Jak rozmawiać z psemTekst

Autor:Stanley Coren
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozmawiałem z doktorem Foxem po wysłuchaniu jego wykładu. Przedstawiając się, powiedziałem, że widziałem wcześniej dokument telewizyjny The Wolf Man, jego autorstwa. Żywo zareagował i poprowadził rozmowę w nieoczekiwanym dla mnie kierunku.

„Taaak, hmmm. Wie pan, to podczas tego eksperymentu przekonałem się, że wprawdzie potrafię dostatecznie dobrze porozumiewać się z wilkami, aby uchronić siebie przed poważnym zranieniem, ale moja wiedza jest stanowczo za mała, aby uniknąć podstawowych problemów”.

Z jego głosu, o lekkim angielskim akcencie, przebijało pewne rozbawienie. „Widzi pan, właśnie zapoznawaliśmy ze sobą kilka nowych wilków, pod nadzorem grupy badaczy, i mieliśmy nadzieję sfotografować ich zachowania. Miałem nadzieję zwłaszcza na dobre udokumentowanie ich zachowań powitalnych i sposobów ustalania hierarchii. Najstarszy samiec i jego partnerka przez cały czas trzymali się z boku, z dala zarówno do nas, jak i od reszty grupy. Okazało się, że samica jest w rui i wykonuje rozmaite gesty uległości wobec samca. Mając samicę w rui obok siebie i te wszystkie obce wilki dookoła, samiec był z pewnością nieco zdenerwowany.

Ja i mój pomocnik schowaliśmy się w krzakach, gdy para zmieniła kierunek i ruszyła wprost na naszą kryjówkę. Kiedy nas minęła, pomyślałem sobie, że to dobra okazja, aby zrobić parę zdjęć, i ruszyłem ich śladem. Niespodziewanie znowu zmieniły kierunek i stanęliśmy oko w oko. Zobaczyły człowieka idącego prosto w ich stronę, w dodatku patrzącego wprost na nie. Jak świat światem takie zachowanie (bezpośredni kontakt wzrokowy i nadchodzenie na wprost) oznaczało wyzwanie, więc natychmiast się zatrzymałem. Miałem nadzieję, że to wystarczy, aby zażegnać problem. Ale patrzyłem ciągle wprost na nie, co zostało zinterpretowane jako grożenie spojrzeniem. Tu już nie było miejsca na dalsze rozmowy – zaatakowały natychmiast.

Obwieszony aparatami niewiele mogłem zdziałać. Uniosłem więc ręce w górę i wzywałem mojego pomocnika. (Kiedy patrzę wstecz, widzę, że to była najgorsza rzecz, jaką mogłem zrobić, bowiem uniesienie rąk przypominało gest potwierdzający moją dominację. Bez wątpienia zostało zinterpretowane jako próba powiększenia moich rozmiarów. Moje krzyki można było mylnie zinterpretować jako ujadanie albo warczenie). Błyskawicznie samiec zawisł na mojej ręce, a samica zaatakowała nogi. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, co powinienem zrobić, aby je przekonać, że ten atak jest absolutnie zbędny. Zastygłem w miejscu, skurczyłem się i starałem się wydać możliwie najmniejszym, wydając jednocześnie piski i skomlenia, zupełnie jak małe, przestraszone i uległe wilcze szczenię. Wprawdzie atak przerwały natychmiast, ale samiec stanął na wprost mojej twarzy, wpatrując mi się prosto w oczy i warcząc. W odpowiedzi odwróciłem oczy, unikając kontaktu wzrokowego i dalej skomlałem. Kiedy już myślałem, że nieco się uspokoiły, spróbowałem się wycofać, ale natychmiast zaatakowały ponownie. Tym razem jednak był to atak pozorny, raczej groźba niż poważne gryzienie, a więc najważniejsza moja wiadomość do nich dotarła.

