Wiosna w sercu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie. Ale to o niczym nie świadczy. Jak już mówiłem, nasze stosunki były dość napięte. Nie widywałem go zbyt często, kiedy dorastałem. − Potrząsnął głową, a na jego twarzy nadal malowało się niedowierzanie. − To się naprawdę zdarza? Brzmi trochę jak w filmie.

– Naprawdę. Internet bardzo dużo zmienił. Niektóre klany mają swoje grupy na Facebooku albo konta na Twitterze. Może się to wydawać anachronizmem, ale wielu Szkotom, szczególnie emigrantom, bardzo się to podoba.

Zanotowała, żeby dowiedzieć się więcej o klanie MacLeishów. Cokolwiek, co zdołałoby uwiarygodnić prawo do posiadłości, jakie rościł sobie Lachlan, mogło się okazać pomocne.

– To co muszę zrobić, żeby zamknąć tę sprawę?

Lucy odłożyła pióro i spojrzała na niego.

– Podstawowy problem polega na tym, że prawa do ziemi i tytułu domaga się jeszcze jedna osoba. Duncan MacLeish Junior. To twój brat, tak?

– Przyrodni.

– I jest pięć miesięcy młodszy od ciebie? − spytała rzeczowo.

– Zgadza się.

Podniosła list, który leżał na wierzchu w teczce, i rzuciła na niego okiem.

– Twój przyrodni brat, Duncan, twierdzi, że to on jest prawowitym dziedzicem. Jego prawnik napisał do ciebie z prośbą o zaspokojenie tego roszczenia. W przeciwnym wypadku grozi wstąpieniem na drogę sądową.

Podniosła wzrok znad kartki.

– Spodziewałeś się tego?

– Nie jestem wcale zaskoczony, że mój brat coś takiego zrobił.

– Nie dogadujecie się? − zapytała. Jej spojrzenie złagodniało, choć ton głosu pozostał profesjonalny.

– Duncan za mną nie przepada − oznajmił jej. − Zakwestionowałby każdy zapis, jaki nasz ojciec by na mnie zrobił, nawet gdyby dotyczył czegoś bezwartościowego.

– Naprawdę? Dlaczego? − Przechyliła głowę na bok.

– Bo jestem jego nieślubnym przyrodnim bratem. Czy to ma jakieś znaczenie?

– Nie, nie powinno mieć. − Nie odrywała wzroku od jego oczu. − W historii Szkocji aż roi się od nieślubnych dzieci, które zostawały spadkobiercami. Wszystko zależy od zapisów w testamencie i od tego, czy istnieją jakieś ograniczenia dotyczące dziedziczenia tytułu. A na razie na nic takiego się nie natknęłam. W moim przekonaniu zapisy w testamencie są jasne, a szkockie prawo będzie je wspierać.

– Czy Duncan ma w takim razie szansę na wygraną w sądzie?

Lucy powoli pokręciła głową.

– Nie, wydaje mi się, że nie. Ale muszę cię ostrzec, że tryby naszego systemu sądowniczego obracają się powoli. Sprawa może utknąć na jakiś czas w sądzie, a to może bardzo dużo kosztować.

– Pieniądze nie mają dla mnie znaczenia − powiedział, pochylając się do przodu z poważnym wyrazem twarzy. − Zapłacę, ile będzie trzeba. Chcę wygrać.

* W. Shakespeare, Henryk V, [w:] tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.

3


W ludzkim życiu trafia się morski prąd,

który żeglarza niesie

ku wielkim zyskom.

– Juliusz Cezar*

Kelner zabrał ich talerze, na stole nie zostało nic poza szklankami i notatnikiem Lucy. Lachlan obserwował, jak kobieta przesuwa piórem po czystej stronie, a czarny tusz plami biel papieru, zostawiając na nim perfekcyjne litery, doskonałe jak ona sama. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, wydała mu się atrakcyjna, ale teraz, ze zmrużonymi oczami i ustami ściągniętymi w wyrazie koncentracji, wyglądała jeszcze lepiej.

Skończyła pisać i podniosła na niego wzrok, zamykając notes z piórem w środku. Spojrzała na niego pytająco, a nad jej nosem pojawiły się dwie zmarszczki.

– Jak myślisz, dlaczego twój ojciec przepisał posiadłość na ciebie? − zapytała.

