Mroczniejszy odcień magiiTekst

Z serii: Odcienie magii #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mroczniejszy odcień magii
Mroczniejszy odcień magii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Mroczniejszy odcień magii
Mroczniejszy odcień magii
Audiobook
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


V.E. Schwab

Mroczniejszy odcień magii


ISBN: 978-83-65521-61-3

TYTUŁ ORYGINAŁU: A Darker Shade of Magic



Copyright © 2015 by Victoria Schwab

All rights reserved


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016

Cover art by Will Staehle


Redakcja: Magdalena Wójcik


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Jeden. Podróżnik

Dwa. Król Czerwonego Londynu

Trzy. Złodziejka z Szarego Londynu

Cztery. Tron Białego Londynu

Pięć. Kamień z Czarnego Londynu

Sześć. Złodzieje się poznają

Siedem. Uczennica

Osiem. Plan

Dziewięć. Święto i ogień

Dziesięć. Jedna biała wieża szachowa

Jedenaście. Maskarada

Dwanaście. Sanktuarium i ofiara

Trzynaście. Czekający król

Czternaście. Ostatnie drzwi

Podziękowania

Dla tych, którzy marzą o bardziej niezwykłych światach

Kłopot z magią polega na tym, że nie jest ona kwestią mocy, lecz równowagi. W przypadku zbyt małej mocy stajemy się słabi. Zbyt dużo mocy — i stajemy się kimś zupełnie innym.

TIEREN SERENSE,

arcykapłan Londyńskiego Sanktuarium


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jeden. Podróżnik
I

Kell nosił bardzo szczególne okrycie.

Nie posiadało jednej strony, co byłoby typowe, ani dwóch, co byłoby nieoczekiwane, lecz miało ich kilka, co było — oczywiście — niemożliwe.

Po przejściu z jednego Londynu do drugiego Kell zawsze najpierw zdejmował okrycie i odwracał je na inną stronę — raz, dwa razy (albo nawet trzy), aż znalazł tę, której potrzebował. Nie wszystkie wyglądały modnie, ale niemal każda służyła jakiemuś celowi. Były takie, które wtapiały się w tło, i takie, które się wyróżniały; jedna niczemu nie służyła, ale Kell po prostu bardzo ją lubił.

Kiedy więc przeszedł przez zamkową ścianę i wkroczył do przedpokoju, minęła dobra chwila, zanim odzyskał równowagę — przemieszczanie się pomiędzy światami wymagało ofiary krwi — po czym zdjął czerwony płaszcz z wysokim kołnierzem i odwrócił go na inną stronę, a wtedy płaszcz zmienił się w prostą czarną marynarkę. Albo raczej prostą czarną marynarkę elegancko obszytą srebrną nitką i ozdobioną dwoma rzędami lśniących srebrnych guzików. Za granicą Kell musiał oczywiście wybierać skromniejszą paletę barw (ponieważ nie chciał obrażać lokalnego władcy ani przyciągać niczyjej uwagi), nie znaczyło to jednak, że nie mógł ubierać się stylowo.

„Ach, na królów!” — żachnął się, zapinając guziki marynarki. Zaczynał myśleć jak Rhy.

Na ścianie za sobą dostrzegał jeszcze słaby symbol własnego przejścia, niczym powoli znikający ślad stopy odciśniętej w piasku.

Akurat z tej konkretnej strony nigdy nie oznaczał drzwi, po prostu dlatego, że w żadnym wypadku tą drogą nie wracał. Podróż z Windsoru do Londynu była szalenie niedogodna, zważywszy na fakt, że przemieszczając się między światami, trafiał dokładnie w te same punkty geograficzne. A problem polegał na tym, że o dzień drogi od Czerwonego Londynu nie było windsorskiego zamku królewskiego. Aby tu dotrzeć, Kell przekroczył po prostu kamienną ścianę dziedzińca domu należącego do zamożnego dżentelmena w mieście o nazwie Disan. Miasto Disan było, ogólnie rzecz ujmując, bardzo przyjemnym miejscem.

