Wolna miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wolna miłość

Rozmowa z duchem

Dojrzała wiosna

Kasztanowy warkocz

Ta nasza mądrość

Popłaczmy sobie razem

Pocieszanie

Kogoś trzeba kochać

Reality show

Druga strona tęczy

I tak zabiłam Sergia

Pierwszy raz

Pochwała nieoczywistości

Wielka zielona łąka

Trzecie dziecko Moniki

Kawa na pustyni

Świat pełen luster

Ojcowie i dzieci

Usta na jesień

Samotność piszącego

Jesienne listy

Co myśleli tego dnia...

Nasze życie świąteczne

Chłopiec z perłą

Trzeci dzień świąt

Powtórzysz ten błąd

Niespełnione

Serce ze szkła

Notka redakcyjna

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: ALEKSANDRA SZCZEPAN, BARBARA TURNAU

Na okładce wykorzystano rysunek autorki.

Fotografie w tekście i opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Roma Ligocka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

ISBN 978-83-08-05268-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Nalewam sobie kieliszek szampana (został jeszcze po sylwestrze), oddycham głęboko ciszą zimowego wieczoru i rozmawiam ze sobą kolejny raz o miłości.

Zmieniałam w życiu wiele razy poglądy na wszystko; na politykę, na miłość też. I niech nikt mi nie mówi, że nie mamy do tego prawa. Chodzi nie o to, jak często zmieniamy poglądy, tylko z powodu jakich doświadczeń. Wokół nas przecież nieustannie zmienia się świat – zmieniają się czasy i my się w nich zmieniamy. Ja dzisiejsza naprawdę nie jestem tą wczorajszą i nawet jej sobie dobrze nie przypominam.

Porządkowanie od czasu do czasu poglądów i prawd, które uznajemy za istotne, jest nie tylko przywilejem myślącego człowieka, ale i ważnym wobec siebie obowiązkiem. W różnych czasach różnie dopadała mnie miłość. Czasem więcej przynosiła szkody niż pożytku. Powodowała konflikty, dramaty. Bywałam niewątpliwie „kobietą źle kochaną”. Zdarzało się, że mężczyźni mnie okłamywali, oszukiwali. Niektórzy nawet nie umieli się zdecydować, czy są wolni, czy żonaci. A wszystkim bardziej niż na uczuciach zależało na zdobyciu nade mną jakiejś przewagi. Był nawet jeden taki, który groził, że mnie zabije, jeśli go porzucę. Jak widać, żyję do dziś, więc może dobrze, że i w tej sprawie nie mówił prawdy.


Najtrudniejsze, choć i najpiękniejsze w miłości jest jej współistnienie z wolnością. Dać komuś miłość – wszystko jedno: partnerowi, dziecku czy przyjaciołom – nie odbierając mu jednocześnie jego powietrza, jego obszaru wolności. Niczego nie narzucać, nawet siebie samego, to najtrudniejsze zadanie i – przyznajmy – rzadko się to udaje. Dlatego czasem wolałam nie kochać nikogo, aby nie zniewalać, nie tłamsić i samej siebie w tym nie pogubić. Ale dziś już myślę o tym wszystkim trochę inaczej. Ostatnie święta i Nowy Rok, który spędziłam w gronie bardzo bliskich mi ludzi, uświadomiły mi znowu potrzebę uczuć i ich siłę. Zrozumiałam po prostu, jak bardzo kocham kilka osób i że nie chciałabym bez nich żyć.

Miłość, jak powiedział pewien mądry człowiek, jest radością z czyjegoś istnienia. Kocham moich najbliższych przyjaciół, może dlatego, że jest ich tak niewielu. W jakiś sposób to im zawdzięczam, że żyję.

Dzień powszedni człowieka piszącego naznaczony jest samotnością. Inaczej się nie da. Ale właśnie dlatego ważne jest, aby w życiu często zdarzało się święto. Może miłość powinna być takim czymś wyjątkowym – im piękniej, mądrzej ją celebrujemy, tym lepiej. Może też dlatego jest w naszym życiu świętem, że nie da się jej oswoić, ujarzmić, uregulować, że często nas zaskakuje i rzadko nam powszednieje.

