Wiosna w sercu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojej mamie,

która nauczyła

mnie,

że otworzyć

książkę

to zanurzyć się

w innym

świecie

1


Widać nie kłamie żaden z podróżników, choć mu nie ufa tłum głupców w ojczyźnie.

– Burza*

Lucy Shakespeare strząsnęła krople deszczu ze swojej parasolki Burberry − jednolicie czarnej z wierzchu, z tradycyjnym wzorem w beżową kratę od spodu − i włożyła ją do stojaka, po czym podniosła dłoń, żeby sprawdzić, czy edynburski deszcz nie zmoczył jej blond włosów. Z sądu okręgowego do kancelarii Robinson & Balfour przyjechała taksówką, ale nawet niewielka odległość, jaka dzieliła krawężnik od eleganckiego wejścia do budynku z piaskowca, nie zdołała uchronić jej przed wiosenną ulewą. Zrzuciła z ramion płaszcz przeciwdeszczowy i wsunęła go na wieszak, po czym zawiesiła na stojaku i wygładziła zagniecenia. Następnie obróciła się i weszła do biura.

– Oto nadchodzi zwycięska bohaterka. − Lynn, asystentka Lucy, wstała, a jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. − Gratulacje, pewnie jesteś bardzo szczęśliwa.

– Nie aż tak szczęśliwa, jak klienci − odparła Lucy. − Kiedy ostatnio ich widziałam, szli do pubu i zamierzali zamówić dla wszystkich szampana.

– A ciebie nie zaprosili? − zapytała Lynn, odbierając od Lucy brązową skórzaną teczkę.

– Proponowali, ale odmówiłam. Chciałam dokończyć papierkową robotę. − I może jeszcze wpaść do biura, żeby trochę pochełpić się zwycięstwem. Ale czy można było ją za to winić? Ta rozprawa była owocem wielu miesięcy pilnej pracy. Studiowania starych dokumentów, zbierania niezliczonych zeznań, nie wspominając już o pouczaniu klientów, żeby zachowali jak najserdeczniejsze stosunki z krewnymi. Prawo spadkowe wyzwalało w ludziach tyle samo emocji co rodzinne, mimo że rozprawy dotyczyły testamentów i majątków. Nie do wiary, jak szybko relacje potrafią się zepsuć, kiedy w grę wchodzą pieniądze.

Lucy spojrzała na matowe szyby gabinetów, za którymi pracowali starsi partnerzy.

– Malcolm słyszał już o wyroku? − Jej wzrok zatrzymał się na przytwierdzonej do drzwi tabliczce z metalową ramką: Malcolm Dunvale. Kierownik działu prawa rodzinnego i spadkowego.

– To właśnie on mi powiedział. I wyglądał przy tym na bardzo szczęśliwego. − Lynn rozpromieniła się jeszcze bardziej na to wspomnienie. − Chce, żebyś wpadła do niego w wolnej chwili. Przekażę mu, że wróciłaś.

– Daj mi tylko parę minut, żebym mogła się odświeżyć − powiedziała Lucy, idąc w stronę ciężkich dębowych drzwi prowadzących do toalet.

– Napijesz się kawy? − zawołała jeszcze Lynn za jej oddalającą się sylwetką.

Lucy obróciła się i uśmiechnęła.

– Tak, bardzo chętnie. Nie piłam nic, odkąd pojechałam do sądu.

Pięć minut później, po poprawieniu fryzury i makijażu, Lucy weszła do gabinetu Malcolma Dunvale’a. Jak we wszystkich pokojach starszych partnerów znajdowały się tu wielkie okna, które wychodziły na miasto i ukazywały edynburską starówkę w pełnej, przesiąkniętej deszczem okazałości. W oddali widziała zamek osiadły majestatycznie na wzgórzu Castle Rock − górujący na trawiastym wzniesieniu budynek sprawiał wrażenie czegoś niemalże organicznego, tak jakby wyrósł prosto z ziemi, a nie dzięki pracy człowieka.

Lynn nazywała te gabinety skrzynkami oddechu.

Malcolm podniósł wzrok znad laptopa.

– O, Lucy, jesteś. Usiądź − powiedział, wskazując na czarny skórzany fotel stojący najbliżej niej. Przeczesał dłonią swoje krótko przycięte siwe włosy, a następnie zdjął okulary do czytania, złożył je starannie i umieścił obok klawiatury.

Lucy usiadła, wygładziła spódnicę, po czym skrzyżowała nogi w kostkach i wyprostowała kręgosłup.

– Witaj, Malcolmie.