Nadbiegł mój pomocnik i udało mu się schwytać i odciągnąć samca. Samica nadal stała, wpatrując się we mnie, jakby czekała na mój następny ruch. Ani drgnąłem. Stałem, skamląc z półprzymkniętymi oczami w geście podporządkowania i czekając, aż odciągną i samicę.

Na szczęście byłem dosyć grubo ubrany, więc ich zęby nie zrobiły mi zbyt dużej krzywdy, ale uderzenia i nacisk zębów były dosyć bolesne, miałem sporo siniaków i naderwany mięsień”.

Roześmiał się lekko i pociągnął drinka. „Jeden z kolegów, którzy tam byli, zrobił parę zdjęć całego zajścia. Można na nich zobaczyć, jak wygląda grymas strachu w czystej, klasycznej formie. Tyle że nie na pysku przestraszonego wilka, a na twarzy badacza”.

W tym przypadku ten niezwykle wykształcony i inteligentny człowiek przez pomyłkę sprowokował atak. Na szczęście dla niego, wiedział wystarczająco dużo na temat języka psowatych, aby przekonać wilki o swojej pomyłce i o tym, że nie ma zamiaru jej kontynuować. I to zapewne uchroniło go przed poważnymi ranami.

Bardzo często to, czy będziemy potrafili żyć pod jednym dachem zgodnie i szczęśliwie z jakimkolwiek psem, może zależeć od tego, czy będziemy umieli odczytać język, w jakim zwierzę zwraca się do nas. Ten, kto potrafi mówić po „psiemu”, zrozumie, co chce mu powiedzieć jego pies, a także będzie potrafił przekazać jasne sygnały, które pies z łatwością zrozumie. W odróżnieniu od ludzkiej mowy, której się z czasem uczymy, wiele sygnałów psiej mowy zakodowanych jest w genach. Psy mają także zdolność uczenia się i rozumienia wielu terminów z ludzkiego języka, co zdecydowanie ułatwia im porozumiewanie się z ludźmi. Zanim zajmiemy się sposobami naszego porozumiewania się z psami, zastanówmy się nad pewnymi kwestiami związanymi z językiem jako takim.

2

Ewolucja języka zwierząt

Zanim zaczniemy zastanawiać się, jak przełożyć język zwierząt na ludzką mowę, musimy sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Czy jakieś zwierzęta, poza ludźmi, mają swój własny język. Większość naukowców zgadza się wprawdzie, że zwierzęta porozumiewają się ze sobą, rzecz jednak w tym, czy to porozumiewanie się można zdefiniować jako „język”. Wielu badaczy, zwłaszcza lingwistów, przyznaje, że zwierzęta mogą używać dźwięków jako części składowych swego systemu porozumiewania się, uważają oni jednak, że u zwierząt nie występują podstawowe elementy języka, które moglibyśmy nazwać słowami. Według ich najlepszej wiedzy, zwierzęta nie posiadają zdolności „nazywania” przedmiotów ze swego otoczenia, choćby takich jak „piłka” czy „drzewo”, nie wspominając już o wyrażaniu abstrakcyjnych pojęć, jak „miłość” czy „prawda”.

Noam Chomsky, słynny lingwista z Massachusetts Institute of Technology, sformułował teorię, według której tylko ludzie są zdolni do nauki języków, ponieważ jedynie ludzie posiadają odpowiednie do tego struktury w mózgu. Ludzie uczą się słów w zadziwiającym tempie. Dziecko pomiędzy drugim a siedemnastym rokiem życia wzbogaca swój słownik o tak ogromny zasób słów, że odbywa się to w tempie nowe słowo co dziewięćdziesiąt minut aktywnej działalności. Najbardziej zadziwiające jest to, że cały proces uczenia się odbywa się niezależnie od wymogów szkolnych czy nakazów. Według Chomsky’ego, to nadzwyczajne osiągnięcie może być wyjaśnione jedynie tym, że w ludzki mózg wbudowany jest specjalny organ przetwarzający mowę. Organ ten nie dotyczy jakiegoś konkretnego, jednego języka, a jest swego rodzaju wzorem dla wszystkich języków. Zawiera także podstawową strukturę, związaną z czymś, co możemy nazwać „uniwersalną gramatyką”. Dzięki niej właśnie dzieci mogą uczyć się języka tak szybko – instynktownie wiedzą, jaka jest struktura języka, w ich genach jest bowiem zakodowana świadomość tego, jakie struktury gramatyczne są prawidłowe, a jakie nie.

