Jak rozmawiać z psemTekst

Autor:Stanley Coren
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału: How to Speak Dog

Po raz pierwszy opublikowane przez: Free Press

A Division of Simon & Schuster

1230 Avenue of the Americas New York, NY 10020

Tekst copyright © 2000 by Stanley Coren

Ilustracje copyright © 2000 by Laura Hartman Maestro

ISBN wydania oryginalnego 0-684-86534-3

All rights reserved.

© Galaktyka sp. z o.o., Łódź 2007

90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5

tel. 639 50 18, 639 50 19

tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl

ISBN 978-83-89896-87-2

EPUB 978-83-7579-493-9

MOBI 978-83-7579-494-6

Przekład z j. angielskiego: Anna Redlicka

Projekt okładki i str. tytułowej: COM-PROMIS

Redaktor: Kazimiera Iskrzyńska

Korekta: Małgorzata Gołąb

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Księgarnia internetowa!!!

Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

Zapraszamy

www.galaktyka.com.pl

e-mail: info@galaktyka.com.pl, sekretariat@galaktyka.com.pl

Wszelkie prawa, szczególnie prawo powielania i rozpowszechniania oraz tłumaczenia sa zastrzeżone. Żadna część dzieła nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie (za pomocą fotokopii, mikrofilmów lub innych metod) bez pisemnej zgody wydawnictwa, ani też utrwalana, opracowywana lub rozpowszechniana przy użyciu elektronicznych systemów.


Książkę tę dedykuję staremu przyjacielowi

i cenionemu koledze Peterowi Suedfeldowi,

jego żonie Phyllis Johnson,

i Buckshotowi

ich bardzo specjalnemu psu.

Spis treści

Przedmowa

1. Rozmowy z przedstawicielami psowatych

2. Ewolucja języka zwierząt

3. Psy słuchają

4. Czy psy naprawdę słuchają?

5. Hałasują czy mówią?

6. Psy mówią

7. Nauka mówienia

8. Język mimiczny

9. Mowa uszu

10. Mowa oczu

11. Mowa ogona

12. Mowa ciała

13. Wskazywanie

14. Język płci

15. Język migowy i pisanie na maszynie

16. Mowa zapachów

17. Rozmowa psa z kotem

18. Psie dialekty

19. Czy to jest język?

20. Mówić psim i pieskim

Postscriptum

Dodatek

Ilustrowany słownik

Psie rozmówki

Przedmowa

Człowiek posiada wielki dar, dar mowy, ale większość z tego, co mówi, jest puste i zwodnicze. Zwierzęta mówią niewiele, ale to niewiele jest prawdziwe i użyteczne; więcej trzeba cenić rzecz małą i prawdziwą, aniżeli wielkie oszustwo.

– LEONARDO DA VINCI,

Zapiski, ok. 1500 r.

Według tradycji, król Salomon miał srebrny pierścień, który stanowił jego pieczęć z wypisanym prawdziwym imieniem Boga. Dzięki pierścieniowi król rozumiał mowę zwierząt i mógł z nimi rozmawiać. Po śmierci króla Salomona pierścień został ukryty w „ogromnym domu z wieloma drzwiami”. Gdy byłem młody, marzyłem o tym, aby odnaleźć pierścień króla Salomona i móc rozmawiać z moimi psami.

Wiem, że to tylko piękna przypowieść, ale jako człowiek dorosły wiem też, że mądry król Salomon mógł swobodnie porozumiewać się ze zwierzętami bez pomocy legendarnego pierścienia, tak jak ty czy ja możemy się tego nauczyć. „Magia” pierścienia sprowadzała się do zrozumienia, w jaki sposób zwierzęta się porozumiewają, kryje się więc w nauce, która jest „domem o wielu drzwiach”. Wiedza, jakiej nam do tego potrzeba, jest taka sama jak wiedza niezbędna do nauczenia się dowolnego obcego języka. Aby rozmawiać z psem, na początek musimy nauczyć się słownictwa – zwłaszcza tego, jak tworzone są „słowa” w psim języku. Musimy nauczyć się też „gramatyki” tego języka, a zatem, jak składać razem słowa, aby tworzyły „zdania” zdolne przekazać zrozumiałe treści.

