Wiosna w sercu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Było mu dobrze. Cholernie dobrze. Czuł, że mógłby teraz rządzić całym światem, gdyby tylko świat mu na to pozwolił.

– Hm, ostatni raz pobiłem cię w piątej klasie. I to dlatego, że zwichnąłeś kostkę. − Grant pochylił się i oparł dłonie o uda. − Jezu, robimy się za starzy na takie zabawy.

– Nie mamy nawet trzydziestu pięciu lat − zauważył Lachlan. Oparł się plecami o drzewo, oddech już mu się wyrównał. Codzienne treningi miały jedną zaletę: regeneracja zajmowała mu dosłownie chwilę. − Jesteśmy w kwiecie wieku.

– Mów za siebie. Ja jestem starym, żonatym facetem. − Grant nie wyglądał jednak na nieszczęśliwego z tego powodu. Podniósł rękę i przez chwilę patrzył, jak słońce błyszczy na jego obrączce. − Muszę trochę zwolnić.

– Jeśli jeszcze trochę zwolnisz, to zaczniesz się cofać − stwierdził Lachlan. − Poza tym jeśli sobie odpuścisz, to niedługo przestaniesz być żonaty.

Grant się roześmiał.

– No tak, Jenn nie jest fanką mięśni piwnych. Przynajmniej tak mi się wydaje. − W końcu podniósł się, wypuszczając przy tym powietrze z ust. − Powinienem już wracać. Umówiliśmy się na lunch z jej rodzicami. Nie mogę się spóźnić.

– Pantoflarz.

– E tam, po prostu żonaty. I uwielbiam ten stan.

Przeszli razem koło kaczej sadzawki i skierowali się na zachód, w stronę metra. Stamtąd Grant pojedzie do centrum, a Lachlan pójdzie dalej, do swojego mieszkania w Upper East Side.

Byli jak rodzeni bracia, których dzieli majątek i geografia.

– Przyjdziesz w piątek? − spytał Grant, kiedy dotarli do wejścia na stację przy Sto Trzeciej Ulicy. Zatrzymał się u szczytu schodów, przytrzymując się barierki.

– Jasne. Na którą mam być?

– Na ósmą?

– Okej.

– Nie zapomnij paszportu. Będziesz go potrzebował, żeby dostać się do biedniejszej części miasta − zażartował Grant. W jego słowach nie było goryczy. Dlaczego miałby czuć się źle? Sam wybrał takie życie i najwyraźniej je kochał. Nawet jeśli Lachlan nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie ciągnie go do osiągnięcia czegoś więcej.

− I jeszcze się zaszczepię − odparł Lachlan. − Nie chciałbym nic złapać.

– Na pewno? Nikogo też nie? − Grant mrugnął do niego. Przystawił dłoń do ucha. − Słyszałeś? Jakieś tysiąc dziewczyn rzuciło się właśnie do Hudson.

– Ej, skończ już z tymi próbami korzystania z życia za moim pośrednictwem. To ty postanowiłeś związać się z jedną kobietą na zawsze. − Lachlan szturchnął Granta barkiem. − Poza tym to nie ja wybieram sobie kobiety, tylko one wybierają mnie.

– Jak tam sobie chcesz, panie Casanova. − Grant odsunął się i dał mu lekkiego kuksańca w ramię. − Do zobaczenia jutro w biurze, stary.

– Do zobaczenia. − Lachlan uniósł dłoń na pożegnanie, a Grant odwrócił się i zbiegł po schodach do metra, budząc echo kroków w przejściu podziemnym.

* W. Shakespeare, Henryk IV. Część pierwsza, [w:] tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.

6


Przy każdym spotkaniu

− kolejna potyczka dowcipów.

– Wiele hałasu o nic*

Masz wszystko, czego potrzebujesz? − zapytała Lynn. Przystanąwszy w drzwiach gabinetu Lucy, owijała szyję bawełnianym szalikiem. − Nie mogę zostać dzisiaj dłużej, bo Marnie ma koncert w szkole.

Dochodziła szósta i biuro już się wyludniło. Laptopy zostały zamknięte i pochowane, a kubki po kawie włożone do zmywarki, która pomrukiwała teraz w kuchni. Połowa gabinetów partnerów była pogrążona w mroku, a szybkie serie maili, które bombardowały jej skrzynkę, skurczyły się do sporadycznie przychodzących pojedynczych wiadomości.

Lucy podniosła wzrok znad listu, który właśnie czytała.