Teoria Chomsky’ego, zakładająca, że posługiwanie się mową jest umiejętnością zarezerwowaną jedynie dla ludzi, budzi mój sprzeciw, jeśli spojrzę na nią z ewolucyjnego punktu widzenia. Mowa bez wątpienia wydatnie zwiększyła możliwość przetrwania gatunku ludzkiego. Możemy przekazywać i otrzymywać istotne informacje o tym, co dzieje się na świecie oraz w naszym najbliższym otoczeniu. Potrafimy przekazywać sobie informacje o zdarzeniach z przeszłości i wyrażać nasze oczekiwania i przewidywania tego, co ma wydarzyć się w przyszłości, bowiem możemy posłużyć się mową. Przetrwanie jest znacznie łatwiejsze, kiedy poszczególne jednostki mogą informować się wzajemnie o tym, gdzie znaleźć pożywienie i wodę, w którym miejscu widziano ostatnio krążącego lwa czy ostrzec o nadciągającej ścianie ognia. Mowa pozwala także na skoordynowanie działań grupowych przy podejmowaniu rozmaitych prac zespołowych – formowanie grupy myśliwych i przebieg łowów, ustalenie, kto roztoczy opiekę nad dziećmi, czy nawiązywanie kontaktów z potencjalnymi partnerami, a także pomaga w rozwiązywaniu konfliktów między członkami grupy. Każdy gatunek zwierząt, posługujący się mową, dysponuje zatem doskonałym narzędziem, pozwalającym na zajęcie czołowej pozycji w nieprzyjaznym, a nawet wrogim mu świecie.

Wszędzie tam, gdzie zachodziły uwieńczone sukcesem zmiany ewolucyjne czy adaptacje w świecie zwierząt, niemal zawsze były one poprzedzone uproszczoną wersją przystosowań leżących u podstaw sukcesu. Weźmy choćby wspaniałe narzędzie, które pozwoliło człowiekowi stworzyć wysoko rozwiniętą technikę – nasz kciuk. Jest to kciuk przeciwstawny, co oznacza, że możemy nim dotknąć czubka każdego z pozostałych palców. A to z kolei oznacza manualne zdolności do operowania nawet niewielkimi przedmiotami, do tworzenia i używania kolejnych narzędzi. Kciuk pojawia się po raz pierwszy u małp, jeszcze nie tak doskonały, raczej prototyp, nie całkiem przeciwstawny do innych palców. W ewolucji naczelnych kciuk znacząco się zmienił, u małp człekokształtnych stał się dłuższy i bardziej przeciwstawnie ustawiony do jednego, a nawet dwóch palców. Ludzki kciuk jest przykładem na to, że w ewolucji poprzedzały go prostsze, bardziej prymitywne formy. Tak samo zdolność latania u ptaków nie od razu pojawiła się w doskonałej formie. Zanim na ziemi pojawiły się ptaki, wśród ich bezpośrednich przodków, gadów, występowały zwierzęta zdolne do lotu szybującego (pterodaktyl). Szybowanie nie było jeszcze prawdziwym, aktywnym lataniem, gady raczej płynęły w powietrzu, w ograniczonym stopniu kontrolując lot. Zdolność latania u ptaków jest wyższą, bardziej skomplikowaną formą ewolucyjną wcześniejszej zdolności do szybowania w powietrzu. Pojawiła się u nich zdolność startu z każdego rodzaju podłoża oraz możliwość zmiany kierunku lotu wedle woli.