Macie w ręku książkę o porozumiewaniu się psów, o tym, jak „mówią” do siebie, jak interpretują sygnały przekazywane im przez ludzi, i o tym, jak ludzie mogą tłumaczyć na swój język to, co psy usiłują im powiedzieć. Zrozumienie, w jaki sposób psy się porozumiewają, pozwoli nam znacznie lepiej odczytać ich odczucia, myśli i intencje. Ułatwi też znacznie przekazanie im, jakie są nasze oczekiwania, a także ułatwi kontrolowanie ich zachowań. Nie znaczy to wcale, że z naszym własnym psem będziemy mogli wieść uczone dysputy na temat natury rzeczy, biegu historii, moralności, filozofii czy mniej wzniosłe o najnowszej hollywoodzkiej produkcji. Z drugiej strony, nieraz przekonałem się, że moje rozmowy z moimi własnymi psami są znacznie bardziej złożone i bogatsze niż te, które mogę przeprowadzić z własnymi dwu-, trzyletnimi wnukami, choć często dotyczą podobnych tematów. Poznanie psiej mowy pozwala także uniknąć wielu nieporozumień, jakie często zdarzają się pomiędzy ludźmi i psami.

Podczas naszych „lekcji języka” dowiecie się o bardzo szczególnych psach i o tym, jak niezwykle mądre i zdolne bywają niektóre z nich. Dowiecie się też, jaki wpływ na zdolności językowe psów miał człowiek, a wpływ ten trwał tysiąclecia naszego wspólnego bytowania.

Niektórzy z moich uczonych kolegów mają zapewne spore obiekcje co do używania określenia „język” w odniesieniu do sposobu porozumiewania się psów. Bardzo długo uważano, że używanie tak pojętego języka jest umiejętnością zarezerwowaną wyłącznie dla ludzi. Staje się jednak coraz bardziej oczywiste, że między wzorami porozumiewania się człowieka i psa istnieją ogromne podobieństwa. Sam, jako psycholog, nie mam żadnych wątpliwości co do zasadności wniosków dotyczących zdolności uczenia się ludzi z obserwacji poczynionych na szczurach czy małpach. Tak samo podchodzi do tego większość naukowców. Jawną głupotą byłoby uważać, że ludzie uczą się w sposób radykalnie różny niż pozostałe zwierzęta. Toteż często dziwi mnie to, że kiedy przychodzi do kwestii używania języka i porozumiewania się, niektórzy behawioryści całkiem zapominają o wspólnych wszystkim gatunkom zdolnościach i upierają się, że sposób porozumiewania się człowieka jest całkowicie odmienny i unikalny w świecie zwierząt. Przekonajmy się więc, czy „prawdziwy” język jest istotnie zarezerwowany tylko dla ludzi, starając się nauczyć języka psiego.

Chciałbym podziękować mojej żonie, Joan, za wnikliwe uwagi poczynione podczas powstawania tej książki, a także naszej córce, Karen, za wiele pomocnych sugestii. A nade wszystko chciałbym podziękować moim psom, Wiz, Odinowi i Dancerowi, za ich subtelne podpowiedzi i wyjaśnienia, dotyczące wielu aspektów psiego języka.

1

Rozmowy z przedstawicielami psowatych

W ustach człowieka takie argumenty

Byłyby wielce cenione.

Lecz gdy je na swoją obronę

Zechcą przywołać zwierzęta,

Toż brednie wierutne, bajdy wymyślone,

Pies skutkiem tego wziął cięgi okrutne.

– JEAN DE LA FONTAINE (1621–1695)

Chłop, lis i pies

Każdemu z nas zdarzało się zapewne od czasu do czasu marzyć:

 

„Ach, żeby tak być doktorem Dolittle albo mieć pierścień króla Salomona i rozumieć mowę zwierząt”. Ja zawsze najbardziej pragnąłem porozmawiać z psami. Pamiętam pewien niedzielny wieczór, kiedy siedziałem na podłodze salonu, słuchając radia w towarzystwie mojego beagle’a o imieniu Skippy. Oparty o ogromny fotel, czekałem na cotygodniową audycję o mojej ukochanej gwieździe filmowej. Zabrzmiała muzyka, myślę, że był to jakiś motyw ludowy, a potem usłyszałem jej głos. Szczekała najpierw z daleka, z każdą sekundą jej głos był bliżej i bliżej...

Na długo przedtem, zanim pojawiły się takie psie gwiazdy, jak Benji, Beethoven, czy bohaterowie z telewizji – Eddie, Wishbone i mały Hobbo, była Lassie. Była kimś znacznie ważniejszym niż tylko pies, była przyjaciółką, ukochaną towarzyszką zabaw. Była stróżem prawa i obrońcą nieustraszonym w walce.