Windsor natomiast nie.

Niewątpliwie imponujący, ale nie przyjemny.

Wzdłuż ściany biegł marmurowy kontuar, a na nim — jak zwykle — czekała na Kella miska z wodą. Opłukał zakrwawioną rękę, a także monetę, srebrną koronę, której użył do przejścia. Sznurek z monetą zawiesił sobie na szyi, a następnie wsunął z powrotem pod kołnierz. W korytarzu za sobą słyszał szuranie stóp oraz ciche mamrotanie służących i strażników. Specjalnie wybrał ten przedpokój, żeby uniknąć spotkania z nimi wszystkimi. Doskonale wiedział, jak bardzo księciu regentowi nie podoba się jego pobyt tutaj, i nie miał ochoty trafić na osoby, które złożą szczegółowe sprawozdanie z jego wizyty w sali tronowej.

Ponad kontuarem i miską wisiało lustro w złoconej ramie, więc szybko się w nim przejrzał — rudawobrązowe włosy opadały mu na jedno oko, ale ich nie odgarnął, chociaż poświęcił chwilę na wygładzenie rękawów marynarki — a następnie przeszedł przez drzwi i udał się na spotkanie z królem.

W sali było duszno i gorąco — mimo pięknego październikowego dnia okna szczelnie zamknięto, a w palenisku szalał potężny ogień.

Jerzy III siedział obok paleniska, w szacie narzuconej na zasuszone ciało, u jego kolan stała taca z nietkniętą herbatą. Kiedy Kell wszedł, król chwycił się kurczowo krawędzi tronu.

— Kto tam?! — zawołał, nie odwracając się. — Rabusie? Duchy?

— Nie wierzę, że duchy odpowiadają, Wasza Wysokość — odparł Kell, zamiast się przedstawić.

Niedomagający władca uśmiechnął się krzywo.

— Panie Kell — powiedział. — Kazałeś na siebie czekać.

— Nie dłużej niż miesiąc — odrzekł i zrobił krok w stronę tronu.

Król Jerzy zmrużył niewidzące oczy.

— Dłużej, jestem tego pewny.

— Przysięgam, że nie.

— Może nie dla ciebie! — odparował władca. — Ale czas nie płynie tak samo dla szaleńca jak dla ślepca.

Kell uśmiechnął się, bo król był dziś w dobrej formie; nie zawsze tak bywało. Nigdy nie miał pewności, w jakim stanie znajdzie Jego Wysokość. Może król Jerzy sądził, że minęło już więcej niż miesiąc, ponieważ w trakcie ostatniej wizyty popadł w paskudny nastrój i Kell ledwie zdołał uspokoić jego zszargane nerwy na czas, który pozwolił przekazać wiadomość.

— Może to rok się zmienił — kontynuował król — a nie miesiąc.

— Och, nie, rok jest ten sam.

— Czyli który?

Kell zmarszczył czoło.

— Tysiąc osiemset dziewiętnasty.

Przez twarz króla przemknął cień, a potem on sam tylko potrząsnął głową.

— Czas — powiedział, jak gdyby to jedno słowo mógł obarczyć winą za wszystko. — Siadaj, siadaj — dodał, wskazując ogólnie na pomieszczenie. — Gdzieś tutaj musi być jeszcze jedno krzesło.

Żadnego nie było. Wyposażenie komnaty przedstawiało się skandalicznie skromnie, a Kell miał pewność, że drzwi do korytarza można otworzyć jedynie z zewnątrz, nie stąd.

Król wyciągnął sękatą dłoń. Zdjęto mu pierścienie, żeby się nie poranił, a paznokcie miał przycięte bardzo krótko.

— Mój list — polecił i w tej chwili Kell ujrzał przebłysk dawnego króla Jerzego. Monarchy.