Kocham oczywiście moje dziecko i często o tym piszę. To rodzaj miłości najtrudniejszy chyba dla każdego z nas. Jak być dobrym rodzicem? Dobrą matką? Jak kochać i nie zniewalać, nie przeszkadzać? Jak sprawić, żeby ta najmniej egoistyczna ze wszystkich miłości rzeczywiście taka była?

Kocham też pewnego mężczyznę i to jest zupełnie inna, bardzo prywatna opowieść. Jak kochać dojrzale? Tym, którzy sądzą, że z pierwszą zmarszczką maleje nasze prawo do erotyki – bo może sama natura tak chce – powiem tylko, że skoro w wielu dziedzinach kpimy sobie z natury albo ją poprawiamy, to dlaczego nie w tej, w końcu jednej z najbardziej istotnych ludzkich spraw?

„Non, rien de rien. Non, je ne regrette rien” – (nie, nic a nic nie żałuję niczego), śpiewała Edith Piaf. Ostatnio sporo o niej myślałam. Należy do tych kilku niezwykłych postaci, które zdarzyło mi się spotkać. Było to dla mnie jedno z bardzo ważnych doświadczeń i może dlatego powinnam o nich pisać, aby je choć na trochę dłużej ocalić od zapomnienia.

Miałam szczęście być na koncercie Piaf w Paryżu. Była pełna uroku. Jej czarna, prościutka, prawie uboga sukienka. W takiej sukience nie wystąpiłaby dziś żadna gwiazda, szczególnie z tych starszych. Twarz ze śladami choroby, nieszczęść, życia po prostu. Bez blasku, z niezbyt starannym makijażem. Tak też nie pokazałaby się dziś na scenie żadna gwiazda – ani z tych starszych, ani z tych młodszych. I był jej głos, którego intensywność i barwa jeszcze dziś wywołują dreszcze...

A teraz przypominam sobie jeszcze inną Edith Piaf. Pamiętam, jak jakiś czas później stanęła na scenie, drobniutka i niemłoda, obok młodszego od siebie o całe wieki mężczyzny, i oświadczyła światu – a twarz miała pełną szczęścia, ale też odwagi i przekory – że jej życie właśnie zaczyna się od nowa, zaczyna się od niego. Wiele lat musiała czekać na tę miłość. Zapłacić cenę bólu, cierpienia, tragedii.

Pod koniec życia zakochała się w młodszym mężczyźnie i on pokochał ją. Pamiętam, jak mówiono, że chce żyć jej karierą. Jak liczono jej pieniądze i jego lata. A on po prostu ją kochał – namiętnie i wiernie. Opiekował się nią aż do śmierci. Pamiętam jego postać na jej pogrzebie – oczy pełne łez, młode rysy jakby ścięte mrozem, nerwowo zaciskane dłonie...

 

Dostałam niedawno książkę Agaty Tuszyńskiej. „Pani Romo, niech nas nie opuszcza nadzieja”, napisała w dedykacji. „Pani Agato, niech nas nie opuszcza miłość”, odpisałam. No właśnie!!!


Kazałeś mi robić wiele dziwnych rzeczy, mówić mnóstwo głupstw – nie tylko mnie, nam wszystkim. Bo nic nie dzieje się bez ciebie.

W młodości wydaje się nam, że samodzielnie odkrywamy świat. Że to nam samym chce się ciągle dokądś biec – nie wiemy, że to on, niewidzialny, delikatnie nas popycha. Duch czasu.

