Jak rozmawiać z psemTekst

Autor:Stanley Coren
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Te dane pokazują, że imię, jakie nadajemy swojemu psu, wywołuje określone nastawienie ludzi, którzy się z nim stykają. Bez wątpienia największe znaczenie ma wybór imienia dla dużych psów. Mam poważne wątpliwości, czy pekińczyk, maltańczyk albo chihuahua wzbudzałby postrach w okolicy, nawet gdyby nazwano go Killerem, Bestią czy Zbójem.

Każde dowolnie wybrane słowo może stać się imieniem dla psa. Najzwyklejsze słowa z naszego codziennego słownika, jak Piosenka, Promyczek, Skowronek czy Kluska, doskonale nadają się na codzienne imię dla psa. W poszukiwaniu imienia można także sięgnąć po atlas geograficzny, wybierając nazwy dużych miast czy państw, a nawet całkiem malutkich miasteczek o ciekawym brzmieniu. Często imię psa odzwierciedla pasje i zainteresowania właściciela. Sam znam geologa, którego pies wabi się Granit, oraz prawnika, który woła na swojego pupila Pozew, nie wspominając już o pewnym żeglarzu, który nazwał swego psa Ster. Skojarzenia bywają dowolne. Frank Sinatra, znany piosenkarz, podarował Marilyn Monroe białego pudla o imieniu Maf. Utrzymywał, że Maf to skrót od Mafia, organizacja, z którą, jak wiadomo, nie miał nic wspólnego.

Dziesiątka najpopularniejszych psich imion w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii właściwie nie uległa zmianie przez ostatnią dekadę albo i dłużej. Poczynając od najbardziej popularnych, lista ta wygląda następująco:


Psy Suki
1 Max Princess
2 Rocky Lady
3 Lucky Sandy
4 Duke Sheba
5 King Ginger
6 Rusty Brandy
7 Prince Samantha
8 Buddy Daisy
9 Buster Missy
10 Blackie Misty

Najbardziej dziwi mnie to, że Snoopy (imię psa z popularnego komiksu Charlesa Schulza „Fistaszki”) nie uplasowało się zbyt wysoko na tej liście, znalazłem je za to w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych imion dla kotów!

Poza imieniem rodowodowym i codziennym, każdy z moich psów ma jeszcze i trzecie imię. To imię grupowe, którego używam w odniesieniu do wszystkich. Brzmi ono „Malec”. Znają i reagują na nie wszystkie moje psy, kiedy więc wołam „Malcy do mnie”, spodziewam się, że wszystkie przybiegną. Mój przyjaciel, który trzyma tylko psy, przywołuje je, używając słowa „Gentlemani”, inny z kolei (były oficer dywizji pancernej) zwołuje swoje psy: „Załoga do mnie”. Dla psów takie grupowe imię to jeszcze jeden dźwięk, który tłumaczy się następująco: „Uwaga, uwaga, teraz będzie seria dźwięków, które dotyczą bezpośrednio nas”.

Przepisy Kennel Clubu zezwalają tylko na jedną zmianę imienia rodowodowego psa w jego życiu. Psy są jednakże bardziej elastyczne, przynajmniej na tyle, na ile zdolne są przyzwyczaić się do nowego imienia. W schroniskach często przebywają psy, których imienia nikt nie zna, a kiedy trafią do nowego domu, zyskują nowe i uczą się go bardzo szybko.

Zdarza się też, że psy, które całe życie spędzają w jednej rodzinie, mają zmieniane imię. Bywa tak, gdy jakieś chwilowe przezwisko zwyczajnie przylgnie do psa na dłużej. Córka mojej żony, Karen, miała suczkę o imieniu Contess. Wołaliśmy ją Tessa, ale nauczyła się też reagować na Tess, Tessa Bear, T-Bear i Bear. Tess przyjmowała te wszystkie zmiany równie pogodnie i naturalnie, jak ktoś, kogo ukochany dotąd nazywał „kochanie”, a teraz woli „słoneczko”, czasami mówiąc też „najdroższa”.