Poklepał się po kieszeniach marynarki i uświadomił sobie, że przed zmianą zapomniał wyjąć pismo. Zdjął pospiesznie marynarkę i na moment odwrócił ją na czerwoną stronę, po czym przetrząsał fałdy, aż znalazł kopertę. Kiedy wcisnął ją w rękę króla, Jerzy obmacał i pogładził woskową pieczęć — godło tronu Czerwonego Londynu, czyli kielich mszalny ze wschodzącym słońcem — a potem podniósł papier do nosa i powąchał.

— Róże — oznajmił tęsknie.

Miał na myśli magię. Kell nigdy nie wyczuł nawet słabego zapachu Czerwonego Londynu, który rzekomo przylgnął do jego ubrań, ale kiedykolwiek podróżował, zawsze ktoś mu powtarzał, że pachnie świeżo ściętymi kwiatami. Niektórzy mówili, że to tulipany. Inni wymieniali storczyki. Chryzantemy. Piwonie. Dla króla Anglii zawsze były to róże. Kell cieszył się, że woń jest przyjemna, nawet jeśli sam jej nie czuł. Wyczuwał aromat Szarego Londynu (dym) i Białego Londynu (krew), ale Czerwony Londyn pachniał dla niego po prostu domem.

 

— Otwórz ją dla mnie — polecił król. — Tylko nie uszkodź pieczęci.

Kell zrobił, jak mu polecono, i wyjął z koperty zawartość. Przynajmniej ten jeden raz był wdzięczny, że król jest ślepy i nie może zobaczyć, jak krótki list dostał. Trzy niedługie wersy. Uprzejmość wyświadczona niedomagającemu figurantowi, nic więcej.

— Jest od mojej królowej — wyjaśnił Kell.

Monarcha skinął głową.

— Kontynuuj — rozkazał, robiąc dostojną minę, która nie pasowała do jego kruchej postury i drżącego głosu. — Kontynuuj!

Kell przełknął ślinę.

— „Pozdrowienia dla Waszej Wysokości, królu Jerzy III — odczytał — z sąsiedniego tronu”.

Królowa nie użyła określenia „czerwony tron” ani nie przesłała pozdrowień z Czerwonego Londynu (chociaż dzięki wszechobecnemu intensywnemu światłu odbijającemu się od tamtejszej rzeki miasto naprawdę było całkiem karmazynowe), ponieważ nie myślała w ten sposób o swojej stolicy. Ona i wszyscy inni, którzy zamieszkiwali tylko jedno z miast, nie mieli potrzeby podkreślania różnic. Kiedy władcy jednego Londynu konwersowali z władcami drugiego, nazywali ich po prostu „innymi”, „sąsiadami” lub — od czasu do czasu — używali mniej pochlebnych słów (w szczególności w odniesieniu do tych z Białego Londynu).

Jedynie ci nieliczni, którzy mogli się przemieszczać między światami, odczuwali konieczność stosowania pełnych określeń. Kell również — pod wpływem wspomnienia o utraconym mieście powszechnie znanym jako Czarny Londyn — nadawał kolor każdej pozostałej metropolii.

„Szary” dla miasta pozbawionego magii.

„Czerwony” dla królestwa zrównoważonego.

„Biały” dla świata przymierającego głodem.

W rzeczywistości same miasta bardzo się od siebie różniły (a całe państwa jeszcze bardziej). Fakt, że wszystkie nazywały się Londyn, stanowił prawdziwą tajemnicę, chociaż przeważała teoria, że jedno z nich przyjęło to miano dawno temu, na długo zanim wszystkie drzwi szczelnie zamknięto i można było przejść przez nie jedynie z listem od króla lub królowej. Nie było zgody w kwestii, które miasto ma prawo rościć sobie pretensje do pierwszeństwa nazwy.

— „Mamy nadzieję usłyszeć, żeś zdrów — ciągnął Kell — i że pogoda o tej porze roku jest w twoim mieście równie piękna, jak w naszym”.

Przerwał. W liście nie było nic więcej poza podpisem. Król Jerzy zacisnął dłonie w pięści.

— To wszystko? — jęknął.

Kell się zawahał.

— Nie — odparł, składając list. — To dopiero początek.