Pies, który bodaj najbardziej przyczynił się do popularyzacji współczesnego wyobrażenia o psach i ich inteligencji, po raz pierwszy pojawił się w krótkim opowiadaniu Erica Knighta, opublikowanym na łamach „Saturday Evening Post”, w 1938 roku. Historyjka spotkała się z tak gorącym przyjęciem, że w 1940 roku autor zdecydował się na opublikowanie rozszerzonej wersji książkowej, a już w 1943 roku na jej podstawie powstał scenariusz wzruszającego, wyciskającego łzy z oczu filmu Lassie wróć. Kolorowy film, którego akcja osadzona była w realiach życia Wielkiej Brytanii, opowiadał o ubogiej rodzinie, którą tarapaty finansowe zmusiły do sprzedaży wiernej suczki collie bogatemu hodowcy psów (jego córkę zagrała młodziutka Elizabeth Taylor). Lassie ucieka z hodowli, gdzie, podobnie jak inne psy, nie była dobrze traktowana przez człowieka zajmującego się psiarnią, i odnajduje drogę ze Szkocji do Anglii, by wreszcie powrócić do swego ukochanego pana (chłopca zagrał Roddy McDowall). Roli Lassie nie zagrała bynajmniej suczka, ale pies collie o imieniu Pal, podobnie zresztą jak we wszystkich innych filmach o Lassie. Wybierano zawsze samce, bo są one większe, bardziej efektowne i mniej bojaźliwe niż suczki. W dodatku przy każdej cieczce (co zdarza się dwa razy do roku) suki tracą swą wspaniałą szatę. Suka z ujęcia na ujęcie tracąca futro nie spodobałaby się zapewne publiczności, a reżysera przyprawiłaby o potężny ból głowy.

Bez względu na to, jakiej była płci, Lassie miała ogromny wpływ na nasze wyobrażenie o tym, jak psy działają i myślą. W ogromnej mierze dlatego, że rozmaitymi audycjami i filmami o Lassie zostaliśmy niemal zasypani. Do tej pory nakręcono dziesięć filmów z Lassie w roli głównej. U jej boku pojawiły się największe hollywoodzkie sławy, jak James Stewart, Helen Slater, Nigel Bruce, Elsa Lanchester, Frederic Forrest, Mickey Rooney i wiele innych. Powstały też seriale telewizyjne, realizowane z małymi przerwami od 1954 do 1991 roku, w sześciu różnych inscenizacjach i obsadach. Wśród członków rodziny Lassie znaleźli się tak znani aktorzy, jak Cloris Leachman i June Lockhart. Filmy te stale powracają w różnych stacjach telewizyjnych. Nakręcono nawet serial rysunkowy (Lassie’s Rescue Rangers), pokazywany w sobotnie poranki w paśmie dla dzieci.

Najbardziej chyba niezwykłą rolę miała Lassie w serialu radiowym, emitowanym od 1947 do 1950 roku, a ja byłem jednym z jej najmłodszych wielbicieli. Jestem pewien, że, na ile znam mentalność współczesnych producentów, uparliby się oni obdarzyć Lassie ludzkim głosem, abyśmy mogli usłyszeć jej myśli. Byłby to zapewne delikatny głos kobiety w średnim wieku, o lekkim szkockim akcencie, przypominającym o jej pochodzeniu. W tamtych czasach producenci nie mieli takich pomysłów. Lassie nigdy nie przemówiła ludzkim głosem.

To, że Lassie nie mówiła po angielsku, francusku, niemiecku, hiszpańsku ani w żadnym innym znanym języku, stanowiło w dużej mierze o magii tego słuchowiska. Jej rodzina, a i każdy, kto ją usłyszał, znakomicie ją rozumiał. Wyglądało to na przykład tak.

Lassie wybiega na pole szczekając i skomląc jak szalona. Jej młody właściciel pyta: „Co się stało, malutka?”. Lassie szczeka i skomli.

„Coś złego przytrafiło się mamie?” – chłopiec interpretuje wiadomość, a Lassie skomli i szczeka.

„Och, nie – zraniła się! Tata ostrzegał, żeby sama nie uruchamiała tej maszyny. Lassie, biegnij po doktora Williamsa. Widziałem, jak zachodził do Johnsonów, tu niedaleko nas. Ja pobiegnę do mamy i zobaczę, w czym mogę pomóc”.