Sam zastanawiał się nad tym nieustannie od tamtej chwili w gabinecie prawnika, kiedy dowiedział się, co ojciec zostawił mu w spadku. Ciężko było mu się nie skrzywić na wspomnienie gniewnego wyrazu zaskoczenia, jaki pojawił się na twarzy jego przyrodniego brata. Duncan sądził, że odziedziczy wszystko − zresztą Lachlan spodziewał się tego samego. Dlaczego nieślubny, niechciany syn miałby dostać w spadku cokolwiek, a co dopiero zamek w szkockich górach? Zamknął oczy, przypominając sobie tę budowlę z piaskowca w sercu obcego kraju, lustrzaną taflę jeziora i zielony las rozciągający się aż do skalistych szczytów. Jak długo tam nie był? Pewnie ponad dwadzieścia lat. A jednak myśl o tym miejscu sprawiała, że jego serce zaczynało bić trochę szybciej, i na nowo odsłaniała dawno pogrzebane wspomnienia.

– Nie wiem − odpowiedział zgodnie z prawdą. Kelner postawił przed nimi filiżanki z kawą, zarówno Lachlan, jak i Lucy odmówili deseru. − Jedyny powód, jaki przychodzi mi do głowy, to że było mi tam dobrze za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem. Pewnie to zauważył.

– Czy przed śmiercią mówił ci kiedykolwiek, że zamierza zapisać ci to miejsce? − zapytała.

– Nie. Nie rozmawiałem z ojcem zbyt często, przynajmniej od kiedy osiągnąłem pełnoletność. Nie interesował się mną.

Wypowiedzenie tych słów nie sprawiło mu bólu − nie tak, jak kiedyś. I ucieszył się, że Lucy nie zareagowała w żaden widoczny sposób − współczucie było ostatnią rzeczą, jakiej mógłby teraz chcieć. Pogodził się z tym, jak wyglądała jego relacja z ojcem. Nie miał na to wpływu.

– A co z pozostałymi członkami rodziny? − zapytała. − Czy przypuszczali, że to Duncan odziedziczy posiadłość?

– Od zawsze wiedzieliśmy, że przypadnie mu w udziale firma mojego ojca − stwierdził Lachlan. − Od małego był przygotowywany do przejęcia linii żeglugowych. Ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wspominano o majątku w Szkocji. W porównaniu z firmą to płotka.

W kategoriach ekonomicznych być może tak, ale nie jeśli chodzi o znaczenie symboliczne. W końcu jego ojciec tam dorastał. Posiadłość stanowiła ich dziedzictwo − jego i Duncana − ale tylko jeden z nich mógł ją dostać.

Myśl o tym, że mógłby ją stracić na rzecz przyrodniego brata, była jak wbijający się w serce nóż.

– No dobrze, na razie chyba nie mam więcej pytań − powiedziała Lucy, posyłając mu uśmiech. − Jeśli zdecydujesz, żebym to ja cię reprezentowała, stworzę plan działania i będziemy mogli omówić kolejne kroki. − Głos zachrypł jej od długiego mówienia. Wypiła łyk wody. − A ty masz do mnie jakieś pytania? − dodała jeszcze.

Z tysiąc.

– Jakie są moje szanse na wygraną?

Uśmiechnęła się.

– Szczerze? Nie potrafię udzielić ci konkretnej odpowiedzi w tej kwestii. Ale skoro to ty zostałeś wymieniony w testamencie, to dowodzić swoich racji będzie musiał twój brat. I jeśli nie wykaże, że ojciec został przymuszony do tej decyzji, albo nie odwoła się do precedensu, który świadczyłby na korzyść jego roszczeń, to przegra.

Oboje skończyli kawę i niemal natychmiast pojawił się kelner, który zamaszystym ruchem zabrał filiżanki. Lachlan poprosił go o rachunek − nie żeby musiał płacić, ale chciał się przynajmniej podpisać. W należących do niego lokalach wszystko załatwiało się uczciwie.

Kiedy kelner odszedł z rachunkiem, a Lucy spakowała swoje notatki z powrotem do teczki, oboje wstali. Lachlan nie miał ochoty się żegnać, wiedząc, że następnego dnia ona poleci do Londynu, a on będzie wracał pospiesznie do Nowego Jorku. Wszystkie niezadane pytania wirowały mu nadal w głowie i walczyły o pierwszeństwo. Wyczerpanie, jakie odczuwał wcześniej, zniknęło zastąpione jakąś drażliwością i potrzebą dowiedzenia się czegoś więcej o znajdującej się obok kobiecie.

– Dziękuję za miłą kolację − odezwała się. − Jeśli coś jeszcze przyjdzie ci do głowy, po prostu napisz do mnie maila. I daj znać, czy chcesz, żebym zajęła się twoją sprawą.

Lachlan zmarszczył brwi na te słowa.

– A dlaczego miałbym nie chcieć? − spytał.