Doświadczenia Tessy ze zmianą imienia wydają się niczym w porównaniu z tym, do czego musiał przyzwyczaić się pies pisarza Roberta Louisa Stevensona, autora Wyspy skarbów i Dziwnej historii dra Jekylla i Mr Hyde’a. Jego skye terier początkowo nazywał się Woggs, potem przemianowano go na Waltera, który został Wattym, a na koniec Woggym, choć cała rodzina wołała na niego Bogue.

Każdy stale używany dźwięk, na który reaguje pies, może stać się jego imieniem choćby na krótko. Pewne bardzo interesujące doświadczenie wiąże się z syberyjskim husky o imieniu Polar. Zostałem kiedyś zaproszony na sympozjum naukowe, na którym miałem wygłosić wykład inauguracyjny. Sympozjum odbywało się w znanym kurorcie narciarskim. Miałem dzielić apartament z Paulem, jednym z organizatorów tego spotkania. Paul mieszkał w okolicy, a na sympozjum zabrał ze sobą psa. Wiedział, jak bardzo lubię mieć blisko siebie jakiegoś psa, więc uznał, że obecność Polara sprawi mi przyjemność i osłodzi konieczność rozstania się z moimi własnymi psami.

Z zainteresowaniem obserwowałem wzajemne reakcje Paula i Polara. Paul niewątpliwie bardzo kochał psa, ale miał niejakie kłopoty z kierowaniem tą krnąbrną, ruchliwą kulą futra. Gdy tylko otworzył drzwi samochodu, pies wypadł na zewnątrz. Paul wrzasnął „Nie!” i pies natychmiast podbiegł do niego, grzecznie siadając u jego boku. Kiedy podszedłem się przywitać, pies skoczył na mnie radośnie i został przywołany do porządku kolejnym, ostrym „Nie!” Wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy drinku, pies zaczął dopraszać się o precle, które stały w miseczce na stole. Kolejne zdecydowane „Nie!” przywołało go do porządku. Później, w nocy, z ich sypialni dochodziły jakieś hałasy. To Polar usiłował wdrapać się na łóżko swego pana i został z niego wyrzucony kolejnym stanowczym „Nie!” Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałem, kiedy rano otworzyłem oczy, była przemowa Paula: „Nie, jest jeszcze stanowczo zbyt wcześnie, nie mam zamiaru wstawać!” A po paru minutach: „Nie, daj mi spać, później cię wypuszczę”.

Podczas przerwy obiadowej Paul zwierzył mi się ze swoich problemów. Zdawał sobie sprawę, że pies nie bardzo go słucha. „Wiesz, przez jakiś czas wydawało mi się, że Polar nawet nie zna swojego własnego imienia”.

„Polar doskonale zna swoje imię – odrzekłem. – Ty natomiast nie bardzo”. Popatrzył na mnie ze zdumieniem, więc zaproponowałem: „Spróbujemy wieczorem przeprowadzić pewien mały eksperyment”.

Wieczorem w naszym apartamencie kazałem Paulowi stanąć w kuchni, a sam wyszedłem z Polarem na taras, tuż pod okna naszych sypialni. Głaskałem i pieściłem psa, co ten przyjmował z wielkim zadowoleniem, aż Paul zawołał z kuchni „Nie!”. Polar natychmiast wstał i grzecznie potruchtał do swego pana. Całe jego dotychczasowe doświadczenie nauczyło go, że ten tak często słyszany dźwięk dotyczy osobiście jego. Uznał więc, że „Nie” to jest jego imię!

Cały mój wywód dotyczył biernej znajomości ludzkiej mowy przez psy i ich zdolności rozumienia rozmaitych aspektów języka. Posłużyłem się przykładami przeciętnych psów, żyjących w zwykłych, przeciętnych rodzinach. Jest jednak wiele doniesień o przykładach wręcz niezwykłych zdolności i możliwości, zdarzających się wśród psów. Jeśli założę, że te doniesienia są prawdziwe, to ze smutkiem stwierdzam, iż moje własne domowe psy są ledwie na poziomie podstawówki w porównaniu z tymi geniuszami na uniwersyteckim poziomie. Być może warto by bliżej przyjrzeć się tym niezwykle utalentowanym psom, bo przecież istnieje możliwość, że w ich nadzwyczajnych zdolnościach kryją się zadziwiające sekrety.

4

Czy psy naprawdę słuchają?