Chłopiec biegnie przez pole w kierunku domu. Lassie ze szczekaniem pędzi po pomoc. Doktor nie będzie miał oczywiście najmniejszych trudności ze zrozumieniem każdego szczeknięcia suki i natychmiast przybędzie na ratunek.

Czasami Lassie ostrzegała swoich państwa przed złymi ludźmi, o ukrytych czy skradzionych przedmiotach albo informowała swego opiekuna, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Wydawało się, że Lassie mówiła uniwersalnym językiem. Była tam scena z chłopcem, który przyjechał z Francji, aby zamieszkać u wuja po tragicznej śmierci rodziców. Biedne dziecko nie mówi po angielsku. Nie stanowi to na szczęście problemu, bo Lassie porozumiewa się w uniwersalnym języku psów (nazwijmy go psim), a chłopiec rozumie go bez trudności, bo francuskie psy posługują się tym samym językiem. Z tej przyczyny Lassie może powiedzieć mu (używając szczeknięć, skomleń i skowytów, a czasami nawet cichego warczenia), że znalazł się w miejscu, gdzie mieszkają dobrzy, przyjaźni ludzie, chociaż przebywa tu jeden niedobry chłopak, na którego trzeba uważać. Lassie pociesza i wspiera francuskiego chłopca, pomagając mu oswoić się z obcą społecznością, łagodzi nieporozumienia pomiędzy nim a innymi dziećmi, na koniec zaś uczy go pierwszych słów po angielsku, które, jakżeby inaczej, brzmią: „Lassie, dobry z ciebie pies”.

Bardzo wtedy zazdrościłem rodzinie i sąsiadom Lassie. Wszyscy bez problemu rozumieli język psów i doskonale potrafili przekazać własnym psom dokładnie te informacje, o które im chodziło. W zamyśleniu tarmosiłem miękkie uszy Sippy’ego, zastanawiając się, dlaczego moje własne zdolności lingwistyczne są tak mizerne.

Oczywiście, to nie było tak, że całkiem nie rozumiałem tego, co Skippy chciał mi powiedzieć. Gdy machał ogonem, wiedziałem, że jest szczęśliwy, a kiedy ukrywał ogon głęboko pod brzuchem, wiedziałem, że czuje się fatalnie. Jego szczekanie było dla mnie informacją, że ktoś nadchodzi albo że pies jest głodny, ma ochotę na zabawę lub jest podniecony... No tak, on w ogóle dużo szczekał. Kiedy zaczynał głosić (te specyficzne jodłujące dźwięki, jakie wydają z siebie beagle), wiedziałem, że podjął trop. Niepowodzenia w komunikacji nie były winą Sippy’ego, tylko moją. Zdarzało się, że mój pies wykazywał niebywałą inwencję, kiedy chciał mi coś przekazać. Któregoś dnia tak długo popychał nosem pustą miskę po kuchennej podłodze, aż uderzyła mnie w nogę, i wreszcie zauważyłem, że jest pusta, a pies daje mi do zrozumienia, że jest spragniony. W większości przypadków jednak niewiele rozumiałem z tego, co chciał mi przekazać, i ten brak porozumienia działał na mnie przygnębiająco. Teraz, po wielu latach studiów i badań, mam wrażenie, że zaczynam co nieco rozumieć z języka moich psich przyjaciół. Jako psycholog zaczynam także dostrzegać, jak ogromy wpływ na wzajemne relacje człowiek – pies może mieć poznanie sposobu komunikowania się psów.

W ludzkich społecznościach mowa często jest bodaj najważniejszym czynnikiem determinującym sukcesy na polu stosunków towarzyskich i społecznych. Wystarczy przeanalizować badania nad stosunkami w rodzinach z dziećmi upośledzonymi. Okazuje się, że uczucia miłości i czułości mogą być wyrażane i przyjmowane nawet tam, gdzie dzieci cierpią na poważne upośledzenia, o ile są one zdolne w miarę sprawnie mówić i rozumieć to, co się do nich mówi. W rodzinach z dziećmi upośledzonymi w znacznie mniejszym stopniu, ale obarczonymi zaburzeniami mowy, pojawia się wiele poważnych problemów, a dotyczy to szczególnie stosunków towarzyskich czy trudności z dostosowaniem się do otoczenia. Pojawiają się problemy z okazywaniem uczuć i pogłębia się frustracja związana z upośledzeniem dziecka. Podobne badania prowadzono nad przystosowaniem się imigrantów do nowego społeczeństwa, w którym się znaleźli. Okazało się, że zdolność i szybkość przystosowania się do nowych warunków życia jest zależna od zdolności nauczenia się nowego języka. Dokładnie tak samo jest z aklimatyzacją psa w nowym domu – w dużej mierze dobre wzajemne relacje zależą od tego, czy otaczający go ludzie są w stanie zrozumieć przekazywane przezeń komunikaty.