Kiedy podnieśli się z miejsc, różnica wzrostu między nimi stała się dużo bardziej widoczna. Pomimo obcasów Lucy Lachlan wyraźnie nad nią górował. Musiała podnieść głowę, żeby na niego spojrzeć.

– To jasne, że ten spadek jest dla ciebie ważny. Nie kazałbyś mi lecieć tak daleko, gdyby nie był. Ale odpowiedni przedstawiciel to nie tylko fachowiec w swojej dziedzinie, lecz też ktoś, komu się ufa.

Jej oczy zabłysły, kiedy to mówiła, a on podszedł krok bliżej, tak że dzieliło ich teraz tylko kilkadziesiąt centymetrów. Przebiegł wzrokiem jej rysy, przyglądając jej się uważnie, ale twarz Lucy pozostała nieprzenikniona. Dostrzegł ledwo widoczny ślad blizny, która kryła się pod jej włosami, i zdał sobie sprawę, że zastanawia się, skąd się wzięła.

– Chcesz, żebym ci zaufał? − Jego głos zabrzmiał nisko.

Ani na chwilę nie spuściła wzroku.

– Tak − powiedziała, kiwając powoli głową. − Inaczej to się nie uda.

– Ufam ci − powiedział. − I chciałbym, żebyś reprezentowała mnie w tej sprawie.

Kiedy szli w stronę wyjścia, poczuł nieodpartą potrzebę, żeby położyć rękę na wygięciu jej pleców, ale zacisnął tylko mocno pięść i zatrzymał ramię przy sobie. To przecież jego prawniczka, na litość boską, nie jego dziewczyna.

Przeszli do lobby. Oboje mieszkali w tym hotelu, choć w innych pokojach i na innych piętrach. I dziwnie im było tak stać w wyłożonym marmurem holu i ociągać się z pożegnaniem, którego żadne z nich do końca nie chciało.

– Późno już − powiedział, zerkając na zegar nad recepcją. − Jesteś pewnie zmęczona po całej tej podróży.

Spojrzała na szereg wind po jej lewej stronie i pokiwała głową.

– To był długi dzień − przyznała. − Powinnam wrócić do swojego pokoju i zadzwonić do chłopaka, zanim się położę. − Posłała mu nikły uśmiech. − Nie miałam jeszcze okazji, a na pewno chciałby wiedzieć, czy szczęśliwie dotarłam na miejsce.

 

– A ja mam jeszcze trochę pracy na dziś. − Wyciągnął rękę i uścisnął jej dłoń, po czym odsunął się o krok i uśmiechnął się do niej po raz ostatni. − Jeszcze raz dziękuję za czas, jaki poświęciłaś na spotkanie ze mną.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Lachlan.

Spodobał mu się sposób, w jaki wymówiła jego imię − pierwsza sylaba zabrzmiała bardziej jak „loch”, zamiast „lach”. Przywiodło mu to na myśl szkockie jezioro, a wraz z nim dzieciństwo i życie, w którym nic nie wydawało się aż tak skomplikowane i nikt nie walczył nieustannie o jego uwagę.

– Dobranoc, Lucy − powiedział, spoglądając na nią po raz ostatni. Patrzyła prosto na niego, a ich spojrzenia złączyły się ze sobą. Przez chwilę słyszał w uszach szum własnej krwi, który zagłuszył wszystkie hotelowe odgłosy. Uśmiechnął się, a wtedy jej usta uniosły się powoli, sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej pociągająco niż przedtem.

– Śpij dobrze, Lachlan.

Kiedy tylko zamknęły się drzwi windy, Lucy oparła głowę o lustrzaną ścianę i przytrzymała się poręczy. Winda ruszyła w górę. Mimo że Lachlan został w lobby, nadal czuła zapach jego wody kolońskiej, nadal widziała dołeczki, które pokazywały się, kiedy się uśmiechał. Nigdy dotąd nie spotkała nikogo, kto byłby tak intensywnie obecny, kto z taką łatwością zapierałby jej dech w piersiach. Był wcielonym niebezpieczeństwem w eleganckim garniturze.

A jej reakcja na niego przeraziła ją na śmierć.

Czy właśnie dlatego okłamała go, że ma chłopaka? Żeby zapewnić sobie jakąś barierę ochronną, coś, co powstrzyma ją przed wpadnięciem w wir przyciągania, którego nie dało się przeoczyć? Potrząsnęła głową, kiedy kątem oka dostrzegła swoje odbicie w lustrze. To wszystko było tak bardzo do niej niepodobne, że przestawało być śmieszne. Zawsze była przecież spokojna, opanowana, nigdy nie przekraczała pewnych granic. A Lachlan MacLeish to jej klient, niezależnie od tego, jak bardzo atrakcyjny. I ona musi o tym pamiętać.