Odchrząknął i zaczął chodzić po sali, zbierając myśli i układając je w słowa od królowej.

— „Dziękuję ci za pytanie o naszą rodzinę. Król i ja miewamy się dobrze. Książę Rhy, z drugiej strony, nadal w równej mierze wzbudza podziw i wściekłość, przynajmniej jednak w tym miesiącu nie skręcił karku ani nie przedstawił nam nieodpowiedniej narzeczonej. Dziękujemy Kellowi, że nie dopuścił do żadnej z tych rzeczy”.

Chętnie pozwoliłby królowej rozwodzić się dłużej nad jego własnymi zaletami, ale w tym momencie zegar na ścianie wybił piątą po południu i Kell zaklął pod nosem. Był spóźniony.

— „Aż do mojego następnego listu — zakończył pospiesznie — pozostań szczęśliwy i w dobrym zdrowiu. Z wyrazami sympatii, Jej Wysokość Emira, Królowa Arnes”.

Poczekał, aż król Jerzy coś powie, lecz ten nieruchomo utkwił ślepe oczy w jakimś odległym punkcie i Kell miał obawy, że go stracił. Umieścił złożoną kartkę na tacy z herbatą i był już w połowie drogi do ściany, kiedy władca się odezwał:

— Nie mam dla niej epistoły — mruknął.

— Nic nie szkodzi — zapewnił go łagodnie Kell. Król Jerzy od lat nie potrafił napisać listu. W niektóre miesiące próbował, na chybił trafił ciągnąc pióro po pergaminie, w inne dyktował Kellowi, ale w trakcie większości jego wizyt po prostu przekazywał ustnie wiadomość, a Kell obiecywał ją zapamiętać.

— Rozumiesz, nie miałem czasu — dodał król, starając się ocalić resztki godności.

Kell nie zaprzeczył.

— Rozumiem — odrzekł. — Przekażę od ciebie rodzinie królewskiej wyrazy szacunku.

Odwrócił się znowu z zamiarem odejścia i ponownie stary król polecił mu się zatrzymać.

— Czekaj, czekaj — powiedział. — Wracaj.

Kell przystanął. Zerknął na zegar. Robiło się coraz później. Wyobraził sobie księcia regenta, jak siedzi przy stole w St. James, ściska krzesło i wszystko się w nim gotuje. Na tę myśl uśmiechnął się i znów spojrzał na króla Jerzego, który niezgrabnymi palcami wyjmował coś z fałd szaty.

To była moneta.

— Słabnie — wyznał stary król, trzymając w pomarszczonych dłoniach metalowy krążek, niczym coś drogocennego i delikatnego. — Nie wyczuwam już jej magii. Nie czuję jej zapachu.

— Moneta jak moneta, Wasza Królewska Mość.

— Nie jest tak, i dobrze o tym wiesz — odburknął Jerzy. — Wywróć kieszenie.

Kell westchnął.

— Wpędzisz mnie w kłopoty.

— No dalej — nalegał król. — Nasz mały sekret.

Kell wcisnął rękę do kieszeni. Gdy za pierwszym razem odwiedził króla Anglii, dał mu monetę na dowód tego, kim jest i skąd przybywa. Opowieść o innych Londynach przekazywano w rodzinie królewskiej z pokolenia na pokolenie, ale od poprzedniego przybycia podróżnika mijały wówczas całe lata. Król Jerzy raz tylko zerknął na szczupłego chłopaka, zmrużył oczy i wyciągnął mięsistą dłoń, a Kell położył na niej monetę. Był to zwyczajny lin, bardzo podobny do szarego szylinga, tyle że oznaczony czerwoną gwiazdą zamiast królewskiego oblicza. Jerzy zacisnął pięść na monecie i podniósł ją do nosa, wdychając zapach. A potem się uśmiechnął, wsunął monetę w fałdy płaszcza i zaprosił Kella do środka.