Większość ważnych i użytecznych umiejętności wykazuje nieustanną zmienność w procesie ewolucji trwającej miliony lat. Chomsky i jego zwolennicy, odmawiając innym, poza człowiekiem, zwierzętom zdolności posługiwania się językiem, proponują nam teorię, zwaną przez biologów teorią „obiecującego potwora”. Jest to fantastyczny przypadek, kiedy pojedyncza mutacja powoduje pojawienie się znacznie lepiej przystosowanego zwierzęcia, to taka biologiczna wersja „boskiej interwencji”.

 

Takie wytłumaczenie jakoś do mnie nie przemawia. Ewolucja przypomina raczej wielką autostradę, po której podróżują rozmaite gatunki żyjące na ziemi. Zmiany kierunku następują stopniowo, jako że zbyt ostry skręt może wyrzucić szybko jadące pojazdy (albo ewoluujące gatunki) z drogi. Na poziomie biologii, teoria autostrady zakłada powolne, nieustanne zmiany i wiele podobieństw pomiędzy różnymi gatunkami, zwłaszcza na poziomie genetycznym. Dla wielu ludzi może to być zaskoczeniem, a nawet szokiem, ale najnowsze odkrycia na tym polu pokazują, że człowiek genetycznie wcale nie jest taki wyjątkowy, jak do tej pory sądzono. Analiza DNA wykazała, że na poziomie genetyki i budowy molekularnej jesteśmy w 98 procentach identyczni z szympansami. Nasze pokrewieństwo jest tak bliskie, że niektórzy naukowcy posunęli się do propozycji przeprowadzenia krzyżówek międzygatunkowych. Ze względów moralnych i etycznych nie dojdą one, oczywiście, do skutku, ale sama taka możliwość pokazuje, jak bardzo człowiek jest podobny do innych naczelnych. Nawet gatunek tak wydawałoby się daleki jak nasz ulubieniec, pies domowy, wcale nie jest genetycznie tak odległy od człowieka, jakby się to mogło wydawać. I ludzie, i psy to ssaki, których kod genetyczny, zapisany w DNA, jest w 90 procentach taki sami.

Skoro genetycznie jesteśmy tak podobni do innych zwierząt, nielogiczne wydaje się założenie, że ewolucja wykonała jakiś skok ilościowy lub jakościowy akurat w odniesieniu do zdolności językowych. Znacznie bardziej logiczne jest założenie, że ewolucja, dążąc do owych zdolności językowych, wypróbowała po drodze mniej złożone ich formy. Wczesne, prymitywne umiejętności językowe nie mogły objawić się od razu w pełnej krasie, ich prekursorem musiały być pewne wzory porozumiewania się u innych zwierząt, także u psów. Logika nakazuje przypuszczać, że „język” psów będzie znacznie prostszy niż ten, którym posługują się ludzie, ale ta sama logika nakazuje uznać, że musi istnieć jakiś język psów.

Skoro logiczne rozumowanie prowadzi do wniosków, że zwierzęta muszą posługiwać się jakimiś formami języka, dlaczego naukowcy, tacy jak Chomsky, uważają, że zdolność do posługiwania się językiem jest zarezerwowana jedynie dla ludzi? Wyjaśnienie jest proste – są kontynuatorami pewnego nurtu filozofii, a także poglądów wczesnych przyrodników, którzy z uporem starali się dowieść, że człowiek jest istotą unikalną i wyjątkową. W tym sposobie rozumowania jest coś, co bardzo pochlebia wymaganiom naszego ego. Sprawia, że czujemy się dumni, iż w całej naturze nie ma nam równych. I że to Bóg wybrał nas, obdarzając swym błogosławieństwem.