Uniosła dłoń, żeby wygładzić włosy, i wyprostowała ramiona, podczas gdy winda zbliżała się do jej piętra. Da radę − zachowa się jak profesjonalistka, którą zawsze była. Nawet jeśli to najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziała, ona jest przecież więcej warta. I jej reputacja zawodowa też.

Winda brzdęknęła i Lucy wyszła na korytarz, wyciągając z teczki kartę-klucz, po czym wsunęła ją w zamek. Kiedy po przekroczeniu progu zdjęła buty i ustawiła je starannie w szafie, poczuła, jak zalewa ją fala ulgi.

Najlepiej zrobi jej teraz porządnie przespana noc. A potem poleci z powrotem do domu, wróci do pracy i zostawi Lachlana MacLeisha parę tysięcy kilometrów za sobą.

Życie dalej będzie się toczyło tak, jak ona lubi, i na tym skończy się cała ta historia.

* W. Shakespeare, Juliusz Cezar, [w:] tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.

4


Jak to mówią: latek przybywa,

klepek ubywa.

– Wiele hałasu o nic*

Było do ciebie parę telefonów. Lista leży na biurku − powiedział Grant, asystent Lachlana, wchodząc za nim do gabinetu. Pochylił się, otworzył niewielką lodówkę koło regału z książkami i wyciągnął butelkę wody. Odkręcił ją, napełnił wysoką szklankę i postawił na biurku Lachlana. − Jak tam trening?

Lachlan wyjął czysty ręcznik z szafki ukrytej w ścianie po drugiej stronie pokoju. Jego gabinet był wyposażony w niedużą łazienkę, idealną, by wziąć prysznic po treningu, który Lachlan odbywał zwykle w porze lunchu.

– Ciężko. Tak to jest, jak się wypadnie z obiegu na parę tygodni.

Grant Tanaka był o rok młodszy od Lachlana i towarzyszył mu nie tylko od dnia, w którym powstała firma, ale przez prawie całe dotychczasowe życie. Dorastali w sąsiednich mieszkaniach − Grant był synem japońsko-amerykańskiego małżeństwa, które praktycznie adoptowało Lachlana. Jako że matka Lachlana pracowała całymi dniami i nocami, państwo Tanaka dbali o to, żeby chłopiec nie chodził głodny, odrabiał lekcje i nie pakował się w kłopoty.

No, a przynajmniej w niezbyt wielkie kłopoty.

– Zapomniałem cię zapytać: jak było w Miami? − odezwał się Grant.

– Na pewno cieplej niż tutaj. − Przez okno swojego gabinetu Lachlan patrzył na nowojorski horyzont. Szary, zasnuty chmurami, ledwo świadomy tego, że wiosna powinna już dawno przyjść. − Warto było lecieć chociażby po to, żeby spotkać się z tą szkocką prawniczką. Mam nadzieję, że uda nam się opracować jakąś strategię w sprawie Glencarraig.

Grant uniósł jedną brew.

– Nadal bawisz się w Connora z klanu MacLeodów?

– Ej, nie kpij sobie. Według tej prawniczki będę musiał zabierać głos w sporach klanowych.

– Może być tylko jeden.

– Zamierzasz przez cały dzień cytować mi Nieśmiertelnego czy mogę iść się wykąpać przed kolejnym spotkaniem?

– No, rzeczywiście powinieneś to zrobić. − Grant zmarszczył nos. − Śmierdzisz. Idź już.

– Dzięki, stary.

– A, Jenn pyta, czy przyjdziesz na kolację w piątek. Zrobi sushi.

Lachlan obejrzał się przez ramię.

– No to jesteśmy umówieni. Wspaniała kobieta plus wspaniałe jedzenie. Jak mógłbym odmówić.

Grant podniósł ręce.

– Hej, mówisz o mojej żonie. Ja też tam będę.

Lachlan mrugnął.

– Wiem, wiem. Ale kiedy Jenn robi sushi, nie potrafię oderwać od niej wzroku.

– Mhm, lepiej trzymaj swój wzrok przy sobie − ostrzegł go Grant, nadal się uśmiechając. − Ta dziewczyna jest moja. − Spojrzał na zegarek, a potem znowu na Lachlana. − Lepiej się pospiesz, za dziesięć minut masz następne spotkanie. − Nagle wrócili do swoich ról szefa i asystenta.

– Zdążę.

– Chcesz, żebym ci przyniósł kawę? − zapytał Grant, odwracając się, żeby wyjść z pokoju.

– Pewnie.