– Bardzo się ucieszyłem z wiadomości o wyroku − stwierdził, opierając się w fotelu, i upił łyk swojej kawy. − Ty pewnie też.

Pokiwała głową, pozwalając, żeby na jej usta wypłynął cień uśmiechu.

– Mogło się to różnie skończyć, ale ostatecznie wygrała właściwa strona. − Nie zawsze tak było: w końcu już ładnych parę razy przegrała. Ale kiedy wszystko układało się pomyślnie, nie dało się tego porównać z żadnym innym uczuciem.

– Kiedy wracałaś do biura, zadzwonił do mnie Robert Douglas. Jest tak zadowolony z orzeczenia, że chce przenieść wszystkie swoje sprawy do Robinson & Balfour, a jak sama wiesz, to całkiem spory interes.

– To wspaniale. − Zachowała neutralny wyraz twarzy, ale jej dłoń zwinęła się w pięść. − Cieszę, że moja praca pomaga zespołowi.

– Hm, podoba mi się twoja angielska powściągliwość − powiedział Malcolm. − A tak na poważnie, zamierzam mocno cię pochwalić na następnym zebraniu partnerów. Zasługujesz na uznanie za to, co zrobiłaś.

Lucy pozwoliła, żeby spłynęło na nią ciepło tych słów.

– Dziękuję, doceniam twoje wsparcie.

– A teraz chciałbym poprosić cię o przysługę. − Malcolm odstawił filiżankę, po czym sięgnął po teczkę leżącą na odległym skraju biurka. − Masz czas na dodatkową sprawę?

– Myślę, że tak.

– Dostaliśmy ciekawą rzecz od pewnego mojego znajomego ze Stanów. Szukają kogoś, kto specjalizuje się w szkockim prawie spadkowym, więc naturalnie od razu pomyślałem o tobie. Trzeba będzie pojeździć trochę po świecie, ale to nie problem, prawda?

– Oczywiście, że nie. Zawsze jestem gotowa do podróży, jeśli zachodzi taka potrzeba. − Była to jedna z największych zalet jej pracy. Uwielbiała odwiedzać nowe miejsca.

– A my bardzo to doceniamy. Zdziwiłabyś się, ilu członków naszego zespołu nie chce się nigdzie ruszać. − Podał Lucy przez biurko teczkę.

– Na mnie możesz polegać. − Otworzyła teczkę i przebiegła wzrokiem notatki. Oblizała usta, zagłębiając się w szczegóły sprawy i czując w żyłach znajomy przypływ adrenaliny.

– Dlatego właśnie jesteś jedną z najlepszych. I mam wrażenie, że ta sprawa ci się spodoba. Rodzinny spór o jakiś majątek w górach, z tym że obaj członkowie rodziny mieszkają za oceanem. I tutaj właśnie wkraczamy my. Druga strona już wynajęła lokalnego adwokata, więc będziesz musiała trochę nadgonić.

Z tego, co zdołała zauważyć Lucy, „trochę” to było mało powiedziane. Spojrzała jeszcze raz na pierwszą stronę i przesunęła wzrokiem z lewa na prawo, po czym ponownie skierowała swoją uwagę na Malcolma.

– To nie problem. Szybko się w tym zorientuję.

– Na to właśnie liczyłem. Klient chce się z tobą spotkać najwcześniej, jak to tylko możliwe.

– W swojej posiadłości? − Przesunęła palcem po kartce papieru i zatrzymała go na informacjach dotyczących majątku. − W Glencarraig? − Nazwa ta miała w sobie jakieś piękno, przywodziła jej na myśl obraz Landseera Władca doliny. Majestatyczny jeleń stojący pośród skalistych szczytów, fioletowe wzgórza w tle.

– Nie, jest zbyt zajęty, żeby tu teraz przyjeżdżać. Chce, żebyś poleciała do Miami, tam znajduje się jedno z jego biur. − Malcolm się skrzywił. − Wiem, że to mało czasu, ale chciałby spotkać się z tobą na początku przyszłego tygodnia. Odniosłem wrażenie, że chce się upewnić, czy rzeczywiście jesteś tak dobra, jak mu mówiłem. − Odchrząknął. − Oczywiście pokryje wszystkie koszty.

– Oczywiście. − Lucy pokiwała głową. Pierwsza zasada każdego adwokata: klient zawsze pokrywa koszty. Nauczyła się tego, kiedy tylko dołączyła do firmy jako praktykantka; system rozliczeń pokazano jej, jeszcze zanim dowiedziała się, gdzie są toalety. − Przez weekend zapoznam się z tą sprawą.

Malcolm podniósł okulary i wsunął je z powrotem na nos.

– Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć. Klient zarezerwował ci hotel, a Lynn kupiła bilety i zamówiła taksówki. Powinna mieć już dla ciebie wydrukowany plan podróży. Masz lot w poniedziałek z samego rana.

– W porządku. − Uśmiechnęła się jeszcze raz, choć myślami była już prawie za drzwiami, układała listę rzeczy do zabrania, przypominała sobie, gdzie ma paszport i ile dolarów amerykańskich zostało w jej portfelu na zagraniczne waluty, który trzymała w domu.

Oczywiście, że będzie miała wszystko, czego jej trzeba. Od dzieciństwa jej drugie imię brzmiało „organizacja”. I było jej z tym dobrze.

– To tutaj. − Boy hotelowy wsunął plastikową kartę w mechanizm z matowej stali, a drzwi zabzyczały i otworzyły się. − To Apartament Biskajski, jeden z naszych najlepszych. − Wtoczył jej walizkę na środek marmurowej posadzki i zatrzymał się koło białej skórzanej sofy stojącej naprzeciwko szklanej ściany. − Apartament został odnowiony w zeszłym roku, podobnie jak cały hotel. Mam nadzieję, że będzie pani zadowolona. − Wyjął składany stojak na walizki z szafy na drugim końcu pokoju, podniósł zręcznie jej bagaż i położył go na nim, po czym odwrócił się do niej z uśmiechem.

Lucy wsunęła mu w dłoń dziesięciodolarowy banknot.

– Bardzo tu ładnie. Dziękuję.

– Czy jeszcze czegoś pani potrzeba? − zapytał, wkładając pieniądze do kieszeni.

– Nie, wszystko mam, dziękuję. − Dostrzegła ekspres do kawy w rogu pokoju i poczuła ogarniającą ją nagle falę zmęczenia. − Zrobię sobie tylko coś do picia i się rozpakuję.

 

– Gdyby czegokolwiek pani potrzebowała, proszę wybrać zero na telefonie. Jesteśmy tu, by dbać o pani wygodę. − Wyszedł, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Lucy przez chwilę stała w miejscu i podziwiała widok. Sięgające od podłogi do sufitu szklane drzwi wychodziły na balkon. Daleko w dole rząd ciemnozielonych palm prowadził w stronę bladej piaszczystej plaży i błękitnego oceanu. Fale rozbijały się łagodnie o piasek, wślizgując się po nim tak daleko, że prawie dotykały szeregu czerwonych leżaków, którymi usiana była żółta plaża. Na niebie świeciło jasne, ciepłe słońce – ogromna różnica w stosunku do ponurej szarości, jaką Lucy zostawiła za sobą w Edynburgu, gdzie zima nadal lgnęła do miasta ze wszystkich sił.

Lucy była w podróży od dwudziestu godzin, z przerwą na przesiadkę na Heathrow, i w całym ciele odczuwała potworne zmęczenie. Spojrzała na łóżko − puszyste poduszki, świeża pościel − i przez chwilę zastanawiała się, czy nie darować sobie kawy i po prostu się nie położyć, żeby trochę odsapnąć. Ale z drugiej strony miała ochotę wybiec z hotelu, złapać taksówkę i zobaczyć wszystko, co się da, zanim wyjedzie stąd następnego ranka. Chociaż na zwiedzanie raczej nie było szans − nie kiedy czekała ją praca do wykonania.

Zrobiła parę krążeń ramionami, żeby rozluźnić mięśnie, po czym otworzyła walizkę i uniosła wieko. Jej ubrania leżały w idealnym porządku − każde z osobna zawinięte w bibułę, żeby się nie pogniotło − i Lucy zaczęła je wyjmować i wieszać w szafie. Wyciągnęła też z bawełnianej torby swoje czarne pantofle od Saint Laurenta i ustawiła je starannie na półce, po czym strzepnęła z nich zabłąkaną niteczkę.

Właśnie miała zanieść swoją kosmetyczkę L’Occitane do łazienki, kiedy zadzwonił telefon. Zrzuciła szare skórzane buty podróżne, przeszła boso przez pokój i podniosła beżową słuchawkę.

– Halo?

– Panna Shakespeare?

– Tak?

– Mówi Maria, jestem konsjerżką hotelu. Chciałam się tylko upewnić, czy niczego pani nie potrzebuje.

Lucy rozejrzała się po apartamencie, spojrzała na dobrze zaopatrzony barek, wysokiej klasy telewizor i głośniki oraz na widok z okna, który za każdym razem przyciągał jej wzrok.

– Nie, mam wszystko, czego mi potrzeba.