Opaczne rozumienie emocjonalnych stanów psa ma równie fatalne skutki dla całej rodziny, jak dla ich nowego podopiecznego. Tak było w przypadku Finnigana, pięknego setera irlandzkiego z hodowli pewnej pani o imieniu Melanie. Znałem Melanie jako znakomitą hodowczynię, której wysiłki zostały uwieńczone wyhodowaniem linii wspaniałych zwierząt, nie tylko doskonałych fizycznie, ale również świetnych charakterologicznie, miłych, wesołych i przyjacielskich. Łatwo więc sobie wyobrazić zaniepokojenie Melanie, kiedy otrzymała telefon od rodziny, do której trafił Finnigan. Nowi państwo skarżyli się, że pies jest nadmiernie agresywny. Twierdzili, że skacze i warczy na gości, a także na inne psy. Ponieważ problem narastał, zwrócili się o pomoc do profesjonalnego szkoleniowca, który uznał, że pies jest bardzo trudny w prowadzeniu i niełatwo poradzić sobie z jego skłonnością do agresji. Uznał, że jedynym wyjściem z sytuacji będzie uśpienie psa. Pani domu nie potrafiła się na to zdecydować, chociaż oboje z mężem czuli, że dłużej psa trzymać nie mogą. Melanie postanowiła odebrać Finnigana, proponując im zwrot pieniędzy.

Poprosiła mnie o pomoc. „Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z agresywnym psem – tłumaczyła. – Czy mógłbyś pojechać razem ze mną, kiedy będę go odbierać ...tak na wszelki wypadek, gdyby zaszło coś, z czym nie potrafiłabym sobie poradzić”.

Wprawdzie nie sądziłem, aby którykolwiek z jej psów mógł być agresywny, ale słysząc niepokój w jej głosie, postanowiłem jej towarzyszyć w wyprawie po Finnigana. Zabrałem ze sobą cały ekwipunek, jakiego zwykle używam, mając do czynienia z agresywnymi zwierzętami. Były w nim dwie mocne smycze, zaciskowa obroża, kaganiec połączony ze smyczą, kaganiec, a nawet duży koc, na wypadek gdyby psa trzeba było unieruchomić przemocą, zanim uda się zastosować coś z mojego ekwipunku. Dodatkowo zapakowałem parę grubych skórzanych rękawic (które już parę razy uratowały mi skórę).

Kiedy ciężarówka wioząca Finnigana podjechała, przyklęknąłem, aby zajrzeć do plastikowej klatki podróżnej. Żadnego mruczenia czy warczenia, usłyszałem tylko pełne podniecenia skomlenie. Nadal jednak była wskazana daleko posunięta ostrożność, więc otwieraliśmy drzwiczki bardzo powoli. Ze środka wyskoczył zadowolony rudy pies, który rozglądał się ciekawie, sprawdzając, gdzie się znalazł. Widząc całkiem nieznane otoczenie doku przeładunkowego, zaprezentował nam komplet swoich wspaniałych zębów.

Moja reakcja zapewne zaniepokoiła Melanie, ale, przysięgam, była całkowicie mimowolna. Zacząłem się śmiać. Natychmiast zrozumiałem, że ktoś, kto nie zna języka psów, widok czterdziestu dwóch wielkich, białych zębów może zinterpretować jako objaw agresji. Psy wszakże pokazują zęby na różne sposoby, a to, co prezentował Finnigan, to był uspokajający, podporządkowany grymas. Ten wyraz nie oznaczał: „Odejdź, bo będę gryzł”, tylko: „Wszystko w porządku. Ja nie jestem żadnym wyzwaniem. Znakomicie rozumiem, kto tu rządzi”.