– Wszystko mam, dzięki, Lynn. I powodzenia na koncercie. − Posłała swojej asystentce szybki uśmiech.

– Przyda się. Dzięki i do zobaczenia rano. Jutro pewnie nic nie będę słyszała, bo setka piszczących fletów rozwali mi bębenki. − Lynn pomachała na pożegnanie, po czym zamknęła za sobą drzwi, zostawiając szefową samą w gabinecie. Lucy sprawdziła godzinę na zegarze. Miała jeszcze czas, żeby napisać szybką odpowiedź przed rozpoczęciem wideokonferencji, na którą była umówiona.

Ale w tym momencie jej laptop się zaświecił, a na ekranie pokazała się zielona ikonka przychodzącego połączenia. Jedną ręką złapała myszkę, a drugą przyklepała włosy. Kliknęła ikonkę i rozmowa się rozpoczęła.

– Dobry wieczór, Lucy. − Głos Lachlana odezwał się w głośnikach laptopa. Był to pierwszy raz, kiedy go zobaczyła od czasu ich spotkania w Miami, ale czas i dystans wcale nie osłabiły jego atrakcyjności. Siedział, jak się domyśliła, w swoim gabinecie w Nowym Jorku, krawat miał poluzowany, ale nadal zawiązany, a podwinięte do łokci rękawy koszuli odsłaniały jego opalone przedramiona. Za jego plecami dostrzegła niebieskie niebo, na którym tu i ówdzie było widać zarysy postrzępionych chmur.

– Dzień dobry − odpowiedziała i skinęła mu głową. Południowe słońce świeciło za oknem jego gabinetu, rozświetlając krajobraz Manhattanu. Wyglądało to zachwycająco w porównaniu z deszczowym Edynburgiem.

– Dziękuję, że udało ci się wygospodarować trochę czasu. Chciałem tylko przejrzeć z tobą kolejne kroki, które zaproponowałaś, i upewnić się, że się ze sobą zgadzamy. − Uśmiechnął się, a na jego policzku pojawił się na chwilę dołeczek, który dodał mu odrobinę młodzieńczości, jakiej zazwyczaj nie było w nim widać. Lucy z trudem oderwała od niego wzrok i przesunęła go na wnętrze gabinetu. Na odległej ścianie, na granicy kadru wisiał jakiś obraz. Widziała tylko jego kawałek: jasne rozpryski farb układające się w hipnotyzującą spiralę. Czy to kolejny Pollock? Już otworzyła usta, żeby go zapytać, ale zamknęła je z powrotem. Mieli przecież rozmawiać o jego sprawie.

Chwyciła segregator, który leżał koło jej laptopa, i otworzyła go na pierwszej stronie.

– Czytałeś roboczą wersję listu, którą ci dzisiaj wysłałam? − zapytała, wyciągając własny egzemplarz i zdejmując skuwkę z długopisu. − To odpowiedź, jaką proponuję wysłać adwokatowi twojego brata. Chciałabym mieć na piśmie stwierdzenie, że całkowicie odrzucamy jego roszczenia.

– Chwilę temu udało mi się rzucić na to okiem − odpowiedział Lachlan, zerkając na swój monitor. − Wydaje się w porządku. Ale czy naprawdę musimy wysyłać mu list? Czy odpowiadając na jego żądania, nie uznajemy ich za zasadne?

– To wszystko stanowi część postępowania spadkowego. Oni wystosowują do nas pisemne żądanie, my je odrzucamy, oni wchodzą na drogę sądową. Wiem, że to wydaje się bardzo rozwlekłe, ale jeśli pominą jakikolwiek krok, ich roszczenie może zostać odrzucone, a jeśli my coś pominiemy, możemy stracić posiadłość. Prawdziwy proces zacznie się dopiero, kiedy staniemy przed sądem. Jeśli w ogóle do tego dojdzie.

– Uważasz, że nie dojdzie? − zapytał.

– To zależy. Jest jeszcze wiele kroków, które możemy podjąć, zanim cokolwiek trafi do sądu. Kiedy już wniosą pozew, mamy dwa tygodnie na odpowiedź. Potem sędzia rozważy, czy sprawę w ogóle należy rozpatrzeć, zanim puści ją dalej. Moim zadaniem będzie przekonać go, że nie jest tego warta.

Kiedy skończyła mówić, na jego ustach dostrzegła przelotny uśmiech. Spojrzenie miał łagodniejsze, niż pamiętała, ale nadal działało na nią w dziwny sposób. Kiedy ich oczy się spotkały, poczuła, jak żołądek podskakuje jej do gardła.