Myślę, że było to gdzieś w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy miałem okazję zobaczyć pokaz w wykonaniu Charles’a Eisenmanna i jego psów. „Chuck” Eisenmann, bo pod tym imieniem był znany, zaczynał jako zawodowy gracz w baseball, ale po licznych zakrętach kariery, skończył jako szkoleniowiec i treser psów. Chociaż jego psy występowały w bardzo wielu filmach, największą sławę przyniósł mu serial telewizyjny The Littlest Hobo, w którym zagrał jego owczarek niemiecki, London. London miał wielu synów, wśród nich Małego Londona, Tora i Thorna, które często zastępowały go na planie. Wszystkie były doskonale ułożone i niezwykle utalentowane. Eisenmann zapewniał, że każdy z nich znał znaczenie setek słów, a poziom ich wiedzy odpowiadał poziomowi ośmioletniego dziecka.

Pokaz, który widziałem, był sponsorowany czy wręcz zorganizowany przez lokalną stację telewizyjną, toteż wokół było pełno kamer, rejestrujących wydarzenie dla potrzeb dalszych audycji. Eisenmann najpierw przedstawił swoje cztery psy, a następnie wyjaśnił, że większość psów układa się tak, aby wytworzyć nawyki, takie jak przyjmowanie pozycji leżącej na komendę „waruj” czy przychodzenie, kiedy usłyszą słowa „chodź tu”. W gruncie rzeczy, jest to proste skojarzenie dźwięku z działaniem. On natomiast układa swoje psy według „metody intelektualnej”, jak nazwał swój system. U jej podstaw leżało (domniemane) zmuszenie psów do myślenia i do nauczenia się podstaw ludzkiego języka. Jego metody nauczania okazały się bardzo zbliżone do tych, jakich używamy, ucząc języka małe dzieci. Zamiast kojarzenia jednego, określonego słowa z określonym działaniem czy ideą, używał różnych słów, opisujących ten sam problem. Po teoretycznym wstępie przyszła kolej na zademonstrowanie, jak teoria sprawdziła się w praktyce. Okazało się, że London nie tylko reaguje na komendę „waruj”, ale dokładnie to samo robi, słysząc prośbę, aby „uprzejmie zechciał położyć się na podłodze,” a także „przyjął pozycję leżącą”.

 

Biegłość językowa tych psów była bez wątpienia duża. Kiedy Eisenmann mówił do nich normalnym, konwersacyjnym tonem, używając codziennego słownictwa, okazywały, że rozumieją to, co do nich mówi, wykonując czego od nich zażądał. Otwierały i zamykały drzwi, zapalały i gasiły światło i wykonywały wiele podobnych zadań. Na mnie największe bodaj wrażenie zrobiło to, jak podchodziły do stosu rozmaitych przedmiotów i wybierały spośród nich dokładnie ten, który miały panu przynieść. Moja naiwna wiara nieco się zachwiała, kiedy Eisenmann zapewnił, że jego psy rozumieją nie tylko angielski, ale także niemiecki i francuski. Rzecz miała miejsce w Kalifornii, więc nieuniknione było pytanie: „A co z hiszpańskim?”

Eisenmann odpowiedział: „Nie wiem, czy one rozumieją hiszpański. Ale dlaczegóż nie spróbować? Proszę podać mi prostą komendę po hiszpańsku”.

Powiedziano mu, że „Cerra la puerta” znaczy „zamknij drzwi”. Uzbrojony w tę widzę, zwrócił się do psa i powiedział „London, cerra la puerta”. Pies wstał i powoli, z pewnym oporem ruszył w kierunku drzwi, które już wcześniej na komendę otwierał i zamykał. Popatrzył na swego pana, a potem wyciągnął łapę i półotwarte drzwi zamknęły się. Na widowni zerwały się gromkie brawa.