Człowiek różni się, oczywiście, od zwierząt i to na wiele sposobów. Człowiek, na przykład, to jedyne zwierzę obdarzone dużymi piersiami, nosi ubrania, przekłuwa sobie części ciała (na przykład uszy) i wkłada ozdoby w powstałe otwory, farbuje włosy, tatuuje ciało, maluje twarz, używa pieniędzy i gotuje strawę. Te niewielkie różnice wbijają nas w dumę, co zawsze starannie podkreślaliśmy w naszej moralności, filozofii, etyce i mowie.

Najbardziej chyba znanym zwolennikiem teorii wyjątkowości człowieka był francuski filozof Rene Descartes (Kartezjusz), który głosił, że żadne innej zwierzę nie posiada prawdziwej inteligencji ani uczuć wyższych. Zwierzęta, według niego, to tylko pokryte futrem maszyny, bardzo przemyślnie skonstruowane, które reagują na bodźce zewnętrzne zupełnie tak samo, jak każda inna maszyna, którą trzeba włączyć, naciskając przycisk. Kościół bardzo popierał teorię Kartezjusza, bowiem twierdzenie, że zwierzęta są obdarzone zdolnością myślenia, dzielił tylko krok od stwierdzenia, że mają także duszę. Gdyby zaś miały duszę, to zaistniałaby potrzeba bardzo poważnej dyskusji na temat naszego traktowania zwierząt. A debaty na takie tematy, jak moralność zabijania zwierząt, ograniczanie ich wolnej woli czy zmuszanie do pracy ponad siły na rzecz człowieka, Kościół zdecydowanie wolał uniknąć. Według Kartezjusza najbardziej oczywistym testem, sprawdzającym, czy zwierzęta obdarzone są zdolnością myślenia i świadomością, była zdolność do posługiwania się mową w takim zakresie, jak potrafią to tylko ludzie.

Nie wszyscy uważali, że człowiek jest jakimś wyjątkowym zjawiskiem na ziemi. Grecki filozof Arystoteles, teolog święty Tomasz z Akwinu i ewolucjonista Karol Darwin uważali, że różnica pomiędzy ludźmi i zwierzętami jest jedynie natury ilościowej (w stopniu, w jakim ujawniają się ich zdolności umysłowe), a nie jakościowej (w faktycznej naturze tychże zdolności). A to podejście pozwala na twierdzenie, że gatunki niższe mają swoją mowę, choć mniej złożoną niż ludzka.

Zgoda co do tego, czy zwierzęta posługują się językiem, zależy oczywiście od tego, jak zdefiniujemy język. Jeśli za język uznać sposób komunikowania się za pomocą dźwięków i sygnałów, to żadnemu zwierzęciu na naszej planecie nie sposób odmówić posiadania języka. Świerszcze i koniki polne obwieszczają swoją obecność i dostępność dla potencjalnych partnerów dźwiękami, które wydają, pocierając o siebie krawędzie tylnych odnóży. Świetliki wysyłają podobne komunikaty rozbłyskując światłem. Czy w takim razie należy uznać, że owady posługują się mową? Etolog, Karl von Frisch, uważał, że tak. Za swoje prace nad językiem pszczół otrzymał nawet Nagrodę Nobla.

U pszczoły miodnej rozwinął się nadzwyczajny sposób porozumiewania się, pomagający jej przetrwać w ulu. Wyspecjalizowani zwiadowcy wyruszają na poszukiwanie pożywienia i wracają do ula z wiadomością, gdzie udało im się znaleźć źródło nektaru czy pyłku. Informują o tym pozostałych mieszkańców ula, wykonując specjalne taneczne ruchy. Krążą po ścianach albo podłodze ula zakreślając ósemki i poruszają odwłokiem, zupełnie jakby tańczyły. Znaki, które kreślą, szybkość, z jaką to robią, kierunek i wielkość znaków, to wszystko jest istotną informacją dla pozostałych o tym, gdzie, w jakiej odległości (może to być wiele kilometrów od ula) znajduje się źródło pożywienia i w jakich ilościach można je tam znaleźć.