Był sobie książę – przystojny, młody, wrażliwy. Miał dwór, wielki zamek i narzeczoną. W przyszłości powinien zostać królem. Aż pewnej nocy dowiedział się, że jego ojciec został zamordowany przez swojego brata, a pomagała w tej zbrodni żona króla – jego matka. Powiedział mu o tym duch. Czy to już był ów duch czasu? Może, kto wie... Narzeczona księcia popełniła potem samobójstwo, zginęli jego przyjaciele i on sam. Tragedia. A my oglądamy ją w teatrze i możemy się nią przejmować, i akceptujemy to. Ponieważ historię tę napisał Szekspir.

I była sobie księżniczka. Delikatna i wrażliwa. Miała dopiero dziewiętnaście lat, kiedy została żoną następcy tronu. Ale chociaż była młoda i śliczna, mąż jej nie kochał. Powiedział to nawet publicznie podczas ogłaszania zaręczyn: „Łączy nas uczucie lub coś podobnego” – oglądałam to w telewizji, tak jak nakazywał duch czasu, i zaraz pomyślałam, że powinna uciec. Może żyłaby do dziś. Umarła młodo, a ja jeszcze teraz przejmuję się jej losem, choć niektórzy uważają to za śmieszne, może dlatego, że tej historii nie opisał Szekspir. Pamiętam jej ślub, ciężką barokową białą suknię, która zdawała się ją przytłaczać. Pamiętam, jak później wystąpiła samotnie w telewizji, rzecz niesłychana, skandal! Czy przygnał ją tam duch czasu, bo taka była jego fantazja? Miała smutne, obrysowane czarnym tuszem, przestraszone oczy. Opowiadała o bólu, zdradzie, samotności, bulimii i wielu cierpieniach, nieobcych także innym młodym kobietom, nieobcych wówczas, przed dwudziestu laty, także i mnie. A potem zginęła w wypadku. Do dziś nie wiemy – tak jak nie wiedział tego Szekspir o swoich bohaterach – co naprawdę się stało. Ale myślę, że wtedy duch czasu, który posłał paparazzich, którzy stali się bezpośrednią przyczyną tragedii, na chwilę ze wstydu ukrył twarz w dłoniach.

On też dwadzieścia lat później zapędził nas wszystkich znów przed telewizory, kiedy żenił się jej syn. Młodzieniec, jak się wydaje, rozsądny i spokojny mimo dzieciństwa przeżytego w cieniu tragedii. Żenił się z miłą dziewczyną. Wyłączyłam komórkę, zrobiłam sobie dobrą kawę i szczęśliwa „pogrążyłam się” w ślubie, a ze mną miliony ludzi. I było nam przez chwilę wszystkim razem bardzo ze sobą przyjemnie. A duch czasu wydawał się niezwykle z siebie zadowolony.

Często zadaję sobie pytanie, kim jest i dlaczego tak nami rządzi. Bo że istnieje, to pewne. To coś, co każe nam, ludziom tak różnym, chcieć, myśleć i czuć podobnie. Każe nam nagle tańczyć w rytm tej samej muzyki. Zakochiwać się w tych samych politykach, sławnych artystach, choć po paru latach wydadzą się nam już tylko śmieszni. Każe nam równocześnie odkrywać zjawiska, które choć nienowe, nagle stają się paląco ważne. Tak było z prawami człowieka albo emancypacją kobiet, aborcją. W tej samej chwili zaczynali o tym mówić wszyscy, demonstrować na ulicach...

Pamiętam siebie podczas takiej demonstracji w Wiedniu. Miałam na sobie spodnie dzwony, wkładało się je na leżąco, bo były tak obcisłe. Aż trudno było oddychać. A już za chwilę byłam hipiską w luźnych indyjskich szatach, wpinałam kwiaty we włosy i głosiłam wolną miłość – tak jakby miłość z samej swojej istoty nie powinna być wolna... Niedługo potem terroryści na całym świecie obwieścili koniec miłości i początek czegoś wręcz przeciwnego. Co wtedy robił duch czasu? Pewnie razem z nami zaczynał się bać.