Ten pokaz naprawdę mnie zaniepokoił. Jestem głęboko przekonany, że psy rozumieją mowę daleko lepiej, niż ludzie są skłonni to przyznać. Jestem też przekonany, że potrafią się nauczyć komend czy słów w różnych językach, podobnie jak wielu ludzi to potrafi. Wiem jednak także, że każdego nowego słowa w obcym języku trzeba najpierw się nauczyć, zanim się go zacznie używać. Z tego, że wiem, iż angielskie słowo dog, niemieckie hund i francuskie chien znaczy pies, wcale nie wynika, że znam również jego hiszpański odpowiednik – perro. Aby je zrozumieć, musiałbym najpierw zajrzeć do słownika. Jak w takim razie London był w stanie zrozumieć i wykonać komendę, którą usłyszał pierwszy raz w życiu, a której jego pan, jak się wydawało, nie mógł go nauczyć, skoro nie znał hiszpańskiego? Naukowcy mają już taki zwyczaj, że stawiają pytania i mają opory przed przyjmowaniem wszystkiego, co widzą, za dobrą monetę, nawet jeśli bardzo by chcieli w to uwierzyć. Obserwując pokaz słyszałem w głowie coraz głośniejszy ostrzegawczy dzwonek. Mój sceptycyzm rósł z minuty na minutę.

Wzrósł jeszcze bardziej, gdy Eisenmann zaczął mówić o tym, że wielu ludzi uważa, że psy nie rozróżniają kolorów, a on zamierza udowodnić, że tak nie jest.

„London, pokaż coś na tej sali, co jest czerwone” – powiedział.

Pies przeszedł się po sali i skierował nos wprost na czerwony dzbanek do kawy, stojący obok gospodarza spotkania. Poproszony o pokazanie czegoś niebieskiego, znalazł niebieskie krzesło, a na koniec, kiedy miał znaleźć coś żółtego, podszedł do żółtych zasłon.

Publiczność szalała, ja czułem coraz większy niepokój. To, co robił London, było zbyt doskonałe, aby było prawdziwe. Psy widzą świat nieco inaczej niż my, a dotyczy to zwłaszcza sfery kolorów, tu widzenie psów jest dosyć upośledzone. Nie są całkiem ślepe na barwy, a ich świat nie składa się z gamy szarości. Naukowcy przeprowadzili szereg testów, które wykazały, że psy widzą świat w odcieniach szarego, zielonego i brązowoczerwonego. Fakt, że po odpowiednim treningu są w stanie rozróżnić te kolory, wskazuje na pewną ograniczoną zdolność widzenia kolorów. Druga strona medalu to fakt, że trening prowadzony był w warunkach laboratoryjnych i wcale nie należał do łatwych, co świadczy o tym, że dla psów widzenie kolorów ma znaczenie raczej marginalne. Z punktu widzenia interesu biologicznego, widzenie kolorów ma znaczenie tylko dla zwierząt operujących w świetle dziennym, o bardzo urozmaiconej diecie. W ich przypadku widzenie kolorów pomaga w odnajdowaniu i identyfikowaniu rozmaitych produktów, być może nadających się do jedzenia. Psy, należące do zwierząt aktywnych o świcie i zmierzchu, nie potrzebują specjalnie rozróżniać kolorów, bo w tym czasie nie są one zbyt ostre i dobrze widoczne.

Załóżmy przez chwilę, że Eisenmann sprawił, że kolory stały się na tyle ważne dla psa, iż na każde żądanie wykorzystywał swoje ograniczone możliwości ich rozróżniania. Skoro jednak świat kolorów psa zamyka się gdzieś między zielonym i czerwonobrązowym, fakt, że London był w stanie zidentyfikować także żółty i niebieski, zakrawa zgoła na cud.

Eisenmann kontynuował swoje „przedstawienie”, a ja skupiłem się na drobiazgowej obserwacji. Następne polecenie brzmiało: „Znajdź coś, na czym wydrukowano słowa”. Pies patrzył uważnie na swego pana, kiedy ten wymawiał słowa komendy, a potem podszedł do plakatu i zatrzymał się przed nim. Zadziwił publiczność zdolnością do rozumienia literowanych słów. Jego pan polecił: „Przynieś mi o-k-u-l-a-r-y”. London przeszedł przez całą scenę, podszedł do gospodarza spotkania, delikatnie zdjął mu okulary i zaniósł swemu panu.

Znajomość języka u tych psów przekraczała wszelkie granice pojmowania. Jeśli twierdzenie Eisenmanna, że każdy pies może osiągnąć biegłość językową na poziomie ośmioletniego dziecka było prawdziwe, to czemu na co dzień spotykamy tylko „niedorozwinięte” psy?