– Pan MacLeish zaprasza panią na kolację. Zarezerwowałam stolik na ósmą. Mam nadzieję, że to pani odpowiada.

Lachlan MacLeish − jej nowy klient. Ten, który najwyraźniej pokrywa koszty tego pięknego apartamentu. Lucy zerknęła na zegarek: było tuż po szóstej lokalnego czasu, czyli środek nocy w Edynburgu. Normalnie już od dawna by spała.

– Ósma będzie w porządku.

– Przekażę to panu MacLeishowi.

Lucy wzięła głęboki oddech i jeszcze raz obróciła ramionami, nie zważając na opór mięśni. To by było na tyle, jeśli chodzi o drzemkę. Ale kto by tam potrzebował snu!

* W. Shakespeare, Burza, [w:] tegoż, Komedie, przeł. S. Barańczak, Kraków 2012.

2


Byle im wydawać potężne racje wołowiny i zbroić ich w żelazo czy stal,

a będą żreć jak wilki i bić się jak diabły.

– Henryk V*

Dobry wieczór, panie MacLeish − powiedział parkingowy, otwierając drzwi. Lachlan odpiął pas. Silnik zostawił włączony, nie było sensu go gasić, wysiadł ze stalowoszarego porsche panamera i wyjął telefon z uchwytu akurat w chwili, kiedy urządzenie zaczęło dzwonić.

Znowu.

Spojrzał w górę na wznoszącą się wysoko białą fasadę hotelu Greyson w stylu art déco, a potem z powrotem na parkingowego i schował telefon do kieszeni, ignorując połączenie.

– Jak tam rodzina, Paul? − zapytał, ściskając rękę parkingowego i wsuwając mu w dłoń banknot.

– Świetnie. − Paul spojrzał na samochód stojący za Lachlanem i zagwizdał z uznaniem. − To dopiero piękność − stwierdził, biorąc od niego kluczyki. − Zatroszczę się o nią dla pana.

Kiedy Paul wsiadał do samochodu, Lachlan obrócił ramionami, próbując rozluźnić zesztywniałe mięśnie. Spowiła go woń oceanu, słony zapach unoszący się w ciepłym wieczornym powietrzu. W odróżnieniu od Nowego Jorku temperatura była tu na tyle przyjemna, żeby mógł chodzić w samym garniturze − krawat zdjął już parę godzin wcześniej i zwinął go w kieszeni.

Jego telefon znowu zabrzęczał, Lachlan poczuł na biodrze znajome wibracje. Prawie cały dzień spędził na spotkaniach, próbując zażegnać nowojorski kryzys. Trzy godziny wideokonferencji, a potem kolejne dwie wypełnione nerwowymi rozmowami z inwestorami nie przyczyniły się wcale do poprawy jego nastroju.

– Jak się pan miewa tego wieczoru, panie MacLeish? − zapytała go konsjerżka, kiedy wszedł do hotelu. − Pańska towarzyszka jest już w restauracji. Powiadomiliśmy ją, że spóźni się pan parę minut.

– Dzięki, Mario. − Lachlan skinął głową młodej kobiecie. Jeszcze jakiś czas temu wydawało mu się, że to dobry pomysł, żeby umówić się na kolację z jego potencjalną szkocką prawniczką i zobaczyć, czy kobieta nadaje się do prowadzenia tej sprawy. Ale w tej chwili miał raczej ochotę paść na łóżko i pogrążyć się w błogim śnie.

– Recepcja ma dla pana kilka wiadomości. Poprosiłam, żeby przekazano je panu do pokoju.

Do hotelowego lobby weszła grupa turystów − takich z głębokimi kieszeniami i w drogich ubraniach − a kółka ich walizek zaskrzypiały na marmurowej posadzce. Trójpoziomowa przestrzeń wypełniła się prawie natychmiast głośnym echem rozmów, które poniosły się ponad wewnętrzną sadzawką.

– Zostawię cię z tymi ludźmi − powiedział Lachlan, wskazując głową tłum turystów. − Miłego wieczoru.

– Dziękuję panu. I wzajemnie.

Kiedy Lachlan przemierzał lobby, klucząc pomiędzy olbrzymimi abstrakcyjnymi rzeźbami ze srebra i wielkimi drzewkami w donicach, poczuł, że jego pierś rozpiera duma. Kiedy zaczynał inwestować w ten hotel, budynek był zniszczony i pomimo wspaniałej lokalizacji przynosił straty. Ładnych parę lat zajęło mu znalezienie najlepszych ludzi, inwestowanie w różne udogodnienia i przyciągnięcie gości, którzy byliby skłonni zapłacić ceny, jakie ustalił, ale w końcu hotel zaczął znowu przynosić zyski.