Dobry Boże, musi się opanować. Ma przecież dwadzieścia dziewięć lat, a nie dziewiętnaście.

Ktoś wszedł do gabinetu Lachlana i postawił mu na biurku kubek z kawą, a obok położył jakieś papiery. Lucy nie widziała jego twarzy − na ekranie pojawiły się tylko ręce. Lachlan powiedział coś półgłosem, a ten ktoś, ktokolwiek to był, odpowiedział równie dla niej niezrozumiale.

– Pada u ciebie? − zapytał Lachlan i zmrużonymi oczami przyjrzał się ekranowi. Lucy odwróciła się odruchowo, żeby spojrzeć na okno za sobą, i zobaczyła szybę opryskaną kroplami deszczu.

– A kiedy tu nie pada? − spytała retorycznie, obracając się znowu w stronę ekranu. − Pół życia spędzam na bieganiu pod parasolem albo wyżymaniu włosów. To jedna z wad mieszkania w Edynburgu.

– Ale są też zalety, prawda?

Uśmiechnęła się.

– Tak, są. To piękne miasto, mamy tu mnóstwo wydarzeń kulturalnych i interesujących ludzi. Edynburg tętni takim samym życiem jak Londyn, ale jest bez porównania mniej rozległy czy ruchliwy. Nadal można się tu poczuć jak w małym miasteczku, i to właśnie w nim kocham. − O Edynburgu mogłaby mówić cały dzień.

– Wydaje mi się, że byłem tam kiedyś w dzieciństwie − powiedział Lachlan, mrużąc powieki, tak jakby próbował to sobie przypomnieć. − Zwiedzaliśmy zamek i pamiętam, że zmuszono mnie do zjedzenia czegoś obrzydliwego w jakimś starym pubie, ale poza tym nie wiem o tym mieście nic.

– W takim razie, jeśli przylecisz odwiedzić Glencarraig, powinieneś też koniecznie zajrzeć do Edynburga. To parę godzin jazdy z gór. Nam wydaje się to strasznie daleko, ale wyobrażam sobie, że dla Amerykanina to niewielka odległość.

Pokiwał powoli głową, patrząc jej prosto w oczy.

– Może rzeczywiście tak zrobię.

Poczuła lekki przypływ paniki. Łatwo było z nim rozmawiać, kiedy dzielił ich duży dystans, ale gdyby znalazł się tutaj, w jej mieście, byłoby to już zupełnie co innego.

– Ale teraz skończmy ten list i miejmy to już z głowy − powiedziała Lucy, wracając do pracy. Uniosła rękę i celowo obróciła nadgarstkiem w taki sposób, żeby zobaczył, że sprawdza godzinę. − Robi się późno, a ja wychodzę dzisiaj wieczorem. Ty też masz jeszcze na pewno dużo zajęć przed sobą.

 

– Wybierasz się w jakieś ciekawe miejsce?

Przełknęła ślinę, czuła suchość w ustach.

– Tylko na kolację ze znajomymi. − Znowu dostrzegła fragment obrazu Pollocka, bo akurat w tym momencie snop światła słonecznego padł na tamtą część gabinetu. Wyobraziła sobie, jak Lachlan przeszukuje galerie sztuki, podziwia wystawione obrazy, wyciąga z portfela swoją czarną kartę kredytową…

Zbyt bujna wyobraźnia. Przecież on ma ludzi, którzy robią to za niego. Projektantów wnętrz, dekoratorów, asystentów. Pewnie nie ma nawet pojęcia, ile ten obraz jest wart.

– No dobrze − odezwała się, podnosząc znowu kartkę. − Przejrzyjmy to linijka po linijce, żebym jutro mogła wysłać gotowy list. Kto wie, może to wystarczy, żeby twój brat cofnął swoje żądania.

Przez następne kilka minut była pochłonięta pracą, głos miała stanowczy, a wzrok celowo skierowany na leżącą przed nią kartkę, a nie na mężczyznę widocznego na ekranie laptopa. A kiedy spotkanie się skończyło i w końcu się pożegnali, po raz pierwszy odkąd odebrała połączenie, poczuła, jak jej ciało się rozluźnia.

W relacjach z klientami istnieją pewne granice, których się nie przekracza. Ale w przypadku Lachlana MacLeisha te granice zdawały się być wszędzie i kiedy tylko otwierała usta, od razu zbliżała się niebezpiecznie do krawędzi.

Musi zachować większą ostrożność. W przeciwnym wypadku to tylko kwestia czasu, zanim wpadnie prosto w przepaść.