Od tamtego dnia za każdym razem, gdy Kell odwiedzał dwór, król Jerzy upierał się, że magia opuściła monetę, i żądał wymiany na nową, prosto z kieszeni. Kell stale mu mówił, że to zakazane (było, i to kategorycznie), ale monarcha nieodmiennie twierdził, że to będzie ich mały sekret. Kell zawsze zatem wzdychał i wyciągał z kieszeni świeży metalowy krążek.

Teraz wyjął z ręki króla starego lina i zastąpił nową monetą, po czym lekko zacisnął na niej sękate palce Jerzego.

— Tak, tak — zamruczał do monety w dłoni niedomagający władca.

— Uważaj na siebie — powiedział Kell, odchodząc.

— Tak, tak — powtórzył król. Stawał się coraz bardziej rozkojarzony, aż zupełnie stracił zainteresowanie swoim otoczeniem i gościem.

Kell dotarł do zasłon w kącie pokoju i odsunął ciężki materiał na bok, odsłaniając ślad na wzorzystej tapecie. Prosty okrąg, przecięty na pół kreską wyrysowaną krwią miesiąc temu. Na innej ścianie w innej sali w innym pałacu znajdował się taki sam znak. Były jak dwie klamki po przeciwnych stronach tych samych drzwi.

Krew Kella, w połączeniu z symbolem, pozwalała mu się przemieszczać pomiędzy światami. Nie potrzebował wtedy ustalać miejsca, ponieważ w innym świecie trafiał w ten sam punkt. Jeśli jednak, tak jak teraz, chciał stworzyć przejście wewnątrz jednego świata, obie strony drzwi musiały nosić identyczny symbol. Nie wystarczyło być blisko. Przekonał się o tym wcześniej w bardzo bolesny sposób.

Symbol na ścianie będący pamiątką po jego poprzedniej wizycie wciąż pozostawał wyraźny, tylko krawędzie nieznacznie się rozmazały. Ale te szczegóły nie miały znaczenia. I tak trzeba było pokryć go od nowa.

Kell podwinął rękaw i wydobył nóż, który nosił przypięty pod przedramieniem. Był to piękny przedmiot, dzieło sztuki, srebrne od czubeczka po rękojeść, ozdobione monogramem złożonym z liter „K” i „L”.

Stanowił jedyny relikt wcześniejszego życia.

Życia, którego Kell nie znał. Albo przynajmniej nie pamiętał.

Przyłożył ostrze do przedramienia. Wyżłobił już dziś jedną kreskę, dla drzwi, które przywiodły go tutaj. Teraz wykonał drugą. Jego krew, intensywnie ciemnoczerwona, wezbrała i spłynęła, więc wsunął nóż do pochewki i dotknął palcami najpierw nacięcia, a potem ściany, ponownie rysując okrąg i przecinającą go linię. Opuścił rękaw na ranę — wszystkie nacięcia zawsze leczył w domu — rzucił ostatnie spojrzenie za siebie, na mamroczącego króla, po czym przycisnął płasko dłoń do znaku na ścianie.

Znak zaszumiał magią.

As Tascen — wypowiedział zaklęcie Kell. „Przenieś”.

Wzorzysty papier zmarszczył się, stracił ostrość i ustąpił pod jego dotykiem, a Kell zrobił krok do przodu i przeszedł.

II

Pomiędzy jednym jego krokiem a drugim posępny zamek Windsor zmienił się w elegancki pałac St. James, duszna komnata stała się pomieszczeniem z pogodnymi gobelinami i wypolerowanym srebrem, a mamrotanie szalonego króla zastąpiła ciężka cisza. Siedzący u szczytu bogato zdobionego stołu mężczyzna, który trzymał kielich z winem, wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

— Spóźniłeś się — zauważył oschle książę regent.

— Wybacz — odparł Kell ze zbyt krótkim ukłonem. — Miałem sprawę do załatwienia.

Książę regent odstawił kielich.

— Myślałem, że to dla mnie załatwiasz sprawy, panie Kell.

Kell wyprostował się.

— Miałem rozkazy, Wasza Wysokość, żeby najpierw spotkać się z królem.