Żywotność młodego setera była przyczyną, dla której zdarzało mu się wskakiwać na ludzi i na inne psy. Ale były to podskoki stosowane jako forma powitalnego rytuału. Po prostu chciał się stuknąć nosem w nos z tymi wysokimi, dwunogimi psami, nazywanymi ludźmi, a jedynym sposobem dosięgnięcia ich nosów było skakanie. Skacząc, robił podporządkowany grymas, aby upewnić wszystkich, że to nie są groźby. Im bardziej rodzina i szkoleniowiec starali się wykorzenić w nim tę „agresję”, tym bardziej podporządkowany stawał się pies. Im bardziej czuł się podporządkowany, tym szerszy stawał się jego „uśmiech”, gdyż pies sądził, że jakoś przeoczono ten uspokajający sygnał. A im szerzej się „uśmiechał”, tym więcej pokazywał zębów.

Członkowie rodziny, w której znalazł się Finnigan, zwyczajnie nie rozumieli, co pies usiłuje im powiedzieć. Gdyby zastosowali się do udzielonej im rady, ten piękny pies niewątpliwie straciłby życie. Finnigan wiedzie teraz szczęśliwy żywot w nowej rodzinie. Melanie mówiła mi, że nadal się „uśmiecha” i trochę skacze, ale wytłumaczyła nowym właścicielom, co to znaczy. Rozumieją więc doskonale, że to tylko objaw miłości. Tak się nieszczęśliwie składa, że opaczne tłumaczenie sygnałów wysyłanych przez psy jest bardzo powszechne, co prowadzi do poważnych komplikacji. Eleonora, właścicielka amerykańskiej cocker-spanielki o imieniu Weedels, zgłosiła się do mnie z następującym problemem. Według jej słów: „Suka doprowadza mojego męża do szału – ona zwyczajnie odmawia załatwiania się na dworze, w dodatku robi to na złość. Stefan (mąż) mówi, że albo szybko rozwiążemy ten problem, albo będziemy musieli się jej pozbyć”.

 

Okres, w którym szczeniak uczy się zachowywania czystości w domu, bywa często stresujący. Zwykle trwa kilka tygodni, ale jak długo, to w dużej mierze zależy od postępowania właścicieli. Muszą oni zadbać o regularne karmienie i zapewnić psu dostęp do wody, ale także wyprowadzać go często, zwłaszcza po posiłkach i po przebudzeniu się ze snu, by miał szansę regularnie opróżniać pęcherz i jelita. Weedels miała już około siedmiu miesięcy i była trochę zbyt duża na załatwianie się w domu. Zapytałem więc, jak uczono ją zachowywania czystości.

„Stefan lubi, aby w domu wszystko było wysprzątane i na swoim miejscu, więc nauczenie suki czystości było dla niego bardzo ważne. Przeczytałam książkę o wychowaniu szczeniąt i stosowałam się do zawartych tam porad. Weedels szybko nauczyła się robić kupę na dworze, ale w domu ciągle pojawiały się kałuże. W końcu Stefan uznał, że jestem za miękka i on sobie lepiej poradzi z tym problemem. Gdy następnym razem zobaczył kałużę na podłodze, złapał sukę i wetknął jej nos w to, co zrobiła. Nakrzyczał na nią i dał jej klapsa.

Potem Stefan wyjechał na targi, nie było go przez jakieś cztery tygodnie. Wtedy z suczką wszystko było w porządku. No, może zdarzyły się jej ze dwie «wpadki», ale wypuszczałam ją wtedy na dwór, nie robiąc z tego wielkiej sprawy. Przez ostatnie dwa tygodnie nie nabrudziła ani razu. Jednak kilka dni temu Stefan wró cił i wszystko zaczęło się od nowa. Nigdy by pan nie uwierzył, co ten pies zrobił. Gdy tylko Stefan wszedł do domu, Weedels wybiegła mu na spotkanie i nasikała mu pod nogi. Za każdym razem, gdy go widzi, robi kałużę. Najgorsze jednak zdarzyło się wczoraj. Na jego widok położyła się na grzbiecie, brzuchem do góry, a kiedy pochylił się, żeby ją pogłaskać, próbowała nasikać mu prosto w twarz. Dlatego przyszłam do pana”.

