucie drzwi kapitańskiej kajuty gwałtownie się otworzyły, ale piraci byli zbyt wolni. Lila rzuciła świecę dymną na środek pokoju i usłyszała, że mężczyźni potykają się i kaszlą, po czym… dym ich po prostu powalił.

„Dwóch z głowy” — pomyślała, przestępując nad ciałami.

„Trzynastu do pokonania”.