Wyjaśnienie, gdzie krył się sekret doskonałości Londona, znalazłem w końcu u profesora Carla Johna Wardena, jednego z najlepszych psychologów porównawczych i ewolucyjnych z początku dwudziestego wieku. Pracując na nowojorskim uniwersytecie Columbia, Warden miał możliwość przebadania owczarka niemieckiego o imieniu Fellow, należącego do Jacoba Herberta z Detroit. Herbert był doświadczonym hodowcą, a Fellowa uważał za najbardziej inteligentnego spośród wszystkich wyhodowanych przez siebie psów. Jego ambicją było nauczenie psa rozumienia możliwie największej liczby słów. Stosował podobną procedurę jak Eisenmann, mówiąc do psa niemal bez przerwy, w pouczający sposób, tak jak mówi się do małego dziecka. Herbert był przekonany, że podobnie jak dziecko wychowane w takich samych warunkach, Fellow zna i rozumie ponad czterysta słów. Wcale nie uważał, że jego pies posiada nadzwyczajną biegłość językową, ale wierzył, że potrafi on dostrzec związki między poszczególnymi słowami a przedmiotami czy działaniami, których one dotyczą.

Herbert miał świadomość, że nie jest specjalistą w dziedzinie zachowań zwierząt, a bardzo chciał się przekonać, jakie są naprawdę możliwości językowe jego psa. Skontaktował się z profesorem Wardenem i umówili się na spotkanie w Nowym Jorku. Pierwsza część testu odbyła się w pokoju hotelowym Herberta. Warden i jego asystent, L. H. Warner, podchodzili do tego testu z – jak to nazywali – „chronicznie sceptycznym nastawieniem”. Szybko przekonali się, że pies zadziwiająco prawidłowo reaguje na bardzo dużą liczbę komend. Byli naprawdę pod wrażeniem. Najbardziej zadziwiło ich to, że (bardzo podobnie jak w przypadku Eisenmanna i Londona) właściciel psa nie używał stale tych samych wyrażeń, gdy chciał, aby pies wykonał określoną czynność. Co więcej, wszystkie komendy wydawane były normalnym tonem, jakiego zwykle używa się w rozmowie, tak jakby Herbert zwyczajnie toczył konwersację ze swoim psem.

Naukowcy starali się odkryć, czy było coś więcej niż tylko słowa, co miałoby wpływać na doskonałość działań Fellowa. Na początek pies miał wykonać wszystkie dotychczasowe polecenia, ale w zupełnie innym porządku niż do tej pory. Wykonał je na tyle dobrze, że nie mogło być mowy o jakimś „rutynowym” działaniu. Wyglądało na to, że pies reaguje na określone słowa, bo nawet zmiana tonacji głosu, to na wysoką, to na niską, nie miała wpływu na jego reakcje. Aby uzyskać całkowitą pewność, że nie istnieje jakiś system tajemnych znaków, na które reaguje pies, Herberta umieszczono w łazience apartamentu hotelowego, za zamkniętymi drzwiami, całkowicie poza zasięgiem wzroku psa. W tych warunkach pokaz nie był już tak perfekcyjny, ale pies reagował prawidłowo w większości przypadków, mimo że była to dla niego zupełnie nowa sytuacja, a dźwięk dobiegający przez drzwi łazienki był nieco przytłumiony.

Herberta i jego psa poproszono o przybycie na teren uniwersytetu, gdzie przeprowadzono bardziej formalne testy. W trakcie ich trwania zarówno Herbert, jak i przeprowadzający testy naukowcy znajdowali się poza zasięgiem wzroku psa, obserwując scenę przez niewielkie otwory. Po zestawie ćwiczeń z aportowania stało się oczywiste, że Fellow zna znaczenie wielu różnych słów. Były wśród nich: klucze, szczotka, rękawiczka, paczka, poduszka, woda, mleko, buty, kapelusz, płaszcz, kij, piłka, poczta, pieniądze (papierowe, monety), lady, gentleman, chłopiec, dziewczynka, szczenię i wiele innych. Inny test pokazał, że zna nazwy poszczególnych części ciała, jak stopa, głowa, usta, łapa, kolana (człowieka). Co ciekawe, rozróżniał także wielkość przedmiotów, widząc różnicę pomiędzy „małym chłopcem” i „dużym chłopcem”.