Lachlan patrzył, jak Grant opuszcza jego gabinet i cicho zamyka za sobą drzwi. Nie po raz pierwszy poczuł dziwną mieszankę zazdrości i zakłopotania względem swojego przyjaciela. W ciągu tych wszystkich lat, kiedy razem pracowali, wielokrotnie próbował go awansować, bo wiedział, że Grant świetnie nadawałby się na dyrektora. Ale on odmawiał, twierdząc, że woli zachować równowagę między życiem osobistym i zawodowym, żeby móc spędzać czas z żoną. Był świetnym asystentem i najstarszym przyjacielem Lachlana. Niektórzy powiedzieliby, że jedynym. I Lachlan był zadowolony z tego, że go przy sobie ma, nawet jeśli wiązało się z tym ciągłe dokuczanie.

Światła w sekretariacie były przygaszone, Grant już dawno poszedł do domu. W pozostałej części biura również panowała cisza, zakłócana tylko co jakiś czas dzwonkiem telefonu, którego nikt nie odbierał, i dyskretnymi krokami pracowników firmy sprzątającej, którzy sprawdzali porządek na biurkach, opróżniali kosze i napełniali dystrybutory wody, zanim wyjechali w końcu swoimi wózkami.

Za plecami Lachlana, po drugiej stronie rozpościerającej się od podłogi do sufitu szklanej tafli nad Manhattanem zapadł już zmrok. Przycichł szum ruchu ulicznego, a Lachlan nie musiał się nawet obracać, żeby stwierdzić, że co drugi przejeżdżający samochód to taksówka. Wypełniona ludźmi, który jechali po pracy na kolację, albo turystami, którzy zwiedzali miasto i dawali się naciągać taksówkarzom.

Lachlana jednak nie było wśród nich. Był to jeden z tych rzadkich wieczorów, kiedy nie miał żadnego późnego spotkania ani kolacji biznesowej.

Podniósł telefon z zamiarem przejrzenia swoich kontaktów, po czym odłożył go z powrotem. Myśl o spędzeniu wieczoru na mieście nie budziła w nim entuzjazmu − a wręcz przeciwne uczucia. To pewnie wina jet lagu, nagromadzenia emocji związanych z pogrzebem ojca i nieoczekiwanym spadkiem. Może lepiej by mu zrobiło, gdyby położył się wcześniej do łóżka.

Wyciągnął rękę, żeby jeszcze ostatni raz sprawdzić maila, zanim wyłączy na noc swojego laptopa. Przewinął najnowsze informacje, komunikaty i zaproszenia − każde z nich osobiście sprawdzone przez Granta, zanim dotarło do niego.

W połowie strony zobaczył wiadomość od Lucy Shakespeare. Uniósł brew, kliknął maila i przejrzał szybko jego treść.

Lachlanie,

serdecznie dziękuję za poniedziałkową kolację i za czas poświęcony na rozmowę. W załączniku znajdziesz pismo określające zasady naszej współpracy, w tym warunki umowy i wyszczególnienie kosztów. Przeczytaj je, proszę, uważnie i odeślij mi podpisaną kopię. Wystarczy skan.

Zgodnie z naszymi ustaleniami do końca tygodnia prześlę Ci zarys strategii i wtedy możemy umówić się na wideokonferencję, by przedyskutować kolejne kroki.

Pozdrawiam serdecznie

Lucy Shakespeare

To był zwykły biznesowy mail, krótki i zwięzły, ale on każde słowo słyszał jakby wypowiadane z jej eleganckim angielskim akcentem.

Obrócił parę razy nadgarstkiem, aż zza mankietu koszuli wychylił się zegarek. Była siódma trzydzieści w Nowym Jorku, czyli po północy w Edynburgu. Przez chwilę pozwolił swoim myślom wędrować swobodnie, przypominał sobie, jak wyglądała Lucy, kiedy wszedł do restauracji. Jak siedziała z uniesionym podbródkiem, a perfekcyjne linie jej profilu odcinały się na tle atramentowego nieba. Była piekielnie intrygująca, a do tego jeszcze piękna.

Mhm, i jest też twoją prawniczką.

Potrząsnął głową, sięgnął do przodu, żeby wyłączyć laptopa, po czym odjechał na krześle w tył, wstał i chwycił marynarkę. Miał doła po śmierci ojca i tyle. Nic więcej. Wyciągnął telefon z kieszeni, kliknął kontakty i wybrał numer. Kiedy kobieta, do której dzwonił, odebrała, wychodził już z gabinetu i kierował się w stronę rzędu wind na drugim końcu korytarza.