* W. Shakespeare, Wiele hałasu o nic, [w:] tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.

7


Gorzko się trawi jad pełen słodyczy.

– Ryszard II*

Hej, dotarłeś! − Jenn otworzyła drzwi z promiennym uśmiechem na ustach.

Lachlan nachylił się, żeby pocałować ją w policzek, po czym przekazał jej butelkę wina Caymus Special Selection.

– Nie wiedziałem za bardzo, co przynieść, mam nadzieję, że się nada.

– Wystarczyłaby butelka taniego cabernet − oznajmiła, spoglądając na drogie czerwone wino. − Ale mniejsza z tym, napijesz się? − Kiwnęła na niego głową i Lachlan wszedł za nią do małego mieszkania, które dzieliła z Grantem. Wprowadzili się tu oboje niedługo przed ślubem. Mieszkanie znajdowało się w jednym z bloków East Village, a dzięki mnóstwu zdjęć, książek, puchatych poduch i miękkich koców było ciepłe i przytulne.

– Z przyjemnością. Dziękuję.

– Jak tam fascynujący świat nauki? − zapytał Lachlan, zdejmując kieliszek z kuchennej półki.

– Pewnie równie fascynujący co świat finansów.

– Nie słyszałem dzwonka − odezwał się Grant, który wyszedł właśnie z sypialni. Miał mokre włosy, tak jakby niedawno brał prysznic. − Dzięki, że przyszedłeś, stary. Wiem, że masz teraz urwanie głowy w biurze.

– Grant mówił, że kiedy wychodził, miałeś jeszcze spotkanie. Kto w ogóle ustawia spotkania na siódmą w piątek? − zapytała Jenn.

– Ja. − Lachlan okazał taktowne zażenowanie. − Ale to był nagły przypadek.

– Mam nadzieję, że udało się go rozwiązać − powiedziała Jenn, podając mu kieliszek czerwonego wina, które przyniósł. − Chciałabym, żebyście usiedli i się odprężyli, a nie rozmawiali przez cały wieczór o pracy.

– Wcale nie rozmawiamy zawsze o pracy − zaprotestował Grant, biorąc od żony kieliszek. − Czasami rozmawiamy o piłce nożnej.

– I jeszcze o bejsbolu, hokeju, a może nawet o koszykówce − zakpiła Jenn i czule pocałowała męża w policzek. − Chciałabym po prostu, żebyśmy spędzili miło czas i nie rozmawiali o tym, w jaki sposób Lachlan zamierza przejąć władzę nad światem.

– Nie martw się, Pinky − szepnął Grant do Lachlana, a jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. − Jutro opanujemy świat. Dzisiaj wieczorem zjemy sobie ser.

– Albo sushi − powiedziała Jenn, unosząc brwi. − Ślęczę przy garach, odkąd wróciłam do domu.

– Myślałem, że sushi jest surowe − odezwał się Lachlan zdezorientowany.

– Bo jest. To była przenośnia. A teraz przestańcie mnie męczyć i siadajcie do stołu.

– Czego tylko sobie życzysz, śliczności.

Kiedy Lachlan prawie siedem lat wcześniej poznał Jenn, od razu spodobała mu się jej zasadniczość i to, że nie dawała Grantowi wciskać sobie kitu − ani Lachlanowi, skoro już o tym mowa. Ale tego wieczoru zdawała się trochę bardziej drażliwa niż zazwyczaj.

Uśmiechnął się na wspomnienie pierwszej wzmianki Granta na jej temat. Jego przyjaciel przyjechał spóźniony do pracy i wściekał się, że kolega umówił go na jakąś randkę w ciemno. Wtedy, podobnie jak Lachlan, był zdeklarowanym kawalerem, który twierdził, że żadna kobieta nie uwiąże go u swojego boku.

Ale wtedy nie znał jeszcze Jenn.

– Grant mi mówił, że niedługo będziesz jakimś księciem czy coś − odezwała się, stawiając tacę z wałeczkami sushi na stole. Był nieduży, okrągły i razem z krzesłami stał wtulony w kąt salonu, pod oknem wyglądającym na miasto. − Lord Lachlan, nieźle to brzmi.

Lachlan się roześmiał i potrząsnął głową.

– Tak naprawdę to laird Glencarraig.

– A niech cię! Będę musiała teraz przed tobą dygać?

Lachlan podniósł pałeczki i wprawnie ułożył je między kciukiem a palcami. Dorastał z Grantem, więc miał za sobą lata praktyki. Jako dziecko właściwie mieszkał u przyjaciela.