W trakcie trwania testu naukowcy potwierdzili, że Fellow jest w stanie przekonująco zareagować na pięćdziesiąt trzy różne komendy, zdania i frazy, nawet kiedy jego pan znajduje się poza zasięgiem wzroku. Od prostych, jak „siad”, „przewróć się”, „odwróć głowę”, „w drugą stronę” (na to hasło obracał głowę w przeciwną stronę), po bardziej skomplikowane, jak „przespaceruj się dookoła pokoju”, „wyjdź na zewnątrz i poczekaj na mnie” (pies opuszczał pokój i siadał w pobliżu drzwi), „nie ufam mu” (pies zaczynał szczekać na intruza, grożąc atakiem) i wiele innych. Jakby tego było mało, pies reagował również na tak skomplikowane komendy, jak „teraz będziesz towarzyszył temu panu (pani)”. Słowa „stop”, „spokój”, „cisza”, „nie rób tego” powodowały, że pies natychmiast przerywał to, co akurat robił, zaś słysząc „zrób to jeszcze raz”, powtarzał swoją ostatnią czynność.

Wprawdzie pokaz umiejętności psa robił wielkie wrażenie, były jednak pewne ograniczenia. Niektóre komendy, wykonywane przez psa bezbłędnie w obecności pana, okazywały się niewykonalne, kiedy ten znikał. Gdy je przeanalizowano, okazało się, że mają ze sobą coś wspólnego. Dotyczyły albo przedmiotu, który należało zidentyfikować, albo wyboru kierunku działania. Kiedy, stojąc na scenie Herbert mówił: „Idź i znajdź profesora Wardena”, Fellow reagował prawidłowo. Kiedy pana nie było na scenie – nie. Podobne trudności wystąpiły przy zdaniach: „Idź i wyjrzyj przez okno”, „Teraz podejdź do drugiego okna”, „Idź i wskocz na krzesło” (albo na stół czy inny odpowiedni obiekt).

Skoro każda z tych komend wymagała od psa zwrócenia się najpierw w odpowiednim kierunku, a potem podjęcia następnych działań, Warden przypuszczał, że musiały istnieć jakieś subtelne znaki dawane psu przez Herberta. Herbert ze swej strony chciał, aby uczciwie i bezstronnie oceniono zakres wiedzy jego psa, znaki te więc musiały być mimowolnymi, całkiem naturalnymi ruchami ciała. Najbardziej naturalnym ruchem jest w takiej sytuacji obrót głowy. Kiedy ktoś o coś prosi, na przykład: „Podaj mi, proszę, telefon”, całkiem naturalnie zwraca głowę i spojrzenie w kierunku stołu, na którym według niego ów telefon powinien się znajdować. Takie ruchy, jak zwrócenie głowy czy spojrzenie, odbywają się niemal automatycznie, o ile obiekt, o którym mówimy, znajduje się w zasięgu naszego wzroku.

Aby to sprawdzić, profesor Warden postanowił zmylić psa. Poprosił Herberta, aby zadysponował: „Idź do drzwi”, patrząc w tym czasie w kierunku stołu na drugim końcu pokoju. Fellow zareagował od razu, ale podążył w kierunku, w którym patrzył Herbert, nie przejmując się brzmieniem komendy – przeszedł przez pokój i podszedł do stołu. Gdy Herbert, patrząc w kierunku okna, powiedział: „Skacz przez krzesło, dobry pies”, Fellow podszedł do okna. Następnie, słysząc: „Idź i połóż głowę na krześle”, wskoczył na stół, na który jego pan akurat patrzył.

Tym samym stało się jasne, ze niektóre lingwistyczne osiągnięcia Fellowa nie były tak do końca lingwistyczne. W niektórych przypadkach pies przede wszystkim reagował na ton głosu pana, który zapowiadał, że trzeba będzie podjąć działanie. Następnie sprawdzał, na co patrzy, a potem ruszał w kierunku wskazanego obiektu. Gdy obiekt został zidentyfikowany, było raptem parę możliwości działania do wyboru. Mały przedmiot Fellow mógł podnieść i przynieść panu. Jeśli przedmiot był duży, ciężki czy przytwierdzony do podłoża, pies mógł stanąć koło niego albo dotknąć go nosem, jakby wskazywał go w odpowiedzi na wydane polecenie. W przypadku mebli czy czegoś średnich rozmiarów, z solidnym blatem, było kilka możliwości – można było tam położyć głowę, przeskoczyć albo wskoczyć na niego.