Natychmiast zrobiło mi się żal biednej Weedels. Psy porozumiewając się, nie używają tych samych sygnałów, co ludzie. Weedels próbowała im coś powiedzieć w jedynym języku, jaki zna – w psim. Niestety jej wypowiedź została źle zrozumiana, a im bardziej starała się to wyjaśnić, w tym większe wpadała tarapaty. Cały problem nie miał nic wspólnego z zachowaniem czystości w domu. Z mojej rozmowy z Eleonorą wynikało, że suczka już się tego nauczyła. Problem leżał w jej stosunkach ze Stefanem. Gdy po raz pierwszy interweniował w sprawie brudzenia w domu, zrobił to bezsensownie i zbyt brutalnie. A to sprawiło, że Weedels zaczęła się go bać. Pies, który doświadcza takiego społecznego lęku, będzie próbował przybrać postawę maleńkiego, nic nie znaczącego, nie będącego dla nikogo zagrożeniem stworzonka. Przypadanie do ziemi i kładzenie się na grzbiecie to część takiego wzoru zachowań. To, co Eleonora określiła jako złośliwe próby nasikania mężowi na twarz, było tylko oddaniem moczu w pozycji najwyższego podporządkowania, przyjętej przez przestraszonego psa. Oddanie moczu miało u „dominującego psa” wywołać skojarzenie ze szczenięcym zachowaniem. Matka czyści małe szczenięta wylizując je, a najłatwiej jej to zrobić, przewracając malca na grzbiet. Nieszczęsna Weedels zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby powiedzieć: „Przerażasz mnie, zobacz, ja nie jestem zagrożeniem dla ciebie, jestem tylko małym, nic nie znaczącym szczeniaczkiem”. Wytłumaczyłem Eleonorze, na czym tak naprawdę polega problem. Teraz celem jej działania musiało być odbudowanie pewności siebie suczki. Zapewne trudniej było jej wytłumaczyć mężowi, że powinien się wobec biednego zwierzęcia zachowywać delikatniej.

Bardzo wiele przekazywanych przez psy komunikatów jest równie źle interpretowanych. Choćby historia Josephine i Bluto. Pewnego dnia Josephine poprosiła mnie o pomoc w rozwiązaniu problemu z psem.

„Bluto jest do mnie za bardzo przywiązany i zbyt wylewnie to okazuje, a to drażni mojego męża. Bluto miał być psem stróżującym i mąż nie chce, aby zachowywał się jak mięczak, nawet w gronie rodziny” – powiedziała mi przez telefon.

Bluto okazał się wielkim rottweilerem, który swoje imię zawdzięczał wielkiemu, paskudnemu typowi z kreskówek, który walczył z Popeye i Sailormanem. To imię, nadane psu przez Vincenta, męża Josephine, wiele powiedziało mi o tym mężczyźnie i jego oczekiwaniach wobec psa. Vincent był potężnym sportowcem, pracował jako trener i czasami stosował brutalne, siłowe metody, aby zmusić psa do postępowania według swojej woli. Pies słuchał go, choć czasami miewał pewne opory. Zgodnie z tym, co mówiła Josephine, pies nie słuchał jej wcale, za to wylewnie i uporczywie okazywał jej nader ciepłe uczucia.

Kiedy zjawiłem się u nich w domu, Vincent był w pracy. To Josephine wprowadziła mnie do salonu. Usiadłem na fotelu i obserwowałem ją, siedzącą na sofie, z psem leżącym obok niej na podłodze. Bluto to było jakieś sześćdziesiąt kilo stalowych mięśni, ona, ważąca nie więcej niż pięćdziesiąt kilogramów, raczej wiotkiej budowy kobieta. Gdy rozmawialiśmy, Bluto położył łapę na jej kolanie, a ona zaczęła głaskać go po głowie. Za chwilę wskoczył na sofę, a ona lekko się przesunęła, aby mu zrobić więcej miejsca. Siedział tam, rzucając mi od czasu do czasu spojrzenia i wpatrywał się w nią intensywnie. Za każdym razem, kiedy spojrzał jej prosto w oczy, unosiła rękę i leciutko głaskała go po policzku.

Następnie Bluto przeniósł na nią cały ciężar ciała, a ona znowu przesunęła się na sofie. Nie minęła nawet chwila i pies znowu opierał się o nią całym ciężarem ciała. I tak centymetr po centymetrze przesuwała się do brzegu sofy. W końcu zabrakło dla niej miejsca, więc wstała i oskarżycielskim gestem wskazała na psa.

„Właśnie dokładnie to miałam na myśli. Ciągle domaga się mojej uwagi, trąca mnie łapą. Ciągle wpatruje mi się w oczy i przytula się, chcąc okazać jak bardzo mnie kocha. Nie mogę nawet pooglądać telewizji, bo natychmiast wskakuje i spycha mnie z sofy. Nie robi tego tylko wtedy, kiedy Vincent jest w pokoju. Nie chciałabym ranić jego uczuć, ale to duży i ciężki pies. Taki sposób okazywania uczuć przez duże i ciężkie zwierzę jest męczący i drażni mojego męża. Czy można go jakoś nauczyć, żeby był mniej zależny ode mnie, a bardziej samodzielny, pewny siebie i niezależny?”