− To tytuł honorowy. Nic nie znaczy. − Ujął pałeczkami kawałek ryby zawiniętej w nori i przeniósł go na swój talerz. − Tak czy inaczej jeszcze go nie dostałem.

– Dlaczego nie? − Jenn upiła łyk wody.

– Myślałem, że mamy nie rozmawiać o interesach − odezwał się Grant, marszcząc brwi. − A to mi wybitnie przypomina interesy, mam rację?

– Cicho. To ciekawe. − Jenn klepnęła go żartobliwie. − No, opowiadaj, dlaczego jeszcze cię nie koronowano, czy jak to tam przebiega?

– Tylko królów się koronuje − zauważył Grant.

– Ćśś.

Lachlan się uśmiechnął. W drobnych sprzeczkach tych dwojga było coś niezwykle kojącego.

– Bo mój przyrodni brat też ma ochotę na ten tytuł.

– Duncan? − Jenn wyglądała na zaskoczoną. − Nie sądziłam, że jest typem pana na zamku. Nie jest zbyt pochłonięty swoją firmą żeglugową?

– Nie wydaje mi się, żeby chodziło mu o tytuł − stwierdził Lachlan. − Robi to dla zasady. I żeby pokazać mi wielkiego wała.

– A ty chcesz mu odpowiedzieć tym samym. Mam rację? − Twarz Jenn pojaśniała. − Nie zamierzasz się poddać, prawda?

Wsunął kolejny wałeczek sushi do ust i przełknął, zanim się odezwał.

– To jest naprawdę świetne. I nie, nie mam w planach się poddawać.

– Cieszę się, że to słyszę. Nie chciałabym, żeby wygrał.

– Przecież nawet go nie poznałaś − zauważył Lachlan. On sam swojego przyrodniego brata widział ostatnio przy okazji odczytywania testamentu. I nie wydarzyło się między nimi nic poza pojedynczą wymianą spojrzeń.

– Niby racja, ale i tak już wiem, że go nie lubię.

– Ha, wiedziałem, że staniesz po mojej stronie.

Zmarszczyła nos.

– Zrobisz się od tego jeszcze bardziej arogancki, co? − powiedziała. − Kiedy zostaniesz lordem, to wszystkie te dziewczyny, które już teraz padają ci do stóp, zaczną się bić o twoją uwagę.

Lachlan spojrzał na podłogę po lewej, a potem po prawej stronie.

– Mam jakieś dziewczyny u stóp? Gdzie?

– Oj, zamknij się. − Tym razem to on dostał w ramię. A Jenn nie była wcale taka delikatna. − Wiesz, o czym mówię.

Mrugnął do niej.

– Nie potrzebuję tytułu, żeby zdobyć dziewczynę.

– Czy ja mam was rozdzielić − spytał Grant − czy zaczniecie się wreszcie jakoś zachowywać? − Nalał Lachlanowi kolejny kieliszek wina. − Poza tym mam wrażenie, że to coś więcej niż tytuł honorowy. Widziałeś stronę klanu MacLeishów?

Lachlan zmarszczył brwi.

– Jaką stronę?

– Pamiętasz, jak ta prawniczka mówiła ci, że wiele klanów ma swoje strony i udziela się w mediach społecznościowych? − przypomniał mu Grant. − Trochę pogooglałem i znalazłem coś takiego. − Wyciągnął telefon i włączył ekran, po czym podał go Lachlanowi z wytwornym gestem. − Jest forum i w ogóle. Teraz już nikt raczej z niego nie korzysta, ale wygląda na to, że kiedyś był tam niezły ruch. Z tego, co się zorientowałem, teraz większość członków klanu MacLeishów woli korzystać z Twittera i z grupy na Facebooku.

Lachlan oderwał spojrzenie od ekranu telefonu.

– Jest też grupa na Facebooku? Poważnie? − Jego myśli pogalopowały do Lucy Shakespeare i do jej wyjaśnień. Uśmiechnął się mimowolnie, zdając sobie sprawę, że miała rację. Znowu.

– Ej, co wam mówiłam na temat telefonów przy kolacji? − skarciła ich Jenn i wyrwała Lachlanowi komórkę z ręki. Naprawdę była silna. − O mój Boże, czy to jest krata MacLeishów?

– Mówi się tartan − poprawił ją Grant.

W nagłówku strony internetowej widniał wzór w niebiesko-zieloną kratę z cienkimi czerwonymi paskami, które przecinały kwadraty.