 

Wróćmy teraz do pokazu w wykonaniu innego owczarka niemieckiego, Londona, i innego człowieka, Charles’a Eisenmanna. Większa część pokazu została nagrana i pokazywana potem w telewizji. Znając „sekret” fantastycznego pokazu w wykonaniu Fellowa, bacznie teraz obserwowałem Eisenmanna, kiedy wydawał komendy. Teraz miałem pewność, że w przypadku hiszpańskiej komendy, dotyczącej zamknięcia drzwi, Eisenmann spojrzał w ich kierunku, jak tylko kończył mówić „Cerra la puerta!”

W tym bloku programowym pokazano także fragment, który tak bardzo mnie zaniepokoił, kiedy London rozpoznawał kolory. Teraz mogłem upewnić się, że mówiąc: „a teraz pokaż w tym pokoju coś, co jest czerwone”, Eisenmann nie spuszczał wzroku z czerwonego dzbanka, który stał na małym stoliczku obok gospodarza spotkania, a London poszedł za jego wzrokiem. Dla mnie, ponieważ już wiedziałem, o co chodzi, stało się teraz oczywiste, że pies wskazywał nosem na krawędź małego stolika. Ani mu w głowie postało patrzeć na dzbanek. Ale oczywiście publiczność, wśród niej i ja, wiedząc, że pies miał pokazać czerwone, i widząc, że dzbanek jest czerwony, nie miała wątpliwości, że London wskazuje właśnie na ów dzbanek. A zapewne było tak, że pies świadomie wskazywał nosem stolik, bo to był największy obiekt na linii wzroku jego pana. Podobne wskazówki i niezauważalne ruchy głowy towarzyszyły pozostałym komendom, polecającym szukanie żółtego i niebieskiego.

Według mnie, nie można tych obserwacji uznać za dowód świadomego oszustwa ze strony Eisenmanna. Cała sprawa bardzo przypomina sytuację z początków dwudziestego wieku, kiedy to emerytowany matematyk, profesor von Osten, uczył swojego ukochanego konia, Hansa, historii, matematyki i literowania słów. Nabytą przez konia wiedzę sprawdzano, zadając mu pytania i podając kilka wariantów odpowiedzi. Pytanie mogło brzmieć, na przykład tak: „Które z czterech słów jest poprawne (1) rae, (2) ear, (3) era, (4) rea”. Koń odpowiadał, wystukując kopytem numer właściwej odpowiedzi (w tym przypadku, byłyby to bez wątpienia trzy uderzenia). Von Osten nie miał zamiaru pokazywać swojego konia za pieniądze. Zapraszał niewielkie, starannie dobrane grupki gości, wśród nich zawsze znanych specjalistów w dziedzinie zachowań zwierząt, którzy sami mogli zobaczyć i sprawdzić umiejętności konia. Wszyscy wychodzili z pokazu w przekonaniu, że koń w pełni zasłużył sobie na przydomek „Mądry Hans”, ponieważ posiadł rozległą wiedzę językową, niezłą matematyczną, historyczną i geograficzną. Prawdziwą naturę rewelacyjnych umiejętności Hansa rozpracował dopiero psycholog eksperymentalny Oskar Pfungst, który udowodnił, że poprawne odpowiedzi koń odgadywał z niekontrolowanych, niemal niedostrzegalnych ruchów głów i zmian pozycji ciał publiczności. Najważniejszym sygnałem były dla niego minimalne zmiany pozycji, spowodowane przez mimowolny spadek napięcia, kiedy kopyto wystukało prawidłową odpowiedź. To znakomicie wyjaśniało zadziwiającą liczbę pomyłek, jakie zaczynał popełniać Hans, kiedy nadchodził zmrok, bowiem w ciemności koń zwyczajnie nie widział dokładnie podpowiadającej mu prawidłowe odpowiedzi publiczności.

