Wyczarowanie światłaTekst

Z serii: Odcienie magii #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyczarowanie światła
Wyczarowanie światła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Wyczarowanie światła
Wyczarowanie światła
Audiobook
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


V.E. Schwab

Wyczarowanie światła


Tytuł oryginału

A Conjuring of Light ISBN 978-83-8116-421-4 Copyright © 2017 by Victoria Schwab All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018 Cover art by Will Staehle Redakcja Magdalena Wójcik Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Świat w ruinie

Miasto w cieniu

Upadek albo walka

Broń w zasięgu ręki

Popiół i pokuta

Egzekucja

Rejs się zaczyna

Niezbadane wody

Kłopoty

Krew i więzy

Śmierć na morzu

Zdrada

Miejsce króla

Antari

Anoshe

Dla tych, którzy odnaleźli drogę do domu Czysta magia nie ma osobowości. Po prostu jest, to siła natury, krew naszego świata, szpik naszych kości. Nadajemy jej kształt, lecz nigdy nie musimy oddać jej duszy. MISTRZ TIEREN, arcykapłan Londyńskiego Sanktuarium

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


I

Delilah Bard — od zawsze złodziejka, ostatnio magini, a pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, pirat — biegła najszybciej, jak potrafiła.

„Trzymaj się, Kell” — myślała, pędząc przez ulice Czerwonego Londynu, ciągle kurczowo trzymając w dłoni kawałek kamienia, który swego czasu był częścią ust Astrid Dane. Symbolem skradzionym w innym życiu, kiedy magia i pojęcie wielu światów były dla Lili czymś nowym. Gdy właśnie odkryła, że ludźmi można zawładnąć, związać ich ze sobą jak sznurem albo zamienić w kamień.

W oddali wybuchały fajerwerki, którym towarzyszyły wiwaty, śpiewy i muzyka — odgłosy miasta świętującego zakończenie Essen Tasch, turnieju magów. Miasta nieświadomego, jakie okropieństwo rozgrywa się w jego sercu. Za plecami Lili, w pałacu, książę Arnes — Rhy — umierał, co oznaczało, że gdzieś, w innym świecie, umierał również Kell.

„Kell!” — Imię zadźwięczało w jej głowie z całą mocą rozkazu i błagania.

Dotarła do drogi, której szukała, i zatrzymała się z nożem w ręku, przyciskając ostrze do wnętrza dłoni. Serce waliło jej w piersi, gdy odwróciła się plecami do panującego rozgardiaszu, a do najbliższej ściany przyłożyła krwawiącą dłoń — wciąż wraz z kawałkiem kamienia.

Wcześniej dwukrotnie odbywała taką podróż, lecz zawsze jako pasażerka.

Zawsze przy użyciu magii Kella.

Nigdy własnej.

I nigdy sama.

Teraz nie było jednak czasu na myślenie ani na strach i na pewno nie było na co czekać.

Pierś jej falowała, tętno szalało. Lila przełknęła ślinę i zbierając się na odwagę, wypowiedziała słowa. Słowa, do których miał prawo jedynie mag krwi. Antari. Ktoś taki jak Holland. Jak Kell.

— As Travars.

Magia przemknęła w górę po jej ramieniu i przez klatkę piersiową, a potem miasto wokół się zachwiało, a w miarę jak świat znikał, zmieniała się grawitacja.

Lila sądziła, że przejście będzie łatwe lub przynajmniej ­zwyczajne.

Że będzie czymś, co można przetrwać albo nie.

Myliła się.

II

W sąsiednim świecie Holland tonął.

Siłą woli próbował wydobyć się na powierzchnię, szybko jednak pociągnęła go z powrotem w dół, w ciemną wodę, czyjaś twarda jak żelazo moc. Walczył, szarpał się i z trudem łapał powietrze, tracąc siły wraz z każdym gwałtownym ruchem, wraz z każdym desperackim szarpnięciem. To było gorsze niż umieranie, ponieważ umieranie ustępuje pola śmierci, a ta walka jakoś się nie kończyła.

Nie było światła. Ani powietrza. Holland nie miał sił. Wszystko mu zabrano, od wszystkiego odcięto, pozostawiwszy jedynie ciemność, a gdzieś poza torturą jakiś głos krzyczał jego imię.

Głos Kella…

Zbyt odległy.

Uścisk osłabł, ręka się ześlizgiwała i Holland znowu zaczął tonąć.