– Będziesz musiał to nosić? − zapytała Jenn. − Nie potrafię wyobrazić sobie ciebie w kilcie.

– Już go kiedyś nosiłem − odpowiedział spokojnie Lachlan.

Jenn się uśmiechnęła.

– Kiedy? I dlaczego nie widziałam zdjęć?

– Byłem jeszcze dzieciakiem. A wszelkie dowody zostały zniszczone. − Lachlan odwzajemnił jej uśmiech. − Przykro mi, że cię rozczarowałem.

– Wcale mnie nie rozczarowałeś. Raczej rozbawiłeś. Lachlan MacLeish w spódnicy. No nie mogę!

– Cieszę się, że poprawiłem ci humor.

Jenn nie odpowiedziała, była zbyt zajęta przeglądaniem treści na telefonie.

– Jej, tu jest tyle informacji. Kochanie − powiedziała, odwracając się do Granta − wiedziałeś, że Lachlan pochodzi ze znamienitego rodu MacLeishów, którego korzenie sięgają przynajmniej 1638 roku?

Grant delikatnie wyjął telefon z jej dłoni.

– Żadnych telefonów przy stole, pamiętasz? − Wsunął komórkę z powrotem do kieszeni, a potem spojrzał kątem oka na żonę, jakby spodziewał się odwetu.

Lachlan uśmiechnął się krzywo.

– Wpadłaś we własne sidła.

– I właśnie dlatego − stwierdziła Jenn, krzyżując ręce na piersi − możecie obaj posprzątać ze stołu. I nie obchodzi mnie, czy jesteś królem Szkocji, czy nie, ma być posprzątane.

– Wszystko w porządku z Jenn? − Lachlan zmarszczył czoło. Dokończyła sprzątanie kuchni, odrzucając wszelkie propozycje pomocy, a potem oznajmiła, że potrzebuje się wcześniej położyć. Grant wziął dla nich obu po kolejnej butelce piwa i zaproponował, żeby wyszli do ogrodu na dachu, tego z widokiem na miasto. − Nie zjadła zbyt dużo. I nie za dużo się odzywała po kolacji. Wkurzyliśmy ją tym telefonem?

Grant wzruszył ramionami i rozparł się na drewnianym krześle. Nogi już wcześniej położył na stole i skrzyżował w kostkach, a w jego dłoniach spoczywała butelka piwa.

– Jest po prostu zmęczona. Prawie co wieczór kładzie się o siódmej.

Lachlan zmarszczył brwi.

– Jest chora? Mogę jakoś pomóc? Wiesz, że oboje macie pełne ubezpieczenie, prawda? A ja pokryję wszystkie dodatkowe koszty.

Grant się uśmiechnął.

– Być może z tego skorzystamy. Ale jeszcze nie przez najbliższe kilka miesięcy. Zauważyłeś, że Jenn wybierała tylko sushi wege? Nie może jeść surowej ryby.

Lachlan poruszył się na swoim krześle, a na jego ustach nadal błąkał się wyraz niezrozumienia.

– Dlaczego nie?

– Nie może też pić alkoholu…

Do żołądka Lachlana zaczął się wkradać niepokój. W następnej chwili do niepokoju dołączyło nagłe olśnienie i razem wytrąciły mężczyznę z równowagi, jak fala, która przechyla statek.

– Jest w ciąży?

– Jako metroseksualny, wspierający mąż powinienem chyba powiedzieć „jesteśmy w ciąży”.

– Cholera, to chyba jakiś mały cud. − Lachlan wsunął wargę między zęby i spojrzał w atramentowoczarne niebo, a jego wzrok przykuły świetliste punkciki, którymi były usiane wieżowce w całym mieście. − Gratulacje, stary.

– Powiedz to z większym przekonaniem − roześmiał się Grant.

Lachlan pociągnął kolejny łyk piwa, chłodny napój ześliznął się po jego gardle.

– Mówię z przekonaniem. Będziesz tatą, to świetnie. Jeeezu, to brzmi tak dorośle.

– Jesteśmy dorośli. Już od jakiegoś czasu − zauważył Grant. − Sami sobie robimy pranie, sami sobie gotujemy. No, przynajmniej ja to robię. Ty płacisz komuś, kto robi to za ciebie, ale to też dorosłość, nie?

 

Lachlan przez chwilę nic nie mówił, tylko wpatrywał się w dal. Czy tak właśnie czuł się Piotruś Pan, kiedy patrzył, jak wszyscy przyjaciele dookoła dorastają?