Dziś wydaje mi się niekiedy, że nasz duch miota się między skrajnościami. Każe wielu z nas tańczyć z radości, bo gdzieś zabito pewnego złego człowieka, ale u siebie, na własnym podwórku, rozkazuje nam kłócić się i bić. Chwilami jednak duch łagodnieje i tylko się z nami bawi. Każe nam na przykład wszystko fotografować. Kiedyś człowiek miał w albumie kilka zdjęć: w beciku, na rękach mamy, z komunii, ze ślubu, z dziećmi, a jeśli los był dla niego łaskawy, to jeszcze w starości na ławeczce z wnukami. Dziś, aby człowiek miał pewność, że istnieje naprawdę, musi udokumentować każdy moment swojego życia.

Byłam ostatnio na uroczystości bierzmowania córki moich przyjaciół. Wielki kościół, śpiewy, kwiaty, wzruszeni rodzice, przejęte dzieci. I oto w najbardziej podniosłej chwili wszyscy obecni nerwowo wyszarpują z kieszeni i torebek aparaty, kamery, komórki i pstrykają, uwieczniają... Byłam tam chyba jedyną osobą bez oprzyrządowania.

– Przestań, duchu czasu – szeptałam. – Choćby na chwilę przestań, choćby w kościele!

Kim więc w końcu jesteś? Potrzebą uczestnictwa tylko? Potrzebą emocji? Dokąd prowadzisz nas wszystkich? A dokąd mnie? Miałam już w swoim życiu poglądy lewicowe, potem prawicowe, w końcu umiarkowane. Mimo to mam nadzieję sensownie przeżyć życie, choć ty uparcie usiłujesz sprowadzić mnie na manowce. Ale są sytuacje, kiedy muszę cię pochwalić. Na przykład taka:

Do czekającej na szpitalnym korytarzu zatrwożonej rodziny wychodzi lekarz i oznajmia, że wbrew wszelkim złym rokowaniom i tylko dzięki najnowszym zdobyczom techniki udało mu się uratować pacjenta. I widać wtedy wyraźnie, jak duch czasu staje za plecami lekarza i bardzo serdecznie klepie tego zmęczonego człowieka po ramieniu.


Zawsze miałam niekonwencjonalny stosunek do wieku. Ubierałam się „niepoważnie”, zachowywałam niezbyt godnie, zakochiwałam się i zakochuję ciągle jeszcze jak nastolatka. Zupełnie mi nie przeszło. Postanowiłam więc o tym napisać.

Otóż od dawna ugruntowało się we mnie przeświadczenie, że starości nie ma i już! W starość jesteśmy wtłaczani niemal siłą bardzo wcześnie. Już koło trzydziestki mówi się nam, że najlepsze minęło. Ale przecież nasz wiek to tylko puste cyfry, bez treści. Więc żeby one nami nie manipulowały, manipulujmy nimi my sami. Odważmy się więc i wyobraźmy sobie, że koło trzydziestki dopiero przestajemy być dziećmi, koło czterdziestki dojrzewamy, a siedemdziesiątka, przez niektórych już dziś nazywana nową czterdziestką, to czas, kiedy tak naprawdę jesteśmy dojrzali i prawie wszystko jeszcze przed nami.

Nasz wiek nie jest sprawą wieku. Starość to rzecz umowna. Dziadek jest stary, to może odziedziczymy po nim dom, babcia popilnuje wnuka, zamiast biegać na aerobik. Ale jeśli dziadek zakocha się, ożeni po raz kolejny i będzie miał dzieci? Babcia pozna nowego faceta? Więc może tę starość najlepiej im po prostu zaordynować, niech mają!