Jedyne, czego kiedykolwiek pragnął, to przywrócenie magii; chciał, żeby jego światu oszczędzono powolnej, nieubłaganej śmierci — śmierci spowodowanej najpierw lękiem przed innym Londynem, a potem lękiem przed własnym miastem.

Chciał jedynie ujrzeć odbudowę własnego świata.

Odrodzenie!

Znał legendy — marzenia — o magu na tyle potężnym, że mógłby tego dokonać. Na tyle silnym, że potrafiłby ponownie wprowadzić powietrze w wygłodniałe płuca miasta, przyspieszyć bicie jego umierającego serca.

Odkąd pamiętał, tylko tego chciał.

Odkąd pamiętał, chciał być tym magiem.

Chciał nim być, jeszcze zanim ciemność rozkwitła w jego oku, piętnując go znakiem mocy. Jako dziecko stawał na brzegu rzeki Sijlt, rzucając kamienie na zamarzniętą powierzchnię i wyobrażając sobie, że to właśnie on roztrzaska lód. Jako dorosły mężczyzna stawał w Srebrnym Lesie i modlił się o siłę do ochrony swego domu. Nigdy nie chciał być królem, chociaż w opowieściach mag zawsze nim był. Nie chciał rządzić światem. Chciał go jedynie uratować.

Athos Dane nazwał to arogancją — tej pierwszej nocy, kiedy Hollanda, broczącego krwią i na wpół przytomnego, zaciągnięto do komnat nowego władcy.

„Arogancja i pycha — drwił Athos, kiedy wyrył swoją klątwę w skórze Hollanda. — Cechy, które trzeba wyplenić”.

I to właśnie robił. Łamał Hollandowi jedną kość po drugiej, każdego dnia, po kolei. Aż jedynym, czego antari chciał, bardziej niż możliwości uratowania własnego świata, bardziej niż sił do przywrócenia magii, bardziej niż czegokolwiek, było prag­nienie, żeby to się skończyło.

To było tchórzostwo, wiedział o tym, ale tchórzostwo przychodzi znacznie łatwiej niż nadzieja.

A w tamtej chwili w pobliżu mostu, kiedy Holland stracił czujność i pozwolił rozpieszczonemu młodemu księciu Kellowi wbić sobie w pierś metalową sztabę, pierwszą rzeczą, jaką poczuł — pierwszą, ostatnią i jedyną rzeczą, jaką poczuł — była ulga.

Że to się nareszcie skończyło.

Tylko że nic się wcale wtedy nie skończyło.

Trudno jest zabić antarich.

Kiedy się obudził, leżąc w martwym ogrodzie, w martwym mieście, w martwym świecie, pierwsze, co poczuł, to ból. Drugim uczuciem była wolność. Uścisk Athosa Dane’a zniknął, a on, Holland żył… był rozbity, lecz żywy.

I zdany na własne siły.

Uwięziony w zranionym ciele w świecie bez wyjścia, skazany na łaskę innego króla. Tym razem jednak miał wybór!

Szansę na naprawienie wszystkiego.

Na wpół martwy stanął przed onyksowym tronem, przemówił do króla wyrzeźbionego z kamienia i wymienił wolność na sposobność uratowania swojego Londynu, na możliwość ponownego zobaczenia swego miasta w stanie kwitnącym. Zawarł porozumienie, zapłacił własnym ciałem i duszą. A wraz z mocą króla-cienia w końcu wskrzesił magię i jego świat rozkwitł kolorem, nadzieja jego ludu na nowo się rozbudziła, jego miasto zostało odbudowane.

By je chronić, zrobił wszystko, co mógł, i oddał wszystko, co miał.

Ale to i tak nie było dość.

 

Nie dla króla-cienia, który zawsze chciał więcej, który codziennie rósł w siłę i łaknął chaosu, magii w jej najprawdziwszej formie, mocy bez kontroli.

Holland tracił kontrolę nad potworem w swojej skórze.

Zrobił więc jedną jedyną rzecz, jaką zrobić mógł.

Zaoferował Osaronowi inne ciało.

„Bardzo dobrze… — powiedział król, demon, bóg. — Ale jeśli ta osoba nie da się przekonać, zatrzymam twoje ciało na własność”.

I Holland wyraził na to zgodę — jak mógł się nie zgodzić?

Wszystko dla Londynu.

A Kell — samolubny, infantylny, uparty Kell, złamany, bezsilny i unieruchomiony przez ten przeklęty kołnierz — ciągle odmawiał.