— Wolałbym, żebyś mu nie dogadzał — stwierdził książę regent, który również miał na imię Jerzy (Kell uważał typowy dla Szarego Londynu zwyczaj, zgodnie z którym synowie nosili te same imiona co ojcowie, zarówno za niepotrzebny, jak i dezorientujący). Książę lekceważąco machnął ręką. — To go podnosi na duchu.

— Czy to źle? — spytał Kell.

— Dla niego tak. Później będzie szalał. Tańczył na stołach, mówił o magii i innych Londynach. Jaką sztuczkę pokazałeś mu tym razem? Przekonałeś go, że potrafi latać?

Kell jedynie raz popełnił ten błąd i podczas następnej wizyty dowiedział się, że król Anglii o mało nie wypadł przez okno. Z trzeciego piętra.

— Zapewniam cię, że nie robiłem żadnych pokazów.

Książę Jerzy ścisnął sobie nasadę nosa.

— On nie może opowiadać takich rzeczy jak do tej pory. Dlatego trzymamy go za zamkniętymi drzwiami.

— Został zatem uwięziony?

Książę Jerzy przesunął dłonią po złoconej krawędzi stołu.

— Windsor jest absolutnie przyzwoitym miejscem na takie odosobnienie.

„Przyzwoite więzienie nadal pozostaje więzieniem” — pomyślał Kell, wyjmując z kieszeni okrycia drugi list.

— Twoja korespondencja, panie.

Musiał stać, podczas gdy książę czytał wiadomość (nigdy nie komentował, że list pachnie kwiatami), a potem wyjmował z wewnętrznej kieszeni na wpół gotową odpowiedź i dopisywał ciąg dalszy. Książę robił to powoli, wyraźnie starając się rozzłościć swego gościa, ale Kell o to nie dbał. Dla rozrywki bębnił w tym czasie palcami o brzeg złoconego stołu. Za każdym razem, kiedy unosił mały palec i opuszczał wskazujący, gasła jedna z wielu świec rozświetlających pomieszczenie.

— Chyba jest przeciąg — rzekł zadumanym głosem, gdy książę regent mocniej przycisnął gęsie pióro. Zanim Jerzy skończył wiadomość, złamał dwa pióra i popadł w zły nastrój, natomiast Kell odkrył, że jemu samemu humor bardzo się poprawił.

Wyciągnął rękę po list, ale książę regent mu go nie dał. Zamiast tego odsunął się z krzesłem od stołu.

— Zesztywniałem od tego siedzenia. Przejdź się ze mną.

Kell nie miał na to szczególnej ochoty. Ale musiał posłuchać, ponieważ nie mógł odejść z pustymi rękoma. Najpierw jednak wziął ze stołu ostatnie całe pióro i schował je do kieszeni.

— Wracasz od razu? — spytał książę, prowadząc go korytarzem do dyskretnych drzwi częściowo ukrytych za kotarą.

— Wkrótce — odparł, wlokąc się o krok za nim.

W korytarzu dołączyli do nich dwaj członkowie królewskiej straży i teraz szli za nimi jak cienie. Czuł na sobie ich wzrok i zastanawiał się, ile im o nim powiedziano. Członkowie rodzin królewskich wiedzieli o takich jak on, ale nie zawsze informowali służbę i strażników.

— Sądziłem, że wszelkie sprawy załatwiasz wyłącznie ze mną — powtórzył książę.

— Jestem wielbicielem twojego miasta — odpowiedział Kell lekkim tonem. — Ale moja praca jest wycieńczająca. Pójdę się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza, a potem wracam.

Książę zacisnął usta.

— Obawiam się, że powietrze tu, w mieście, nie jest tak ożywcze jak na wsi. Jak nas nazywasz… Szary Londyn…? Obecnie nazwa wydaje się aż nazbyt trafna. Zostań na kolację.

 

Książę niemal każde zdanie kończył kropką. Nawet zdania pytające. Rhy robił to samo i Kell podejrzewał, że mówili w ten sposób, gdyż nigdy od nikogo nie usłyszeli słowa „nie”.