Parę lat temu doznałam olśnienia. Oglądałam w telewizji rozmowę z grupą młodych lekarzy amerykańskich, którzy za cel postawili sobie zbadanie, a także zwalczanie mechanizmów starzenia się. I doszli do wniosku, że starość w dużym stopniu jest chorobą, więc można ją zwalczać. Postawili też tezę, że człowiek po czterdziestce może żyć jeszcze długo, prawie się nie zmieniając. Starość jest też w dużym stopniu chorobą cywilizacyjną. Wciąż jeszcze, niewiele o tym wiedząc, jemy niezdrowe rzeczy, a nasze powietrze nie przypomina tego z górskiej Krynicy. Wbrew pozorom przemysł kosmetyczny nie zawsze jest w tej sprawie naszym sprzymierzeńcem. Bo żeby sprzedać nam jakiś kremik czy zastrzyk, trzeba nas przekonać, że już jesteśmy stare. Nieprawda! Można i kremik, i zastrzyk, czemu nie, ale najpierw muszę uwierzyć, że mogę być w takim wieku, w jakim chcę, i tylko ja o tym decyduję. I zaufajcie mi, ta walka, w przeciwieństwie do wielu życiowych potyczek, może być przyjemna, wciągająca, nawet rozrywkowa. Jako kobieta polecam każdą walkę rozpocząć od spojrzenia w lustro. Co widzę? Widzę, że dziewczyna, która ciągle jeszcze tkwi we mnie, jakoś nie chce mnie opuścić. Staram się więc, aby widać ją było także na zewnątrz. I mało mnie obchodzi, czy będzie to bardziej, czy mniej poważne.


„Powaga jest obrządkiem ciała, wymyślonym dla pokrycia braków ducha”, powiedział francuski filozof. Na początek wystarczy zmienić fryzurę na bardziej dziewczęcą, skrócić spódniczkę, przypomnieć sobie, że kiedyś się miało, i ciągle się ma, ładne nogi, więc szkoda, żeby oglądała je tylko gumowa kaczuszka w wannie... Tyle że tak jak „poważny” ubiór nie świadczy jeszcze o dojrzałości w myśleniu, tak koszulka z Myszką Miki sama w sobie nie zrobi z nas małolaty. Przede wszystkim należy być przekonującym, spójnym i autentycznym, także dla siebie. I dobrze się czuć we własnej skórze.

Mój trochę szalony, ale również rozsądny siostrzeniec Maciek zaciągnął mnie w tym roku do siłowni.

– Człowieku! – broniłam się – przecież ja tam sobie połamię kręgosłup, a w ogóle na pewno mnie tam nie wpuszczą!

Maciek podszedł do sprawy pedagogicznie. Pokazał mi najpierw w Internecie zawody w kulturystyce, tak zwane Grand Masters, organizowane oczywiście w Ameryce. Nie będę tego opisywać, kto chce, niech kliknie. Zobaczy wtedy dziewczyny zgrabne, szczupłe, pełne optymizmu i po prostu piękne. Grand Masters to dziewczyny od pięćdziesiątki wzwyż. I tak przekroczyłam po raz pierwszy próg siłowni. Nie bez obaw i poczucia śmieszności. Dziś, po prawie trzech miesiącach, zeszczuplałam, odżywiam się jeszcze zdrowiej, dobre hormony pojawiają się z każdą godziną treningu. Nie mam zamiaru brać udziału w Grand Masters – wystarczy mi zadowolenie z siebie.

Ale czasami zamiast zadowolenia z siebie przychodzi kolejny psychiczny dołek. Dość łatwo w niego wpaść, trudniej się wygrzebać.

Obserwowałam kiedyś na plaży chłopczyka, który postanowił wdrapać się na sporą górę piasku. Nikt nie chciał mu pomóc – ani mama, ani koledzy. Ale malec nie rezygnował, gramolił się sam. I w końcu się wgramolił. Pamiętam jego promienny uśmiech, kiedy wreszcie stanął na tej górce. Miło jest czasem poczuć się tak jak ten maluch...