Oczywiście, że odmawiał.

Oczywiście…

Wówczas król-cień uśmiechnął się ustami Hollanda, a on, Biały antari, walczył, wszystkimi siłami, które potrafił wezwać, ale niestety, umowa była umową, porozumienie zostało zawarte i Holland poczuł, że Osaron rzuca się w górę — jednym ostrym ruchem — on sam zaś został zepchnięty w dół, w ciemną otchłań własnego umysłu, wciśnięty pod nurt woli króla-cienia.

Bezradny, uwięziony w ciele, zgodnie z zawartą umową, niezdolny zrobić nic poza obserwowaniem, odczuwaniem i tonięciem.

— Holland!

Głos Kella załamał się, kiedy młody książę naparł zmaltretowanym ciałem na konstrukcję, w ten sam sposób, w jaki zrobił to Holland dawno temu, gdy po raz pierwszy związał go ze sobą Athos Dane.

Złamał go. Klatka odebrała Kellowi większą część posiadanej mocy; kołnierz wokół szyi odciął resztę. W oczach młodego księcia dostrzegł przerażenie i desperację, która go zaskoczyła.

— Holland, draniu, staw opór!

Holland spróbował, lecz jego ciało nie należało już do niego, a umysł, zmęczony umysł, opadał w dół, w dół, w dół…

„Poddaj się” — powiedział król-cień.

— Pokaż mi, że nie jesteś słaby! — Przeciskał się głos Kella. — Dowiedź, że nie jesteś ciągle tylko niewolnikiem czyjejś woli!

„Nie możesz ze mną walczyć”.

— Naprawdę przeszedłeś całą tę drogę z powrotem, żeby w ten sposób przegrać?

„Już zwyciężyłem”.

— Holland!

Holland nienawidził Kella, a w tym konkretnym momencie ta nienawiść niemal wystarczała, żeby podciągnąć go w górę, ale nawet gdyby chciał zareagować na przynętę ze strony drugiego antariego, Osaron pozostawał nieubłagany.

Holland usłyszał wtedy własny głos, lecz — naturalnie — nie był to jego głos. Pokrętna imitacja ze strony monstrum noszącego jego skórę. W ręku Hollanda była karmazynowa moneta, symbol innego Londynu, Londynu Kella, a Kell przeklinał i rzucał się w więzach, aż jego pierś falowała, a z nadgarstków ciekła krew.

Bezcelowe.

To wszystko było bezcelowe.

Po raz kolejny Holland stał się więźniem we własnym ciele.

— Po prostu zamieniłeś jednego pana na drugiego. — Głos Kella rozbrzmiał echem w ciemnościach.

Poruszali się teraz, Osaron kierował ciałem Hollanda. Drzwi zamknęły się za nimi, ale wołania Kella wciąż odbijały się od drewna, słowa rozpadały się w zniekształcone sylaby i zdławione okrzyki.

W korytarzu stała Ojka, ostrząc swoje noże. Podniosła głowę, ukazując półksiężycowatą bliznę na policzku i dwubarwne oczy — jedno żółte, drugie czarne. Antari stworzony ich rękoma — za sprawą ich miłosierdzia.

— Wasza Królewska Mość — powiedziała, prostując się.

Holland usiłował się zbuntować, usiłował przepchnąć własny głos przez ich — jego i potwora — wargi, ale kiedy się odezwał, padły słowa Osarona.

— Strzeż drzwi. Nie pozwól nikomu przejść.

Na czerwonych jak szrama ustach Ojki błysnął uśmiech.

— Jak sobie życzysz, panie.

Pałac rozmył się, a chwilę później znaleźli się na zewnątrz, mijając posągi bliźniaków Dane u podstawy schodów, poruszając się szybko pod sinawym niebem przez ogród otoczony obecnie drzewami zamiast ciał.

Co by się z tym stało bez Osarona i bez niego, Hollanda? Czy miasto dalej by rozkwitało? A może rozpadłoby się jak pozbawione życia ciało?

„Proszę — błagał cicho. — Ten świat mnie potrzebuje”.

„Ten świat nie ma sensu — powiedział Osaron głośno, a Holland poczuł napływ mdłości, ponieważ był w ich wspólnej głowie jedynie myślą, nie zaś słowem. — Jest już martwy — kontynuował król. — Zaczniemy od nowa. Znajdziemy świat wart naszego potencjału”.