– Cześć, Julia − odezwał się, a jego głos odbił się echem w słuchawce. − Tu Lachlan. Jadę właśnie do swojego klubu i pomyślałem o tobie. Miałabyś ochotę na drinka?

* W. Shakespeare, Wiele hałasu o nic, [w:] tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.

5


Jestem czujny jak kot,

co spija z garnka śmietanę.

– Henryk IV, Część pierwsza*

Lucy przekręciła klucz w zamku i otworzyła pomalowane na czarno drzwi do swojego mieszkania w Edynburgu. Pachniało środkami czystości i nabłyszczaczem do podłogi − pewnie Elena była rano w mieszkaniu. Ułożyła korespondencję Lucy w stosik na stoliku przy wejściu, a obok ustawiła wazon z wiosennymi kwiatami. Była to jedna z zalet posiadania sprzątaczki.

Lucy zostawiła drzwi szeroko otwarte i odwróciła się, żeby wnieść do środka walizkę, i wtedy przez wyłożony terakotą korytarz przemknęła jakaś pomarańczowo-biała błyskawica. Mały pręgowany kociak prześliznął się koło nóg Lucy, ocierając się o jej łydki miękkim futerkiem. Zatrzymał się na moment, po czym wskoczył do ciepłego mieszkania.

– Chodź tu, łobuziaku – rzekła śpiewnie Lucy, chwytając małego futrzaka. − Nic tu dla ciebie nie ma. Skąd się w ogóle wziąłeś?

Kiedy wystawiła go delikatnie z powrotem na korytarz, kot zamruczał, aż całe jego ciałko zawibrowało w dłoniach Lucy. Kobieta podniosła się, podeszła do swojej walizki i wprowadziła ją do środka, a kociak oczywiście wbiegł za nią, zanim zdążyła go powstrzymać.

Pomimo obecności intruza Lucy uśmiechnęła się, kiedy tylko przekroczyła próg swojego domu. Uwielbiała to mieszkanie − niezmiennie, odkąd kupiła je pięć lat temu. Znajdowało się w przebudowanej kamienicy z epoki georgiańskiej, w sercu nowego miasta w Edynburgu i składało się z dwóch elegancko urządzonych pokoi, dwóch łazienek i wielkiej, nowoczesnej kuchni, z której rzadko kiedy korzystała. I choć podobały jej się jasno pomalowane ściany i wypolerowane drewniane podłogi, to tym, co urzekło ją od pierwszego wejrzenia, był ogród. Nieduża, ogrodzona murem przestrzeń pełna zieleni była jej ulubionym miejscem na spędzanie letnich popołudni.

Lucy rozpakowała swoje ubrania i większość z nich wrzuciła do kosza na brudną bieliznę − Elena je później przebierze − a potem weszła pod prysznic z deszczownicą i poddała się kojącemu dotykowi parujących kropelek. Kiedy skończyła się myć, owinęła głowę turbanem z ręcznika, a resztę ciała okryła prostym białym szlafrokiem i poszła z powrotem do kuchni, gdzie napełniła czajnik świeżą wodą.

 

Elena uzupełniła też zapasy w lodówce. Lucy znalazła tam kilka gotowych dań z delikatesów Waitrose, parę torebek sałaty, a do tego jak zwykle mleko, ser i chleb. Wyjęła mleko i niedużą miskę, napełniła ją i postawiła na podłodze. Rudzielec podszedł z wolna do naczynia.

– To zwykła uprzejmość z mojej strony − ostrzegła kota Lucy. − Nie myśl sobie, że uda ci się mnie wykorzystać, masz zniknąć zaraz po tym mleku.

Kot spojrzał na nią znad porcelanowej miski, tak jakby zrozumiał, co powiedziała, po czym pochylił łebek i zaczął chłeptać. Lucy właśnie zamierzała zrobić sobie kawę, kiedy zaczął wibrować jej telefon. Spojrzała na ekran i zmarszczyła brwi, kiedy pokazał się numer. Nie rozpoznała go.

– Halo?

– Panna Shakespeare? Lucy Shakespeare?

– Tak, zgadza się.

– Nazywam się Martha Crawford. Nie wiem, czy mnie pani pamięta, mieszkam dwoje drzwi od pani ojca.

Lucy wyłączyła czajnik i zmarszczyła czoło.

– Dzień dobry, pani Crawford, tak, pamiętam panią. Czy coś się stało?

– Pewnie nie ma się czym martwić… To znaczy, nic mu nie jest, a przynajmniej nic, czego by mu wcześniej nie było. Nie należy do zbyt gadatliwych, prawda?

– Czy mojemu ojcu coś się stało? − zapytała Lucy.