W każdym ulu istnieje także specjalna drużyna, spełniająca funkcję „poszukiwaczy domów”. Te pszczoły nie zajmują się dostarczaniem informacji o źródłach pożywienia. Przeszukują okolicę w celu znalezienia miejsca na nowy ul. Kiedy w kolonii pojawią się dwie królowe, a jedna z nich nieodwołalnie musi odejść, zabierze ze sobą grupę pszczół i przeniesie się do nowego, znalezionego przez zwiadowców ula. Język tych zwiadowców jest tak precyzyjny i dokładny, że nowa społeczność pszczół wie wszystko o nowej siedzibie, zanim jeszcze do niej przybędzie.

Chociaż jest to godne uwagi zachowanie i wielu naukowców przyznaje pszczołom posiadanie złożonego systemu porozumiewania się, to jednak większość z nich nazwie go raczej „systemem sygnalizacyjnym” niż „językiem pszczół”. Wydaje się, że jest on zbyt mało elastyczny w swej zawartości i zbyt mało skomplikowany w strukturze, aby naukowcy zgodzili się bez oporów przyznać mu miano języka. Pszczoły zdają się nie rozmawiać o niczym innym, jak tylko „Gdzie jest jedzenie?” albo „Gdzie założymy nasz nowy dom?”. Na razie nie widziano pszczoły mówiącej „Jestem dzisiaj taka szczęśliwa”, „Lubię cię”, „Ależ ta praca mnie nudzi”, czy wreszcie „Jak dorosnę, chciałabym być królową!”.

Jakie konkretne, minimalne wymagania musi spełniać sposób porozumiewania się, aby uznać go za język, to kolejne trudne pytanie, na które w końcu będziemy musieli znaleźć odpowiedź. Pewnych aspektów ludzkiej mowy nie da się znaleźć w żadnym innym języku. Większość ludzi zwykle ma skłonność do mylenia języka z mową. Ludzie bez wątpienia najpowszechniej wyrażają swoje idee poprzez mowę. Głosy w ewolucji rozwinęły się stosunkowo późno. Język mówiony wymaga obecności wyspecjalizowanej puszki głosowej, w języku biologicznym zwanej krtanią. Wystarczy położyć palce na gardle, a poczujemy, jak powstają wibracje, wtedy gdy mówimy czy chrząkamy. Pojawiają się one, gdy powietrze przepływa przez krtań, powodując powstawanie dźwięków. Krtań pojawiła się u wyższych zwierząt lądowych, w tym u ssaków, niektórych gadów i płazów, jako część tchawicy, przez którą powietrze dostaje się do płuc. Wprawdzie w letnie wieczory powietrze aż drga od głosów owadów, ale one nie mają puszek głosowych, jak zresztą i pozostałe bezkręgowce (tzn. wszystkie zwierzęta pozbawione kręgosłupa). U ryb także nie występuje tchawica, ryby bowiem oddychają, pobierając tlen z wody poprzez skrzela.

Żeby zrozumieć, jak wyjątkowi są ludzie ze swoją zdolnością mowy, musimy odrobinę pomówić o fizjologii. Krtań składa się z kilku elastycznych, chrzęstnych segmentów połączonych za pomocą mięśni i ścięgien. Od góry ograniczona jest gardłem, a od dołu tchawicą. Jako że jama ustna służy zarówno do oddychania, jak i pobierania pokarmów, potrzebne jest specjalne urządzenie rozdzielające te dwie funkcje. Jest nim nagłośnia, która działa jak wieczko pudełka, zawieszone pomiędzy gardłem i puszką głosową. Gdy zwierzę przełyka, krtań unosi się i naciska na nagłośnię i nasadę języka, zamykając tchawicę, tak że pokarm może być skierowany do żołądka bez zagrożenia, że dostanie się do dróg oddechowych i spowoduje zadławienie się.