Dotarli do muru ogrodowego i Osaron wyjął sztylet z pochwy przy ich pasie. Ukąszenie ciała przez stalowe ostrze było niczym, jak gdyby Holland został już odcięty od własnych zmysłów, zagrzebanych zbyt głęboko, by poczuł cokolwiek poza uściskiem Osarona. A jednak, kiedy palce króla-cienia pokryły się smugami krwi i podniosły monetę Kella do muru, Holland z trudem zawalczył po raz ostatni.

Nie był w stanie odzyskać swego ciała… jeszcze nie… nie całego ciała — ale być może całego nie potrzebował.

Jedna ręka. Pięć palców.

Wrzucił każdy gram siły, każdą krztynę woli w tę jedną kończynę i w połowie drogi do muru ręka się zatrzymała, zawisając w powietrzu.

Krew ściekała po nadgarstku Hollanda. Znał słowa niezbędne do zniszczenia ciała, do zmienienia go w lód, w popiół czy w kamień.

Musiał jedynie nakierować rękę ku własnej piersi.

Musiał jedynie nadać kształt magii…

Czuł, jak Osarona przepełnia irytacja. Irytacja, lecz nie wściekłość, jak gdyby ten ostatni zryw, ten wielki protest lekko go tylko zaswędział.

„Jakież to nudne”.

Holland ciągle walczył, zdołał nawet przesunąć rękę o centymetr czy dwa.

„Odpuść, Holland” — ostrzegła istota w jego głowie.

Antari wcisnął resztki siły woli w swoją rękę, przeciągając ją o kolejny centymetr.

Osaron westchnął.

„To nie musiało tak wyglądać”.

Wola Osarona uderzyła Hollanda jak obuchem. Jego ciało nie poruszyło się, lecz umysł trzasnął w tył, przygwożdżony miażdżącym bólem. Nie był to ból, który Holland wcześniej czuł setki razy, taki, o którym wiedział, że istnieje gdzieś poza nim, na zewnątrz, taki, przed którym potrafił uciec. Ten ból wrósł w jego serce. Rozpalał się, nagle i żywo, a każdy nerw parzył takim gorącem, że Holland krzyczał i krzyczał, i krzyczał we własnej głowie, aż wreszcie ciemność litościwie zamknęła się nad nim, wciągając go w dół.

I tym razem Holland nie starał się wynurzyć na powierzchnię.

Tym razem pozwolił swemu ciału zatonąć.

III

Kell ciągle miotał się w metalowej klatce — długo po tym, jak drzwi się zatrzasnęły, a rygiel zasunął. Jego głos nadal odbijał się echem od ścian z jasnego kamienia. Krzyczał, aż ochrypł. Nikt jednak nie przyszedł. W jego ciele szalał strach, ale najbardziej przerażało go osobliwe rozluźnienie w piersi — rozstrojenie istotnego związku, rozprzestrzenienie poczucia straty.

Prawie nie mógł dosłyszeć tętna brata.

Prawie nie czuł niczego poza bólem w przegubach dłoni i straszliwym, paraliżującym zimnem. Przekręcał się w metalowej konstrukcji, walcząc z ograniczeniami, ale na nieszczęście trzymały mocno. Na bokach urządzenia nabazgrano zaklęcia i mimo jego krwi rozsmarowanej na stali jego szyję otaczał kołnierz, odcinając wszystko, czego Kell potrzebował. Wszystko, co miał. Wszystko, czym był! Kołnierz rzucał cień na jego umysł, kładł lodowatą błonę na jego myśli, lodowaty strach i smutek oraz, co najgorsze, odbierał nadzieję. Siłę.

„Poddaj się — szeptało coś w jego krwi. — Nie masz nic. Jesteś niczym. Bezsilny”.

Kell nigdy nie był bezsilny.

Nie wiedział, jak to jest.

Panika ustępowała miejsca magii.

Musiał wyjść.

Z tej klatki.

Z tego kołnierza.

Z tego świata.

Rhy kiedyś, chcąc go sprowadzić do domu, wyrył słowo na włas­nej skórze, a wtedy Kell wrócił, po czym znowu odszedł. Porzucił księcia, koronę, miasto. Podążył przez drzwi pomiędzy światami za kobietą w bieli, ponieważ mu powiedziała, że jest potrzebny, że potrafi jej pomóc, że to jego wina i powinien naprawić szkody.