Inwestycja okazała się sukcesem ‒ jak wszystko, czego Lachlan się dotykał.

Kiedy wyszedł zza rogu do restauracji, kierownik sali uśmiechnął się do niego serdecznie i wyciągnął rękę, żeby ścisnąć mu mocno dłoń.

– Pańska towarzyszka siedzi przy pana ulubionym stoliku, panie MacLeish.

Lachlan spojrzał na zegarek. Dwadzieścia minut po czasie. Poczuł lekkie wyrzuty sumienia, że kazał jej tyle czekać po tym, jak przeleciała taki kawał drogi.

Sala Palmowa mieściła się częściowo wewnątrz, a częściowo na zewnątrz budynku − restauracja była przedzielona przesuwnymi szklanymi drzwiami, które prowadziły na obsadzony palmami taras. Choć ściany pomalowano na złamaną biel, wszystko inne w pomieszczeniu tryskało kolorami, od purpurowych aksamitnych krzeseł po starannie dobrane obrazy Jacksona Pollocka.

Podobnie jak pozostała część hotelu Sala Palmowa stała się od czasu renowacji modnym miejscem, które przyciągało bogatych i sławnych. W rogu pomieszczenia Lachlan dostrzegł wiekowego potentata transportu, znajomego jego ojca, który jadł kolację z dziewczyną tak młodą, że mogłaby być jego córką. Po drugiej stronie sali siedziała średnio znana aktorka, która rozglądała się po sali, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek na nią patrzy, i zupełnie nie zwracała uwagi na swojego towarzysza − słynnego byłego przestępcę, który miał wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wykupić sobie do kolacji takie towarzystwo, jakiego tylko zapragnął. Lachlan skinął im głową, przeszedł w stronę do drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Najbardziej lubił jadać na tarasie, nawet wczesną wiosną. Choć temperatura spadła tylko nieznacznie poniżej dwudziestu stopni, lampy grzewcze zostały zapalone, dzięki czemu na zewnątrz było równie ciepło jak w środku.

Jego ulubiony stolik znajdował się na dalekim krańcu tarasu, oddalony od innych dla zapewnienia odrobiny prywatności, i roztaczał się z niego widok na Ocean Atlantycki. Słońce wsuwało się już do swojego wodnego łoża, niebo ciemniało, a palmy, które odgradzały hotel od plaży, stawały się ciemnymi kształtami na tle szaroniebieskiej wody.

Ale to nie ten widok przyciągnął spojrzenie Lachlana. Jego uwagę zwróciła kobieta, która siedziała przy stoliku z odwróconą głową i patrzyła na zatokę.

Stanął jak wryty. Było w niej coś, co sprawiło, że miał ochotę zatrzymać się na chwilę i popatrzeć. Zaintrygował go nie tylko jej wygląd − choć i to w zupełności by wystarczyło − ale przede wszystkim jej postawa. Kiedy tak siedziała wpatrzona w ocean, z blond włosami ściągniętymi w perfekcyjny kok i z idealnie spokojnym wyrazem twarzy, wyobraził sobie, że mogłaby tak jak Kanut rozkazać wodzie, żeby nie podchodziła bliżej. Gdyby Ocean Atlantycki ośmielił się mimo wszystko podejść, musiałaby tylko unieść dłoń, a fale ‒ inaczej niż w angielskiej legendzie ‒ posłusznie cofnęłyby się z powrotem.

Chryste, to był naprawdę długi dzień. Zaczynał widzieć rzeczy, których nie było.

Potrząsnął głową w zdumieniu nad sobą samym, podszedł do stolika i rozluźnił rysy twarzy w przyjaznym uśmiechu. Interesy to interesy, niezależnie od zmęczenia.

– Panna Shakespeare?

Niemal natychmiast się odwróciła, żeby na niego spojrzeć, a jej usta ułożyły się w uśmiech. Jej policzki się uniosły, a skóra w kącikach oczu zmarszczyła.

– Pan MacLeish? − zapytała. Kiedy kiwnął głową, wstała i podała mu rękę.

– Przepraszam za spóźnienie. Zatrzymano mnie na spotkaniach − powiedział, ściskając jej dłoń. Poczuł, jaka jest ciepła i miękka. Spojrzał w dół na jej palce z perfekcyjnym manicurem. Kiedy wrócił wzrokiem na jej twarz, napotkał spojrzenie barwy głębokiego błękitu. W jej oczach była jakaś łagodność, która kontrastowała z zewnętrzną nieugiętością. W jej czarnych źrenicach dostrzegł swoje własne odbicie.