Dźwięki powstają wtedy, gdy powietrze przepływa poprzez struny głosowe. Są to cienkie błoniaste fałdy, zlokalizowane w górnej części krtani, mające kształt litery V. Naciągnięcie strun głosowych jest kontrolowane przez mięśnie. Kiedy oddychamy normalnie, nasze mięśnie głosowe są rozluźnione, dzięki czemu powietrze swobodnie wpływa i wypływa z płuc. Kiedy mięśnie się kurczą, struny zaczynają wibrować. Im mocniej napinają się mięśnie, tym wyższe dźwięki wydajemy. Zasada działania przypomina nieco balonik. Jeśli puścimy nadmuchany balonik, powietrze z niego ujdzie bezgłośnie, ale wystarczy ścisnąć nieco koniec, a usłyszymy piszczący dźwięk, którego wysokość będzie zależała od tego, jak mocno zaciśniemy palce. Ruchy warg i języka modyfikują i zmieniają dźwięki, układając je w nowe wzory.

Zajmowaliśmy się puszką głosową, bo jej budowa u ludzi i u psów jest inna, a psy w porównaniu z ludźmi mają ograniczone możliwości wydawania i modulowania dźwięków. U psów widzimy jedynie lekkie wygięcie dróg oddechowych. U ludzi, poruszających się w pozycji wyprostowanej, ma ono około 90 stopni, dzięki temu krtań jest dłuższa, jest więc w niej miejsce na dwie puszki rezonansowe. Psy mają tylko jedną. W dodatku nasz język jest dłuższy, bardziej okrągły, psy mają krótszy i bardziej płaski. Słowem, aparat głosowy psów nie jest wystarczająco dobrze rozwinięty, aby mogły one świadomie kształtować i modulować dźwięki, nie mówiąc już o wymawianiu głosek.

Jest jeszcze jedna istotna różnica pomiędzy ludźmi i psami, gdyż one, żyjący z polowania myśliwi, mają budowę układu oddechowego przystosowaną do swobodnego przepływu powietrza podczas biegu i tropienia. Podczas tych czynności nagłośnia jest stale półprzymknięta. To pozwala psom szczekać, ujadać czy wyć podczas biegu. U nas, kiedy mówimy, nagłośnia jest stale otwarta.

Nie mamy żadnych powodów, aby wpędzać naszego psa w kompleks niższości tylko dlatego, że nie może wydawać z siebie artykułowanych dźwięków. Ewolucyjnie jest to całkiem nowa umiejętność. Wcale nie tak znowu dawno sami doświadczyliśmy podobnych trudności. Jeden z naszych przodków, człowiek neandertalski, najprawdopodobniej nie posługiwał się mową albo miał bardzo ograniczone możliwości w tym zakresie. Trudno nam to ocenić, bo miękkie tkanki, a więc i tchawica, nie zachowały się dobrze wśród kopalnych szczątków. Psycholog Phillip Lieberman udowodnił jednak, że wszelkie próby umieszczenia puszki głosowej współczesnego człowieka w szkielecie neandertalczyka zawodzą, ona się tam po prostu nie zmieści. A to prowadzi nas do wniosku, że u człowieka neandertalskiego aparat głosowy musiał mieć uproszczoną budowę, co utrudniało mu posługiwanie się mową.

Zajmijmy się teraz jeszcze jednym aspektem ewolucji, który dał człowiekowi znaczną przewagę nad psem w sposobie wydawania artykułowanych dźwięków. Dzięki temu, że poruszamy się w pozycji wyprostowanej, nasze ręce są wolne, możemy w nich trzymać rozmaite przedmioty, w tym niezbędną przy polowaniu broń. A to oznacza, że nieporzebny jest nam mocny pysk, pełen ostrych zębów, gdyż radzimy sobie inaczej. Możemy pozwolić sobie na krótszy nos, skrócone szczęki i ruchliwe usta, nadające się do modulowania dźwięków. Znacznie ruchliwsza twarz też ułatwia nam wydawanie szerszego wachlarza dźwięków, niż mogą to czynić psy.