Jego serce słabło w piersi.

Nie, nie jego serce. Serce Rhya! Życie przywiązane do niego za pomocą magii, której już w sobie… nie miał! Panika ponownie rozbłysła, dmuchając gorącem w paraliżujący chłód, i Kell przywarł do niej kurczowo, odsuwając się od pustego strachu kołnierza. Wyprostował się w ramie, zacisnął zęby i ciągnął kajdany, aż poczuł trzask kości w nadgarstkach, rozdzieranie skóry. Krew spłynęła w gęstych czerwonych kroplach na kamienną posadzkę, intensywna, lecz bezużyteczna. Zdławił krzyk, gdy metal przesuwał się po skórze i wbijał w nią. Ból przeszył mu ramię, mknąc w górę, jednak Kell nadal ciągnął, choć metal ranił mu mięśnie, a potem kości, aż w końcu uwolnił prawą rękę.

Opadł gwałtownie w tył, zrobił potężny wdech i starał się zacis­nąć zakrwawione, bezwładne palce wokół kołnierza, lecz w chwili, w której dotknął nimi metalu, okropne mrowiące zimno wspięło się po jego ramieniu, a potem ogarnęło głowę.

— As Steno — błagał. „Rozerwij”.

Nic się nie zdarzyło.

Żadna moc nie pojawiła się, nie wypełniła rozkazu.

Załkał i zawisł na konstrukcji. Pomieszczenie przechyliło się i zwęziło, a on poczuł, że jego umysł sunie ku ciemnościom, lecz zmusił ciało do pozycji pionowej, przemógł się i przełknął podnoszącą się w gardle żółć. Zacisnął odartą ze skóry, połamaną rękę wciąż uwięzionego ramienia i zaczął ciągnąć.

Upłynęły minuty — które wydawały się godzinami, latami — aż wreszcie się wyrwał.

Wydobył się z konstrukcji i zachwiał na nogach. Metalowe kajdany wbiły się wcześniej w przeguby jego dłoni głęboko — zbyt głęboko — a jasny kamień pod stopami lśnił czerwienią krwi.

„To twoja?” — wyszeptał jakiś głos.

Wspomnienie młodziutkiej twarzy Rhya wykrzywionej z przerażeniem na widok smug krwi pokrywających jego własną pierś i pociętych przedramion brata.

„To wszystko twoje?”

Teraz kołnierz ociekał czerwienią, podczas gdy Kell rozpaczliwie ciągnął metal.

Palce bolały od zimna, wreszcie znalazł zatrzask i szarpał go paznokciami, zapięcie jednak nie ustąpiło. Tracił skupienie. Poślizgnął się na własnej krwi i upadł na połamane ręce. Krzyknął, obrócił się i nakazał swemu ciału wstać.

Musiał się podnieść.

Musiał wrócić do Czerwonego Londynu.

Musiał powstrzymać Hollanda… powstrzymać Osarona!

Musiał uratować Rhya.

Musiał, musiał, musiał… Ale w tym momencie mógł jedynie leżeć na chłodnym marmurze, a ciepło rozchodziło się wokół niego w rzadkiej czerwonej sadzawce.

IV

Książę osunął się w łóżku przesiąkniętym potem, dławiąc się metalicznym smakiem krwi. Głosy wokół niego rosły i opadały, na otoczenie komnaty składała się niewyraźna plama cieni i fragmenty światła. Czyjś krzyk przedarł się przez jego głowę, ale to jego szczęki zacisnęły się z bólu. Bólu, który nie należał do niego.

„Kell!”

Rhy zgiął się wpół, kaszląc krwią i żółcią.

Usiłował się podnieść — musiał wstać, musiał odnaleźć brata — ale jakieś ręce wysuwały się z ciemności, walczyły z nim, trzymały go w dole, na jedwabnej pościeli; jakieś palce wbijały się w jego ramiona, nadgarstki i kolana, i znowu pojawiał się ból, straszliwy i ostry, rozrywający ciało, przeciągający pazurami po kościach. Rhy próbował sobie przypomnieć. Kell — aresztowany. Jego cela — pusta. Przeszukiwanie pokrytego cętkami słońca sadu. Wzywanie imienia brata. Potem, ni z tego, ni z owego, ból, wślizgujący się między żebra Rhya, dokładnie tak samo jak tamtej nocy, okropna, odcinająca wszystko rzecz, która nie pozwalała mu oddychać.