– Nic nie szkodzi − odparła, zabierając rękę z powrotem. − Mogłam popatrzeć trochę na ten piękny krajobraz. − Jej głos był miękki, choć trochę urywany, pobrzmiewał w nim akcent, jaki słyszał, kiedy odwiedzał Londyn. Dziwne, jest przecież ze Szkocji, gdzie mówi się bardziej śpiewnie i przeciągle.

Tak jak jego ojciec.

– Jak pani minęła podróż? − zapytał, wskazując jej krzesło i zapraszając gestem, żeby usiadła.

– Trwała dość długo, ale dzięki temu udało mi się mnóstwo zrobić. − Usiadła, wygładzając spódnicę, a on poszedł w ślad za nią, oparł się na krześle i skrzyżował nogi pod stolikiem. − Miałam okazję przeczytać jeszcze raz notatki z akt pańskiej sprawy. Chciałam być na bieżąco.

– Przepraszam za ten pośpiech − powiedział, podnosząc butelkę z wodą, i napełnił swoją szklankę. − Dolać pani? − zapytał. Pokiwała głową, a on nalał jej do pełna, po czym z powrotem zakręcił butelkę. − Ten spadek jest dla mnie bardzo ważny, dlatego chcę się upewnić, że otrzymam odpowiednie wsparcie. Gorąco mi panią polecano.

Uśmiechnęła się znowu, a on nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Odczuł niemalże ulgę, kiedy kelner podszedł do ich stolika i zapytał, czy są gotowi, żeby złożyć zamówienie.

– Poproszę kieliszek bryant cabernet − powiedział Lachlan do kelnera. Wcześniej nie myślał o tym, żeby pić, ale być może ten jeden kieliszek pomoże mu się pozbyć rozdrażnienia. − A pani, panno Shakespeare?

– Proszę mi mówić Lucy. − Potrząsnęła głową, kiedy kelner podał jej kartę win. − Woda wystarczy, dziękuję.

Kelner się oddalił i na moment zapadła cisza, jeśli nie liczyć odgłosów oceanu za jej plecami i cichych rozmów w otaczającej ich restauracji.

– Piękny lokal − odezwała się Lucy, spoglądając ponad jego ramieniem na wystrój wnętrza. − Czy te obrazy, które wiszą w głównej sali, to Pollock?

– Tak, dokładnie tak. − Pomimo zmęczenia z ulgą przyjął to, że nie przeszli od razu do interesów. − Włożyliśmy dużo pracy w urządzenie wnętrz. A jedzenie jest jeszcze lepsze niż wystrój. Szef kuchni i cała jego załoga są świetni.

Kelner przyniósł wino, po czym znowu zniknął. Lachlan uniósł kieliszek i zanim się napił, pozwolił, żeby bukiet na krótką chwilę wypełnił jego zmysły. Wino smakowało tak dobrze, jak pamiętał.

– Parę lat temu byłam na wystawie Pollocka w Szkockiej Galerii Narodowej − powiedziała Lucy. − Była niezwykle ciekawa. W jego obrazach jest coś tak hipnotycznego, że chciałoby się stać i wpatrywać w nie godzinami.

 

– Pochodzisz z Edynburga? − zapytał, zastanawiając się nadal nad jej akcentem.

– Nie, urodziłam się w Londynie. Do Edynburga przeprowadziłam się, kiedy miałam osiemnaście lat, żeby studiować prawo na tamtejszym uniwersytecie. I chyba zakochałam się w tym mieście, bo nigdy nie myślałam o powrocie.

– To wyjaśnia twój akcent − stwierdził. − Coś mi w nim nie pasowało.

– Mieszkam tam już od dziesięciu lat − powiedziała, a na jej ustach znowu zatańczył uśmiech. − Ale nadal nie potrafię się pozbyć angielskich tonów. Na szczęście moim klientom zazwyczaj to nie przeszkadza, mimo że większość z nich to Szkoci z krwi i kości.

Przy stoliku parę metrów dalej rozległo się głośne wiwatowanie, kiedy kelner wniósł olbrzymi tort czekoladowy usiany świeczkami. Lachlan zerknął przez ramię, żeby sprawdzić, skąd ten hałas, po czym odwrócił się z powrotem do niej.

– Dlaczego postanowiłaś zostać prawniczką? − zapytał. Dziwnie się czuł, zadając jej to pytanie, choć właśnie taki był cel tej kolacji. Miał przeprowadzić z nią rozmowę i upewnić się, że jest właściwą osobą do tego zadania. Przecież właśnie po to przeleciała ponad trzy tysiące kilometrów, żeby się z nim spotkać.