– Ale bycie ojcem to już kolejny poziom − powiedział wreszcie. − Stajesz się odpowiedzialny za kogoś innego, do końca życia. Nic nie będzie już takie jak dawniej.

– W twoich ustach brzmi to jak wyrok.

Lachlan westchnął i kopnął samego siebie w myślach.

– Nie chciałem, żeby to źle zabrzmiało. To po prostu coś… innego, wiesz? Jasne, prowadzę firmę i mam mieszkanie. Ale nie odczuwam tego jako obciążenia. W każdej chwili mogę odejść i to zostawić. A dziecku nie można tego zrobić.

Ale ludzie i tak to robią. Wiedział o tym z własnego doświadczenia.

– Nie zdołałbyś odejść z firmy, nawet gdybyś tego chciał − zauważył Grant. − Masz pracowników, o których musisz zadbać. A oni mają domy, rachunki i problemy zdrowotne. Jesteś tak samo uwiązany, jak każdy inny, nawet jeśli nie chcesz w to wierzyć. A poza tym mieć dziecko to wcale nie obciążenie, nie dla mnie. Nie z właściwą kobietą.

Lachlan wyprostował się i odwrócił, żeby spojrzeć na Granta.

– Ej, masz rację. Będziecie z Jenn fantastycznymi rodzicami. Każdy dzieciak chciałby żyć w takiej rodzinie. Kurde, możemy nawet zorganizować żłobek w biurze. To znaczy, zakładając, że Jenn planuje wrócić do pracy.

– Właśnie, á propos pracy… − Grant zawiesił głos. Jego uśmiech zniknął, zaczął unikać spojrzenia Lachlana. − Ja, hm, nie wiem jeszcze, jak rozwiążemy sprawę opieki nad dzieckiem.

Lachlan wzruszył ramionami.

– Macie mnóstwo czasu, żeby się nad tym zastanowić.

– Jenn rodzi za pięć miesięcy.

– Ale idzie na urlop macierzyński, tak?

– Odchodzi z pracy. − Grant zrobił się nagle oszczędny w słowach.

– Chce zostać pełnoetatową mamą? − zapytał Lachlan z szeroko otwartymi oczami. − Wydawało mi się, że uwielbia swoją pracę.

– Zaproponowano jej inne stanowisko. Lepsze. Zgodzili się, żeby zaczęła po urodzeniu dziecka.

Twarz Lachlana rozjaśnił szczery uśmiech.

– To wspaniale. Zadzwonię do niej jutro, żeby złożyć jej podwójne gratulacje. Pewnie jest strasznie podekscytowana.

– Jest jeszcze coś − dodał szybko Grant.

– Co?

– To jest stanowisko na uniwersytecie na Florydzie − powiedział cicho. − Planujemy przenieść się z powrotem na południe.

Lachlan otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nic się z nich nie wydobyło. Tylko ciche tchnienie, które rozwiało się w mroku. Upił kolejny łyk piwa głównie po to, żeby zwilżyć wyschnięte usta, i próbował zrozumieć, dlaczego czuje się tak, jakby na jego piersi zacisnął się boa dusiciel.

– Na Florydzie? − powtórzył.

– No. − Grant podniósł swoją butelkę. − Do boju, Gators.

Przenikliwy dźwięk syreny przeszył ciszę, jaka panowała w ogrodzie na dachu, a Lachlan patrzył przez chwilę za karetką, śledząc wzrokiem niebieskie światła przemierzające ulice miasta. Czuł się tak, jakby właśnie otrzymał cios w brzuch, który zostawił w nim dziurę rozmiarów pięści Granta.

– Bardzo chcemy wychować to dziecko z dala od wielkiego miasta − oznajmił mu przyjaciel. − Poza tym będziemy bliżej rodziny, tylko parę godzin drogi od Miami. To sensowne rozwiązanie.

– No pewnie. − Lachlan pokiwał głową.

– Ale do tego czasu zostało jeszcze parę miesięcy. Przynajmniej sześć. − Grant niemalże potykał się na własnych słowach. − Pomogę ci znaleźć zastępstwo, nie zostawię cię na lodzie, obiecuję.

– Zastępstwo?

– Nowego asystenta. Mamy wystarczająco dużo czasu, żeby wyszkolić nową osobę. I kto wie, może okaże się nawet lepsza ode mnie.

– Nie ma mowy. − Lachlan miał ochotę zapytać, czy Grant znajdzie mu też przyjaciela na zastępstwo, ale zdusił tę myśl, kiedy tylko wpadła mu do głowy. − Jesteś niezastąpiony.