Nie mógł…

„Nie puszczaj” — powiedział czyjś głos.

„Zostań ze mną”.

„Zostań…”

* * *

Rhy wcześnie poznał różnicę pomiędzy chęcią i potrzebą.

Jako syn i dziedzic — jedyny dziedzic — rodziny Mareshów, światło Arnes, przyszłość imperium, nigdy (jak poinformował go we wczesnym dzieciństwie pewien opiekun, zanim został usunięty z królewskiej służby) nie doświadczył prawdziwej potrzeby. Ubrania, konie, instrumenty, odświętne stroje — o wszystko, czego zapragnął, musiał po prostu poprosić i wtedy to otrzymywał.

A jednak młody książę naprawdę chciał — bardzo, bardzo chciał — czegoś, czego otrzymać nie mógł. Chciał tego, co krążyło we krwi tak wielu chłopców i dziewczynek niskiego stanu. Tego, co przychodziło z taką łatwością jego ojcu, jego matce, Kellowi.

 

Rhy chciał magii.

Chciał jej z entuzjazmem, który rywalizował z każdą potrzebą.

Jego ojciec król miał talent do metali, a jego matka bez trudu radziła sobie z wodą, lecz magia nie jest jak czarne włosy, brązowe oczy czy wysokie pochodzenie i nie stosuje się do reguł dziedziczenia, nie przechodzi z rodziców na dziecko. Magia obiera własny kurs.

Co do Rhya, już gdy miał dziewięć lat, można się było domyślić, że magia najwyraźniej go nie wybrała.

Nie uwierzył jednak, że został całkowicie pominięty; magia bez wątpienia musiała być tam, gdzieś wewnątrz niego, ten płomień mocy czekający na odpowiedni moment, na odpowiedni wdech, na właściwy impuls. Mimo wszystko, Rhy Maresh był wszak księciem. I jeśli magia nie przyjdzie do niego, sam po nią sięgnie!

Właśnie to przekonanie sprowadziło go tutaj, na kamienną podłogę pełnej przeciągów starej biblioteki Sanktuarium, gdzie dygotał, ilekroć lodowaty powiew szarpnął haftowanym jedwabiem jego spodni (przeznaczonych do noszenia w pałacu, w którym zawsze było ciepło).

Wcześniej, zawsze gdy skarżył się na ziąb w Sanktuarium, stary Tieren marszczył czoło.

„Magia tworzy własne ciepło” — mawiał, co było wspaniałe, jeśli było się magiem, tyle że Rhy nim nie był.

Jeszcze nie.

Tym razem nie narzekał. Nawet nie powiedział arcykapłanowi, że tu jest.

Przykucnął w jakiejś niszy na tyłach biblioteki, ukryty za posągiem i długim drewnianym stołem, po czym rozłożył na podłodze skradziony pergamin.

Urodził się ze zręcznymi palcami złodzieja — ale naturalnie, jako członek rodziny królewskiej, niemal nigdy nie musiał z tej umiejętności korzystać. Ludzie zawsze chętnie i szczodrze oferowali mu różne rzeczy, a nawet byli skłonni i zawsze gotowi dostarczyć wszystko: od peleryny w zimny dzień po lukrowane ciasto z kuchni.

Ale Rhy nie poprosił o zwój; wziął go sam z biurka Tierena, jeden z kilkunastu związanych cienką białą wstążką, która znakowała zaklęcie kapłana. Ku rozczarowaniu chłopca żaden z nich nie był szczególnie fantazyjny czy wyszukany. Skupiały się za to na użyteczności.

Zaklęcia mające powstrzymać żywność przed zepsuciem.

Zaklęcia mające uchronić drzewa w sadzie przed mrozem.

Zaklęcia mające zatrzymać ogień płonący bez oliwy.

I Rhy wypróbował wszystkie po kolei, aż znalazł to, które potrafił wykonać. Zaklęcie, które przemówiłoby do magii z pewnością śpiącej w jego żyłach. Zaklęcie, które umiałoby ją zbudzić.

Pomieszczeniem Sanktuarium targnął podmuch wiatru, kiedy książę wydobył z kieszeni garść czerwonych linów i obciążył nimi leżący na podłodze pergamin.

Na powierzchni pergaminu, wyrysowana pewną ręką arcykapłana, widniała mapa — nie taka jak te w sali narad ojca Rhya, które pokazywały całe królestwo.

Nie, to była mapa zaklęć, schemat magii.