Ale i tak wolałby dowiedzieć się raczej, co sądzi o hotelu.

– Prawo zawsze mnie interesowało − odpowiedziała, podnosząc wzrok, żeby spojrzeć mu w oczy. Uniósł swój kieliszek i napił się, przytrzymując jej spojrzenie.

– A co cię w nim interesuje?

Przechyliła głowę lekko na bok i zastanowiła się nad tym pytaniem.

– Bez prawa społeczeństwo nie mogłoby istnieć w takiej formie, w jakiej je znamy. Przepisy to pewna rama, w której wszyscy żyjemy. W większości przypadków powstrzymują ludzi przed złymi postępkami, a nawet jeśli nie powstrzymają, to gwarantują ukaranie winowajców.

– Wydaje się, że powinnaś pójść raczej w prawo karne − mruknął Lachlan.

– Zawsze myślałam, że skończę jako specjalistka od spraw karnych, ale potem poszłam na praktyki i szybko zorientowałam się, że wcale mi się to nie podoba.

– Dlaczego? − Wyglądał na szczerze zainteresowanego, pochylał się do przodu w oczekiwaniu na jej odpowiedź.

– Zbyt wielu moich klientów okazało się przestępcami.

Roześmiał się, a ona odpowiedziała tym samym. Jej śmiech był bardziej gardłowy, niż się spodziewał, i na moment go zszokował.

– Lubisz zawsze być po stronie tych dobrych i uczciwych?

– Coś w tym stylu.

– Powinienem to chyba odebrać jako komplement.

– No cóż, sądząc po aktach twojej sprawy, powiedziałabym, że jesteś po tej właściwej stronie − stwierdziła lekkim tonem. − Ale na żaden inny temat nie mogę się wypowiedzieć.

Na plaży za jej plecami fala rozbiła się o piasek, a ciemne kształty palm zakołysały się na wietrze. Zanim Lachlan zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kelner przyszedł przyjąć od nich zamówienie, a on musiał oderwać wzrok od dziewczyny.

Lucy przecięła nożem delikatny kotlet jagnięcy leżący na talerzu przed nią i ukradkiem spojrzała zza rzęs na Lachlana, który nabijał właśnie na widelec kawałek swojego steku. Dostrzegła swojego klienta już w chwili, kiedy wszedł do restauracji, a serce zakołatało jej w piersi, kiedy patrzyła, jak rozmawia z kierownikiem sali. Niezadowolona z siebie − i ze swoich reakcji − odwróciła się i wpatrzyła w ocean, aż jej tętno wróciło do normy, choć przyspieszyło znowu, kiedy tylko wypowiedział jej nazwisko.

I przez chwilę, kiedy stali oboje, a on ściskał jej dłoń, poczuła się, jakby ocean zaczął ją wsysać, a fale ciągnąć i popychać. Ale wzięła głęboki oddech i zebrała się w sobie.

Tak, był przystojny, a jego spojrzenie zdawało się przenikać ją na wylot, ale był też jej klientem. A Lucy Shakespeare zawsze zachowywała się jak profesjonalistka.

– Dużo czasu spędzasz w Miami? − zapytała go z mocnym postanowieniem, żeby skierować własne myśli z powrotem na właściwy tor i nie zwracać uwagi na to, jak ten mężczyzna prezentuje się w swojej idealnie dopasowanej marynarce. Takiego kroju nie spotyka się na sklepowych półkach, garnitur musiał zostać uszyty na zamówienie. − Z tego, co przeczytałam w notatkach do sprawy, zrozumiałam, że na stałe mieszkasz w Nowym Jorku, zgadza się?

– Tak. − Lachlan pokiwał głową, odkładając sztućce na talerz. Kiedy na nią spojrzał, jakaś magnetyczna siła ściągnęła jej wzrok z powrotem na jego oczy. Był niesamowicie męski, choć w nieoczywisty sposób. Wynikało to raczej z jego pewności siebie, z postawy jego ciała. − Większość interesów prowadzę w Nowym Jorku, ale w Miami mam ten hotel i jeszcze kilka innych inwestycji. No i oczywiście mieszka tu moja rodzina.

Oczywiście. Z notatek dowiedziała się, że jego ojciec mieszkał w Miami. Tutaj właśnie został spisany jego testament.

– Przykro mi z powodu twojego ojca − odezwała się łagodnie. − Moje kondolencje.

Zamrugał parę razy, jakby coś mu wpadło do oka. Potem skinął głową, przyjmując jej słowa.

– Dziękuję. Chociaż, jak się na pewno zorientujesz, nasza relacja nie należała do najłatwiejszych.