— Tutaj będzie ci o wiele lepiej — naciskał książę. — Odzyskasz siły przy winie i w dobrym towarzystwie.

Propozycja wydawała się dość uprzejma, ale książę regent nie składał takich ofert z życzliwości.

— Nie mogę zostać — odparł Kell.

— Nalegam. Nakryto już do stołu.

„Ciekawe, kto przychodzi?” — zastanowił się Kell.

I co zamierzał książę? Pochwalić się nim? Często podejrzewał, że tamten pragnąłby tak postąpić, choćby dlatego, że uważał sekrety za coś uciążliwego, za coś, co należy ujawnić. Ale mimo wszystkich swoich wad książę nie był głupcem, a tylko głupiec pozwoliłby komuś takiemu jak Kell zagrać pierwsze skrzypce. Szary Londyn już dawno temu zapomniał o istnieniu magii. To nie Kell jednak powinien tutejszym o niej przypominać.

— Bardzo to łaskawie ze strony Waszej Wysokości, lepiej wszakże, jeśli pozostanę zjawą, miast się pokazywać. — Kell odchylił głowę tak, że włosy w kolorze miedzianym odsłoniły jego oczy, ujawniając nie tylko czysty błękit lewego, lecz i absolutną czerń prawego. Czerń, która biegła od brzegu do brzegu, wypełniając zarówno białko oka, jak i jego tęczówkę. W tym oku nie było nic ludzkiego. Było czystą magią. Znakiem maga krwi nazywanego antari.

Gdy książę regent próbował wytrzymać jego spojrzenie, Kell delektował się widokiem uczuć, które pojawiły się w jego oczach. Ostrożność, skrępowanie i strach.

— Czy wiesz, książę, dlaczego nasze światy zostały od siebie odseparowane? — Nie czekał, aż regent odpowie. — Dla waszego bezpieczeństwa. Otóż był czas, przed wiekami, kiedy nie były tak całkowicie oddzielone. Kiedy istniały drzwi pomiędzy twoim światem i moim, i pomiędzy innymi, a mógł przez nie przejść każdy, kto posiadał choć odrobinę mocy. Sama magia mogła przez nie przechodzić. Ale magia, jak to magia — dodał — żerowała i na tych nieugiętych, i na tych o słabym charakterze, aż jeden ze światów nie był już w stanie nad nią panować. Ludzie żywili się magią, a magia żywiła się nimi, i w końcu pochłonęła ich ciała i umysły, a potem dusze.

— Czarny Londyn — wyszeptał książę regent.

Kell kiwnął głową. Nie wymienił nazwy tego miasta. Ale wszyscy — przynajmniej w Czerwonym Londynie i w Białym, a także ci nieliczni z Szarego, którzy w ogóle cokolwiek wiedzieli — znali legendę Czarnego Londynu. To była bajka do poduszki. Baśń. Ale i ostrzeżenie! Przed miastem — i światem — którego nie było, już nie.

— Wiesz, co Czarny Londyn i twój mają ze sobą wspólnego? — Książę regent zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. — Obu brakuje umiaru — ciągnął Kell. — Oba pożądają mocy. Twój Londyn nadal istnieje tylko z jednego powodu: ponieważ został odcięty. Nauczył się zapominać. Nie chcesz, żeby sobie przypomniał.

Nie dodał, że Czarny Londyn posiada bogate zasoby magii, a Szary — niemal żadnych. Chciał tylko dać księciu do myślenia. I najwyraźniej mu się udało. Tym razem, gdy wyciągnął rękę po list, Jerzy mu nie odmówił i nijak się nie sprzeciwił. Kell wsunął pergamin do kieszeni wraz ze skradzionym piórem.

— Dziękuję ci, jak zawsze, za twoją gościnność — pożegnał się, składając przesadny ukłon.

Książę regent przywołał straże, strzeliwszy palcami.

— Dopilnujcie, żeby pan Kell dotarł tam, dokąd zmierza.