– Nie wiedziałam nawet, czy powinnam dzwonić. Powiedział mi, żebym nie dzwoniła, ale nigdy nie wiadomo, prawda? A potem rozmawiałam z Deidre, to ta sąsiadka, która mieszka po drugiej stronie od pani ojca, i ona powiedziała mi, że lepiej zadzwonić.

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, co się stało? − Lucy próbowała, choć bezskutecznie, nie okazywać zniecierpliwienia.

– Mój mąż widział dzisiaj rano, jak pani ojciec spaceruje po ulicy w piżamie. Zobaczył go z okna w kuchni, kiedy parzył poranną herbatę. Oboje lubimy napić się earl greya z samego rana. Wiem, że wiele osób woli english breakfast, ale ja tam uważam, że to marnowanie liści.

– Tata spacerował w piżamie? − zapytała Lucy, siadając na stołku. Oparła łokcie o wysoki blat. − Gdzie to było?

– Szedł w stronę sklepów. No więc Bernard, mój mąż, poszedł za nim. Na szczęście nie był w piżamie. To znaczy Bernard. − Martha zaśmiała się krótko. − Pani ojciec wydawał się trochę zagubiony, kiedy Bernard go dogonił. Nie wiedział chyba, gdzie jest. Na szczęście ta dziewczyna, jego opiekunka, jak jej tam na imię, ta z krótkimi włosami, akurat przyszła i pomogła sprowadzić pani ojca z powrotem do domu.

– Czyli nic mu nie jest?

– Był trochę zdenerwowany. Bernard powiedział, że go nie rozpoznał, a wie pani, że oni kiedyś, dawniej mnóstwo czasu ze sobą przegadali.

– Wie pani, czy opiekunka wezwała lekarza? − zapytała Lucy.

– Nie mam pojęcia, złotko. Pomyślałam tylko, że powinna pani wiedzieć, i tyle. Na szczęście Deidre miała do pani numer po pani ostatniej wizycie. Mam nadzieję, że to nie problem, że zadzwoniłam.

– Nie, nie, cieszę się, że pani to zrobiła. Dziękuję. − Lucy uśmiechnęła się krótko, mimo że Martha znajdowała się ponad sześćset kilometrów od niej. − Muszę kończyć − powiedziała, układając już sobie w głowie listę osób, do których powinna zadzwonić: opiekunowie ojca, lekarz, no i oczywiście siostry. − Ale dziękuję pani za informację. Bardzo to doceniam.

– Nie ma sprawy. − Martha zniżyła głos. Ta kobieta była równie trudna do zbycia jak natrętny adorator. − Ale tak między nami, wydaje mi się, że to wszystko jest już ponad jego siły. Nie myślała pani o domu opieki?

– Jeszcze raz pani dziękuję, pani Crawford, i proszę również przekazać wyrazy wdzięczności mężowi − powiedziała głośno Lucy i szybko się rozłączyła, zanim Martha zdążyła znowu się odezwać. Chwyciła notes i pióro, które trzymała zawsze koło mikrofalówki, i zaczęła zapisywać papier w linie.

W razie wątpliwości zrób listę. To zawsze działało.

– To jak było w Miami? − zapytała jej siostra Juliet, a jej głos odbił się echem w słuchawce. Lucy zdołała już prawie nadgonić z pracą, narobiła sobie zaległości przez podróż do Miami. A udało jej się to w przerwach pomiędzy wydzwanianiem do Londynu, żeby porozmawiać z lekarzami i opiekunką ojca i uzgodnić z nimi jakiś plan działania. Nie był to do końca ten spokojny powrót do Edynburga, na który liczyła.

Wcisnęła telefon między ucho a ramię i wstukała kilka poprawek do dokumentu, nad którym pracowała. Było późne popołudnie i rozpętała się kolejna nawałnica, która wściekle smagała wodą szyby w jej oknach. Kot znowu wkradł się do mieszkania i leżał skulony na kolanach stukającej w klawiaturę Lucy. Odkryła, że to kotka sąsiadów z dołu, która uwielbia włóczyć się po całym budynku, tak jakby była jego właścicielką. A Lucy najwyraźniej ją trochę polubiła.

– Krótko. Poleciałam, miałam parę spotkań i wróciłam.

– Pewnie jesteś wykończona − odparła Juliet. − Powinnaś leżeć teraz w łóżku, a nie do mnie dzwonić.

– Dam radę. Odpocznę sobie w weekend. − Lucy zaznaczyła kilka słów i dodała komentarz. − Chyba dobrze wyszło, że byłam tam tylko jeden dzień. Nie zdążyłam nawet złapać jet lagu.