Tak samo było w przypadku Londona i innych psów. Korzystały z podpowiedzi. Spoglądanie w kierunku przedmiotu, o którym mówimy, jest naturalną, mimowolną reakcją. Tak się fatalnie składa, że kiedy chcemy sprawdzić zdolność psów do rozumienia ludzkiej mowy, takie spojrzenia są pozawerbalną formą komunikowania się. Wszystko, czego pies potrzebuje, to odczytanie właściwego kierunku i tonu głosu, który mówi mu, że należy wykonać jakąś akcję, związaną ze wskazanym przedmiotem. Myślę, że Eisenmann miał pewne podejrzenia, że istnieje jakiś związek pomiędzy jego spojrzeniami i reakcjami psa, skoro w późniejszych latach pisał: „Choć od czasu do czasu daję komendy swojemu psu, stojąc do niego tyłem, to jednak polegam na jego doświadczeniu”.

Jak, tak naprawdę, subtelne są te znaki orientacyjne, które mimo woli dajemy naszym psom, mówiąc im, gdzie mają iść czy co mają robić? Może być tak, że psy reagują na całkiem wyraźne ruchy naszego ciała czy głowy, a może być tak, że wystarcza im kierunek naszego spojrzenia. Ludzie całkiem nieźle potrafią określić kierunek spojrzeń innych, dlaczego więc nie mogłyby tego robić psy? Profesor Warden sprawdził, jak będzie reagował Fellow, kiedy zawiąże się jego panu przepaskę na oczach. Kiedy Herberta proszono o zwrócenie się w jakimś kierunku, odpowiednim do podanej komendy, pies reagował prawidłowo, nawet jeśli jego oczy nie były widoczne. A to oznacza, że pies zwracał raczej uwagę na wyraźniejsze ruchy orientacyjne niż na tak subtelne, jak samo spojrzenie.

Najważniejszym wnioskiem, płynącym z tych wszystkich doświadczeń, jest to, że czasami, gdy psy wydają się reagować na nasze słowa, wcale nie musi tak być. To prawda, że potrafią rozumieć wiele słów i dźwięków, ale ich niezwykła umiejętność korzystania z rozmaitych podpowiedzi każe nam błędnie sądzić, że ich wiedza i mądrość są znacznie większe. Pewne słowa spośród wypowiadanych przez nas mogą być dla nich zupełnie jasne i zrozumiałe, np.: „weź”, „przynieś”, „szukaj”, „skacz” czy „idź”. Jednak wiele z usłyszanych dźwięków może nie mieć dla nich żadnego znaczenia. Toteż: kiedy mówię swojemu psu: „Weź tę czerwoną rzecz”, on wie, że powinien rozpocząć działanie. „Weź” sprawia, że rusza, aby przynieść mi to, o co mi chodzi, ale to kierunek, w którym orientuję swoje ciało i spojrzenie, mówi mu, że chodzi mi o tę czerwoną piłkę, która leży na podłodze. To tylko z naszego, ludzkiego punktu widzenia, język mówiony jest tak bardzo ważny. Moje psy nie mają najmniejszego pojęcia, co to jest „czerwona rzecz”, ale to, co znajdzie się na linii mojego wzroku – wszystko jedno, czy będzie czerwone, żółte, białe czy zielone – to będzie ten przedmiot, który każdy z nich mi przyniesie. Często nam się wydaje, że psy starają się rozumieć to, co do nich mówimy, słuchając, ale może być i tak, że wtedy całą swoją uwagę koncentrują na mowie naszego ciała. Psy są mistrzami w odczytywaniu mowy ciała, nawet jeśli nam nie przychodzi do głowy, że coś komunikujemy tą drogą. Później przekonamy się, że one równie mistrzowsko używają swoich własnych ciał do przekazywania bardzo złożonych wiadomości.

Do tej pory zajmowaliśmy się tym, jak dobrze psy rozumieją ludzką mowę. To oczywiste, że one całkiem nieźle sobie z tym radzą, niezależnie od tego, czy dociera do nich znaczenie wypowiadanych słów, czy korzystają z innych sygnałów. Przyjrzawszy się temu, jak wygląda bierna znajomość ludzkiej mowy u psów, zajmijmy się bardziej szczegółowo czynnym przekazem, jaki od nich możemy uzyskać, rozważając ich zdolność do porozumiewania się z innymi.