Na górze zwoju wypisano trzy słowa w języku ludu Arnes.

— Is Anos Vol — przeczytał Rhy.

„Wieczny Płomień”.

Pod słowami znajdowały się dwa koncentryczne kręgi, połączone delikatnymi liniami i upstrzone małymi symbolami — ulubionymi skrótami londyńskich twórców zaklęć. Rhy patrzył spod przymrużonych powiek, próbując zrozumieć gryzmoły. Miał talent do języków, wychwytywania lekkiej intonacji zdań Faroan, nierównych fal veskańskich sylab, wznoszenia się i opadania w granicznych dialektach Arnes — tyle że słowa na pergaminie wydawały się zmieniać i rozmazywać przed jego oczyma, to się wyostrzając, to znikając.

Przygryzł wargę (to był zły nawyk i matka stale przypominała, żeby tego nie robił, ponieważ coś takiego nie przystoi księciu!), potem ułożył ręce po obu stronach dokumentu, muskając zewnętrzny okrąg koniuszkami palców, i zaczął wypowiadać zaklęcie.

Skoncentrował wzrok na środku stronicy i czytał, wymawiając na głos każde słowo, źle brzmiące, załamujące się sylaby. W uszach coraz głośniej słyszał uderzenia własnego pulsu, niezgodne z naturalnym rytmem magii. Ale nie przerwał, przyszpilił zaklęcie czystą siłą woli, a kiedy zbliżał się do końca, poczuł w rękach gorące mrowienie; ogarniało powoli jego dłonie, palce dotykające krawędzi kręgu, a później…

Nic.

Żadnej iskry.

Żadnego płomienia.

Powtórzył zaklęcie jeszcze raz, dwa razy, trzy razy, lecz ciepło w jego rękach już słabło, rozpuszczając się w zwyczajne ciarki odrętwienia. Zniechęcony zrezygnował, a gdy przestał czytać, słowa znów się zamazały.

Opadł z powrotem na chłodne kamienie.

— Sanct — wymamrotał, chociaż wiedział, że nie powinien używać tego przekleństwa w ogóle, a cóż dopiero tutaj.

— Co robisz?

Popatrzył w górę i przy wejściu do niszy zobaczył brata w czerwonej pelerynie zarzuconej na wąskie ramiona. Już teraz, w wieku dziesięciu lat i dziewięciu miesięcy Kell miał rysy poważnego mężczyzny, łącznie z bruzdą między brwiami. Jego rude włosy błyszczały nawet w szarym porannym świetle, a oczy — jedno niebieskie, drugie czarne jak noc — sprawiały, że ludzie spuszczali albo odwracali własne. Rhy nie rozumiał powodów ich zachowania, ale zawsze starał się patrzeć bratu w twarz, pokazać mu, że nie ma to dla niego znaczenia. Oczy to oczy.

Tak naprawdę, ma się rozumieć, Kell nie był jego bratem. Wystarczył rzut oka, by dostrzec ich odmienność. Kell zdawał się mieszaniną, jakby został stworzony z połączonych ze sobą różnych rodzajów gliny — miał jasną skórę Veskan, tyczkowate ciało Faroan i miedziane włosy, które można było znaleźć jedynie u mieszkańców północnego brzegu Arnes. No i, oczywiście, te jego oczy. Jedno naturalne, choćby nieszczególnie arnezyjskie, a drugie antari, oznaczone przez samą magię jako aven. „Błogosławiony”.

Rhy natomiast, ze skórą w ciepłym odcieniu brązu, czarnymi włosami i bursztynowymi oczyma, był uosobieniem Londynu, uosobieniem Mareshów, uosobieniem rządzącej rodziny królewskiej.

Teraz Kell zerknął na zarumienionego księcia, a następnie na rozłożony przed nim pergamin. Ukląkł naprzeciwko brata i tkanina jego peleryny opadła wokół niego na kamienie.

— Skąd go masz? — spytał z wyraźnym niezadowoleniem w głosie.

— Od Tierena — odparł Rhy. Brat posłał mu sceptyczne spojrzenie i Rhy się poprawił: — Z gabinetu Tierena.

Kell przebiegł wzrokiem zaklęcie i zmarszczył brwi.

— Wieczny płomień?

Rhy w zamyśleniu podniósł z podłogi jeden z linów i wzruszył ramionami.