– Nie wątpię − oświadczyła Juliet, a w jej głosie słychać było uśmiech. − Jeśli ktokolwiek jest w stanie pokonać jet lag, to tylko ty.

Juliet była dwa lata młodsza od Lucy. Kiedy dorastały, pełniła funkcję porucznika przy generale Lucy i we dwie dowodziły całą kompanią, rozkazując swoim młodszym siostrom, Cesce i Kitty. A potem, kiedy Lucy miała piętnaście lat, ich matka umarła, a role, które przyjęły wcześniej dla zabawy, stały się w jakiś sposób rzeczywistością. Może dlatego właśnie jej ojciec tak bardzo naciskał, żeby w wieku osiemnastu lat wyjechała na studia prawnicze do Edynburga. Żeby znowu zaczęła żyć własnym życiem.

– Wolałabym pokonać raczej starość… − odezwała się łagodnie Lucy. − Tata znowu nie jest sobą. Jeden z sąsiadów widział, jak chodzi w piżamie po dzielnicy.

– O nie. − Juliet wydawała się zaniepokojona. − Nic mu nie jest? Nie przeziębił się? Co powiedział lekarz?

Przez następne kilka minut Lucy zdawała siostrze relację z wydarzeń.

– Wszystko jest pod kontrolą − zapewniła ją. − Chciałam tylko, żebyś wiedziała, co się stało.

– Jest z nim coraz gorzej, prawda?

– Można się było tego spodziewać. − Nadal mówiła łagodnym głosem. Choć Juliet była drugą najstarszą siostrą, wszyscy zawsze obchodzili się z nią delikatnie. − Rozmawiałam z lekarzem, wysłał mi informacje o kilku domach opieki w okolicy. Twierdzi, że czas to rozważyć.

Juliet milczała przez chwilę. Lucy wyobraziła ją sobie w jej wielkim amerykańskim salonie z ogromną sofą i miękkimi fotelami.

– Wszystko będzie dobrze − obiecała jej Lucy. − Podzwonię do tych domów i dam ci znać. Niczym się nie martw.

– I tak się martwię…

– To powiedz mi − zaczęła Lucy, żeby zmienić temat − jak tam Poppy?

Juliet przyjęła ten zwrot w rozmowie z równą ulgą co Lucy.

– Świetnie, bardzo jej się podoba w szkole. Mówiłam ci, co powiedziała niedawno mojej teściowej?

I kiedy Juliet raczyła ją opowieściami o przygodach swojej nieustraszonej córki, Lucy zdała sobie sprawę, że się uśmiecha, a całe jej ciało rozluźnia się na myśl o psotach Poppy. Ta mała sześciolatka była nieodrodną córką rodu Shakespearów, a Lucy poczuła ulgę, że może w końcu porozmawiać o czymś innym.

– Spieszysz się gdzieś?

– Nie… szcze… gólnie… − Każdej z sylab towarzyszył ciężki oddech. Lachlan czuł się, jakby wszystkie mięśnie w jego ciele płonęły. Ale nie zamierzał się zatrzymać, nie wcześniej niż Grant. To była kwestia honoru.

W Central Parku było mnóstwo ludzi. Ławki były pozajmowane, zieleń trawników usiana kocami, a pomiędzy kraciastymi tkaninami biegały tam i z powrotem dzieci, od których roiło się na trawie jak od mrówek zwabionych kawałkami jedzenia. W powietrzu unosił się zapach hot dogów i popcornu, a wózki sprzedawców były oblężone przez turystów i miejscowych, którzy przepychali się na początek kolejki. Ludzie zachowywali się tak, jakby nigdy przedtem nie widzieli słońca. Pierwszego ciepłego dnia wiosny wszyscy wylegli z domów, żeby cieszyć się zielenią.

– Biegniesz szybciej niż zwykle. Pomyślałem, że może czeka na ciebie jakaś dziewczyna.

Lachlan potrząsnął głową i uśmiechnął się pomimo bólu w nogach.

– Gdyby czekała na mnie dziewczyna, to nie marnowałbym czasu z tobą, przyjacielu. – Pokusa przekomarzania się z Grantem okazywała się czasem silniejsza od niego. I to był właśnie jeden z tych przypadków.

– Ej, gdyby czekała na ciebie w domu dziewczyna, to zatłukłbym cię za to, że ją zostawiłeś.

– Myślisz, że dałbyś radę mnie pobić? − Lachlan się roześmiał, kiedy zatrzymali się koło sadzawki z kaczkami. Oparł rękę o najbliższe drzewo, a szorstka kora wbiła mu się w dłoń. Jego oddech był krótki i urywany. Tętno dudniło mu w uszach.