I w tym przypadku komunikat wysyłany przez psa został całkowicie mylnie zinterpretowany przez człowieka. Bluto bynajmniej nie mówił Josephine: „Kocham cię, potrzebuję cię i żyć nie mogę bez ciebie” – tak właśnie jego zachowanie tłumaczyli sobie i ona i jej mąż. Wręcz przeciwnie, wszystko, co mówił, znaczyło tyleż co: „To ja stoję wyżej w hierarchii. Pod nieobecność przewodnika stada (Vincenta) ja tu rządzę, a ty masz mi schodzić z drogi i spełniać wszystkie moje zachcianki”.

Oznaki dominacji były łatwe do odczytania. Pies, który kładzie łapę na kolanie człowieka, zazwyczaj okazuje w ten sposób swoją nad nim dominację, zupełnie w taki sam sposób, jak dziki wilk okazuje innemu swoją wyższość, kładąc mu łapę na głowie czy kłębie. Wpatrywanie się wprost w oczy Josephine jest typowym gestem dominacyjnym, wyzwaniem rzuconym w celu uzyskania podporządkowanej odpowiedzi i uspokajających gestów ze strony słabszych członków stada. Josephine akceptowała tę dominację, gładząc go po policzku, zupełnie tak samo zareagowałby stojący nisko w hierarchii wilk, usiłując lizać po pysku dominanta. I na koniec przytulanie się wcale nie było przytulaniem, pies zwyczajnie popychał kobietę, aby ustąpiła mu miejsca. Przywódcy stada mogą zajmować dowolne miejsce na swoim terytorium, mogą siadać czy spać, gdzie tylko zechcą. Niżsi rangą członkowie stada usuwają się zawsze, robiąc im miejsce, więc akceptują ich dominującą pozycję. Innymi słowy, wszystko, co Bluto „mówił”, wskazywało na to, że oznajmia: „Ja tu rządzę!”, a wszystkie działania Josephine były pełną pokory odpowiedzią: „Tak, w pełni akceptuję twoją dominację”. Kiedy wszystko zostało już wyjaśnione, łatwo było znaleźć rozwiązanie problemu. Josephine miała pójść z Bluto na podstawowy kurs posłuszeństwa, gdzie pies miał się nauczyć słuchać jej komend. Ponieważ nie było mowy o fizycznym zdominowaniu psa, używała smakołyków, aby go do tego zachęcić. Miała być też jedyną osobą, która karmiła psa w domu, dając mu proste komendy „siad” albo „stój” zanim podała mu miskę. U dzikich psowatych przywódca stada decyduje tak o polowaniu, jak i o kolejności jedzenia, sam posila się pierwszy. Zawiadując jedzeniem, zarówno regularnymi posiłkami, jak i smakołykami, a także domagając się respektowania jej komend, zanim Bluto dostał jedzenie, Josephine przekazywała psu czytelny dla niego komunikat: „Ten dwunogi pies ma w domowym stadzie wyższy status niż ty, nawet jeśli nie jest tak duży i silny jak ty”.

Ludzie mogą nauczyć się interpretowania psiej mowy, a więc mogą też pójść dalej i nauczyć się porozumiewania z psami poprzez przekazywanie im komunikatów w tym języku. Interesujący przypadek opisał mi dr Michael Fox, którego zasługi w badaniach porównawczych nad zachowaniem psów i dzikich psowatych są ogromne. Pracował wtedy na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Waszyngtońskiego w St. Louis. Zajmował się badaniem wzorów zachowań dzikich psowatych – wilków, lisów, kojotów – i psów domowych. Jego prace porównawcze pokazały, że w sposobie komunikowania się przedstawicieli różnych gatunków psowatych istnieje wspólny, uniwersalny rdzeń. Studiując zatem zachowania dzikich wilków, możemy sporo dowiedzieć się o naszych domowych ulubieńcach. I odwrotnie, obserwacje małego słodkiego spaniela przytulonego do naszych stóp mogą dostarczyć nam równie dużo informacji o jego dzikich kuzynach. Dzisiaj jest to pogląd powszechnie akceptowany, ale jeszcze niedawno wzbudzał spore kontrowersje.