— Pierwszy, jaki wpadł mi w ręce. — Silił się na ton sugerujący, że nie interesuje go to głupie zaklęcie, ale gardło miał ściśnięte, a oczy mu płonęły. — Nieważne — dodał, rzucając monetą po podłodze, jakby to był kamyk, którym puszczał kaczki na wodzie. — Nie wychodzi mi.

Kell przeniósł ciężar ciała z jednej strony na drugą. Jego wargi poruszały się bezgłośnie, najwyraźniej odczytywał bazgroły kapłana. Później przytrzymał ręce nad papierem, dłońmi do dołu, jak gdyby okrywał płomień, którego jeszcze nawet tam nie było, po czym zaczął recytować zaklęcie. Kiedy Rhy wcześniej starał się wypowiedzieć słowa, spadały jak kamienie, lecz w ustach Kella, płynne i syczące, stawały się czystą poezją.

Powietrze wokół nich ogrzało się natychmiast, para uniosła się z napisanych na zwoju wersów, a atrament, gdy scalił się z kropelką oliwy, zapłonął.

Płomień krążył w powietrzu między rękoma Kella, lśniący i biały.

Antari sprawił, że cała czynność wyglądała na niezwykle łatwą, i Rhy poczuł przebłysk gniewu na brata — gorący jak iskra, lecz dokładnie tak samo krótkotrwały.

To nie była wina Kella, że Rhy nie potrafił czynić magii.

Książę zaczął się podnosić, kiedy Kell złapał go za rękaw. Pokierował dłonie brata na obie strony zaklęcia, wciągając go w świat swojej magii. Ciepło łaskotało dłonie Rhya i poczuł się rozdarty między przyjemnością z posiadania mocy i wiedzą, że owa moc nie jest jego.

— To nie w porządku — mruknął. — Jestem księciem korony, spadkobiercą Maxima Maresha. Powinienem sam umieć wzniecić ten przeklęty płomień.

Kell zagryzł wargę (akurat jego matka nigdy nie łajała za ten nawyk), a potem powiedział:

— Istnieją różne rodzaje mocy.

— Wolałbym mieć magię niż koronę — dąsał się Rhy.

Antari przyjrzał się niewielkiemu białemu płomieniowi między nimi.

— Jeśli się nad tym zastanowić, korona jest rodzajem magii. Mag rządzi żywiołem. Król rządzi imperium.

— Tylko jeśli król jest dostatecznie silny.

Kell popatrzył wtedy na niego.

— Będziesz dobrym królem, o ile uprzednio nie dasz się zabić.

Rhy sapnął, poruszając oddechem płomień.

— Skąd wiesz?

Na to Kell się uśmiechnął. To była rzadkość i Rhy chciał ów uśmiech podtrzymać — tylko on jeden potrafił skłonić brata do uśmiechu i bardzo się tym szczycił — wówczas jednak Kell odrzekł mu: „Magia” i Rhy miał ochotę zamiast tego trzasnąć go pięścią.

— Jesteś dupkiem — wymamrotał, usiłując się odsunąć, lecz palce brata zacisnęły się mocniej.

— Nie puszczaj.

— Zostaw — odparł Rhy, najpierw żartobliwie, ale później, kiedy ogień w jego dłoniach stał się bardziej jaskrawy i gorętszy, powtórzył poważniej: — Przestań. Sprawiasz mi ból.

Ciepło lizało jego palce, coraz intensywniejszy ból przeszywał jego ręce i piął się po jego ramionach.

— Przestań — poprosił. — Kell, przestań!

Kiedy jednak popatrzył w górę znad płonącego ognia na twarz antariego, nie zobaczył wcale twarzy. Nie zobaczył niczego poza sadzawką ciemności. Zrobił głęboki wdech i spróbował się wyrwać, lecz jego brat nie był już z ciała i krwi, lecz z kamienia, z rękoma wyrzeźbionymi w kajdany otaczające nadgarstki Rhya.

Pomyślał, że to nie jest w porządku, że to musi być sen — zły sen — ale gorąco ognia i miażdżący nacisk na przegubach jego dłoni były takie realne i narastały wraz z każdym uderzeniem serca, wraz z każdym oddechem.

Płomień między nimi stał się długi i cienki, wyciągnięty w ostrze ze światła; jego czubek celował początkowo w sufit, a następnie, powoli, okrutnie, w Rhya. Książę walczył i krzyczał, ale zdawało mu się, że nic nie powstrzyma noża, który płonął i wbijał się w jego pierś.