Pamiętam, jak zaszokowałam kiedyś moje monachijskie przyjaciółki. One miały wszystko: bogatych mężów, piękne domy, zegarki od Cartiera. Walczyły tylko ze starzeniem się. Ja, która niewiele miałam, zaimponowałam im dopiero wtedy, kiedy oświadczyłam, że jadę do Włoch, bo tam jest lekarz, który paniom koło sześćdziesiątki pomaga w urodzeniu dziecka. A nic tak nie odmładza kobiety jak nowe dziecko. Oczywiście nigdy bym tego nie zrobiła, bo dojrzałość to także odpowiedzialność, ale pamiętam ich umalowane oblicza pełne zazdrości!

Niech każdy radzi sobie z własnym wiekiem po swojemu. Tak jak po swojemu przyjmujemy wiosnę. Jedni tak jak ja poddają się co roku wszystkim jej szaleństwom, inni od początku myślą, że zaraz przyjdzie jesień. A ja za każdym razem mówię sobie, że będzie to pierwsza wiosna mojej prawdziwej dojrzałości. Nad sylwetką muszę jeszcze popracować, ale promienny uśmiech już jest.


Pani Ewie

Myśmy się jeszcze romantycznie w nich kochały. Dziewczyny z pokolenia po mnie je podziwiały, a dzisiejsze już tylko z nimi rozmawiają. Ale ciągle są dla nich ważnymi osobami...

Postanawiam przeprowadzić coś w rodzaju minisondażu, tylko wśród znajomych: „Czy pamiętasz jeszcze jakąś swoją nauczycielkę?”. Na początku los mi zsyła panią Ewę. Miła, rozsądna i niegłośna – lubię takich ludzi. Przysiadamy na ławeczce w promieniach jesiennego słońca.

– Nauczycielka? Pamiętam jedną. Miała cudowne włosy. Kasztanowy warkocz opadający na plecy. Kiedy odwracała się do tablicy, połyskiwał w świetle na czerwono i złoto, poruszał się wraz z nią w rytm jej słów. Siedziałam jak zahipnotyzowana – kochałam jej włosy, jej głos, wydawała mi się po prostu piękna.

 

Pewnego dnia po wakacjach zjawiła się w szkole krótko obcięta – już bez warkocza. Odczułam to jako zdradę, odtrącenie, jakby zrobiła to tylko po to, żeby mnie ukarać. Pierwsze takie doświadczenie w moim nastoletnim życiu.

Potem spotykam Zosię – właśnie ma egzaminy na uczelni. Postanawiam potraktować ją jako jednoosobową reprezentację pięknych dwudziestoletnich. Zosia nie zastanawia się długo.

– Była taka nauczycielka i nadal jest. Bardzo lubiłam z nią rozmawiać. Nawet kiedy z kilkoma koleżankami przeniosłyśmy się do innej szkoły, wpadałyśmy do niej do domu, aby pogadać, i zawsze zastawałyśmy tam jeszcze kilka innych uczennic. Jaka jest? Otwarta, rozumna, lubi nas. Ma coś takiego, że można jej wierzyć. To się nazywa dobry kontakt i zgodność tego, co się robi, z tym, co się mówi – dodaje Zosia, przyszły socjolog, i pędzi na egzamin.

Mnie samej czasem jeszcze śni się szkoła. Niezdany egzamin, klasówka, strach... Niekiedy przypomina mi się zdarzenie prawdziwe, choć tak już odległe, że prawie z innej rzeczywistości. Pamiętam towarzyszące mu uczucie szczęścia, jakby przypłynął do mnie nieuchwytny zapach perfum z dawnych lat...

Mam dwanaście lat. Leżę w łóżku z wysoką gorączką. Choruję na ospę wietrzną, całe moje ciało jest pokryte wysypką. Płaczę. Łzy spływają po rozpalonych policzkach. Wyobrażam sobie, że jestem ohydnie oszpecona, taka już pozostanę i nikt mnie nie pokocha. Obok w kuchni płacze z bezradności moja mama... Nagle dzwonek u drzwi. Zjawia się ukochana nauczycielka z czwartej klasy – pani Misia. To, że przyszła tak po prostu do mnie do domu, wydaje mi się niepojętym wyróżnieniem. Jak zwykle w granatowym szkolnym fartuchu, z włosami zwiniętymi w koczek na czubku głowy. Nie była ładna ani młoda, na pewno bardzo zmęczona. Ale dla mnie była świetlistą postacią z bajki. Siada przy mnie i trzyma mnie za rękę. Dłonie ma szorstkie, o suchej skórze. Zamykam je w moich, rozpalonych gorączką, i tak sobie siedzimy. Możecie się śmiać, ale jeśli ktoś powie, że nie było to doznanie erotyczne, to nic nie wie o erotyce – albo ja nic o niej nie wiem.