Grant się roześmiał.

– Tak się tylko mówi.

– Floryda to cholernie daleko na przeprowadzkę. − Lachlan dokończył swoje piwo i odstawił pustą butelkę na stół. − Ale dalej będziesz mógł dla mnie pracować. Mam tam hotel, a poza tym rozglądam się za kolejnymi miejscami na poszerzenie działalności. Co o tym sądzisz?

Grant potarł podbródek.

– No, może. Nie wiem jeszcze, co zrobimy z dzieckiem. Ale jeśli ta oferta będzie aktualna, kiedy się przeprowadzimy, to poważnie się nad nią zastanowię.

– Jeśli chcesz tę pracę, to jest twoja. Wiesz o tym.

– Nie musisz mi oddawać żadnych przysług − powiedział Grant. − Ale nie myśl, że nie jestem ci wdzięczny za wszystko, co zrobiłeś. Bo naprawdę jestem.

– To nie byłaby przysługa. Jesteś zbyt dobrym pracownikiem, żeby cię tracić. Możesz pracować na pełen etat, na pół, z domu czy co tam jeszcze wymyślisz. Wystarczy tylko jedno słowo.

– Doceniam to. Dziękuję. − Głos Granta wydawał się zdławiony. − To będzie duża zmiana: zostać ojcem i się stąd wyprowadzić. Dobrze wiedzieć, że mam jakieś perspektywy.

– Jesteś dobrym przyjacielem − powiedział mu Lachlan. − Moim najlepszym przyjacielem. − Jedynym, ale o tym nie musiał już wspominać. − Zawsze możesz na mnie liczyć.

– A ty na mnie − zapewnił go Grant. − Ej, stary, rozklejamy się jak cholera, co? Może przyniosę jeszcze po piwie?

Lachlan spojrzał na zegarek. Dochodziła północ.

– Niee, jest późno, powinienem wracać do domu. A ty powinieneś iść do łóżka, do żony. − Wstał i podał przyjacielowi rękę. − Dzięki za miły wieczór. I naprawdę ci gratuluję, wszystkiego. − Tym razem mówił z przekonaniem.

Naprawdę.

Samochód przemierzył Manhattan w niecałe piętnaście minut, nieźle jak na piątkowy wieczór. Lachlan wszedł do lobby i skinął ochroniarzowi, po czym skierował się prosto do windy i do swojego mieszkania na trzydziestym piętrze. Kiedy tylko wsunął klucz w zamek i otworzył drzwi, poczuł delikatny kwiatowy zapach środków czyszczących, których używała jego gosposia. Wszystko było posprzątane, naczynia ze śniadania dawno zebrane, ubrania uprane, poskładane i włożone z powrotem do szafy.

Nie miał do roboty nic poza wejściem pod prysznic, umyciem zębów i wskoczeniem do łóżka, pod luksusową pościel.

Może powinien był zadzwonić do którejś ze swoich dawnych dziewczyn. Albo zatrzymać się w jakimś barze. Zrobić cokolwiek, co pozwoliłoby zagłuszyć echo jego własnych kroków w pustym mieszkaniu. Cokolwiek, co ukoiłoby ból, który nie opuszczał jego piersi, odkąd pożegnał się z Grantem.

To pewnie przez sushi. Mogło mu zaszkodzić. Albo przez piwo. Wyjął kilka tabletek na niestrawność z lustrzanej szafki na leki w łazience, a zamykając drzwiczki, zostawił na nich ślad palca.

Prawie idealny owal z zapętlonym spiralnym wzorem. Przynajmniej gosposia będzie miała coś do umycia w poniedziałek.

Wsunął się do łóżka i jeszcze po raz ostatni przed zgaszeniem światła sprawdził powiadomienia na telefonie. Kilkanaście maili w różnych sprawach biznesowych, pięć zaproszeń na spotkania w kolejnym tygodniu. Ale żadnej wiadomości od przyjaciela.

Zgasił ekran i niedbale rzucił telefon na stolik obok, a urządzenie wylądowało z głuchym stuknięciem. Zamknął oczy i przekręcił się na drugi bok, starając się nie zwracać uwagi na tępy ból w piersi. Miał bogactwo, wpływy, sukces. Wszystko, o czym marzył jako dorastający chłopak.

Czego można by nie lubić w takim życiu?

* W. Shakespeare, Ryszard II, przeł. P. Kamiński, Warszawa 2009.