Najnowsze teorie ewolucyjne zdają się wskazywać na prawdziwą rewolucję. Według nich, to właśnie dzięki psom było możliwe rozwinięcie się i doskonalenie mowy u człowieka. Aby prześledzić tę teorię, warto zwrócić uwagę na fakt, że najnowsze badania DNA wskazują, iż udomowienie psa zaczęło się znacznie wcześniej niż do tej pory sądzono. Wydaje się możliwe, że proces ten rozpoczął się nawet 100 tysięcy lat temu. Przesunięcie procesu udomowienia w tak zamierzchłą przeszłość pozwala nam na nowe spojrzenie na kształtowanie się obu gatunków – będąc ze sobą od tak dawna, rozwijały się i kształtowały wspólnie, współewoluowały.

 

Jest wiele dowodów na to, że nasi dalecy prymitywni przodkowie mieli wczesne związki z psami. Porównajmy teraz nasz spektakularny ewolucyjny sukces z tym, co stało się z człowiekiem neandertalskim, który z psami się nie zadawał i... wyginął. Niektóre teorie ewolucyjne zakładają, że naszym przodkom udało się przeżyć w dużej mierze dzięki bliskiej współpracy z psami, co pozwoliło nam na bardziej efektywne polowanie niż neandertalczykom. Dzięki lepiej rozwiniętym, bardziej wrażliwym zmysłom tych zwierząt tropienie zdobyczy było znacznie łatwiejsze. Fantastycznie wyczulony węch psów, w połączeniu z możliwością podążania za śladem, nawet w biegu, uczynił z psa skutecznego tropiciela. Tropienie i polowanie to bodaj najważniejsze zadania społeczności myśliwych.

I tu właśnie jest miejsce na daleko idące spekulacje. Teoria zakłada, że skoro ludzie zaczęli używać psów przy polowaniu, pewne struktury w budowie twarzy, niezbędne do wyczuwania zapachów, przestały im być potrzebne. U naszych przodków rozwinęła się więc znacznie bardziej ruchliwa mimiczna część twarzowa, dzięki czemu modulowanie dźwięków stało się łatwiejsze. Innymi słowy, nasze prehistoryczne związki z psami, które za nas zaczęły tropić, dały nam możliwość rozwoju mowy.

Natomiast nasi rywale, neandertalczycy, nigdy nie wchodzili w bliższe relacje z psami. A to oznacza, że ich twarze nigdy nie zyskały odpowiedniej ruchliwości, bowiem zdolności węchowe były dla nich niezbędne. Mniej ruchliwa twarz to mniejsza możliwość kontroli dźwięków, a zatem mniejsza sprawność posługiwania się nimi. Gdy ludzie pierwotni zyskali możliwość kształtowania i modulowania dźwięków, możliwy stał się rozwój mowy. A jak pisałem wcześniej, używanie mowy daje ogromne korzyści i możliwości. Pozwala na sprawne organizowanie grupy, umożliwia przekazywanie wiedzy, doświadczenia i wiadomości, co pozwala na ułatwienie przeżycia.

Czy to nie nadzwyczajne – jeśli ta teoria jest prawdziwa, to być może zdolność mowy ludzie zawdzięczają swoim związkom z psami!

Chociaż psy nie używają mowy, to wcale nie znaczy, że nie mają swojego języka. Wiemy przecież, że ludzie niesłyszący posługują się znakami, a ich sposób porozumiewania się nazywamy językiem migowym. Podobnie, choć ewolucja pozbawiła psy ruchliwości części twarzowej, puszki głosowej i możliwości takiej kontroli nad dźwiękami, która umożliwiłaby im rozwój mowy, nie ma powodu, aby nie mogły się one porozumiewać, używając innych środków przekazu. Być może są one wystarczająco złożone i bogate, aby nazwać je językiem.