Lucy wiedziała co nieco o trudnych relacjach rodzinnych. Kto nie wiedział?

– Specjalizuję się w prawie spadkowym − powiedziała, jakby chcąc go uspokoić. − Możesz mi wierzyć, że to dla mnie chleb powszedni. − Zdołała zjeść tylko połowę swojego dania, a jej żołądek już był przepełniony. Odłożyła nóż i widelec na talerz, po czym przykryła go serwetką. Kiedy była najedzona, nie znosiła widoku resztek jedzenia. − Właściwie to mam kilka pytań odnośnie do sprawy. Mogę ci je zadać? − Zejście na temat pracy sprawiło, że poczuła się, jakby odzyskała grunt pod nogami. Prawo dawało jej równowagę i poczucie bezpieczeństwa. W kwestiach zawodowych zawsze wiedziała, na czym stoi.

– Pewnie.

– Nie masz nic przeciwko, żebym notowała? − zapytała jeszcze, zerkając na swoją teczkę. − Zwykle nie robię tego przy kolacji, ale skoro mamy tak mało czasu, chciałabym jak najlepiej go wykorzystać.

– Naprawdę mi przykro − powiedział Lachlan z przepraszającym uśmiechem. − Po prostu śmierć i pogrzeb mojego ojca i tak na zbyt długo oderwały mnie już od pracy. Ze sto osób próbuje teraz zdobyć choćby godzinę mojego czasu. Został mi tylko dzisiejszy wieczór.

– Nie musisz mnie przepraszać − zapewniła go Lucy. − To ty jesteś klientem. − A przynajmniej potencjalnym klientem. − Ty ustalasz zasady.

Na te słowa w jego oczach zamigotały iskierki.

– W takim razie pytaj śmiało.

– Może zacznę od tego, co już wiem. − Zawsze uważała, że to najlepszy sposób na rozpoczęcie spotkania z klientem: powtórzyć wszystkie informacje i upewnić się, że są prawdziwe. Można by się zdziwić, jak często było inaczej. − Przeczytałam oczywiście testament twojego ojca i sprawa wydaje się dość jasna. Zostawił ci w spadku jedną własność, dom w szkockich górach. Z tym że, jak to często w Szkocji bywa, nazwanie go domem to małe niedopowiedzenie. − Uniosła swoje idealnie zadbane brwi. − To raczej zamek, nie dom. Na posiadłość Glencarraig składa się tysiąc dwieście hektarów ziemi i jezioro, a do tego hodowla łososi i stado jeleni. Majątek obejmuje też prawo własności do kilku domków pracowniczych w pobliskim miasteczku, a zatrudniona obecnie służba liczy około trzydziestu osób, z których część pracuje sezonowo.

– Tak, zgadza się − potwierdził Lachlan, kiwając głową. − Zamek w jakiejś dziurze i tytuł, który nic nie oznacza. Dzięki, tato.

Zdusiła śmiech wywołany jego sarkazmem.

– Czy twój ojciec używał kiedykolwiek swojego tytułu? − zapytała.

– Tylko kiedy chciał komuś zaimponować. Nie przypominam sobie, żeby wszędzie, gdzie poszedł, tytułował się lairdem. − Lachlan wzruszył ramionami. − Chociaż nie widywałem go zbyt często.

– A ty? − zapytała. − Zamierzasz przedstawiać się jako laird Glencarraig? − To pytanie mogło się wydawać impertynencją, ale Lucy próbowała tylko rozgryźć swojego klienta. Przekonać się, która część spadku jest dla niego ważna.

Lachlan roześmiał się głębokim, niskim śmiechem.

– Nie, raczej nie.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że z tytułem wiąże się też pewna funkcja, prawda? Że dziedzicząc dom i tytuł, staniesz się też głową klanu MacLeishów?

– Przypuszczam, że ma to równie wielkie znaczenie jak sam tytuł − stwierdził Lachlan, upijając kolejny łyk wody. − Czyli właściwie żadne.

– Zdziwiłbyś się − odparła Lucy, przeglądając notatki, które sporządziła podczas lotu. − Mimo że system feudalny w Szkocji upadł wiele wieków temu, klany nadal mają dla niektórych ludzi duże znaczenie. I to nie tylko dla szkockich MacLeishów. Na całym świecie żyją członkowie klanu, którzy będą cię postrzegać jako swojego przywódcę. A przywódcy klanów są od czasu do czasu proszeni o interwencje w kwestiach spornych.

– Chyba nie mówisz poważnie.

– Twój ojciec na pewno miał tego typu doświadczenia. Nie przypominasz sobie, żeby angażował się kiedykolwiek w sprawy klanu?