Wyzdrowiałam. Ospa jakoś mnie oszczędziła. Mam tylko niewielki znak na czole – może po to, żeby nie zapomnieć pani Misi. W czasie kiedy jeszcze nie jesteśmy świadomi siebie, ale już świadomi inności drugiej osoby, potrzebujemy żywego wzoru, przykładu. Potrzebujemy kogoś, kto byłby łącznikiem pomiędzy życiem, którego dopiero mamy się nauczyć, a nami. Czasem obiektem naszych uczuć staje się nauczycielka. My, którzy w młodości tak długo byliśmy izolowani od płci przeciwnej, że prawie jej nieświadomi, odkrywaliśmy w sobie nagle pierwsze nieśmiałe uczucie miłości. I czasem to nauczycielki właśnie stawały się pierwszymi obiektami naszych uczuć...

Najmłodsza z moich rozmówczyń, siedmioletnia Julka, chętnie dzieli się ze mną swoimi doświadczeniami.

– U nas w szkole była pani Basia – Julka rozpromienia się na to wspomnienie – fajna! Super! Dużo nam czytała, opowiadała różne historie... A potem odeszła i już jej nie ma. – Buzia Julki smutnieje.

– Jak to odeszła? – pytam zmartwiona. – Była młoda czy stara?

– Stara – odpowiada Julka poważnie. – Bardzo stara.

– To może poszła na emeryturę? – zagaduję.

– Może na emeryturę – Julka, choć na pewno nie zna tego słowa, poważnie kiwa głową.

A ojciec Julki, który przysłuchuje się naszej rozmowie, uśmiecha się i szepce mi na ucho:

– Pani Basia ma trzydzieści dwa lata.


Dziwne osoby. Wybierają swój zawód nie dla kariery i na pewno nie dla pieniędzy. Z biegiem czasu jedne lepiej się w nim odnajdują, inne gorzej. Wszystkie dużo pracują, wstają wcześnie. Rano biegną do szkoły, nie przez kilka lat, tak jak my, ale przez całe życie. Wieczorami siadają przy lampce i poprawiają nasze błędy.

„Obyś cudze dzieci uczył”, powtarzała stare powiedzenie moja przyjaciółka, nauczycielka muzyki, kiedy w jesienną szarugę zrywała się z wygodnej kanapy, aby pędzić na zajęcia.

Jak co roku ze zdziwieniem, prawie z trwogą, spostrzegam, że jesień powróciła.

Mnie ta pora roku kojarzy się ze starą nauczycielką. „Stara” to nie jest złe słowo, stare może być także wino. Jest spokojna, czasem chłodna, rozsądna, ale kiedy się ciepło uśmiecha, to zawsze jest to dla nas jak nagroda. Zmusza do wysiłku, do zebrania się w sobie. Ostrzega, że jutro nie będzie łatwo, że pojutrze może być jeszcze trudniej...

Wracam do rozmowy z panią Ewą.

– Pamiętam jeszcze taką nauczycielkę – opowiada. – Wzywała mnie do tablicy, kazała mówić na jakikolwiek temat. Na moment zamykała oczy, odpoczywała, była przez chwilę jakby nieobecna, nawet nie słuchała, co mówię. A potem stawiała mi ocenę bardzo dobrą; wiedziała, że może na mnie liczyć. I chyba dzięki niej poznałam znaczenie pięknego słowa – zaufanie.