A potem, bez słowa, odwrócił się i odmaszerował zamaszystym krokiem.

Królewscy strażnicy zostawili Kella na skraju parku. Za nim majaczył pałac St. James. Przed nim leżał Szary Londyn. Kell zrobił głęboki wdech i poczuł w powietrzu dym. Chociaż ogromnie pragnął wrócić do domu, miał tu jeszcze do załatwienia pewną sprawę, zresztą po kontakcie z niedomagającym królem i źle nastawionym księciem chętnie napiłby się czegoś mocniejszego. Opuścił rękawy, postawił kołnierz i ruszył ku sercu miasta.

Stopy poniosły go przez St. James Park, a później deptakiem, który biegł wzdłuż rzeki. Słońce zachodziło, powietrze było rześkie, jeśli nie czyste, jesienny wietrzyk szarpał lekko połami czarnej marynarki. Kell podszedł do drewnianego mostu dla pieszych, przerzuconego nad wodą, a kiedy go przekraczał, jego wysokie buty subtelnie stukotały. Zatrzymał się pośrodku. Za sobą miał oświetlony latarniami pałac Buckingham, przed sobą Tamizę. Woda chlupotała łagodnie pod drewnianymi deskami. Oparł łokcie na barierce i popatrzył w dół. W zadumie zgiął palce, a wtedy nurt się zatrzymał, rzeka uspokoiła, jej powierzchnia stała się gładka jak szkło.

Kontemplował własne odbicie.

„Nie jesteś aż taki przystojny” — powiedziałby Rhy, gdyby przyłapał Kella na wpatrywaniu się w lustro.

„Nie mogę się na siebie napatrzeć” — odparłby, chociaż tak naprawdę nigdy się sobie nie przyglądał, przynajmniej nie ogólnie; patrzył sobie jedynie w oko. W prawe. Tym okiem wyróżniał się nawet w Czerwonym Londynie, gdzie magia kwitła. Znakowało go ono jako kogoś odmiennego od reszty.

Na prawo od niego zabrzmiał czyjś perlisty śmiech, po czym nastąpiło chrząknięcie i kilka innych, mniej wyraźnych odgłosów. Kell rozluźnił rękę i prąd strumienia gwałtownie ruszył. On też szedł dalej, aż park ustąpił miejsca ulicom Londynu, a potem zamajaczyła bryła Westminsteru. Miał słabość do opactwa i teraz skinął mu głową, niczym staremu przyjacielowi. Mimo sadzy i nieczystości, śmieci i biedoty Szary Londyn miał coś, czego brakowało Czerwonemu. Swego rodzaju opór wobec zmian. Uznanie dla trwałości i dla wysiłku, jakiego wymagało jej zachowanie.

Ile lat zajęła budowa opactwa? Jak długo ono jeszcze postoi? W Czerwonym Londynie gusta zmieniały się równie często jak pory roku. Wraz z nimi budynki wzrastały, rozpadały się i znowu wzrastały, w różnych formach. Magia upraszczała sprawy.

„Czasami — pomyślał Kell — upraszcza je za bardzo”.

W swoim Londynie miał w niektóre noce wrażenie, że kładzie się do łóżka w jednym miejscu, a budzi w innym.

A tutaj zawsze stało opactwo westminsterskie, chętne, by go powitać.

Szedł obok strzelistej kamiennej konstrukcji, ulicami zatłoczonymi powozami, potem zaś wąską drogą przy dziedzińcu otoczonym murem z omszałego kamienia. Wąska droga nadal się zwężała, aż skończyła się przed karczmą.

Tu Kell się zatrzymał. Zdjął okrycie, odwrócił je jeszcze raz ze strony prawej na lewą, wymieniając czarną marynarkę ze srebrnymi guzikami na skromniejszą, przetartą na łokciach, pasującą do ulicy brązową kurtę z wysokim kołnierzem i postrzępionymi brzegami. Poklepał kieszenie i zadowolony, że jest gotów, wszedł do środka.